Najnowsze wpisy

16.9.18

Czy na tym zamku straszy?

W tym roku udało mi się spełnić 2 moje marzenia dotyczące nocowania w niestandardowych miejscach. Najpierw w lutym spaliśmy w Botelu na rzece w Bratysławie (jeszcze o tym nie pisałam), a gdy zrobiło się ciepło spędziliśmy noc na zamku. Wybrałam ten we wsi Moszna, w województwie opolskim. W ramach tego 3-dniowego wyjazdu spędziliśmy piątek we Wrocławiu, sobotnie przedpołudnie w Opolu, a resztę weekendu w Mosznej.
Plan był jeden - wypocząć! Maj-czerwiec to dość ciężkie miesiące w mojej pracy, a od lipca zaczyna się prawdziwy Armageddon. To była ostatnia chwila żeby złapać oddech, skorzystać z wolnych dni i nie myśleć o niczym. Moszna okazała się idealnym miejscem na całkowity reset głowy - było  naprawdę cudownie!
Po śniadaniu wyjechaliśmy z Wrocławia (nocowaliśmy u mojej rodziny), pojechaliśmy w kierunku Opola. Pogoda była kiepska, dość chłodno i ponuro. Po krótkim spacerze i zjedzeniu najbardziej przereklamowanych naleśników świata (do dziś jestem tak rozczarowana, że przemilczę ten temat) ruszyliśmy w kierunku Mosznej. Ponieważ to tylko 40 kilometrów, już około 13 byliśmy na miejscu. Pierwsze wrażenie? Pięknie! Podjechaliśmy pod bramę wjazdową, ale w budce strażnika nie było nikogo. Warto wiedzieć - goście hotelowi powinni wcisnąć guzik domofonu i zostaną wpuszczeni do środka. Pod zamkiem przewidziano dla nich osobny parking. 
Przy weekendzie to miejsce przeżywa oblężenie gości jednodniowych. Zewnętrzny parking był zapełniony, mnóstwo osób spacerowało po ogrodzie albo piło kawę. Zarówno w sobotę jak i niedzielę widzieliśmy po kilka sesji ślubnych. Na szczęście pogoda z czasem się poprawiła, więc warunki mieli dobre. Doba hotelowa zaczyna się od 14:00, ale nasz pokój był już gotowy. Po skrzypiących, drewnianych schodach weszliśmy na 2-gie piętro. Po kilku zakrętach trafiliśmy do miejsca, w którym mieliśmy spędzić noc. Otworzyłam wysokie, ciężkie drzwi i ....
... zaniemówiłam. "Pokój" był wielkości całego naszego mieszkania! Zachwyciły mnie ogromne okna z cudownym widokiem na wejście do zamku od strony parku (poniżej) i na fontannę w całej okazałości. Byłam zaskoczona, ponieważ wybraliśmy najtańszy typ pokoju - MiniStandard dla 2-osób z łazienką na korytarzu. Ona też okazała się dużą niespodzianką - znajdowała się vis a vis wejścia do naszego pokoju, składała z 2 kabin prysznicowych oraz 2 toalet i była wyłącznie do naszej dyspozycji. Spodziewaliśmy się współdzielonej, a tu w sumie prywatna!
Zostawiliśmy bagaże i od razu poszliśmy na spacer. Trochę pokręciliśmy się po zamkowych korytarzach, a później zeszliśmy na dół. Wyjście od strony fontanny jest piękne, dziedziniec robi wielkie wrażenie. Sam ogród jest nie do końca w moim guście (lubię jak jest więcej kwiatów, rabatek itd), ale uroku nie można mu odmówić. Teren jest duży, dobry do spacerów. Są też ławki, więc można usiąść w ciszy i posłuchać śpiewu ptaków. 
Chcieliśmy jak najwięcej pobyć sami, więc zrezygnowaliśmy ze zwiedzania zamku z przewodnikiem. Dużo osób ta informacja dziwi - ale jak to, przecież to taka okazja, szansa. Nie chcieliście zobaczyć, poznać jego historii? W domyśle - jesteście leniwi i mało ambitni. Powiem tak - wkurza mnie bardzo narzucanie mi jak mam spędzać czas. Czasami mam ochotę zwiedzać zabytki, innym razem chłonąć atmosferę ulic, a zdarza się, że potrzebuję po prostu wypocząć. Tak było tym razem. W mojej definicji wypoczynku nie ma 1-2 godzinnego chodzenia w 20-osobowej grupie gęsiego po zamku. Na szczęście każdy ma prawo wyboru i może swoją wizytę w Mosznej zaplanować inaczej niż my. My spędzaliśmy czas w ogrodzie, w kawiarni, włócząc się po piętrach.
W końcu miałam czas, żeby otworzyć okna, wpuścić świeże powietrze do środka, rzucić się na wielkie łóżko i w spokoju poczytać książkę i gazetę. Tyle szczęścia! W sezonie takie chwile to rzadkość. Wieczorem założyłam niebieską sukienkę, a Marek ulubioną koszulę (kolejne małe święto!) i poszliśmy do hotelowej restauracji na kolację. Niby nic, ale w zabieganej codzienności można zapomnieć jak ważne są takie chwile sam na sam. Restauracja jest piękna - jasna, prosta. Menu ciekawe, niestety głównie rybno-mięsne, ceny przystępne. Jedzenie było świeże, smacznie i ładnie podane, chociaż miłym akcentem byłyby również dania wegetariańskie.
Po kolacji wyruszyliśmy na nocny spacer po ogrodzie. Zamek późnym wieczorem nabrał bardzo tajemniczego charakteru, ludzi było niewiele, zza ciemnych chmur nieśmiało wyglądał księżyc. Piękna sceneria do filmu o duchach, ale niestety nie udało nam się ich usłyszeć. Może straszyły w innym skrzydle? Rano poszliśmy na śniadanie, które jest wliczone w cenę noclegu. Byliśmy nim bardzo pozytywnie zaskoczeni - wybór produktów był ogromny, kawa pyszna, kameralna atmosfera. Najedzeni i zadowoleni wyruszyliśmy w podróż powrotną do domu, planując na trasie wizytę w pewnym lubianym przez nas miejscu. O tym jednak innym razem. 

