Najnowsze wpisy

10.1.18

Szwedzkie chokladbollar - słodkie i pyszne!

Do tego przepisu podchodziłam kilka razy. Za żadnym razem kulki nie smakowały jak te, które jadłam w czasie pobytu w Sztokholmie. Wychodziły albo mdłe albo za słodkie. W końcu udało nam się opracować recepturę doskonałą, bazując na połączeniu kilku różnych przepisów. Główną inspiracją był ten oparty na książce Per Morberg "Morberg", ale ze zmniejszoną znacznie ilością cukru. Według mnie są wystarczająco słodkie, więc nie ma co przesadzać. Ja akurat cukru nie jem w ogóle, ale goście i Marek mówili, że jest jak w sam raz.

Chokladbollar (20 niedużych kulek) 

200g bardzo zimnego masła
60g cukru
200g płatków owsianych
3 płaskie łyżki gorzkiego kakao
2-3 płaskie łyżki zimnej, mocnej kawy
6-7 łyżek wiórków kokosowych

Wszystkie składniki poza wiórkami kokosowymi wymieszać i zagnieść na gładką masę. Uformować małe kulki i obtoczyć je w wiórkach kokosowych. Najlepiej smakują schłodzone.

Smacznego! 

4.1.18

"Idź naprzód!" Z Martą o pasji, zmianach i odwadze

Martę poznałam kilka lat temu. Zaczynałyśmy razem pracę w jednym z biur podróży. Zawsze była sympatyczną osobą, ale wówczas nie miałyśmy ze sobą większego kontaktu i nie wiedziałam o niej wiele. Dwa lata temu Marta zamieszkała z rodziną w Sztokholmie. Od tego czasu zmieniła się nie do poznania i czerpię wielką przyjemność ze śledzenia Jej metamorfozy zarówno zewnętrznej jak i wewnętrznej. Jest autorką bloga Veganama. W zaskakujący sposób łączy życie rodzinne z nauką języka szwedzkiego, zajęciami w szkole, podróżami do Polski, zwiedzaniem Szwecji, sesjami fotograficznymi, wegańskim gotowaniem i tworzeniem nowych postów na blog. Bardzo mnie to inspiruje. Zapraszam Was na pierwszy wywiad po długiej przerwie!

Wszystkie zdjęcia z tego wpisu są autorstwa Marty Mytych oraz  Marty Streng
Mieszkasz w Szwecji. Jak to się właściwie stało?
W Polsce przez wiele lat pracowałam w biurze podróży, lubiłam to, dużo podróżowałam. Przerwałam pracę, gdy zaszłam w pierwszą ciążę, a po urlopie macierzyńskim wyjechaliśmy do Szwecji. Zawsze chciałam zamieszkać w Skandynawii, coś mnie tam ciągnęło mimo, że nigdy wcześniej nie byłam na północy. Zaczęłam o tym intensywnie myśleć, rozmawiać z Arkiem, nieśmiało szukałam pracy dla obcokrajowców. Po kilku miesiącach rozmowy się zagęściły, bo mąż dostał propozycje pracy i wiedzieliśmy, że jak tylko warunki będą mu odpowiadały, to jedziemy. Decyzję podjęliśmy bardzo szybko. Miałam takie wewnętrze przeczucie, że będzie dobrze. Strach i niepewność była jedynie przez pierwsze kilka dni, ale myślę, że to normalne przy tak diametralnych zmianach w życiu. 

Czy zawsze chciałaś mieszkać blisko natury?
Bliskość natury bardzo przyciągnęła mnie do Skandynawii. Nawet na samym początku, kiedy mieszkaliśmy bliżej centrum Sztokholmu mieliśmy pod nosem rezerwat przyrody, jezioro, wszędzie dużo zieleni. Teraz mieszkamy w małym domku w lesie i jest to niesamowite doświadczenie. 
Mam wrażenie, że jesteś dziś zupełnie inną osobą niż 4 lata temu. Mam rację?bb
Zdecydowanie zmieniło się wiele. Byłam bardzo niepewna siebie, miałam ograniczone myślenie i nie sądziłam, że w życiu można robić coś więcej poza pracą biurową, w ZUS-ie lub wielkiej korporacji. Bałam się jeździć samochodem, mówić w obcych językach, trzymałam się bezpiecznych opcji i wolałam nie wychylać. Nie mówię, że zupełnie wyzbyłam się emocji, które towarzyszyły mi przez wiele lat, ale na pewno jestem teraz silniejszą i bardziej otwartą osobą. Cieszę się na nowe możliwości i wartościowe spotkania z ludźmi. To w Szwecji zaczęłam przełamywać stereotypy, walczyć ze swoimi słabościami. 

