Najnowsze wpisy

1.4.20

Zachód słońca nad jeziorem

Marzyłam o tej chwili od zimy! Pierwszy raz odwiedziliśmy Kaszuby w styczniu. Zachwyciły nas pokryte śniegiem drzewa, szaroniebieski odcień jezior i szerokie drogi, na których byliśmy tylko my. Chcieliśmy wrócić i oto jesteśmy! Ostatnie dni wakacji, hotel malowniczo położony między lasem a brzegiem jeziora. 

Siedzimy na tarasie. Nasz stolik jest mało niestabilny, ale wynagradza to pięknym widokiem. Jemy placki ziemniaczane - są chrupiące z zewnątrz, miękkie w środku. Polane kremowym sosem pieczarkowym, który ukradkiem oblizuję z kącików ust. "Zamówisz mi kieliszek białego wina?" pytam mojego M. Przytakuje. Patrzę jak wstaje, odwraca się i nieśpiesznym krokiem idzie w kierunku baru. W niebieskim T-shircie podkreślającym delikatną opaleniznę wygląda doskonale.

Przejeżdżam palcami po mokrych jeszcze włosach i uśmiecham się do własnych myśli. Przyszliśmy tu kilkanaście minut temu, wcześniej po raz pierwszy pływaliśmy na rowerze wodnym. Dzień się chylił ku końcowi, do wypożyczalni wbiegliśmy w ostatniej chwili. Turkusowe jezioro otoczone bujną zielenią wyglądało bajecznie. Odpłynęliśmy daleko od brzegu i chlapaliśmy się wodą. Szczęście niejedno ma imię. 

"Twoje wino kochanie" słowa M. wyrywają mnie z zamyślenia. "Dziękuję. Słyszysz ten ptasi koncert?" pytam. Kiwa łagodnie głową i stawia przede mną smukły kieliszek z lekko musującym napojem. Przytula mnie mocno. Ulatuje ze mnie zmęczenie kończącego się sezonu. Trzech miesięcy pracy, której ciężar zapisał się w każdej komórce mojego ciała. Jestem spięta, ale to uczucie znika wraz z zachodzącym słońcem. 

Moją twarz muska wiatr, niosący ze sobą zapach zbliżającej się nocy. Lubię go - to specyficzne połączenie dogasającego w oddali ogniska, wieczornej mgły i przyrody układającej się powoli do snu. Zamykam oczy wsłuchując się w otaczające nas dźwięki - kojący szum lasu, miłosne pieśni cykad, ożywione rozmowy przy sąsiednim stoliku. Robi się chłodno. Czuję silne ramię M. i jego ciepło. Patrzymy jak zaczarowani na złotą poświatę, która otula jezioro ciepłym blaskiem. W sercu mam spokój, którego tak ostatnio brakowało. 

Świat zatrzymał się dla nas. Dał nam darmowe bilety na spektakl, który reżyseruje Natura. Patrzę na ludzi wpatrzonych w telefony. Chcę krzyknąć "Odłóżcie je!”. M. wyłapuje to spojrzenie i mówi cicho "Zostaw ich, znowu na Kaszubach mamy coś tylko dla siebie". Ma rację. Przepełnia mnie wdzięczność. Za urlop, za miniony dzień, za ostatni wolny pokój. Za to, że dziś odważyliśmy się spróbować czegoś nowego, że jesteśmy tu razem. Za to, że świat jest tak zachwycający, a ja mogę go widzieć, słyszeć i odczuwać każdym zmysłem. Zamykam oczy próbując zapisać ten obraz w pamięci. Jego wspomnieniem będę się ogrzewać w ponure dni.

Ps. Ten tekst powstał w ramach jednego z zadań Klubu Otwartej Szuflady Aleksandry Makulskiej. Napisanie go było dla mnie trudne - nigdy wcześniej nie pisałam w czasie teraźniejszym! Klub był dla mnie dużym wyzwaniem, bo kilka razy musiałam wyjść ze swojej strefy komfortu. Warto, bo to bardzo rozwijające doświadczenie.

25.3.20

Moda w czasach kryzysu

Wszystkie sukienki Karolina Garczyńska
Dziś będzie o modzie w czasach kryzysu. Małe firmy ledwo stoją na nogach. Sklepy stacjonarne są zamknięte. Branżowi giganci prześcigają się w ofertach wysyłkowych, zatrudniają nowych pracowników do magazynów i dystrybucji. Chciałabym, żeby kryzys dał nam do myślenia. To dobry moment, żeby zastanowić się kogo chcemy wspierać swoimi decyzjami zakupowymi. Idą trudne czasy. Jestem świadoma, że wiele osób przez kolejne miesiące nie kupi po prostu nic. Niektórzy jednak będą musieli (albo po prostu chcieli) kupić nowe buty, sweter czy sukienkę. Warto wówczas wesprzeć polskie marki, które teraz będą walczyć o przetrwanie. 

Nad tym, co kupuję, zaczęłam się zastanawiać 3 lata temu. Wcześniej przepuszczałam pieniądze na bezmyślne zakupy w sieciówkach. Wiele rzeczy było przypadkowych, nie pasowały do siebie, były kiepsko uszyte i z marnych materiałów. O butach nie wspomnę - obtarte pięty i ból były codziennością. Długo tkwiłam w błędnym przekonaniu, że te rzeczy są tanie i tylko na takie mnie stać. A paradoksalnie wydawałam naprawdę dużo.
T-shirt Tyszert, buty Anis, płaszcz Risk Made in Warsaw, turban Looks by Luks mydło Ministerstwo Dobrego Mydła
Po polskie marki zaczęłam sięgać, kiedy zrozumiałam jak się chcę ubierać. Wcześniej nie miałam wizji siebie. Przeczytałam książkę "Slow Fashion" Joanny Glogazy, edukowałam się w temacie materiałów. Na początku myślałam, że mój budżet tego nie udźwignie. Kupowałam pojedyńcze ciuchy pilnując, żeby mieć je z czym zestawić. Zrozumiałam, że opłaca się kupować nie to, co jest tanie, a to po co się często sięga. 4 wiszące non stop w szafie sukienki po 79zł są mniej opłacalne niż 1 za 200zł po którą się sięga kilka razy w miesiącu.

Jestem za tym, żeby kupować mniej, a rozsądniej. Wspierając mniejsze biznesy. Mam oczywiście kilka rzeczy z sieciówek, bo nie zawsze da się inaczej. Kupuję też z drugiej ręki - głównie on-line. Bywam na stronach popularnych marek i widzę jak kosmicznie mają one zawyżone ceny. Na szybko znalazłam w sklepach Zara, H&M czy na Zalando sukienki letnie z poliestru po 199-299zł. To jest smutne i zwyczajnie nieetyczne. 

Mam w tej chwili ulubione polskie firmy po których wyroby sięgam najczęściej. Chciałabym Was prosić - jeśli też takie macie, a musicie coś kupić lub ktoś z Waszych znajomych musi coś kupić, polecajcie nasze rodzime marki. Kryzys kiedyś minie, a dobrze by było móc mieć do czego wrócić. #kupujepolskieprodukty ma dziś znaczenie.

Jestem za tym, żeby kupować tyle, ile faktycznie jesteśmy w stanie nosić. Jestem daleka od wypełniania szafy po brzegi. Powiem raz jeszcze - WIEM, że idą niestabilne finansowo czasy i nie w głowie nam zbytki. Jeśli jednak coś jest nam potrzebne, to myślę, że warto wesprzeć polskie firmy i wydać pieniądze u nich.

Jestem ciekawa jakie polskie firmy, szczególnie te niewielkie chcielibyście wciąż widzieć na rynku po kryzysie? 

Mokasyny Anis, sweter 80% wełny Al-Bo, spódnica Nosens, turbany Looks by Luks, bransoletka Plener

18.3.20

Cisza hiszpańskich miasteczek

Sjesta. Cudowny południowy zwyczaj, który pozwala przeżyć gorące dni i zintegrować się z rodziną lub przyjaciółmi. Zwyczajowa przerwa dla mieszkańców jest wytchnieniem, dla turystów bywa utrudnieniem. Ile razy pracując w biurze podróży dostawałam reklamacje na to, że wczesnym popołudniem sklepy i restauracje w małym miasteczku były nieczynne! Klienci mieli wykupione śniadania i obiadokolacje, a ciągu dnia głodowali 😉
Lubię ciszę hiszpańskich miasteczek w porze sjesty. Często wracam pamięcią do jednego popołudnia sprzed ponad 2 lat. Nie ma znaczenia gdzie byliśmy - życie zwalnia w setkach innych miejsc, więc trafić nie jest trudno.
Dotarliśmy na miejscie tuż przed południem. Główny plac tętnił jeszcze życiem. Mieszkańcy siedzieli na ławkach, spacerowali z psami, żywiołowo dyskutowali w cieniu palm. Kawiarnie i bary były wciąż otwarte, usiedliśmy więc przy stoliku. Przy kieliszku sangrii chłonęliśmy kolory oraz dźwięki ulicy. Język hiszpański jest jednym z najmilszych dla mojego ucha. Lubię zamknąć oczy i wsłuchiwać się w jego melodyjne brzmienie. Upajałyśmy się nim w liceum z koleżanką ze szkolnej ławki. Gdy śpiewał dla nas Alejandro Sanz, świat mógł nie istnieć.


