Najnowsze wpisy

18.5.18

Wyspa, która zmieniła wszystko

Dokładnie 2 lata temu wróciłam z Malty. Powinnam powiedzieć "Oh, jak to szybko zleciało", ale nie! Mam wrażenie, że minęła cała wieczność. Nie myślę o tamtej przygodzie zbyt często, ale dziś naszło mnie na słowo osobistego podsumowania. Nigdy nie należałam do osób, które biorą sprawy w swoje ręce i dają się ponieść fali chwilowego entuzjazmu. A wtedy? Z dnia na dzień pożegnałam się z nielubianą pracą, spakowałam walizkę, pojechałam na lotnisko i w pewien mroźny styczniowy dzień wyleciałam z Polski. Nie oglądając sie za siebie.
Dla wielu ludzi to nic niezwykłego. Dla mnie to była rewolucja. Dotąd bałam się porażek, wolałam ich unikać. Wybierałam bezpieczne rozwiązania. Szukałam co prawda swojej drogi, nie bałam się zmian, ale ciągle coś blokowało mnie od środka. Byłam jak łódka kołysząca się na niespokojnych wodach. Przywiązana do brzegu i totalnie zależna od zalewających ją fal. Ogromnie nie lubiłam tego przytłaczającego uczucia. Częste podróże stały się namiastką wolności, formą ucieczki od codzienności i rzeczywistości.
W podróży świat był lepszy. Bardziej kolorowy, radosny i beztroski. Mogłam wyłączyć telefon, zapomnieć o wszystkim, co przytłaczało mnie w "zwykłym" życiu. To nakręcało do działania, poszukiwania i odkrywania.
Wiedziałam, że coś jest nie tak. Nie wiedziałam jednak co. Niby szukałam odpowiedzi, ale nie zadawałam sobie zbyt wielu pytań. Uciekałam. Jeździłam, zwiedzałam, chłonęłam. Pisałam o wielu wspaniałych miejscach i cudownych chwilach, które dawały mi złudne poczucie niezależności. Robiłam setki zdjęć, goniąc i pędząc. Wydawało mi się, że takie tempo jest fajne. Rozwijające. Ciekawe. Zawsze trzeba było jednak wrócić. Nienawidziłam powrotów, pustego mieszkania i nie czerpałam żadnej  przyjemności z życia, które wiodłam.
Wychodząc rano z domu czułam, że trzęsę się w środku i nie ma we mnie spokoju. Wchodziłam do biura i wykonywałam odtwórcze zadania, które mnie bardzo dołowały. Wiele osób mówiło mi, że "Praca to tylko praca". Trzeba przyjść, zrobić swoje nawet jak jest nudne i monotonne, a potem wyjść ciesząc się, że pod koniec miesiąca pieniądze wpłyną na konto. Nigdy się z tym nie zgadzałam. Chciałam mieć pracę, którą będę lubić. Nieidealną, ale dającą mi satysfakcję. Zmieniałam, szukałam. Bez skutku. Każda uwierała mnie tak samo mocno. Chwilowe ukojenie dawało szukanie kolejnych biletów, wyjazdy w piątek i wieczorne powroty w niedzielę.
Tydzień spędzony na Malcie w grudniu 2015 roku dał mi to, czego się nie spodziewałam. Chwilę refleksji nad sobą. Wiarę, że moje życie może być bardziej interesujące. Inspirujące. Pełne nowych wyzwań. Byłam wtedy na skraju rozpaczy, czułam, że jak czegoś natychmiast nie zmienię to rozerwie mnie od środka. Pożegnałam starą pracę bez odrobiny sentymentu. Zamykając za sobą drzwi czułam jak spada mi wielki ciężar z serca. Kupiłam bilet w jedną stronę na tę małą, śródziemnomorską wyspę wiedząc, że coś tam czeka. Ale właściwie co?
Nie wiedziałam dokładnie, ale czułam, że to będzie przygoda, która zostawi po sobie ślad. Wszystkie zdjęcia z tego wpisu zrobiłam tego samego dnia. To była niedziela, pierwszy dzień "nowego" życia. Wiele było wówczas niewiadomych, chociaż dominującym uczuciem nie był strach, a wielka ufność. W ludzi i w świetlaną przyszłość. Brzmi to banalnie, ale mówiąc, że chcę tam szukać pracy, podświadomie chyba chciałam odnaleźć siebie. Miałam rację myśląc, że po Malcie życie nie będzie takie samo. Z tym, że jedyne co się zmieniło, to... JA.