Kiedy zaczęłaś się interesować fotografią i dlaczego założyłaś bloga? 
Fotografia zawsze gdzieś była w mojej głowie, ale tak jak napisałam wcześniej, nawet przez myśl nie przeszło mi, że mogłabym się tym zająć. Lubiłam oglądać zdjęcia, podziwiałam pracę innych fotografów. Jednak bardzo nie lubiłam siebie na zdjęciach, to zaczęło się zmieniać, kiedy założyłam bloga. A powstał on początkowo dla grupki znajomych, którzy chcieli wiedzieć co u mnie słychać. Byłam wówczas w wegańskiej ciąży z Lili i stwierdziłam, że będę prowadzić taki dziennik. Trochę dla siebie na pamiątkę, ale i dla przyszłych mam, które zastanawiają się, czy na pewno wege ciąża to dobry wybór.
Zaryzykuję stwierdzenie, że blog był początkiem większych zmian?
Dzięki blogowi zaczęłam się zmieniać, otwierać, poznawać ludzi. To bliscy znajomi i mąż namawiali mnie, żebym w końcu wzięła los w swoje ręce i spełniła marzenia dotyczące fotografii. Uczyłam się wieczorami i nocami, byłam tak wciągnięta w tutoriale na youtubie, że traciłam poczucie czasu. Nie wychodziło mi, byłam zła na siebie, sfrustrowana, ale czułam, że to coś mojego. Coś o co muszę zawalczyć. Moje zdjęcia były coraz lepsze, ale ciągle nie takie jak chciałam. Robiłam zdjęcia praktycznie codziennie. Założyłam konto na Instagramie, coraz więcej zdjęć pojawiało się na blogu. Pewnego dnia zepsuł mi się aparat. Nie miałam innego, więc nie było mowy o robieniu zdjęć, bo musiałam oddać sprzęt do serwisu. Płakałam jak bóbr, czułam jakby świat mi się zawalił, więc Arek sam zabrał się za naprawę. Udało mu się, a ja już wiedziałam, że nie mogę żyć bez fotografii.

Podjęłaś wyzwanie i wzięłaś się profesjonalną naukę fotografii. Co było najtrudniejsze?
W szkole największym wyzwaniem jak na razie była bariera językowa. Mój angielski nie jest super płynny, szwedzki tym bardziej, więc pierwsze lekcje były ciężkie. Czasami nie rozumiałam 80%, podpytywałam się ludzi, miałam włączony google translate w telefonie. Jednak wielokrotnie na lekcjach tak intensywnie myślałam, że chciało mi się spać ze zmęczenia (często mamy zasłonięte zasłony przy prezentacjach, co nie pomaga). Czułam, że trochę odstaje. Zajęcia w ciemni po szwedzku, zapamiętanie tych wszyskich precyzyjnych czasów, proporcji chemii przy wywoływaniu zdjeć, bywało wyzwaniem. Szczególnie, że wiele cennych informacji podczas pytań innych studentów mi umykało. Poza tym ze mnie to taka Zosia Samosia. Zadawanie pytań w obcym języku było na początku dla mnie bardzo trudne. Nie tylko dlatego, że nie mówię płynnie, ale dlatego również, że moja wrodzona nieśmiałość trochę mnie hamuje. Do dziś jestem pod wrażeniem samej siebie, kiedy na interview przyszłam wystraszona jak przed egzaminem ustnym na maturze. Obiecałam sobie, że będę mówić tylko po szwedzku, bo chcę pokazać, że mi zależy. Jak sobie założyłam, tak zrobiłam, jednak było to dla mnie spore wyzwanie (bardziej dla mojej głowy, która szukała odpowiedniego słownictwa w czeluściach bezsensowych wiadomości z internetu i bezwiednie zapamiętanych słów piosenek). Nie sądziłam, że się dostanę, ale po tym jak dostałam wiadomość, że przeszłam rekrutację, popłakałam się ze szczęścia.
Pasja. Warto ją rozwijać mimo trudności czy lepiej wybierać to, co pewne i stabilne? 
Myślę, że pasja to coś przy czym zapominamy o wszystkim dookoła. Coś co daje nam radość, coś bez czego nie wyobrażamy sobie codzienności. Kiedy robię zdjęcia tracę poczucie czasu. Podstawowe potrzeby np. napij się wody, zjedz coś nagle odchodzą na drugi plan (co nie jest do końca dobre). Z tą stabilnością to jest skomplikowana sprawa. Każdy kto zajmuje się freelancem, wie, że na początku bywa ciężko. Nawet nie na początku. Po prostu są okresy lepsze i gorsze. Mi dużo osób odradzało fotografię. Bo każdy teraz jest fotografem, jest ogromna konkurencja, telefony same robią zdjęcia itp. Liczyłam się z tym, że nie będzie mi łatwo na początku, ale wiedziałam też, że jeżeli tego nie spróbuję będę żałować. Jak się uprę na coś to nie ma zmiłuj. Wszystkie negatywne zdania na temat fotografowania puszczałam mimo uszu i robiłam swoje. Zależy mi na tym, żeby być bardzo dobrą w tym co robię. Wiem, że trzeba na to czasu, wiele nauki i pokory. Tak właśnie działam, cały czas rozwijam swoje umiejętności i zdaje sobie sprawę, że być może na razie będę musiała robić inne rzeczy zawodowo, żeby zapewnić sobie źródło utrzymania. Nie widzę w tym nic złego, bo to jest właśnie ta stabilność. Spokój ducha, żeby swobodnie móc działać kreatywnie z tym co kocham najbardziej. 
 Ciekawi mnie, skąd bierzesz energię i czas na wszystkie życiowe aktywności? Fotografia,
sport, rodzina, szkoła. Z boku wygląda to tak, jakby Twoja doba trwała co na mniej 48h!
Różnie z tym czasem bywa. Zdarzało się wiele zarwanych nocy, weekendowej pracy, nauki. Poświęcania pewnych dóbr, na rzecz pasji. To kwestia organizacji, priorytetów i nie robienia wymówek. Z dziećmi da się robić niemalże wszystko, również aktywność fizyczną można pogodzić. Iść na spacer zamiast jechać autem, zrobić krótki trening interwałowy, zrobić marszobiegi z wózkiem. Wspominam sesje zdjęciowe z nosidłem na plecach i spacerówką obok, zwiedzanie Sztokholmu z gośćmi, kiedy Arek wyjechał. Wspólne gotowanie. Wymaga to więcej cierpliwości, ale da się. Jednak w moim przypadku najważniejszy jest mąż. Bez niego to wszystko nie byłoby możliwe. On twardo stąpa po ziemi i niesamowicie mi pomaga. Często też sprowadza mnie na ziemię, kiedy za daleko odlecę w chmury ze swoimi pomysłami. Jego wsparcie jest dla mnie niesamowicie ważne. Zdarza mi się być przytłoczoną, "zarobioną", ale wiem jaki jest cel tego wszystkiego. Czemu to wszystko służy i do czego dążę. Teraz mam intensywny czas, wiele się zbiegło w jednym momencie, ale kiedy tylko mogę szukam spokoju. Trochę mnie mniej na blogu, częściej robie sobie wolne od bycia online. Staram się to wszystko pogodzić. 