To był naprawdę idealny weekend i do dziś jesteśmy obydwoje zaskoczeni ceną. Nocleg na zamku ze śniadaniem kosztował 150 zł za 2 osoby. Za kolację w Restauracji Zamkowej (2 zupy, 2 dania główne, 2 napoje) zapłaciliśmy około 100zł. Mając na uwadze samo miejsce i jego klimat - jest to naprawdę doskonała oferta! Rezerwacji dokonuje się w obiekcie mailowo (szczegóły na ich stronie). Uwaga! Na termin letni wpłacałam 30% już zaliczki w grudniu. Te tańsze pokoje na weekendy znikają szybko i nie ma się chyba co dziwić. 

Inne opłaty w Zamku Moszna
Wstęp na teren obiektu (w tym do samego parku!) kosztuje 7zł za dorosłego i 5zł za dziecko 
Zwiedzanie zamku z przewodnikiem kosztuje 12zł za dorosłego i 8zł za dziecko 
Wstęp na zamkowe wieże to opłata 10zł za dorosłego i 7zł za dziecko 
Ekstremalne zwiedzanie zamku (wieczorem) kosztuje 35zł za dorosłego i 30zł za dziecko 
Sesja zdjęciowa na terenie obiektu - 100zł (w tym jest wejście dla pary młodej i fotografa)

11.9.18

Staten Island z widokiem na Nowy Jork

Marzyłam żeby zobaczyć różne oblicza Nowego Jorku. Byłam ciekawa jak wygląda z perspektywy mostów, wysokich pięter drapaczy chmur czy z pokładu promu płynącego na jedną z wysp. Najprościej byłoby się wybrać na Liberty Island, ale ciągnąca się na kilkanaście metrów kolejka chętnych była mocno zniechęcająca. Nie da się ukryć, że Statua Wolności przyciąga turystów z całego świata jak magnes.