To zabawne, że właśnie jego utwory umilały nam czas w lokalu, który wybraliśmy. Lubię uśmiechnąć się tak niespodziewanie do wspomnień sprzed lat. Hiszpańskie miasteczka mają w sobie coś, co zawsze łapie mnie za serce. Spokój i energię w jednym. Raz niosą ukojenie, raz potrafią poderwać do tańca. Wodzą na pokuszenie zapachem lokalnych specjałów, zachwycają detalami budynków i ukrytymi podwórkami. Dzwonią w uszach radosnym piskiem dzieci, impulsywnością rozmów i gestów. Innym razem uwodzą idealną ciszą.
Zamówiliśmy gorące churros obsypane cukrem. Serwowane z gorzką, płynną czekoladą czule pieszczącą podniebienie. Obserwowaliśmy jak sprzedawcy chowają we wnętrzach sklepów swoje skarby, zamykają na klucz drzwi i nieśpiesznie oddalają się w nieznanym kierunku. O czym myślą, kto na nich czeka? Za 3 godziny wrócą, wystawią pamiątki na zewnątrz. Plac znowu zapełni się ludźmi, ich śmiechem i bogactwem kolorów.
Lubię ciszę hiszpańskich miasteczek w porze sjesty, ale najbardziej lubię moment, gdy nieśpiesznie budzą się ze snu. Przecierają zaspane oczy, zaczynają widzieć wyraźniej i smakować życie wszystkimi zmysłami. W ostatnich dniach nasze życie to właśnie taka sjesta - chwila oddechu, czas przemyśleń. Za mało jednak w tym ciszy i za dużo zbędnych słów. Słucham dziś Alejandro wierząc, że gdy to minie, zaczniemy bardziej doceniać małe rzeczy.

11.3.20

Czy warto adoptować kota?

W grudniu minęły 2 lata od kiedy w naszym domu pojawiła się Wilhelmina. Ruda, przestraszona i trochę śmierdząca kulka. Miała wielkie, zdziwione oczy i zaniedbane, posklejane futerko. O jej adopcji pisałam w grudniu 2017 (wpis można przeczytać tutaj). Dziś kilka słów o tej decyzji z perspektywy minionego czasu.

Nie znamy dokładnej historii naszej kotki. Wiele wskazuje na to, że kiedyś miała dom, ale została z niego wyrzucona. Błąkała się po ulicach i budowach aż w końcu jakaś dobra dusza zawiozła ją do schroniska. Tak, uważam, że taki gest jest oznaką empatii. Czasem spotykam się z opinią, że D-O-B-R-Y człowiek to by takie stworzenie przygarnął. Nie zgadzam się z tym. Nie każdy ma warunki i nie każdy jest na taką decyzję gotowy. Definicją dobroci w tym przypadku jest dla mnie troska o los braci mniejszych, nie przechodzenie wobec ich sytuacji obojętnie. Odwiezienie porzuconego zwierzaka do schroniska jest podarowaniem mu szansy na nowy start. Oczywiście są też inne sposoby jak dom tymczasowy i szukanie stałego. Bądźmy jednak ze sobą szczerzy - nie każdy może sobie na takie działanie pozwolić i nikt nie ma prawa tego oceniać.

4.3.20

"To o czym będziesz pisać?"

Jest mi niezmiernie miło, że tak ciepło przyjęliście mój powrót. Byłam zaskoczona widząc komentarze pod wpisem jeszcze zanim udostępniłam go w social mediach! Dziękuję Wam serdecznie. Zaczęły się oczywiście pytania o czym będę pisać, skoro skończyłam o podróżach. Tu chciałabym się chwilę zatrzymać i wrócić do wpisu kończącego pewien etap blogowania - mam na myśli oczywiście TEN "pożegnalny" wpis.

Od początku mówiłam, że będę chciała wrócić do pisania, także o podróżach. Jednak w nieco inny sposób niż wcześniej. Nie chcę promować konkretnych miejsc, a pisać ogólnie. W związku z tym podjęłam decyzję o:

  • świadomej rezygnacji z oznaczania wybranych miejsc pokazywanych na Instagramie 
  • rezygnacji z publikowania przewodników, podawania na tacy list typu Must See 
  • zatrzymywaniu tylko dla siebie i najbliższych sekretnych adresów i miejsc 
  • pokazywania zdjęć i różnych podróżniczych emocji bez podawania szczegółów 
  • inspirowaniu do podróży jako takich, ale bez dawania gotowych rad i odpowiedzi 

Jak to wyjdzie? Nie wiem. Dopiero zaczynam, nieśmiało wracam. Chciałabym pisać nie tylko o podróżach, ale też więcej o urokach codzienności i wszystkim, co się z tym wiąże. Przechodzę w tej chwili przez trudny czas - ciężką chorobę bliskiej osoby. Potrzebuję odskoczni, zajęcia czymś głowy, lekkich tematów. Nie wykluczam napisania o nowym talerzu, ładnej sukience, dobrej kawie, miłym wspomnieniu czy o spacerze po Warszawie. 

Etykietę "Różne" przy niektórych wpisach rozbiłam na "Codzienność" - wpisy ogólne o życiu / blogowaniu i "Podróże" - wpisy podróżnicze, które nie dotyczą konkretnych kierunków, a np. planowania wyjazdów. Obydwa pojawiły się w głównych kategoriach widocznych pod tytułowym zdjęciem. 

Zmienił się tytuł bloga z "Całe życie w podróży - blog o podróżach po Europie i nie tylko" na "Całe życie w podróży - blog o podróży przez życie". Daje mi to o wiele więcej swobody i luzu w kwestii tematyki wpisów. 

Zmienił się też opis bloga z "Relacje z podróży. Subiektywne przewodniki. Kuchnie świata. Lifestyle" na "Codzienność. Podróże. Szukanie szczęścia w zwykłych chwilach". Podróżuję znacznie mniej niż kiedyś, z różnych powodów. Życie mnie ostatnio nie oszczędza i staram się na nowo odkrywać urok prostoty, uczę się cieszyć z drobiazgów. Pomimo wodospadu problemów, który mnie wpycha pod wodę, uporczywie staram się trzymać głowę na powierzchni. Nie zamierzam się ograniczać. Chcę pisać o tym, o czym potrzebuję.

Chciałabym, żeby nowe wpisy pojawiały się 1 raz w tygodniu - W ŚRODY. To dobry dzień, tak w środku pracowo-życiowego zamętu. Potrzebuję też motywacji, żeby pisać regularnie. Jak wyjdzie? Zobaczymy!

27.2.20

Nowy Rok, Nowe Początki

Dzień dobry po długiej przerwie! Wiem, że każdy tak mówi, ale N-A-P-R-A-W-D-Ę nie wiem kiedy te pół roku minęło. Bardzo brakowało mi pisania, ale nie umiałam się zmotywować do powrotu. Za każdym razem, gdy tylko siadałam wygodnie przed komputerem, w mojej głowie pojawiało się mnóstwo pytań:
  • Czy ktoś jeszcze o mnie pamięta?
  • Czy ktoś tu będzie w ogóle zaglądał?
  • Czy powinnam zmienić nazwę strony?
  • Czy skasować bloga i zacząć od zera? 
  • O czym powinnam teraz pisać? 
  • Jak ten blog powinien wyglądać? 
  • Czy nie szkoda czasu na pisanie? 
  • Może naprawde blogi są passe? 
  • itp. itd. 
Pytań, które zniechęcały mnie na starcie. Więcej myślałam o (nie)pisaniu niż pisałam, co nie mogło zaowocować niczym twórczym. W styczniu byliśmy z Markiem w Edynburgu. Nie robiłam zdjęć, nie korzystałam z telefonu. Tzn. skorzystałam raz, w idealnym momencie. Marek brał prysznic, a ja odpaliłam na 5 minut Instagram. Zobaczyłam Stories Makulskich, na którym Aleks informowała o swoim nowym projekcie - Klubie Otwartej Szuflady. Miało być to miejsce budzące uśpioną kreatywność, zachęcające do pisania. Zgłosiłam się od razu. 