Jakieś rady dla tych którzy mówią "nie da się", "nie dam rady", "to nie ma sensu"? 
Wiele osób mówi, że rezygnuje bo słyszą, że nie warto. Oczywiście, że nie wszyscy pałali radością na wieść o moich wyborach. Ale jestem już trochę zahartowana. Fakt, bliscy znajomi i Arek bardzo mnie wspierali od początku, ale były i osoby, które wbijały szpileczki, podkopywały moje poczucie celu i pewność siebie. Zawsze tak będzie, że coś komuś nie będzie pasowało. Nie ma co się przejmować zdaniem innych, którzy i tak jeszcze mogą je zmienić o 180 stopni. Tak było na przykład z przeciwnikami weganizmu. Jeżeli mocno wierzy się w to co się robi, nic nie jest w stanie nas powstrzymać.

1.1.18

Dzień dobry w Nowym Roku!

Chciałam ominąć zakończenie roku i przemilczeć je na blogu. Dlaczego? Wszędzie mnóstwo pięknych, optymistycznych podsumowań. Gdzie nie spojrzę - każdy się rozwija zawodowo i nie tylko, przechodzi wewnętrzne przemiany, uczy czegoś nowego, zdobywa szczyty swoich możliwości albo wyjeżdża na koniec świata z dnia na dzień. Cóż, za nami rok wielu prób i przeciwności losu. Pierwszy taki od dawna. Problemy z pracą, pieniędzmi, zdrowiem. We mnie poczucie utknięcia w miejscu albo nawet cofania się. Na blogu długie przerwy, bo o czym pisać gdy prawie żaden wyjazd nie dochodził do skutku i musieliśmy rezygnować z marzeń? Miały być wiosenne Węgry, jesienna Estonia, zimowa Lizbona... Za każdym razem coś stawało na drodze.

W drugiej chwili pomyślałam jednak, że ten rok nie był wcale zły!

Zwiedziliśmy latem z M. ładny kawałek Polski, dotarliśmy w końcu na Lawendowe Pole, rozpoczęłam naukę decoupage i spróbowałam swoich sił w sitodruku, w sierpniu mój brat wziął ślub a bliscy nam ludzie są wciąż z nami, wyremontowaliśmy mieszkanie i jest w końcu takie jak marzyłam, a w grudniu adoptowaliśmy rudą kotkę. Poza tym rokiem przemian był dla mnie zdecydowanie 2016, ale tę myśl rozwinę w lutym. 