17.8.18

Najpiękniejsze plaże Algarve

Południowe wybrzeże Portugalii jest wyjątkowe dlatego, że naprawdę KAŻDY znajdzie tam coś dla siebie. Nie wierzę, że można odwiedzić Algarve i stwierdzić "To nie dla mnie". Ok, można, ale tylko jeśli się nie przygotowało dobrze do wyjazdu, nie wiedziało co dokładnie chce się robić. Region zachwyca na tysiące sposobów, a jednym z olśnień i zachwytów są na pewno plaże. Żeby była jasność - nie uważam, że Algarve to tylko plaże. Wręcz przeciwnie, uważam, że Algarve to znacznie więcej, ale ... te plaże są tak piękne, że trzeba im poświęcić osobny wpis. Są też bardzo różne - te na zachodniej części wybrzeża zachwycają dzikim obliczem, te w okolicach Lagos zapierają dech skalnymi formacjami, a te na wschód od Faro cieszą stopy miękkim piaskiem i ciepłą wodą. Zapraszam Was na subiektywny przegląd plaż najpiękniejszych


Plaże na Costa Vicentina
Najbardziej dzika część zachodniego Algarve, przechodząca dalej w wybrzeże Alentejo. Puste przestrzenie, teren parku krajobrazowego, bliski kontakt z naturą, brak wysokich hoteli, niesamowite widoki i doskonałe warunki do uprawia surfingu to tylko niektóre zalety Costa Vicentina. Plaże są duże, wietrzne i piękne. Należą do nich m.in. Praia da Cordoama, Praia do Amado, Praia da Bordeira, Praia da Arrifana, Praia da Amoreira. 

Praia do Camilo 
Jedna z najbardziej pocztówkowych plaż w okolicach Lagos. Położona kilkanaście minut spacerem od słynnego Ponta da Piedade, o każdej porze roku przyciąga plażowiczów i osoby pragnące ją sfotografować. 

 Praia Dona Ana
Jedna z popularniejszych plaż w Lagos ze względu na dobrą lokalizację - blisko hoteli i licznych miejsc noclegowych. Jest plażą dość dużą, otoczoną wysokimi klifami. Odpływają stąd łódki pod Ponta da Piedade - polecam, gdyż od strony wody przylądek zachwyca nie mniej niż podziwiany z góry. 

Praia do Pinhão
Również w Lagos. Mniejsza, bardziej kameralna, ale według mnie równie ładna co Dona Ana. Poza sezonem zdecydowanie mniej zatłoczona. Mnóstwo na niej ogromnych muszelek, mogłam je zbierać bez końca!

 Praia da Batata
W mojej subiektywnej opinii najmniej urodziwa z plaż w Lagos, ale za to położona zaledwie kilkanaście minut spacerem promenadą od centralnej części miasteczka. Jest piach, są klify. W sumie czego chcieć więcej? 

Praia da Rocha 
Turystyczna miejscowość o tej samej nazwie jest szpetna i bardzo komercyjna. Ale plaża jest piękna - długa, piaszczysta, idealna do spacerów. Idealna do podziwiania i do siedzenia na ręczniku, gapienia się w fale. Im bliżej Mariny w Portimão, tym zejście do wody jest łagodniejsze, a ocean cieplejszy.

Praia dos Três Castelos
Plaża, do której mam największy sentyment!  Długa, pełna skalnych formacji, o zbitym przy brzegu piasku idealnym do spacerów. Piękna o poranku i w czasie zachodów słońca. Po sąsiedzku z Praia da Rocha.

 Praia do Vau
Mniejsza i bardziej spokojna sąsiadka dwóch poprzednich plaż. Częściej odwiedzana przez mieszkańców wyprowadzających psy lub kopiących piłkę z dziećmi. Idealna na wieczorny relaks. 

 Praia de São Rafael
Położona około 5 km na zachód od Albufeiry jest kolejną piękną, otoczoną klifami plażą na której nie brakuje ciekawych skalnych formacji i innych cudów natury. 

 Praia do Tunel
O ile sama Albufeira jest dla mnie jedną z najstraszniejszych miejscowości na wybrzeżu Algarve, o tyle podoba mi się jej plaża - Praia do Tunel. W sezonie jest zatłoczona, ale w wiosennych czy jesiennych miesiącach można spokojnie znaleźć miejsce. Na zdjęciu tego nie widać, ale urzeka mnie sposób w jaki białe miasteczko kontrastuje z kolorem klifów i morza. Wygląda to naprawdę malowniczo.