Z perspektywy czasu patrzę na tę maltańską ucieczkę i całą związaną z nią historię z dużym dystansem. Byłam niemądra i mocno zagubiona. Nie umiałam znaleźć sobie miejsca w świecie. Źle dobierałam ludzi z którymi spędzałam czas i traciłam go na złudzenia. Ten wyjazd, tych kilka miesięcy pozwoliły mi się otrząsnąć. Przewartościować. Odwagą nie było to, że rzuciłam nudną robotę i poleciałam gdzieś w nieznane. Odwagą było to, że w końcu zaczęłam zadawać sobie pytania i na nie szczerze odpowiadać. Czego mi w życiu brakuje? Co mi przeszkadza? Co mnie boli? Czego potrzebuję? Czego szukam? Co wychodzi mi dobrze? Co beznadziejnie? Jak widzą mnie inni? Czy dostaję od ludzi tyle, ile z siebie daję? Co jest ważne, a co nie ma większego znaczenia?
To był dziwny czas. Czułam się jakbym jechała rozpędzoną kolejką na wesołym miasteczku, co też było widać na blogu. Chciałam coś zmienić, ale nie wiedziałam do końca co i kurczowo trzymałam się bezsensownych rozwiązań i niewłaściwych osób. Nie umiem opisać tego, co sie we mnie działo i chyba nawet nie chcę. Zawiodłam się na ludziach i na samej sobie też. Zamęczałam świat opowieściami pełnymi żalu, lęku i negatywnych emocji. Ta zła energia musiała się w końcu skumulować. Walnęła niespodziewanie w szklaną szybę od wanny, która rozbijając się zrobiła też przy okazji wielką dziurę w umywalce wynajmowanego mieszkania i pozbawiła mnie resztek nadziei oraz ostatnich oszczędności. Paradoksalnie - ten najgorszy moment, był najlepszym. Siedziałam na podłodze i płakałam, a w radio leciało "Out of the woods" Taylor Swift. Trochę to dziwne, ale zaczęłam się w nią wsłuchiwać i poczułam się lepiej niż kiedykolwiek. Wstałam, otrzepałam się, kupiłam bilet powrotny i z ulgą wróciłam do domu. Ludzie mówili "Nie poddawaj się, nie wracaj tak szybko", ale ja się nie poddałam. Wiedziałam, że w końcu znalazłam to, czego szukałam.
Co mi dał ten czas? Dorosłam. Pogodziłam się ze sobą i polubiłam własną niedoskonałość. Odetchnęłam. Razem z tym uczuciem przyszedł spokój. Więcej zrozumienia i wyrozumiałości dla siebie samej, ale też dla innych. Więcej uśmiechu i dobrych myśli, które pozwalały łatwiej znosić kolejne niepowodzenia. Pojawiło się wiele emocji o których nie miałam dotąd pojęcia, a które bardzo mi się podobały. Postanowiłam zwolnić, o wiele cierpliwiej i uważniej rozmawiać sama ze sobą. Unikać ludzi, którzy sprawiają, że lubię siebie mniej, że staję się przy nich niepewna i słaba. Ludzi, którzy pod pretekstem troski i dobrych rad zabierają mi energię, a nawet podcinają skrzydła. Nauczyłam się stawiać granice i odmawiać. Z niektórymi drogi rozeszły się jakoś naturalnie, zabrakło nagle wspólnych tematów. Po raz pierwszy w życiu zaczęłam wysyłać CV na inne stanowiska niż do tej pory i od razu znalazłam pracę. Pojawiła się wdzięczność za wszystkie małe rzeczy i większa otwartość na to, co przyniesie los. Może dlatego przyniósł tak dużo dobrego?
Minione 2 lata były pełne problemów, zawirowań, przeszkód. Przebrnęłam przez nie jednak znacznie spokojniej niż kiedyś. Dziś jestem inną osobą, a do tego jest przy mnie Marek, którego poznałam zaraz po powrocie do kraju. Wiem, że nie byłoby go, gdyby nie to, co przeżyłam na tej pełnej skrajności wyspie. Gdybym nie odnalazła siebie, nie byłoby nas. Nie byłabym gotowa i nie umiałabym tego docenić. Nie żałuję tego wyjazdu - łez, smutku, rozczarowań, porażek. To one doprowadziły mnie do chwili, w której piszę te słowa. Dalekiej od ideału, ale grzejącej od środka i dającej poczucie spełnienia. Chwili, od której w końcu nie chcę uciekać.