Zresztą, wiele z tych sukcesów które obserwuję u innych to też tylko jedna strona medalu. Zwykle jest też ta druga - ciemniejsza, o której się nie mówi. Takie czasy, że wszystko przynajmniej powinno wyglądać doskonale. 

Czego bym chciała od Nowego Roku? 

1) Więcej zdrowia dla siebie i wszystkich, których kocham
2) Możliwości uczenia się nowych rzeczy. Muszę sama to sobie zorganizować ;) 
3) Nowej pracy dla Marka która dałaby nam wspólne wolne weekendy na małe podróże 
4) Więcej motywacji do pisania bloga, bo wciąż daje mi on mnóstwo satysfakcji i frajdy 
5) Wdzięczności. Chcę ją praktykować każdego wieczoru notując w notesie za co kocham życie 

Czego życzę Wam?

Miłości, codziennego uśmiechu i wspomnianej wyżej wdzięczności właśnie. Żebyście umieli uwielbiać życie za to, że w ogóle jest zamiast czekać na takie co idealnie spełni wszelkie oczekiwania. Szukanie szczęścia w małych rzeczach to umiejętność trudna, ale niezwykle wartościowa. Ja czasem o tym zapomniam, ale walczę! :) 

19.12.17

Nasze kocie Święta

Jesteśmy wszyscy w środku gorączki przedświątecznych przygotowań. Świat wariuje, ze sklepów wylewają się tłumy, a mi w oczy ciągle rzucają się teksty o tym, jak przeżyć święta. Co chwila ktoś marudzi ile musi jeszcze posprzątać, ugotować, zrobić. Jakby od tego zależały udane lub nieudane Święta. U nas jest inaczej. Wolniej. 

1. Nie umyję w tym roku żadnych okien. I tak za chwilę będą brudne. 
2. Ulepię pierogi z kapustą i grzybami. Bo lubię i sprawia mi to przyjemność.
3. Nie biegam po sklepach, bo skromne i praktyczne prezenty starałam się kompletować cały rok.
4. Odbiorę z naprawy stary gramofon babci. Wiem, że płyty z lat młodości są tym, za czym tęskni.
5. Zrezygnowałam z choinki. Na ulicach jest tyle świątecznych ozdób, że odczuwam lekki przesyt. 
6. Pierwszy raz kupiłam prezent sobie. Taki, o jakim marzyłam od dawna i ciągle żałowałam pieniędzy.
7. Święta będą skromne. Bez 12 potraw, bez większych szaleństw w kuchni. Zdecydowanie kameralne. 
8. Na jeden dzień zaszyjemy się w domu i będziemy robić NIC. Totalnie nic. I to będzie fantastyczne. 
9. Adoptowaliśmy kota. I to było najlepsze z możliwych zakończenie tego średnio udanego roku. 

Wilhelmina jest z nami od 5 dni. Początki nie są łatwe, ale się staramy. Procedura adopcyjna trwała blisko miesiąc, a zaczęło się tak niewinnie... Ola Makulska (ta od Luśki!) napisała, że taki jeden Wafel szuka domu tymczasowego. Wafel to pies, a ja akurat miałam być 2 tygodnie w domu. Po operacji, więc po zastanowieniu uznałam, że mogę nie dać rady. Zaczęliśmy wtedy rozmawiać z Markiem o zwierzaku. On uwielbia wszystkie czworonogi. Z wzajemnością. Przy naszym trybie życia w grę wchodził tylko kot. Zawsze lubiliśmy szare, krótkowłose dachowce. Z taką intencją zajrzałam na strony fundacji i schronisk. I wtedy zobaczyłam JĄ. 

Tak już w życiu mam, że albo zakocham się od razu albo nie zakocham się wcale. Tak było z Portugalią, z Markiem i z Wilhelminą też. W pierwszej chwili pomyślałam, że pewnie już trwają jakieś rozmowy, że pewnie się nie uda. Odłożyłam sprawę na tydzień, ale myślałam o niej codziennie. Po 7 dniach wciąż tam była i czekała. Zadzwoniłam. I tak się zaczęło. To zdjęcie z lewej strony to jej pierwsze minuty w domu. Totalna dezorientacja. Była tak biedna i przestraszona, że się w sobotę popłakałam patrząc na jej minkę. Siedziała skulona pod szafką w przedpokoju, na Marka zimowych butach i sobie cichutko kwiliła. W niedzielę dała się pogłaskać. W poniedziałek przyszła do nas do pokoju (na krzesło pod obrusem, ale zawsze). Dziś dała się wyszczotkować i rozgościła się na kanapie. Kończymy rok wchodząc w coś zupełnie nowego. Daje mi to dziwny spokój w sercu. 

Nie zmęczcie się w te Święta. Cieszcie się chwilą. Odpocznijcie. Najlepszego!

7.12.17

Czy jechać nad morze gdy pada deszcz?