 Praia da Falesia
Położona jest około 10 km na zachód od Albufeiry, 6 km na wschód od Vilamoura, blisko miejscowości Olhos de Aqua. Zachwyca niezwykłym, czerwonym odcieniem otaczających ją klifów. Ciężko tam dojechać autobusem (jeżdżą sporadycznie, szczególnie poza sezonem), ale można pokusić się na przyjście piechotą. Warto!

Plaże wschodniego wybrzeża
Na wschód od Faro krajobraz gwałtownie się zmienia. Głośne kurorty zostają zastąpione nieco rybackimi miasteczkami, wysokie hotele bardziej kameralną zabudową, a klifowe i imponujące swoim majestatem plaże zmieniają się w długie, jasne i piaszczyste. Do wielu z nich nie da się dość tak po prostu - ze względu na rozlewisko rzeki Ria Formosa często trzeba dopłynąć do nich łódką lub małym promem. Są plaże na wyspach (rejsy z Olhao np. na wyspy Farol lub Culatra), ale są też takie od których dzieli nas długi spacer wśród terenów chronionych - jak widoczna na zdjęciu do Praia Barril.

Ciekawa jestem Waszych ulubionych plaż na Algarve. Podzielicie się nimi? 
 
2 zdjęcia z tego wpisu opublikowane są za zgodą i wiedzą autorki - Ewy z bloga Life Good Morning

8.8.18

Najmniejsze wakacje świata

Mieszkam w Warszawie od urodzenia, ale jej okolice zaczęłam zwiedzać dopiero niedawno. Zwykle wyjeżdżałam gdzieś dalej, najchętniej za granicę. Od jakiegoś czasu podróżuję mniej i bliżej. Uczę się czerpać radość z jednodniowych ucieczek za miasto, dzięki którym odkrywamy z Markiem coraz to nowe zakątki. 
W tamtym roku po raz pierwszy odwiedziłam Serock - miasto położone nad Jeziorem Zegrzyńskim (które właściwie jest zbiornikiem retencyjnym na rzece Narew). Od tego czasu bywamy tam regularnie, o każdej porze roku. To takie miejsce, które się lubi lub nie. W sezonie jest tłoczno i głośno. W soboty na rynku odbywa się lokalny targ, przy plaży i molo są budki z lodami i bary. Poza sezonem Serock jest senny i spokojny.
W wakacyjne weekendy i dni wolne od pracy przybijają do brzegu tramwaje wodne z Warszawy i wysypują się z nich grupki jednodniowych odwiedzających (już za dwa tygodnie będziemy jednymi z nich!).
My zawsze przyjeżdżamy wcześnie rano, gdy nie ma jeszcze wielu ludzi. Wyjeżdżamy z domu koło 8, więc przed 9 jesteśmy na miejscu. Krótki przystanek przy plaży i długi spacer promenadą między imponującymi domami, a błyszczącą taflą wody. Unoszą się na niej kolorowe łódki, a na podwórkach toczy się zwykłe życie.
Kto mnie trochę zna, ten wie, że najlepiej wypoczywam nad morzem, nad jeziorem, w porcie, nad strumieniem i nad rzeką. Kocham wodę w każdej postaci, daje mi poczucie wolności, spokoju, kontaktu z naturą. Marek zdecydowanie woli las i suchy ląd, ale to głównie dlatego, że wcześniej nie miał za wiele okazji do spędzania w ten sposób czasu. Na szczęście szybko złapał bakcyla i podziela moje uczucia wobec tej formy odpoczynku.
W ostatni weekend mieliśmy okazję wybrać się na krótki rejs wodnym tramwajem startujący przy molo w Serocku. W soboty i niedziele wypływa on o 11:00, 12:00 i 13:00. Przyjechaliśmy na pierwszy, żeby uniknąć tłumów. Było nas łącznie 6 osób na pokładzie, a dla porównania kolejny tramwaj był już pełen (m.in. wesołych panów o czerwonych od porannego piwa twarzach i ich rodzin).
Statek "Albatros" zabiera na pokład maksymalnie 35 osób i jest atrakcją częściowo dofinansowaną przez gminę. Rejs trwa 45 minut, a bilet kosztuje 15zł (dla dzieci do 18 r.ż. jedyne 10zł). Kupuje się go u kapitana.
Dla mnie wypady nad Zegrze są namiastką wakacji, których w sezonie nie mam. Kiedy dłuższy urlop nie wchodzi w grę i każda wolna godzina jest na wagę złota, jedziemy tam. To niespełna 40 km od domu, więc można wyskoczyć zarówno w niedzielny poranek, jak też we wtorkowe popołudnie, w zależności od potrzeb.
Uwielbiam obserwować życie na wodzie, gdy dziesiątki jednostek wypływają na jezioro. Trochę jestem zazdrosna (OK, bardzo!). Kiedyś miałam okazję spędzić w ten sposób kilka godzin z Olą i Jackiem z bloga Daleka Droga. Oni też kochają wodę (oraz greckie wyspy), więc od pierwszego spotkania mieliśmy o czym rozmawiać.
Zalew Zegrzyński jest świetną alternatywą dla weekendu w miejscu znacznie oddalonym od Warszawy. Są miejskie plaże, porty, można wypożyczyć kajaki i rowery wodne. Wiele obiektów hotelarskich jest otwrtych również na gości z zewnątrz  - oferują restauracje, bary pod gołym niebem, dostęp do plaży, możliwość gry w siatkówkę czy leżenia na leżaku z książką. Bardzo małe wakacje, ale pozwalające zregenerować siły.
W dni powszednie, po pracy często odwiedzamy Nieporęt, a mając do dyspozycji cały dzień zawsze zajeżdżamy też do Pułtuska na pyszny obiad. To już jednak temat na inny wpis, przy innej okazji.
Ps. Nie było mnie na blogu dłużej niż planowałam, ale sezon okazał się wyjątkowo ciężki. Po pełnym kataklizmów minionym weekendzie, mam nadzieję już zacząć wychodzić na prostą i powoli wracać do żywych. Było mi miło po przeczytaniu ostatnich komentarzy. Świadomość, że ktoś trochę tęskni dodaje skrzydeł. Dzięki!