Za nami 4 tygodnie pracy w gronie zdolnych dziewczyn, odkrywania na nowo radości jaką daje tworzenie treści. Jestem zaskoczona, że zgłosiły się do grupy tak empatyczne osoby, których emocje, sposób widzenia świata są mi tak bliskie. W ciągu tego miesiąca znalazłam odpowiedź na wszystkie pytania. Nie ma znaczenia czy ktoś tu będzie zaglądał, skoro lubię pisać. Być może blogi są passe, ale ja lubię pisać. Nie szkoda mi czasu na pisanie, bo pisanie mnie relaksuje. Nie będę nic kasować ani zaczynać od zera, bo to miejsce jest częściem mnie i mojej historii. Szablon jest prosty, ale dla mnie na tę chwilę wystarczający. O czym będę pisać? Nie wiem. O tym, na co w danej chwili będę miała ochotę, a jeśli komuś się to nie spodoba - nie będę na siłę trzymać 💙

Po bolesnych upadkach ostatnich miesięcy, powoli staram się stanąć na nogi. Pasja, jaką jest pisanie może mi w tym pomóc, więc już cieszę się na tę przygodę. Nowe początki są dobre i bardzo potrzebne 😊

31.8.19

To już jest koniec

Bloga zaczęłam pisać 10 lat temu. Głównie o podróżach, bo były priorytetem. Życie na walizkach, pisanie relacji. Kilka lat później nastąpił blogowy boom, powstało wiele podobnych stron przez co automatycznie znalazłam się w kategorii "blogerka podróżnicza". Pojawiły się debaty o tym kto/co jest lepsze i dlaczego - Turysta czy Podróżnik, Wycieczki czy Podróże. Nie będę wchodzić w te rozważania, ale dało mi to wówczas do myślenia. Bilety taniały, blogi zaczęły rosnąć w siłę, zdobywać szeroką publiczność. Europa, a chwilę później Cały Świat stały się bliskie jak nigdy dotąd i ludzie potrzebowali wiedzy o tym, co warto zobaczyć, gdzie warto spać itd.

Sama szukałam odpowiedzi na takie pytania, więc uważałam za oczywiste, że również powinnam pomagać innym. Był moment, gdy zaczęłam pisać więcej wpisów praktycznych - o organizacji wyjazdu, pakowaniu, przejazdach, atrakcjach. Nie dawały mi one szczególnej satysfakcji, ale faktycznie - klikały się dobrze. Największym moim rozczarowaniem jest to, że blogowe rekordy pobił wpis o Brukseli, jedynym mieście, za którym wcale nie tęsknię. Napisany dosłowanie "na kolanie", bez większego zaangażowania. Wpisy, w które wkładałam serce i poświęcałam na nie długie godziny, przechodziły bez echa. Takie o miejscach i chwilach wyjątkowych, które zapadają w pamięć, są piękne i wartościowe. Ostatnie statystyki są bezlitosne - wchodzi tu coraz mniej osób, a komentarze zostawiają głównie automaty lokujące w ten sposób linki do swoich biznesów. Mam też wrażenie, że era blogów powoli dobiega końca, zastąpione zostały filmami i nowszą technologią.
Jakiś czas temu, trochę z ciekawości, skończyłam kurs webwritingu. Chciałam zobaczyć o co w tym chodzi, jak tworzyć te chwytliwe tytuły i pisać zgodnie z SEO. Próbowałam przez krótką chwilę stosować się poznanych zasad i widziałam efekty w słupkach wyświetleń. Niestety, nie było w tym mnie. Nigdy nie czułam się blogerką podróżniczą. Byłam Agnieszką, która lubiła pisać. O swoich podróżach, ale częściej w kontekście wrażeń i emocji niż historycznych faktów czy tworzonych bez przekonania list "Must See". Zdarzało się, że czułam presję - powinnaś inaczej, lepiej, zgodnie z zapotrzebowaniem rynku. Najzabawniejsze jest to, że tworzyłam ją sobie sama. Często pytano mnie dlaczego zwiedzam Europę i "Nie podróżuję po świecie?". Usłyszałam w końcu, że nie ma we mnie ciekawości świata, skoro nie chcę poznać np. Azji. Cóż, uważam, że dolecieć można wszędzie, a ceny przelotów są aż za bardzo atrakcyjne. Niestety dostępność świata nie idzie w parze z mentalnym przygotowaniem wielu turystów. Wyjechać może każdy, ale nie każdy powinien, szczególnie do miejsc o skrajnie innej kulturze niż jego własna. Sam fakt latania "daleko", nie świadczy o szerokich horyzontach.
Im jestem starsza, tym więcej w mojej głowie etycznych rozterek związanych z podróżowaniem czy to blisko czy daleko. Przeraża mnie sposób w jaki masowa turystyka wypiera lokalne zwyczaje i tradycje, to jak wymusza zmiany krajobrazu, życia lokalnych społeczności, generuje wyreżyserowane pod publiczność obrazki oferując w zamian dużo okrucieństwa (wobec ludzi, przyrody i zwierząt). Dla mnie turystyka zwana kontrowersyjnie "egzotyczną", wymaga większego przygotowania, dojrzałości, odpowiedzialności i świadomości, a sam fakt jej praktykowania nie czyni nikogo ani lepszym ani bardziej otwartym niż osoby, które tego nie robią.
Uwielbiam Europę. Zachwyca mnie jej różnorodność, przyroda, architektura i historia. Chcę ją poznawać, chociaż coraz częściej mam moralne wątpliwości czy powinnam i w jakim stopniu. Tanie loty i dostępność ofert nieodwracalnie zmieniły oblicze wielu miast np. Lizbony, którą znam od kilkunastu lat i boli mnie to, co widzę. Europejskie miasta wołają o pomoc. Przez wiele lat walczyły o turystów, a teraz proszą "Przestańcie przyjeżdżać!". Czytam o wpływie Airbnb na życie mieszkańców, o tonach śmieci niszczących przyrodę i wyrzucanych przez morze, o wycinaniu lasów pod hotele-giganty marnujące tony jedzenia rocznie, bieda-turystyce za 1 grosik opartej o dobre serce lokalsów, zanieczyszczeniu środowiska przez statki wycieczkowe i problemie jakim są turyści jednodniowi, którzy często zadeptują miasta, nie dając w zamian nic od siebie.

Staram się podróżować tak, żeby moja obecność nie zostawiła negatywnego śladu, ale czy to jest możliwe? Patrzę na coraz dłuższe kolejki w atrakcyjnych lokalizacjach, na te wszystkie Insta-miejsca w których koniecznie trzeba mieć zdjęcie, rosnące ceny, szukanie zysku gdzie tylko się da i cholernie boli mnie od tego głowa. Wenecja tonie nie tylko od wody, ale też od zalewających ją niczym fale tsunami odwiedzających, a na blogach widzę apele, że "trzeba ją odwiedzić nim zniknie!". Z takim podejściem na pewno zniknie szybciej niż planowała.
Media, w tym blogi, nakręcają ruch turystyczny. Nie mam co do tego wątpliwości i wiem, że przyłożyłam do tego niestety rękę. Może nie miałam nigdy spektakularnego ruchu, ale wiele osób czytając wpisy zdecydowało się wyruszyć do Portugalii, na Maltę czy Lefkadę. Dziś pozostaje mi mieć nadzieję, że zrobili to w sposób odpowiedzialny i świadomy. Zrównoważona i odpowiedzialna turystyka jest tym, o czym teraz trzeba mówić głośno, uświadamiać. Świat się kończy na naszych oczach i nie wiem czy można to jeszcze zatrzymać.