Jak dotąd nie miałam okazji napisać ani słowa na temat naszego wrześniowego urlopu nad morzem. Co prawda wrzesień to już nie do końca lato, ale z tego co wiem z opowieści znajomych, to całe minione wakacje nad Bałtykiem nie zachwycały piękną pogodą. Większość czasu wiało, padało i było chłodno. Tylko nielicznym szczęśliwcom udało się skorzystać z uroków plaży i morza. Tak już jest i nic na klimat nie możemy poradzić.
Decydując się na urlop nad polskim morzem trzeba być przygotowanym na wszystko. Gwarancji upału i słońca nie ma nigdy, pogoda barowa zdarza się często, a ceny w popularniejszych miejscowościach powoli doganiają te z europejskich kurortów. Muszę jednak przyznać, że kocham Bałtyk miłością absolutną i to się nie zmieni nigdy. 
Nawet gdy sztorm porywa połowę plaży, wielkie krople deszczu uderzają o parapet przez całą noc, a za dnia nie dają od siebie nawet na chwilę odpocząć. Nic nie może się równać z zapachem morza, krzykiem mew, smakiem smażonej ryby i gofrów z bitą śmietaną, parawanami rozstawionymi jeden przy drugim w ładniejsze dni. 
Od wielu lat jeżdżę w jedno i to samo miejsce - do Mikoszewa. Małej nadmorskiej wsi położonej gdzieś w połowie drogi między Gdańskiem a Krynicą Morską. Cichej i spokojnej, jeszcze nie zepsutej masową turystyką. Do długiej i szerokiej plaży prowadzi las. Las tak wyjątkowy i piękny, że poznam go zawsze i wszędzie. Kiedy zobaczyłam reklamę Allegro "Lemoniada" serce zabiło mi szybciej - od razu wiedziałam, że kręcili ją właśnie tam!
To moje miejsce na ziemi. Takie do którego się wraca z utęsknieniem. Tak było też tym razem. Cieszyłam się bardzo na myśl o urlopie, szczególnie, że był to pierwszy dłuższy mój i Marka. Razem. Byłam ciekawa czy na pewno lubimy tak samo spędzać czas i czy będziemy się dogadywać tak dobrze jak w codziennym życiu. Na szczęście zdaliśmy ten egzamin śpiewająco, pomimo niesprzyjającej aury. Hmm, nawet bardzo niesprzyjającej. 
Deszcz padał non stop przez 8 dni. Nie odpuścił nam ani razu na dłużej niż 3h z rzędu. Zdarzały się przerwy kilkunastominutowe, ale to zazwyczaj kiedy byliśmy w samochodzie i było nam w sumie wszystko jedno. 
Nie ma jednak tego złego, co by na dobre nie wyszło. Jeśli dopisałaby nam ładna pogoda to pewnie nie ruszylibyśmy się z plaży, a tak? Zwiedziliśmy naprawdę spory kawałek Żuław Wiślanych i Mierzei Wiślanej.
Nie sądziłam nawet, że to tak ciekawe i pełne niespodzianek okolice! Zrobiliśmy łącznie około 700km. Nie traciliśmy dobrych humorów i chodziliśmy również na plażę. Jak to mówią w Szwecji "Nie ma złej pogody, są tylko źle ubrani ludzie". Czy jakoś tak :) Mierzeja Wiślana i Żuławy skradły nasze serca. Brakuje tam tzw. "oczywistych atrakcji". Ba, brakuje nawet publikacji i przewodników, co dla mnie akurat było fajnym wyzwaniem - musiałam się dobrze przygotować. Było warto! Podziwialiśmy podcieniowe domy, skromne i urokliwe kościoły, zagubione w czasie cmentarze Mennonitów, muzea, kolorowe łódki na pustych plażach oraz mniej popularne miasta i miasteczka.
To tak w ramach wstępu. Nad morzem może być fajnie nawet gdy pada. Bo morze samo w sobie jest relaksujące, pełne tajemnic i ukrytego piękna. Wystarczy odrobina pozytywnego myślenia, własna kuchnia (żeby nie zbankrutować w kiepskich barach!), kalosze, polar i dobry plan. Jaki był nasz? Opowiem wkrótce!