10.6.18

Letnie spowolnienie

W tym roku lato przyszło zaskakująco wcześnie. Od ponad miesiąca pogoda zachwyca mnie każdego dnia, a poranne promienie słońca wywołują szeroki uśmiech. Latem jest mnie zdecydowanie mniej w Internecie. Pozbyłam się Messengera, kontakt z Facebookiem ograniczam do minimum, na bloga zaglądam raz na jakiś czas. Najczęściej bywam na Instagramie, bo jest szybki, wygodny i zawsze pod ręką. Lato to czas detoksu. 

Miesiące od maja do sierpnia to szczyt sezonu w pracy (turystyka). Oznacza to 8-10h dziennie gapienia się w komputer w biurze i jeszcze czasami pracę zdalną z domu. Do tego dochodzą sobotnie zbiórki przed letnimi obozami oraz inne obowiązki. Nie zawsze wszystko idzie zgodnie z planem, nerwów nie brakuje, więc żeby nie zwariować muszę zachować równowagę. Najgorsze tygodnie właśnie nadchodzą, więc żegnaj laptopie!

Niech najbliższe miesiące będą czasem względnego odpoczynku, oczyszczania przestrzeni dookoła siebie z przedmiotów i złych myśli, picia kawy na balkonie (a ten Wam pokażę na pewno!), spacerów o świcie, drapania kota za uchem i jednodniowych wypadów za miasto. Co prawda wychodząc z domu o 8 i wracając o 19.30 trudno mówić o czystym relaksie, ale te wolne chwile pomiędzy pracą a dzwoniącym telefonem służbowym postaram się wykorzystać jak najlepiej. Będę wpadała tutaj z wizytą, chociaż pewnie nieregularnie.

A Ty latem przyśpieszasz czy spowalniasz? 