OK, zabrzmiało dramatycznie, wiem. Nic nie poradzę, takie męczą mnie myśli. Gdy wydawało mi się, że pewne rzeczy idą w lepszym kierunku, pojawiły się akcje promujące turystykę wiejską, nawołujące żeby odetchnąć od miasta na łonie natury. Pomysł i idea - w zasadzie pozytywne. Piękne farmy, folwarki, siedliska, uroczyska i stodoły. Cudne miejsca, zaskakująco często prowadzone przez ludzi z dużych miast, którzy na pewnym etapie korporacyjnego życia odkryli swoje wiejskie powołanie. Ups, to dzieje się znowu. Lawendowe pola plądrują podjeżdżający autokarami turyści, ceny "niszowych" noclegów szybują w górę szybciej niż ceny pietruszki na moim bazarku, a wiejska turystyka nabiera charakteru modnego produktu "dla wybranych". Jako, że wielu dąży do tego życiowego statusu, wieś powoli zaczyna być deptana tak samo jak miasto. Nie twierdzę, że tak jest wszędzie, ale obserwuję pewną tendencję, która pewnie będzie się pogłębiała i bardzo mnie to niepokoi.
Wróciliśmy właśnie z urlopu. Słuchaliśmy mieszkających w tym zakątku Polski ludzi, którzy nie chcą, żeby zmienił się on w drugie Mazury. Nie chcą większych hoteli, szybkich i głośnych motorówek na cichych jeziorach, warszawskich rejestracji blokujących Drogę Kaszubską jak Zakopiankę, budek z piwem na każdym rogu. Sama obecność tam wywoływała we mnie poczucie winy, a z każdą kolejną chwilą czułam, że nie chcę już o tym pisać. Nie chcę pokazywać miejsc, które odkrywamy przypadkiem, bo nie czytamy już blogów i przewodników, unikamy też informacji turystycznych. Nie chcę pokazywać ostatnich czystych jezior, bajecznie pustych plaż, magicznych zachodów słońca nad miejscami całkowicie pozbawionymi dźwięków cywilizacji. Czuję, że nie powinnam.
Nie mówię, że mamy w ogóle przestać jeździć, zamknąć się w domach, siedzieć na tyłku chrupiąc chipsy i oglądając "Ukrytą Prawdę". Czuję jednak, że warto wrócić do czasów, gdy inspiracją była sama droga, a nie wyszukiwarka Google. Gdy poświęcaliśmy czas na samodzielne planowanie podróży, zamiast podążać cudzym, już opisanym szlakiem. Chciałabym zejść z utartych ścieżek, świadomie zrezygnować z miejsc, które są znane i umieszczone na listach typu "Koniecznie musisz odwiedzić przed śmiercią!". Poszukać jakiejś równowagi w tym co i jak robimy, zwiedzamy, poznajemy. W listopadzie planujemy odwiedzić Apulię. Nie pojedziemy do Alberobello ani Polignano a Mare. Na 3 dni wybrałam miasto, na które podobno wystarczą 2 godziny. Spędzimy ten czas żyjąc zwykłym życiem, odwiedzając kawiarnie i obserwując włoską codzienność. Kiedyś latałam samolotem kilkanaście razy w roku, nawet na krótkich trasach jak Warszawa-Gdańsk. Dziś staram się ograniczać do 2-3 samolotowych podróży. Im jakieś miejsce jest bardziej znane, tym mniej chętnie chcemy je odwiedzić. Im głośniej ktoś mówi, że jest niszowe i sielskie, tym mniej mu wierzymy. Przyznam też, że straciłam zapał do robienia zdjęć. Te wszystkie nieuporządkowane foldery z ostatnich lat są moim strasznym wyrzutem sumienia. W lutym zepsuła mi się lustrzanka i ... odetchnęłam. Z krótkich wyjazdów przywożę teraz po kilkanaście zdjęć, z dłuższych tyle, żeby starszyło na fotoksiążkę do której będziemy mogli wracać.
Nie widzę różnicy czy odwiedzamy swoje województwo, Polskę, Europę czy dalekie kraje. Nie wybór kierunku określa czy mamy otwarte umysły, a to w jaki sposób traktujemy wszystko, z czym przyjdzie nam się zetknąć i czy jesteśmy na to gotowi. Nie wybór kierunku świadczy o naszej ciekawości świata, a to na ile chcemy poznać lokalne smaczki, nie tylko te kulinarne. W końcu nie wybór kierunku sprawia, że wyjazd jest "pełny", ale to ile przynosi dobrych spotkań, uśmiechów, odpowiedzialnych decyzji i wartościowych wspomnień. Ten wpis jest trochę chaotyczny, ale prowadzi do prostego wniosku - Nie chcę już pisać o podróżach.
Potrzebuję dłuższej przerwy. Nie mówię, że już nigdy nie napiszę żadnego posta, bo to pewnie nie jest możliwe - za bardzo lubię pisać. Na blogu nie będę przez jakiś czas publikowała nic, a docelowo na pewno nie chcę pokazywać konkretnych miejsc i adresów, ze wskazówkami jak tam dojechać, co robić i jak spędzać czas. Żadnych relacji, przewodników, podróżniczych konkretów. Liczę, że zrozumiecie moją decyzję. Wielu z Was było ze mną od dawna, niektórzy od początku. Dziękuję. Zostaję póki co na Facebooku i Instagramie, żeby być z Wami w kontakcie. Do usłyszenia!

15.8.19

Pytam dziś Kasię "Jak piękniej żyć?"

Na kanał Kasi na Instagramie trafiłam totalnym przypadkiem - często oznaczała na zdjęciach ubrania marki, którą wówczas obserwowałam. Na początku podglądałam Jej stylizacje, ale potem zaczęłam oglądać filmiki. Treści, które tworzy są z pozoru proste - trochę mody, kosmetyków, codziennego życia w Gdańsku, uroczych kotów i przygód zawodowych. Wystarczy jednak oglądać więcej, żeby zobaczyć mądrą, przedsiębiorczą, samodzielną kobietę, która mówi o ważnych rzeczach i pięknie pokazuje jak cieszyć się zwykłym życiem.

Zacznę nietypowo – skąd w Tobie takie ogromne pokłady optymizmu? Za każdym razem zaskakuje mnie jak bardzo starasz się dostrzegać wyłącznie plusy i dobre strony różnych sytuacji, z ilu prostych rzeczy potrafisz się cieszyć. Czy to jest Twoją receptą na szczęśliwe i piękne życie? 

Przyznam się do czegoś - ja się tego nauczyłam. Nie jestem niestety osobą pogodną z natury. Napisałam „niestety” bo uważam, że gdyby tak było, to oszczędziłabym sobie w życiu wielu trosk. Przyszedł taki czas, gdy wyjątkowo przytłoczyła mnie codzienność, rutyna, mniejsze i większe problemy dnia codziennego. I wtedy uświadomiłam sobie, że tak nie chcę, zaczęły pojawiać się myśli, że życie jest krótkie i trzeba doceniać to co mamy. Gdy zaczynałam działać na Instagramie, to hulała na nim akcja „100 happy days” - każdego dnia było trzeba dodać zdjęcia jakiejś małej radości. Wciągnęłam się. Przez 100 kolejnych dni dodawałam zdjęcie tego, co mnie w danym dniu uszczęśliwiło. Mogły byś to zakupy, wyjazd, wyjście do restauracji. Ale nie oszukujmy się, nie każdego dnia w życiu dzieją się fajerwerki. I tych małych radości trzeba było zacząć szukać. Nagle okazało się, że po pochmurnym dniu, nawet słońce może być małą radością. Że może cieszyć zapach skoszonej trawy.

Po tych 100 dniach wyłapywanie takich małych radości weszło mi chyba w krew. Natomiast jak coś złego mi się dzieje w życiu, to ja to po prostu chcę przeczekać. Nie chcę się na tym skupiać. Mam świadomość, że to minie. Trzeba przetrwać, nie roztkliwiać się, bo to w niczym nie pomoże. Stąd też tak bardzo szukam pozytywnych bodźców, żeby nie myśleć o tych przykrych. I chyba całkiem nieźle mi to wychodzi ;)


Pracujemy w tej samej branży (turystycznej), ale specyfika naszyć zajęć jest zupełnie inna. Ja siedzę za biurkiem organizując wyjazdy dla innych osób, Ty zajmujesz się wynajmem krótkoterminowym mieszkań w Gdańsku, jednym z najpopularniejszych miast Polski i mnóstwo czasu spędzasz biegając po najpiękniejszych jego zakamarkach. Jak wyglądała Twoja droga zarówno do Gdańska jak też do tego typu pracy?