29.11.17

Przepis na maltańskie ricotta qassatat

Qassatat to obok pastizzi jedna z najpopularniejszych maltańskich przekąsek. Jedno i drugie to rodzaj pieczonych pierogów wypełnionych farszami. Różnią się ciastem - quassatat robione są z kruchego, a pastizzi zbliżonego fakturą do ciasta filo. Najczęściej można je spotkać wypełnione słoną ricottą lub szpinakiem z dodatkiem ricotty. Pastizzi są tańsze (kosztują około 0,35-0,50 EUR za sztukę), quassatat nieco droższe (ok. 1 EUR), ale też znacznie bardziej sycące i mimo że ciężkie, to mniej tłuste. Kaloryczne jednak jak diabli! Kupuje się je w małych okienkach gastronomicznych lub budkach oraz w barach, kawiarniach. 
Często opowiadam Markowi o czasie spędzonym na Malcie, więc postanowiłam iść krok dalej i przygotować mu to szybkie danie. Skorzystałam z tego przepisu. Bardzo ważna jest  tu ricotta, która musi być smaczna. My na szybko kupiliśmy w Lidlu i to był błąd - z ricottą ma tyle wspólnego, co nic. Polecam jednak dopłacić i kupić jakąś włoską (w Warszawie np. w Piccola Italia). Na pewno muszę jeszcze poćwiczyć ich składanie - najładniej wyszły te, które kleił Marek. Na zdjęciu powyżej możecie zobaczyć jak powinny wyglądać te idealne. 

  Qassatat tal-irkotta (4-5 średnich sztuk)

200 g mąki pszennej 
100 g zimnego masła
1/2 łyżeczki proszku do pieczenia
szczypta soli i trochę wody 

na farsz: 
200 g dobrej jakości sera ricotta
1 jak najmniejsze jajko 
        sól morska (całość powinna być słona)

Dodatkowo: 1 jajko do smarowania ciasta

Wszystkie składniki farszu połączyć, wymieszać i odstawić. Mąkę przesiać do miski, wymieszać z proszkiem do pieczenia, dodać pokrojone zimne masło, sól i trochę wody (około 1-2 łyżki). Wyrobić gładkie ciasto i uformować z niego grubszy rulon. Pokroić na plastry (1.5cm grubości). Każdy plaster rozwałkować na równy placek (ok. 2mm). Nakładać farsz i zawijać boki do góry tak, aby utworzyć coś na kształt małego wulkanu :) Wyłożyć na papier do pieczenia, posmarować roztrzepanym jajkiem i piec 20 minut w piekarniku nagrzanym do 200*C. 

Smacznego!

24.11.17

Jesień w Białymstoku

W połowie października gościliśmy na weselu pod Łomżą. Zabawa była przednia. Ponieważ sił w niedzielę mieliśmy jeszcze sporo, postanowiliśmy zboczyć z drogi powrotnej i odwiedzić dawno niewidziany Białystok. 
Pierwszy i jak dotąd ostatni raz byłam w Białymstoku kilka lat temu, w wakacje. Taki weekendowy wypad, który nieco pokrzyżowała pogoda - lało jak z cebra całe dwa dni, bez chwili wytchnienia. Nie przywiozłam wówczas żadnych zdjęć, ale bawiłam się świetnie - dobre towarzystwo i ładne miejsce do szczęścia w pełni wystarczy. 
Tym razem wpadliśmy do miasta tylko na dłuższy spacer i obiad w barze mlecznym Podlasie (ich zupy i syrniki podlaskie są doskonałe!). Oczywiście tradycyjnie przywitał nas deszcz, ale później było już coraz pogodniej.
Dużym zaskoczeniem była dla nas Jesień! O wiele bardziej zaawansowana niż w tym samym czasie w Warszawie. Kolorowe drzewa obok tych wciąż soczyście zielonych, a do tego dywany żółtych liści pod stopami.
Efekt zdumiewający i zachwycający. Zaparkowaliśmy samochód przy Bramie Wielkiej prowadzącej do Pałacu Branickich. Spacer zaczęliśmy od dziedzińców pałacowych, następnie do głównej części ogrodów. 
Cóż to jest za miejsce! Jeden z najładniejszych ogrodów barokowych w naszym kraju, pełen rzeźb i atrakcji takich jak Altana pod Orłem. Można się poczuć jak we Francji wśród wypielęgnowanych klombów i alejek. 
To świetne miejsca na spacer, jak też na odpoczynek, obserwowanie kaczek na wodzie lub sesję zdjęciową. 
Cieszę się, że miałam ze sobą swój kieszonkowy aparat - żałowałabym bardzo, gdym nie mogła zrobić zdjęć. 
Następnie udaliśmy się na Rynek Kościuszki, pewnie najbardziej znane miejsce w Białymstoku. Jego centrum z ratuszem, urokliwą fontanną, mnóstwem restauracji, lodziarni, kawiarni i barów. Jak już wspomniałam, my akurat jedliśmy w pobliskim barze mlecznym. Byłam w nim kilkukrotnie w czasie pierwszej wizyty, a że ostatnio głównie rozczarowuję się kulinarnie, wybrałam go znowu. Karmią świetnie, niedrogo i w przyjemnym wnętrzu. 
Marek miał jeszcze ochotę na lody, więc zajrzeliśmy do lodziarni reklamującej się jako najlepsze "naturalne" (mam już dość tego słowa przy KAŻDYCH lodach) w mieście, ale niestety były słodkie, twarde i niesmaczne. 
Ostatnim przystankiem tego dnia był Park Planty. Byłam nim zauroczona kilka lat temu i cieszę się, że wciąż zachwyca. Teren jest duży, bo ok. 14ha i różnorodny. Są tam wysokie drzewa, jest różany zakątek, staw, Aleja Zakochanych z ogromną, podświetlaną wieczorami fontanną. Całość stylowa i mocno trafiająca w mój gust. 
Białystok jest dobrą propozycją na jednodniową lub weekendową wizytę. Można jeszcze ruszyć na spacer szlakiem murali, odwiedzić Muzeum Podlaskie, zwiedzić wnętrza Pałacu Branickich, cerkwie, Muzeum Historii Medycyny i Farmacji. Możliwości jest dużo. Byliście w Białymstoku? Lubicie to miasto?