18.5.18

Wyspa, która zmieniła wszystko

Dokładnie 2 lata temu wróciłam z Malty. Powinnam powiedzieć "Oh, jak to szybko zleciało", ale nie! Mam wrażenie, że minęła cała wieczność. Nie myślę o tamtej przygodzie zbyt często, ale dziś naszło mnie na słowo osobistego podsumowania. Nigdy nie należałam do osób, które biorą sprawy w swoje ręce i dają się ponieść fali chwilowego entuzjazmu. A wtedy? Z dnia na dzień pożegnałam się z nielubianą pracą, spakowałam walizkę, pojechałam na lotnisko i w pewien mroźny styczniowy dzień wyleciałam z Polski. Nie oglądając sie za siebie.
Dla wielu ludzi to nic niezwykłego. Dla mnie to była rewolucja. Dotąd bałam się porażek, wolałam ich unikać. Wybierałam bezpieczne rozwiązania. Szukałam co prawda swojej drogi, nie bałam się zmian, ale ciągle coś blokowało mnie od środka. Byłam jak łódka kołysząca się na niespokojnych wodach. Przywiązana do brzegu i totalnie zależna od zalewających ją fal. Ogromnie nie lubiłam tego przytłaczającego uczucia. Częste podróże stały się namiastką wolności, formą ucieczki od codzienności i rzeczywistości.
W podróży świat był lepszy. Bardziej kolorowy, radosny i beztroski. Mogłam wyłączyć telefon, zapomnieć o wszystkim, co przytłaczało mnie w "zwykłym" życiu. To nakręcało do działania, poszukiwania i odkrywania.
Wiedziałam, że coś jest nie tak. Nie wiedziałam jednak co. Niby szukałam odpowiedzi, ale nie zadawałam sobie zbyt wielu pytań. Uciekałam. Jeździłam, zwiedzałam, chłonęłam. Pisałam o wielu wspaniałych miejscach i cudownych chwilach, które dawały mi złudne poczucie niezależności. Robiłam setki zdjęć, goniąc i pędząc. Wydawało mi się, że takie tempo jest fajne. Rozwijające. Ciekawe. Zawsze trzeba było jednak wrócić. Nienawidziłam powrotów, pustego mieszkania i nie czerpałam żadnej  przyjemności z życia, które wiodłam.
Wychodząc rano z domu czułam, że trzęsę się w środku i nie ma we mnie spokoju. Wchodziłam do biura i wykonywałam odtwórcze zadania, które mnie bardzo dołowały. Wiele osób mówiło mi, że "Praca to tylko praca". Trzeba przyjść, zrobić swoje nawet jak jest nudne i monotonne, a potem wyjść ciesząc się, że pod koniec miesiąca pieniądze wpłyną na konto. Nigdy się z tym nie zgadzałam. Chciałam mieć pracę, którą będę lubić. Nieidealną, ale dającą mi satysfakcję. Zmieniałam, szukałam. Bez skutku. Każda uwierała mnie tak samo mocno. Chwilowe ukojenie dawało szukanie kolejnych biletów, wyjazdy w piątek i wieczorne powroty w niedzielę.
Tydzień spędzony na Malcie w grudniu 2015 roku dał mi to, czego się nie spodziewałam. Chwilę refleksji nad sobą. Wiarę, że moje życie może być bardziej interesujące. Inspirujące. Pełne nowych wyzwań. Byłam wtedy na skraju rozpaczy, czułam, że jak czegoś natychmiast nie zmienię to rozerwie mnie od środka. Pożegnałam starą pracę bez odrobiny sentymentu. Zamykając za sobą drzwi czułam jak spada mi wielki ciężar z serca. Kupiłam bilet w jedną stronę na tę małą, śródziemnomorską wyspę wiedząc, że coś tam czeka. Ale właściwie co?
Nie wiedziałam dokładnie, ale czułam, że to będzie przygoda, która zostawi po sobie ślad. Wszystkie zdjęcia z tego wpisu zrobiłam tego samego dnia. To była niedziela, pierwszy dzień "nowego" życia. Wiele było wówczas niewiadomych, chociaż dominującym uczuciem nie był strach, a wielka ufność. W ludzi i w świetlaną przyszłość. Brzmi to banalnie, ale mówiąc, że chcę tam szukać pracy, podświadomie chyba chciałam odnaleźć siebie. Miałam rację myśląc, że po Malcie życie nie będzie takie samo. Z tym, że jedyne co się zmieniło, to... JA.