Nie jestem rodowitą gdańszczanką. Pochodzę z Polski zachodniej, na studia wyjechałam do Szczecina, ale nigdy emocjonalnie nie związałam się z tym miastem. Jeszcze w trakcie studiów poczułam, że moje miejsce jest gdzieś indziej i trzeba je odnaleźć. Zdecydowałam, że będzie to Gdańsk, którego nie znałam, ale stwierdziłam, że morze, wolność, wakacje, to musi się udać :) Nie bez przeszkód, ale udało mi się przenieść. Trafiłam tu w zasadzie przez przypadek, a okazało się, że chyba znalazłam swoje miejsce na ziemi. Mówię „chyba” bo nauczyłam się też, że w życiu nie ma co się zarzekać i niestety mało co jest nam dane na zawsze. Skończyłam studia, zaczęłam pracę na etacie. I bardzo sobie to ceniłam, rozwijałam się, zmieniałam stanowiska, awansowałam. Wynajem krótkoterminowy zainteresował mnie w czasie Euro 2012, gdy pierwszy raz uświadomiłam sobie jak duży potencjał turystyczny ma Gdańsk, jak licznie jest odwiedzany, a nie każdy lubi spać w hotelach. Wynajem krótkoterminowy dopiero startował, zaczęliśmy z partnerem zgłębiać temat, analizować czy warto byłoby kupić mieszkanie na kredyt i wynajmować je turystom. To była ryzykowna i niełatwa decyzja, ale chcieliśmy spróbować. Pracowaliśmy na etatach, więc to był tylko dodatek. Sami sprzątaliśmy, praliśmy, wpuszczaliśmy gości, których było coraz więcej i więcej. Kupiliśmy na kredyt kolejne mieszkanie na Starym Mieście, a mnie dopadł kryzys zawodowy. Dobra praca, kierownicze stanowisko, ale ta rutyna, codziennie to samo od 8 do 16. Bardzo naturalnie zaczęła kiełkować myśl, że może skoro obsługujemy 2 mieszkania to moglibyśmy pozyskać też nieruchomości zewnętrzne i podjąć się ich wynajmu. Tak zrobiłam, ale chciałabym zaznaczyć, że zostawienie dobrze płatnej pracy to nigdy nie są łatwe decyzje.
Zaryzykowałam jednak i nie żałuję! Finansowo bywa różnie, problemów też nie brakuje, ale zmienił się mój rytm dnia, mam większą niezależność i upragnioną wolność w decydowaniu o sobie i swoim czasie pracy. Ważną kwestią jest jednak to, że podejmując to wyzwanie byłam w związku, miałam świadomość, że druga osoba jest w stanie zapłacić rachunki i nas nakarmić jeśli coś nie wypali. To są ważne aspekty, a często pomijane w tego typu historiach. Mimo, że jestem z branży, dalekie są mi wszystkie szkolenia, na których mówi się jak podobno z zerowym kapitałem można wejść w ten biznes i jak prosty w obsłudze on jest. Ale wiesz co jest w nim najfajniejsze? Powracający goście, a tacy są. Wtedy mam poczucie, że jest dobrze. Bo tu nie ma szefa, który pochwali, ale są goście, którzy wystawią dobrą opinię, i którzy wracają. Ten biznes też ogromnie otworzył mnie na świat. Mam gości z praktycznie całego świata, nie tak dawno z Wysp Bożego Narodzenia. I nagle człowiek ma poczucie jak ten świat się kurczy. Że tak łatwo możemy się przemieszczać, że tyle jest miejsc jeszcze do zobaczenia. Że wiek nie jest żadnym ograniczeniem w podróży, bo często spotykam się z osobami starszymi. Że nawet brak znajomości języków nie jest problemem bo zdarzają się goście, którzy nie komunikują się po angielsku, który wydawałoby się jest tak uniwersalnym językiem, ale mówią tylko w swoim ojczystym. A jednak się dogadujemy. Są teraz translatory, wszystko do zrobienia. Trzeba tylko chęci i odwagi.


Za co lubisz życie w Gdańsku? 

Za co lubię Gdańsk? Za różnorodność. Za Stare Miasto, za plażę, za cudowne uliczki Starej Oliwy, za mnóstwo zieleni, za Trójmiejski Park Krajobrazowy. Za bliskość tak totalnie innego Sopotu, Gdyni. Ja w ogóle uważam, że ogromna siła jest w Trójmieście. Bo to jedna aglomeracja, ale trzy zupełnie różne miasta. Ich dostępność na wyciągnięcie ręki jest ogromnym atutem. Lubię też za poczucie wolności. Tutaj działa się historia, to było miejsce zmian. I w jakiś taki niewytłumaczalny sposób to się czuje.

Inspirujący jest w Tobie zapał do rozwijania się i odwaga. Zaczynałaś od zera, ale nie bałaś się kupować mieszkań na kredyt, a w czasie prowadzenia jednej firmy już wpadłaś na pomysł kilku kolejnych potencjalnych działalności, niedawno ukończyliście z partnerem i znajomymi naprawdę duży projekt, jakim była inwestycja w domy mieszkalne w Czaplach koło Gdańska, a już myślisz o kolejnych rzeczach. Opowiedz trochę o swoim podejściu do pieniędzy. Dla wielu to niewygodny temat, a ja uważam, że istotny. 

Pieniądz robi pieniądz. Bardzo prosta i prawdziwa maksyma. Żeby wyjąć trzeba też najpierw włożyć. Nie uważam, że kredyty to zło - mogą być świetną dźwignią finansową. Jest różnica między kredytem konsumpcyjnym na wakacje lub imprezę, a kredytowaniem mieszkania. W pierwszym przypadku pieniądze się rozeszły, zostały wspomnienia. W drugim, jest realny majątek. Pamiętam jak kupowałam swoje pierwsze mieszkanie. Kończyłam studia, pracowałam i miałam już zdolność kredytową. Pomyślałam - jeśli stracę pracę i nie będzie mnie stać na zapłacenie raty kredytu, to nie będzie mnie stać też na opłacenie wynajmu. Jak będę wynajmować, wyrzucą mnie z mieszkania i wrócę do rodziców. Jak będę miała swoje i bank będzie upominał się o ratę, to je wynajmę i wrócę do rodziców. Ważne jest tylko, że rata kredytu i opłat nie może być wyższa niż potencjalny zarobek z najmu.

Wielu ludzi sądzi, że umowa o pracę jest zabezpieczeniem i daje pewność. Ja nie, bo nie ma umowy, której nie można wypowiedzieć. Nie ma biznesu, który będzie hulał zawsze, dlatego warto dywersyfikować swoje przychody. Jak jedno się posypie, to zawsze są inne źródła zarobkowania, więc ja cały czas szukam czegoś nowego. Wszystko trzeba policzyć. Każdą inwestycję trzeba przeliczyć kilka razy, każdy biznes skalkulować. Pomysłów mam dużo, ale nie wchodzę w nie w ciemno - zgłębiam temat i często finalnie okazuje się, że się on nie opłaca. Wtedy odpuszczam i szukam dalej. Nigdy nie pójdę w biznes z myślą „jakoś to będzie”.


Rozwijasz swoje biznesy, ale przy okazji chętnie wspierasz inne. Kilka razy miałyśmy okazję o tym rozmawiać, w różnym kontekście. Pamiętam dość ponurą wymianę opinii o tym, że często znajomi pomimo, że wiedzą czym się ktoś zajmuje, korzystają z jego porad, ale pieniądze zostawiają gdzieś indziej. Wolą dać zarobić komuś innemu, nawet jeśli oferuje dokładnie to samo. Przez wiele lat pracując w biurze podróży odczuwałam to mocno - zrób ofertę, podpowiedz, poszukaj, przekalkuluj, wyślij, oceń, zarezerwuj, odpowiedz na mnóstwo pytań, a potem kontakt się urywał, a na Instagramie pojwiały się miejsca z poleconych miejsc czy hoteli.  Jeśli ktoś wybrał coś innego, ciekawszego to nie miałam oczywiście żalu, ale często była to moja oferta, mój poświęcony czas.

Tak, uważam, że trzeba wspierać swoich i jeżeli wiesz, że ktoś z rodziny, znajomych prowadzi jakiś biznes, a Ty akurat potrzebujesz jakiegoś produktu czy usługi, to aby w pierwszej kolejności zastanowić się czy właśnie ta osoba nie jest w stanie tego zapewnić. Oczywiście jeżeli oferowany produkt nie będzie spełniał oczekiwań, albo będzie znacząco droższy od konkurencji, to jasne jest, że nie zawsze sobie na tę współpracę możemy pozwolić.