18.11.17

Madera - 7 miejsc które wspominam do dziś

Od mojego urlopu na Maderze minęło już 7 lat. To były czasy, kiedy jeszcze nie robiłam zbyt wielu zdjęć, nie notowałam wspomnień ani nazw. W kieszeni mały, prosty aparat który ciągle się zacinał i nie zawsze chciał współpracować. Szkoda, bo to wyjątkowo piękna wyspa i chętnie wracałabym do uwiecznionych kadrów i chwil.
Pewnie niewielu z Was wie, że miałam kiedyś okazję opowiadać o Maderze na łamach magazynu Claudia. To była dość osobliwa przygoda, ale efekt pracy pani Elżbiety Wichrowskiej z działu Podróże i mojej znajdziecie tutaj - Wieczna Wiosna na Maderze. Muszę przyznać, że to naprawdę przyjemna pamiątka na całe życie. 
Do dziś w moich codziennych myślach jest kilka niezwykłych zakątków tej wyspy. Takich, do których chętnie bym się przeniosła w ponure dni. Zamykam oczy i hop! Jestem tam. Przedstawię Wam je dziś jeden po drugim.

1. Przylądek Ponta de São Lourenço
Klify, wiatraki, przepaści, puste przestrzenie i przenikliwy wiatr

2. Câmara de Lobos 
    Kolorowe miasteczko w którym swego czasu zakochał się sam Sir Winston Churchill

3. Curral das Ferias 
     Dolina Zakonnic. Miejsce, które wygląda jakby się odkrywało zaginiony świat

4. Ponta do Garajau 
 Piewsze i ostatnie w którym dałam sobie zrobić ładne zdjęcia ;) Ps. Eh, gdzie ta młodość?

5. Obiad na wschodzie wyspy
Serwowany na tarasie z widokiem na klif z wodospadem Veu de Noiva (welon Panny Młodej)

6. Porto Moniz 
Mglista, wietrzna i tajemnicza, najdalej wysunięta na wschód miejscowość wyspy


7. Jardim Tropical Monte Palace 
Zielony, soczysty, świeży. Według mnie najpiękniejszy ogród na tej pełnej roślin wyspie
Byliście na Maderze? Jakie miejsca zapadły Wam najmocniej w pamięć?

1.11.17

Czy da się żyć bez podróży?