Z perspektywy czasu patrzę na tę maltańską ucieczkę i całą związaną z nią historię z dużym dystansem. Byłam niemądra i mocno zagubiona. Nie umiałam znaleźć sobie miejsca w świecie. Źle dobierałam ludzi z którymi spędzałam czas i traciłam go na złudzenia. Ten wyjazd, tych kilka miesięcy pozwoliły mi się otrząsnąć. Przewartościować. Odwagą nie było to, że rzuciłam nudną robotę i poleciałam gdzieś w nieznane. Odwagą było to, że w końcu zaczęłam zadawać sobie pytania i na nie szczerze odpowiadać. Czego mi w życiu brakuje? Co mi przeszkadza? Co mnie boli? Czego potrzebuję? Czego szukam? Co wychodzi mi dobrze? Co beznadziejnie? Jak widzą mnie inni? Czy dostaję od ludzi tyle, ile z siebie daję? Co jest ważne, a co nie ma większego znaczenia?
To był dziwny czas. Czułam się jakbym jechała rozpędzoną kolejką na wesołym miasteczku, co też było widać na blogu. Chciałam coś zmienić, ale nie wiedziałam do końca co i kurczowo trzymałam się bezsensownych rozwiązań i niewłaściwych osób. Nie umiem opisać tego, co sie we mnie działo i chyba nawet nie chcę. Zawiodłam się na ludziach i na samej sobie też. Zamęczałam świat opowieściami pełnymi żalu, lęku i negatywnych emocji. Ta zła energia musiała się w końcu skumulować. Walnęła niespodziewanie w szklaną szybę od wanny, która rozbijając się zrobiła też przy okazji wielką dziurę w umywalce wynajmowanego mieszkania i pozbawiła mnie resztek nadziei oraz ostatnich oszczędności. Paradoksalnie - ten najgorszy moment, był najlepszym. Siedziałam na podłodze i płakałam, a w radio leciało "Out of the woods" Taylor Swift. Trochę to dziwne, ale zaczęłam się w nią wsłuchiwać i poczułam się lepiej niż kiedykolwiek. Wstałam, otrzepałam się, kupiłam bilet powrotny i z ulgą wróciłam do domu. Ludzie mówili "Nie poddawaj się, nie wracaj tak szybko", ale ja się nie poddałam. Wiedziałam, że w końcu znalazłam to, czego szukałam.
Co mi dał ten czas? Dorosłam. Pogodziłam się ze sobą i polubiłam własną niedoskonałość. Odetchnęłam. Razem z tym uczuciem przyszedł spokój. Więcej zrozumienia i wyrozumiałości dla siebie samej, ale też dla innych. Więcej uśmiechu i dobrych myśli, które pozwalały łatwiej znosić kolejne niepowodzenia. Pojawiło się wiele emocji o których nie miałam dotąd pojęcia, a które bardzo mi się podobały. Postanowiłam zwolnić, o wiele cierpliwiej i uważniej rozmawiać sama ze sobą. Unikać ludzi, którzy sprawiają, że lubię siebie mniej, że staję się przy nich niepewna i słaba. Ludzi, którzy pod pretekstem troski i dobrych rad zabierają mi energię, a nawet podcinają skrzydła. Nauczyłam się stawiać granice i odmawiać. Z niektórymi drogi rozeszły się jakoś naturalnie, zabrakło nagle wspólnych tematów. Po raz pierwszy w życiu zaczęłam wysyłać CV na inne stanowiska niż do tej pory i od razu znalazłam pracę. Pojawiła się wdzięczność za wszystkie małe rzeczy i większa otwartość na to, co przyniesie los. Może dlatego przyniósł tak dużo dobrego?
Minione 2 lata były pełne problemów, zawirowań, przeszkód. Przebrnęłam przez nie jednak znacznie spokojniej niż kiedyś. Dziś jestem inną osobą, a do tego jest przy mnie Marek, którego poznałam zaraz po powrocie do kraju. Wiem, że nie byłoby go, gdyby nie to, co przeżyłam na tej pełnej skrajności wyspie. Gdybym nie odnalazła siebie, nie byłoby nas. Nie byłabym gotowa i nie umiałabym tego docenić. Nie żałuję tego wyjazdu - łez, smutku, rozczarowań, porażek. To one doprowadziły mnie do chwili, w której piszę te słowa. Dalekiej od ideału, ale grzejącej od środka i dającej poczucie spełnienia. Chwili, od której w końcu nie chcę uciekać.
TOP