Czasem warto jest też po prostu puścić wici dalej, że ktoś z naszych znajomych otworzył biznes, że ma coś do zaoferowania. Taka życzliwa, darmowa forma promocji. Może to być udostępnienie informacji na FB, na Instagramie. W zależności jakie mamy możliwości. Jeżeli nasz znajomy otworzył właśnie kawiarnię, a ja często bywam w okolicy i biorę kawę na wynos, to dlaczego nie kupować jej u niego właśnie, jeśli jest tak samo smaczna. Jeżeli moja znajoma szyje, a ja mam właśnie tego typu usługę do zlecenia, to dlaczego nie zrobić tego u niej. I tak dalej. Niestety powiem z przykrością, że zdarza mi się słyszeć, że ktoś nie pójdzie do danego lokalu, bo prowadzi go jego znajomy, i nie będzie mu dawał zarobić. Bo on i tak zarabia na innych wystarczająco dużo. Nie rozumiem. To po co ta znajomość skoro komuś nie życzysz sukcesu i powodzenia? Oczywiście tak jak wspomniałam wyżej, to nie tak, że mamy teraz na siłę wykonywać usługi i dokonywać zakupów tylko u znajomych, nawet jeżeli ta usługa jest gorszej jakości niż na rynku, ale by zastanowić się czy właśnie oni nie mogliby naszym wyborem, albo po prostu polecać - informować innych, że takie usługi są dostępne. Może ktoś skorzysta. Mi nie ubędzie od czyjegoś sukcesu. Niech więc dzieje się mu jak najlepiej.


A na koniec - porozmawiajmy o podróżach! Jak lubisz spędzać czas w drodze i jakie 3 zupełnie różne od siebie miejsca zrobiły na Tobie największe wrażenie? 

Swoją przygodę z podróżami zaczęłam z wygody od wyjazdów zorganizowanych. Z czasem świetnie odnalazłam się w organizacji wyjazdów, dostosowywaniu ich do swoich i partnera potrzeb. Na początku zabierałam kilkadziesiąt kartek z wydrukowanymi materiałami, cały plan podróży, listę miejsc do odwiedzenia. Jeżeli czegoś nie zdążyłam zobaczyć, był smutek bo przecież może się zdarzyć, że już nigdy w to miejsce nie wrócę i coś przegapiłam. Sama sobie psułam radość z podróży, zamiast cieszyć się tym co zobaczyłam, ja się smuciłam tym, czego nie zobaczyłam. W końcu rozumiałam, że nie da się w kilka czy kilkanaście dni poznać w pełni żadnego miejsca. No po prostu się nie da. Czas jest ograniczony. Teraz przed wyjazdem czytam sobie o danym miejscu, ale już nie planuję. Wiem co jest do zobaczenia, ale jak to wyjdzie, zobaczymy na miejscu.

Jest zdecydowanie więcej spontaniczności w tych podróżach. Pierwszy dzień jest zawsze dniem czysto zapoznawczym. Po prostu błąkamy się po mieście. I powiem ci, że to chyba jest dla mnie najlepsza forma poznawania miasta. Niespieszne spacery, błądzenie uliczkami, kawa w lokalu i obserwowanie miejscowych. Nie jestem typem muzealnym, aczkolwiek zdarzały mi się wyjątki. Co do zasady jednak, zależy mi na poznaniu współczesnego miasta i jego życia. Chcę zobaczyć jak żyją miejscowi, co jedzą, jakie produkty są dostępne w sklepach, jak odpoczywają. Oczywiście mam świadomość, że będzie to mimo wszystko wiedza powierzchowna bo będę to wszystko obserwować w perspektywy turysty, który wpadł tu na kilka dni, ale dla mnie to już coś. Jeżeli dane miejsce mnie zaintryguje i będzie możliwość, to będę starała się po prostu wrócić. Wiesz za co właśnie uwielbiam podróżowanie? Za możliwość zaobserwowania jak różnie można żyć. Niby jesteśmy tacy sami, ale codziennie budzimy się w zupełnie innych miejscach na świecie, z innym widokiem z okna, inaczej jemy, przemieszczamy się do pracy - ja na przykład jadę wzdłuż blokowisk, a ktoś na południu Europy ma trasę do biura wzdłuż wybrzeża i obserwuje sobie błękit wody. To mnie fascynuje. Pozwala złapać dystans, że nie ma jednego dobrego sposobu na życie, można żyć totalnie inaczej niż ja, i też być szczęśliwym.


Zapytałaś o 3 miejsca, które zrobiły największe wrażenie. Na pewno Norwegia! Coś niesamowitego. To jest kraj tak niesamowicie, naturalnie piękny! Tam po prostu czujesz taką potęgę natury, taki wszech otaczający spokój. Masz wrażenie, że nic nie jest na siłę, nic nie jest pod turystę, że te miejsca po prostu są i ty stajesz się ich częścią. Uwielbiam, naprawdę uwielbiam za te naturę, którą mogę tam podziwiać. Drugim takim miejscem jest Singapur. Zestawiając z Norwegią to tak totalnie inny świat. Czyż podróże nie są czymś cudownym? Okazuje się, że można się zachwycać totalnie skrajnymi miejscami :) Singapur jest tak poukładany, tak zorganizowany. Mówi się, że to taki sztuczny twór, totalna opozycja dla norweskich miasteczek. A jednak ta harmonia w tej całej wielkomiejskości, którą to miasto oferuje, jest czymś niewyobrażalnym. Będąc tam masz poczucie, że jesteś częścią jakiegoś ładu i porządku, że jesteś w ogóle w centrum świata, bo przecież tyle biznesów co ma tam siedzibę, cały świat się przeplata. Mimo mojej fascynacji naturą, uwielbiam też wysokościowce, możesz więc sobie wyobrazić do jakiego raju trafiłam :) i w tym wszystkim, w tych szklanych domach, ta cała zieleń. Wszędzie zieleń, parki, skwery, zieleń na elewacjach, ogrody na dachach. Bajka. Chwilę musiałam się zastanowić nad trzecim miejscem. I wybrałam Włochy. Urzekły nas, mnie i mojego partnera, jako miejsce do życia. Myślimy nad tym żeby kiedyś móc kupić sobie jakieś małe mieszkanko we Włoszech właśnie. My się tam po prostu dobrze czujemy. I to zarówno na północy jak i na południu, które są tak skrajnie różne. Jest nam tam dobrze i swobodnie. Byliśmy już wielokrotnie w wielu miejscach tego kraju, i dalej chcemy wracać. Ba, nawet zaczęliśmy wracać w te same miejsca, żeby po prostu pokręcić się po znanych uliczkach, napić się dobrej kawy, coś zjeść. Czujemy się tam bardzo swobodnie. Lubimy włoskie jedzenie, kawę, podoba nam się włoskie podejście do mody, odpowiada nam klimat. Nie mam swojego ulubionego miejsca, zachwyciło mnie jezioro Como, Lecco i okolice, Werona, Bergamo, Mediolan, Florencja, pokochałam Sycylię. I to nie tak, że nagle zobaczyłam tam coś co mnie zachwyciło, ale po prostu we wszystkich tych miejscach czułam się bardzo dobrze i tak trochę swojsko :)

Dziekuję za rozmowę, która mogłaby być jeszcze dłuższa! O modzie, kosmetykach, wegetarianiźmie, miłości do kotów i wielu innych rzeczach o których piszesz lub nagrywasz. Do moich Czytelników - Kasię znajdziecie:


Oraz na stronie firmowej Seaside Apartments

4.8.19

Moja praca kiedyś i teraz

Często wspominam o tym, że sezon pracowity, wolnych dni mało, pracy dużo. Pytacie czasami czym się w tej chwili zajmuję, bo kilka razy mówiłam, że trochę się u mnie zawodowo pozmieniało. Czas uchylić rąbka tajemnicy i w końcu zdradzić coś więcej. Branża ta sama - turystyka, ale jednak specyfika pracy zupełnie inna.
Kto jest ze mną dłużej, ten na pewno wie, że przez ponad 8 lat pracowałam w biurach podróży jako sprzedawca wycieczek zorganizowanych. Przez pierwsze lata bardzo lubiłam to zajęcie, dawało mi dużo satysfakcji, miałam świetne wyniki sprzedażowe bo lubię kontakt z ludźmi, a wiedzy o kierunkach i hotelach też mi nie brakuje. O miejscach w których sama nie byłam starałam się czytać jak najwięcej, zdobywać dodatkowe informacje, dokładnie analizowałam raporty z wyjazdów szkoleniowych (tzw. study tour) innych pracowników. Uczciwie przedstawiałam wady i zalety różnych ofert, starając się przy okazji poznać oczekiwania Klientów. Zawsze zależało mi na tym, żeby sprzedać coś, co pasuje do danej osoby, nie tylko na tym, żeby sprzedać i dobić do wysokiego progu sprzedażowych oczekiwań pracodawców. Co ciekawe, takie podejście procentowało - nie dość, że reklamacji miałam mało, sprzedaży dużo, to jeszcze po latach byli Klienci potrafili odszukać mnie na Facebooku żeby spytać czy jeszcze pracuję w branży bo znowu szukają wycieczki :-)
Miejsca pracy zmieniałam często. Przeszłam przez szklane akwarium na środku centrum handlowego, Call Center jednego z większych agentów w Polsce, przez prywatne biuro rodzinne i kameralną firmę z długim stażem na rynku. W każdym uczyłam się czegoś nowego, a że dawałam z siebie dużo to do jednego biura wróciłam po latach, kolega z drugiego ściągną mnie do trzeciego, koleżanka z czwartego poleciła mnie w piątym... Tak sobie zmieniałam, szukałam i czułam, że gasnę. Dość długo zajęło mi zrozumienie, że to nie firmy w których pracuję wpływają na mój brak satysfakcji z pracy, a praca którą wykonuję. Nagłe olśnienie. Odszedł od mojego biurka mężczyzna z którym omówiłam wszystkie kierunki świata, dziesiątki hoteli (w każdym coś mu nie pasowało), wiedząc że i tak nic nie kupi. Poczułam wtedy, że nienawidzę sprzedaży i jestem totalnie wypalona.
To była późna jesień 2015 roku. Głowa i brzuch bolały mnie na samą myśl o poniedziałku, poranku, kolejnym dniu pracy. Za tydzień miałam lecieć na 7 dni na Maltę. Czułam, że muszę coś natychmiast zmienić w swoim życiu, chociaż nie wiedziałam jeszcze co. Jak wielu z Was wie - poleciałam, wróciłam i złożyłam wypowiedzenie. Takie było chyba moje przeznaczenie, bo przerażona poszłam na rozmowę z szefową bojąc się reakcji, a ona odetchnęła z ulgą co mnie zaskoczyło. Okazało się, że kilka dni wcześniej dostała informację, że firma musi zlikwidować jeden oddział i zwolnić 2 osoby, co było dla niej trudne, więc moja decyzja ułatwiła jej życie.
Wróciłam na Maltę i próbowałam znaleźć pracę w jednej ze szkół językowych. Chodziło mi przede wszystkim o zadania związane z organizacją czasu wolnego, czyli planowanie zajęć dodatkowych dla kursantów. Dostawałam jednak propozycje jako animator na obozach dla dzieci, a to zupełnie nie moja bajka. Wróciłam więc do Polski i zaczęłam szukać podobnej pracy tutaj. Znalazłam ofertę firmy zajmującej się wyjazdami językowymi dla młodzieży m.in. na Maltę, więc nie zastanawiałam się ani minuty. Zostałam zatrudniona, ale w dziale zajmującym się wyłącznie Wielką Brytanią. Przez chwilę było mi smutno, bo jednak w sercu wciąż miałam Maltę, ale prawda jest taka, że Londyn kocham od lat i też jest mi niezwykle bliski. Tak się zaczęła nowa przygoda i nowy rozdział. 
Od ponad 2.5 roku zajmuję się organizacją wyjazdów młodzieżowych do Wielkiej Brytanii. W końcu organizacją, a nie sprzedażą! Zawsze lubiłam tworzyć nowe rzeczy, działać, zmieniać, modyfikować, realizować pomysły. W sprzedaży niestety kreatywność niebezpiecznie zbliżała się do poziomu 0, bo wszystko musiało iść zgodnie z kluczem i wytycznymi lu procedurami. Tu mogę więcej, inaczej i po swojemu. Bywa strasznie ciężko, wakacje są niezwykle męczące, ale wielką frajdę sprawia mi widok uśmiechniętych młodych ludzi, którzy za chwilę mają wyjechać na wyczekiwany obóz. To zupełnie inne uczucie patrzeć na realny efekt swojej pracy w formie zrealizowanego własnym zaangażowaniem wyjazdu niż wiedzieć, że coś po prostu tylko sprzedałam. 
W takim momencie życia zawodowego jestem dzisiaj. Co przyniesie przyszłość, z której strony wiatr zawieje i gdzie mnie poniesie nie wie nikt. Póki co nie planuję zmian, ale kto wie, co czeka za zakrętem?

31.7.19

Times Square - w krainie billboardów

Times Square - jeden z symboli Nowego Jorku. Miejsce znane z filmów, reklam, teledysków. Kojarzy je chyba każdy, a impreza Sylwestrowa odbywająca się tam co roku uważana jest za jedną z największych na świecie.
Plac znajduje się w środkowej części Manhattanu, na skrzyżowaniu Broadwayu i Siódmej Alei. Jest szczelnie otoczony biurowcami i wysokimi budynkami, zatłoczony do granic możliwości. To tętniące życiem serce miasta, odwiedzane tłumnie przez turystów. Być w NYC i nie mieć zdjęcia na Times Square? Niemożliwe! 
Miejsce pocztówkowe, symboliczne, kolorowe. Najbardziej znane z ... ogromnej ilości ruchomych ekranów reklamowych i billboardów umieszczonych na relatywnie niewielkiej powierzchni. Ot, taki znak naszych czasów. W przerwie między zakupami biegniemy zrobić sobie zdjęcie wśród walących po oczach neonów i podświetlanych reklam amerykańskich marek odzieżowych, gadżetowych i spożywczych. Jest też trochę informacji o bieżącym repertuarze teatrów, co uzupełnia reklamową ofertę w dość osobliwy sposób.
Times Square nie było na liście moich nowojorskich marzeń, ale zajrzałyśmy tam będąc w okolicy. Dotarłyśmy pod wieczór, gdy zaczynało się ściemniać. Spędziłyśmy uroczy dzień w Central Parku, więc kontrast był ogromny. Z zielonej, spokojnej, słonecznej części miasta przeniosłyśmy się do świecącego w ciemności koszmarku. Nie lubię miejsc tłocznych i głośnych, nie przepadam za jaskrawym światłem i atakującym zewsząd nadmiarem bodźców, więc nie wpadłam w zachwyt. Times Square mnie zmęczył w ciągu kilkunastu sekund. Jedyne selfie mówi wszystko o miłości, której nie było i nigdy nie będzie. Potraktujmy to z przymrużeniem oka ;)
Inna sprawa jest taka, że im jestem starsza, tym bardziej sceptycznie podchodzę do tematu konsupcjonizmu, a w szczególości zakupów, sieciówek, szybkiej mody i szybkiego życia. Ciężko było mi odciąć swoje przekonania i patrzeć na Times Square wyłącznie jak na atrakcję turystyczną. Mimo wszystko jest czymś więcej, nie tylko ikoną Nowego Jorku, ale też symbolem świata, z którym na tym etapie życia nie jest mi po drodze.
Jeśli miałabym wskazać, jak wyobrażam sobie karę potępienia (tak, żeby naprawdę odczuć bolesne konsekwencje swoich złych czynów), wskazałabym na życie wieczne w głównym sklepie Primark na Oxford Street w Londynie, Times Square w godzinach szczytu lub ewentualnie udział w niekończącym się weselu w rytmach disco polo wśród pląsów wąsatych, rubasznych wujków. Są to miejsca i wydarzenia, których wspomnienia automatycznie wywołują gęsią skórkę i to uczucie nieprzyjemnego ucisku gdzieś w środku.

Ciekawa jestem z czym Wam kojarzy się Times Square? Byliście? Chcielibyście odwiedzić? Dajcie znać!

21.7.19

Darmowe i niedrogie atrakcje Warszawy

Ten wpis czekał zapisany w szkicach blisko 2 lata! Przypomniał mi się, gdy kilka dni temu kupowałam bilety na koncert wokalisty pochodzącego z Azorów. Cristóvam wystąpi w jednym z warszawskich domów kultury, co ma bezpośredni związek z tematyką tego posta - dziś będzie o trudnych początkach i kreatywności.

Marek przeprowadził się do Warszawy w listopadzie 2016 roku. To był skok na głęboką wodę, bo żadne z nas nie miało wtedy pracy, ale chcieliśmy być razem. Ja pracę znalazłam miesiąc później, ale pensja na start była skromna. Marek szukał dłużej i wpadał z deszczu pod rynnę. Żyliśmy z kalkulatorem w ręku i chociaż zawsze byłam osobą raczej oszczędną, to wówczas było nam ciężko. Wcześniej udawało mi się odłożyć pieniądze na jakieś podróże, wyjścia do kina czy teatru, wizytę w restauracji, ale wtedy mogliśmy o tym tylko pomarzyć. 

Po co tym piszę? Nie po to, żeby się użalać. Wręcz przeciwnie! Te miesiące dużo mnie nauczyły. Nie chcieliśmy siedzieć w domu, ale blokowały nas koszty ewentualnych wyjść. Zaczęłam się zastanawiać co można robić w Warszawie za darmo lub niedrogo. Zimą i wczesną wiosną, bo latem są parki, można iść nad Wisłę albo urządzić piknik na trawie. Okazało się, że możliwości jest sporo i do dziś z tych rozwiązań chętnie korzystamy. 