13.5.18

Lizbona w 8h - czy to realne?

Jeden dzień w Lizbonie to tyle, co nic. 8h w Lizbonie to tak mało, że w ogóle szkoda gadać. Zdarza się jednak, że więcej czasu nie ma i już. Przy dobrej organizacji można zobaczyć naprawdę dużo i jeszcze chwilę odpocząć, zjeść coś pysznego i po prostu porozkoszować się chwilą. Dziś opowiem jak zrobiliśmy to my. 

8.5.18

Lista miejsc z których Lizbona zachwyca

Punkty widokowe w Lizbonie są według mnie jedną z najmocniejszych stron miasta. Stolica Portugalii kusi magicznymi widokami, dla których czasem warto wdrapać się pod górę w piekącym słońcu. 

3.5.18

"Mieć czy być?" Z Weroniką o Anglii i małych gestach, które zmieniają świat

Szukałam pomysłu na kolejną rozmowę, a ten przyszedł sam. Weronika wysłała do mnie wiadomość z informacją o małym projekcie, który realizuje w swoim angielskim domu. Pojawiło mi się w głowie mnóstwo pytań i pomyślałam, że warto zadać je na głos. Może kogoś temat zaciekawi, a może to Ty postanowisz skorzystać? Połączenie przyjemnego z pożytecznym jest zawsze dobrym pomysłem! Zapraszam do lektury!

20.4.18

Koty z podróży

Koty - sympatyczne stworzenia, które często są cichym towarzyszem naszych podróży. Wylegują się na słońcu, miauczą gdzieś w tle lub rozbrajającym spojrzeniem proszą o podzielenie się posiłkiem. Niektóre chude i wygłodzone, inne żyją jak przysłowiowe pączki w maśle. Czasami serce płacze na ich mizerny widok, innym razem oko się raduje ich życiowym zadowoleniem. Dużo ich szczególnie na południu - w ciepłych krajach, pełnych turystów od których zwykle trafi się miłe słowo i jakiś smaczny kąsek. Przeglądając różne foldery ze zdjęciami zorientowałam się, że mam ich naprawdę dużo. To fajny materiał na lekką, przyjemną i puchatą galerię. Pozwól zatem, że przedstawię Ci moje ulubione koty z podróży!

11.4.18

Zakochani w Olsztynie

Olsztyn jezioro łódki
Nigdy nie planowałam wyjazdu do Olsztyna. Nie miałam o tym mieście większego pojęcia, nie widziałam zbyt wielu zdjęć, nie słyszałam szczególnie ciekawych historii z nim związanych. Nikt ze znajomych tam nie mieszkał, nie studiował, nie spędzał wakacji. Do zeszłego roku to miasto było poza moim okręgiem zainteresowań.

4.4.18

Moje ulubione maltańskie plaże

Mieszkając przez chwilę na Malcie, miałam takie miejsca do których chętnie i często wracałam. Dziś pokażę Wam jedno z nich. Nie bez znaczenia jest fakt, że mój pobyt na wyspie przypadł na zimę. To najniższy sezon turystyczny (chociaż oczywiście odwiedzających nie brakuje!), a zarazem zdecydowanie najchłodniejszy.

22.3.18

Zanurz się w zielonym Londynie!

Niestandardowe atrakcje Londynu są tym, czego poszukuję intensywnie za każdym razem, gdy planuję podróż do tego miasta. Centrum znam dość dobrze i nie budzi we mnie już większych emocji.  Chcę czegoś innego!
TOP