Kiedyś twierdziłam, że się nie da. I że podróże są niezbędne do życia, jak powietrze. Odkąd 10 lat temu zaczęłam zarabiać pieniądze, byłam w drodze bardzo często. Wracałam z jednego wyjazdu, kupowałam kolejne bilety samolotowe lub autokarowe. I tak w kółko. Do czasu, bo od ponad roku nie byłam dłużej w żadnym nowym miejscu w Polsce ani za granicą. Ok, byliśmy we wrześniu tydzień nad morzem. Deszcz lał 24h na dobę, niewiele udało nam się zobaczyć, ciężko było korzystać z uroków Bałtyku, a poza tym znam to miejsce od lat. W wakacje staraliśmy się organizować jednodniowe wypady w okolice Warszawy lub nieco dalej, ale to niestety nie to samo. 
Muszę niechętnie przyznać, że bez podróży da się żyć. Mam się całkiem nieźle, czas mija tak szybko, że strach się bać. Mija tydzień za tygodniem, weekend za weekendem. Tryb Dom-Praca-Dom rozgościł się w naszym życiu na dobre. Do tego od jakiegoś czasu pracujemy na zakładkę - ja wychodzę, gdy Marek jest w domu i wracam, gdy on dopiero zaczyna u siebie przerwę. Czasem się uda wyrwać wolną chwilę na spotkanie ze znajomymi (niestety nie tak często jakbym sobie tego życzyła) albo na kino czy kolację na mieście. Weekendy też nie zawsze są do naszej dyspozycji, co dodatkowo utrudnia planowanie wyjazdów czy rezerwowanie biletów.
Powiem szczerze, że przez miniony rok bardzo doceniłam to, co podróże mi dały w ciągu ostatnich lat. Podjęłam najlepszą możliwą decyzję stawiając wszystko na jedną kartę, poświęcając większość wolnego czasu i pieniędzy na wyjazdy wtedy, gdy było to jeszcze możliwe. Wtedy, gdy nie było zbyt wielu problemów i codziennych komplikacji. Do tego bycie singielką z pewnością dawało mi pewną niezależność, mogłam robić co chciałam i nie musiałam się do nikogo dostosowywać. Znajomi nie mieli chęci lub urlopu? Jechałam sama do Portugalii, Szkocji albo na Maltę. Towarzystwo nigdy nie było mi niezbędne. Czasami zabierałam ze sobą Mamę, ale od kiedy sprawiła sobie kota (a właściwie to ja jej go sprawiłam) to już podróże jej nie w głowie. Ponieważ teraz u mnie z czasem wolnym nieco łatwiej niż u Marka, to teoretycznie mogłabym pojechać sama. Mogłabym, ale nie chcę.
Skoro pojęłam decyzję, że będziemy razem to podróżować też bym chciała razem. Nie należę do tych dziewcząt co wieszają się na swoim facecie i oddychać bez niego nie umieją, wręcz przeciwnie - bardzo potrzebuję własnej przestrzeni. Nie dotyczy to jednak podróży. Lubię je za bardzo, aby nie dzielić ich z tym, którego sobie wybrałam. Rok temu byłam kilka dni we Włoszech i było mi przykro, że nie możemy razem podziwiać wspaniałych miejsc i budować wspólnych wspomnień. Mam koleżanki w związkach, które podróżują samotnie (nawet przez kilka miesięcy), szanuję ich decyzje i podziwiam wytrwałość, ale to nie dla mnie. Ja chcę razem!
Tęsknię za emocjami, które dają podróże - ekscytacją związaną z ich planowaniem i przygotowywaniem programu zwiedzania, radością i podnieceniem w czasie jazdy na lotnisko, przyjemnymi motylami w brzuchu w czasie startu i lądowania samolotu, prawdziwym szczęściem jakie daje odkrywanie nowych miejsc, poznawanie lokalnej kuchni czy spotkania z ciekawymi ludźmi. Jest wiele miejsc, które chciałabym odwiedzić. Mam nadzieję, że nasza sytuacja jest przejściowa i jeszcze uda nam się zwiedzić razem trochę Europy.
Czy da się żyć bez podróży? Da się, ale to życie jest dla mnie takie trochę niepełne. Uczę się nowych rzeczy, staram się rozwijać, znajdować zajęcia zastępcze. Ale moja dusza jest niespokojna, nie umie usiedzieć w miejscu. Te miesiące były też dla mnie inną nauką. Nabrałam pokory - kiedyś mówiłam, że jak się chce, to zawsze się da. Zrozumiałam, że nie zawsze tak jest... gdy trzeba spiąć kilkanaście elemenów czasowo-finansowych i jeszcze znaleźć przestrzeń na realizację marzeń to pewne rzeczy wychodzą gorzej niż kiedyś.
Jakiś czas temu rozmawiałam z moim znajomym - młodym Francuzem, z którym mieszkałam przez kilka tygodni. Poleciał na Maltę, żeby nauczyć się angielskiego i znaleźć dobrą pracę. Od powrotu jesteśmy w okazjonalnym kontakcie. Dużo narzekał, że pracy idealnej nie ma, że nie czuje się spełniony i jest trochę rozczarowany. Napisałam mu - podróżuj, poznawaj świat. Na pracę, frustrację i poważne życie  przyjdzie jeszcze czas ;) Miesiąc temu wysłał mi zdjęcie z Australii. Wyjechał tam na rok - pracuje na farmie, a w międzyczasie zwiedza i świetnie się bawi. Ucieszyłam się. To bardzo ważne, żeby wykorzystywać okazje i dobre momenty w życiu. Nie odkładać planów na później, płynąć z falą, gdy opatrzność sprzyja. Stracone szanse bolą chyba najbardziej.
Przykro mi, że chwilowo nie możemy podróżować, jednak jestem wdzięczna sama sobie za decyzje z lat minionych i za to, że konsekwentnie realizowałam swoje zamierzenia. Wierzę, że to jeszcze nie koniec i wiele wciąż przede mną. A przede wszystkim przed nami. Czasami zastanawiam się co zrobić z blogiem. Czy ma on jeszcze jakikolwiek sens? Niech jeszcze zostanie, bo chociaż powoli się zmienia to wciąż jest memu sercu bliski. Może nie będzie już tak w pełni podróżniczy, ale wciąż jest o czym pisać. Ps. Zdjęcia do tego wpisu pochodzą z Estonii, którą mieliśmy odwiedzić tym razem wspólnie we wrześniu, ale niestety się nie udało.
TOP