Kina 
Ich wybór w Warszawie jest naprawdę duży. W większości przynajmniej raz w tygodniu jest "Tani Dzień", gdy bilet kosztuje 10-12 zł za osobę. Zdarzają się promocje typu "2 za 1" lub zniżki dla stałych klientów. Niektóre domy kultury (o nich więcej poniżej) również mają kameralne sale kinowe, gdzie za 10zł lub nawet mniej przez cały rok można obejrzeć wybrane przez nie filmy - często niszowe i wartościowe.

Teatry
Ceny biletów kupowanych z wyprzedzeniem są dość wysokie, ale można korzystać z tzw. wejściówek. Trzeba przyjść do teatru przed spektaklem, stanąc w kolejce i przy odrobinie szczęścia kupić bilet za 1/3 ceny.

Bezpłatne dni w muzeach
Dni otwarte są w wielu państwowych obiektach. Warto przyjechać o poranku, aby uniknąć tłumów. Sprawdziłam tego typu obiekty w Warszawie i okazało się, że za darmo można wejść do Muzeum Powstania Warszawskiego czy na Zamek Królewski (niedziele), Muzeum gazownictwa (codziennie), Muzeum Żydów Polskich, Muzeum Azji i Pacyfiku (czwartki), Muzeum Kolejnictwa (poniedziałki), Muzeum Karykatury (wtorki). A to tylko część z nich!

Zniżki do płatnych obiektów
Po poszukiwaniach bezpłatnych muzeów, ciasteczka zaczęły mi wypluwać różne reklamy, w tym serwisów oferujących grupowe zakupy. Kojarzyły mi się głównie z gastronomią i kosmetyczkami, a okazało się, że można kupić za pół ceny czasami wejścia do prywatnych muzeów, na ciekawe wystawy i różne wydarzenia.

Restauracje 
Kilka lat temu ograniczyłam wyjścia do restauracji po tym, gdy kilka razy z rzędu nacięłam się na kiepskie jedzenie za wcale nie małe pieniądze. Raz na jakiś czas fajnie jest jednak gdzieś wyjść. Skupiliśmy się na restauracjach, które mają menu lunchowe (często nawet do godziny 17). Zdarza się, że wieczorem, np. po 20 jedzenie w niektórych lokalach jest tańsze (dotyczy to raczej barów niż restauracji). Inne mają znowu świetne oferty śniadaniowe - np. do kawy za 10 zł śniadanie za złotówkę lub do śniadania za 12 zł kawa gratis.

Domy kultury
Powiem szczerze, że było dla mnie odkrycie na miarę wynalezienia żarówki ;) Wiedziałam oczywiście, że takie miejsca istnieją, ale nie interesowałam się ich ofertą. Raz w życiu byłam na wystawie zdjęć z Portugalii i nie wchodziłam w temat głębiej. Okazało się jednak, że to istne kopalnie możliwości! Polubiłam na Facebooku ośrodki do których mamy najbliżej (Bemowo, Wola, Bielany). Ich oferta jest naprawdę bardzo ciekawa, program na każdy miesiąc różnorodny. Są koncerty (plenerowe i nie tylko), wystawy zdjęć i obrazów, spektakle teatralne, potańcówki, wieczorki międzynarodowe z jakimś tematem przewodnim, spotkania autorskie z ciekawymi osobami, pogadanki na różne tematy ze specjalistami (np. z zakresu ekologii, zdrowia czy psychologii). Pojawiają się w ofercie różne warsztaty - kosmetyczne, kulinarne, plastyczne, a nawet stolarskie oraz zajęcia sportowe (joga, gimnastyka i inne). Część atrakcji jest za darmo, część za symboliczną opłatą.

Niektóre domy i ośrodki kultury mają też bogatą ofertę dodatkowych zajęć plastycznych, muzycznych czy sportowych. Nie są to jednorazowe spotkania, a całe cykle. Ja miałam okazję uczestniczyć w zajęciach z sitodruku i decoupage oraz w ciekawym cyklu spotkań dotyczących fotografii. Warto obserwować takie miejsca, bo pojawiają się prawdziwe perełki i za przysłowiowe grosze można kreatywnie i ciekawie spędzić czas. Niektóre biblioteki organizują również spotkania autorskie lub kółka dyskusyjne dla miłośników książek.

Karta Mieszkańca Miasta/Dzielnicy 
Takie karty funkcjonują w wielu miastach, oferując różnorodne zniżki ich mieszkańcom m.in. do różnych obiektów typu muzea, do teatrów, na zajęcia sportowe, językowe i inne. Warto rozeznać się jak to wygląda u Was.

Pokazy slajdów z podróży
Większość pokazów odbywa się w miejscach, które mają przystępne ceny napojów czy prostych posiłków. Można zatem połączyć wyjście do knajpy z ciekawą opowieścią z jakiegoś zakątka świata.

Akcje sąsiedzkie/społecznościowe 
Wiele dzielnic ma swoje "lokalne centra" sąsiedzkiego życia w kawiarniach czy klubikach. U nas na Bemowie jest Ogród Społecznościowy w Forcie Bema, gdzie odbywają się różne ciekawe wydarzenia, a w innych miejscach organizowane są wyprzedaże garażowe i prywatne inicjatywy zrzeszające mieszkańców. 

Miejsca, które można zwiedzać za darmo
Nie mam na myśli galerii handlowych, chociaż i taki etap w swoim życiu miałam, że lubiłam. Na szczęście przerodził się w czystą nienawiść i dziś unikam ich jak ognia. Można wybrać się do Hali Koszyki albo nowej Hali Gwardii, w okresie przedświątecznym na odbywające się w wielu dzielnicach Jarmarki Bożonarodzeniowe, podziwiać wnętrza zabytkowych kościołów czy najpiękniejsze parki lub klimatyczne cmentarze.

Być turystą w swoim mieście 
Często jest tak, że zachwycamy się innymi miastami, a wcale nie znamy naszych własnych. Sama mam ogromne braki jak chodzi o zwiedzanie Warszawy i nie jestem na czasie w temacie nowych atrakcji. Na blogu jest trochę stolicy, ale jak na osobę która mieszka tu od zawsze nie jest to jakiś super wynik. Wpisy znajdziecie TUTAJ, a ja będę szukać w sobie motywacji żeby napisać o jeszcze innych miejscach. 

Strony prezentujące darmowe wydarzenia
W trakcie poszukiwań dowiedziałam się, że istnieją portale, które preznetują darmowe wydarzenia na każdy dzień. Bardzo zróżnicowane tematycznie, więc trzeba poświęcić trochę czasu, ale można dorwać informacje o różnych miejskich perełkach, takich jak darmowe spacery z przewodnikiem (za opłatę według uznania), koncerty, imprezy plenerowe, szkolenia, warsztaty, festiwale i inne. Są kopalnią wiedzy o wydarzeniach, przy czym często są bardzo nieczytelne, a jakość propozycji bywa dyskusyjna - nie ma selekcji, na stronę trafia wszystko.

Teoretycznie to wszystko jest oczywiście, ale jak rozmawiam na ten temat z osobami, które przyjechały do Warszawy z innych miejsc i dopiero zaczynają swoją przygodę z tym miastem, to dla wielu jest to nowy temat. Pomyślałam, że warto o nim wspomnieć, bo początki bywają trudne. Poza tym może ktoś z Was a jeszcze inne rady lub pomysły jak spędzać czas w Warszawie lub innych miastach za darmo lub za symboliczne kwoty? 

13.7.19

Azulejos, mozaiki i morskie klimaty w domu

Moje ulubione miseczki ze sklepu Smaki Portugalii
Jak już się pewnie zdążyliście zorientować, mam bzika na punkcie wszystkiego, co jest związane z morzem i wodą oraz wszystkiego, co kojarzy mi się z południem Europy. Mam tu na myśli kolorystykę, elementy architektury, dekoracje i detale (ale też tempo życia, umiejętność celebrowania chwili itd.).

8.7.19

Restauracja z widokiem na Lizbonę

Wiele lat musiało upłynąć, zanim w końcu udało mi się dotrzeć do Restaurante Ponto Final - lokalu serwującego wyjątkowy widok na Lizbonę. Pomimo, że do zlokalizowanej po drugiej stronie Tagu miejscowości Cacilhas wielokrotnie płynęłam promem, zawsze był to jedynie punkt przesiadkowy do sanktuarium Cristo Rei czy na Costa da Caparica. Wielka szkoda, bo zaledwie krótki spacer dzieli terminal promowy i to niezwykłe miejsce!
TOP