Najnowsze wpisy

11.12.18

Angielski na Malcie czy w UK?

Nauka języka angielskiego za granicą zawsze była moim marzeniem. Nie ma się co oszukiwać - tego typu kursy nie są tanie, dlatego warto się dobrze zastanowić nad wyborem kierunku wyjazdu oraz szkoły. 

W grudniu 2015 roku miałam okazję spędzić tydzień w szkole językowej w St. Julian's na Malcie, a w listopadzie 2018 roku tydzień w szkole językowej w Brighton w Wielkiej Brytanii. Tydzień to zbyt krótko, żeby ocenić długofalową skuteczność nauki i zadowolenie z wyjazdu, ale wystarczająco długo, żeby mieć już jakąś opinię. 

Dziś chciałabym porównać naukę na Malcie i w Wielkiej Brytanii z mojego absolutnie subiektywnego punktu widzenia i z doświadczeń, które mogą być całkowicie rozbieżne z doświadczeniami innych osób. Wiele zależy na pewno od wybranego terminu, szkoły, pogody, nauczycieli itd. Każdy musi decyzję podjąć sam.

3.12.18

Sobota w Radziejowicach

W ostatnim wpisie dotyczącym wizyty na zamku w Mosznej napisałam, że wracając do Warszawy chcieliśmy odwiedzić jeszcze jedno miejsce. Do Radziejowic trafiliśmy przez przypadek - jechaliśmy kiedyś do domu i zobaczyłam na Googlemaps informację o jakimś pałacu. Postanowiliśmy zjechać trochę z trasy i tam zajrzeć.

16.11.18

Kolorowy rejs na Paxos i Antipaxos

Na pogodę tej jesieni narzekać w tym nie mogę, ale coraz krótsze dni są tym, czego pokochać nie potrafię. W ponurych miesiącach brak słońca i kolorów jest dla mnie zdecydowanie największym problemem. Lubię wtedy wracać wspomnieniami do letnich dni albo na ulubione wyspy południa Europy. Puste piaszczyste plaże, soczyste odcienie morza, błękit bezchmurnego nieba – takie myśli działają na mnie uspokajająco. 
Dziś przechodząc obok jakiegoś biura podróży zobaczyłam reklamę wyjazdów na Korfu i odżyło we mnie mgliste wspomnienie rejsu na wysepki Paxos i Antipaxos na którym byłam dobrych kilka lat temu. Położone są one około 10 km na południe od Korfu, a łódki wypływają m.in. z portu w miejscowości Benitses. Dostępne są różne wersje rejsu. Nasz trwał łącznie około 10h, z czego ponad 6h spędziliśmy na wodzie. 
Pierwsze wspomnienie – port o poranku. Uwielbiam wschody słońca w takich miejscach – rybacy rozładowują nocny połów, mewy latają im nad głowami licząc na jakąś małą rybkę, małe białe fale rytmicznie uderzają o kołyszące się na granatowej wodzie kutry. Pracownicy portu sprawnie wprowadzili nas na łódkę i mogliśmy rozpocząć podziwianie widoków. Zmieniający się krajobraz Korfu (po górzystej północy, niemalże płaskie południe było dla mnie dużą niespodzianką), w oddali zarys Grecji kontynentalnej. Nie wiedziałam, że w Morzu Jońskim są delfiny - a jednak, widzieliśmy jednego jak skakał sobie w wodzie niedaleko od nas! 
Drugie wspomnienie - słynne groty na wyspie Paxos. Wybrzeże jest ładne i bardzo różnorodne, a skały o różnych odcieniach zachwycają. Niesamowite jest to, że na każdym etapie rejsu woda wygląda inaczej. Rano ciemna, wzburzona, trochę mroczna. Później niebieska, o lekko grafitowym połysku. Im bliżej wysepek tym robi się jaśniejsza i bardziej błękitna, znacznie spokojniejsza. Kiedy dopłynęliśmy do Antipaxos, kolor wody stał się wręcz oszałamiająco turkusowy. Odcień pocztówkowy. Idealny. 
Trzecie wspomnienie – Antipaxos. Wyspa jest niewielka. Jej powierzchnia to około 5 km2, a mieszka na niej zaledwie 150 stałych mieszkańców. Słynie z plaż uważanych za najpiękniejsze w tej okolicy. Trzy główne to pokryta białym piaskiem Vrika, Voutoumi, Mesovrika.
Wydaje mi się, że zatrzymaliśmy się właśnie przy plaży Vrika (nie jestem jednak pewna, bo nie zrozumiałam mówiącego z ciężkim akcentem kapitana). Antipaxos to także piękne, wysokie klify porośnięte zielenią i zatoki z niebiańsko niebieską wodą, w których cumują katamarany i żaglówki. 
Postój był krótki – szybka kąpiel, podziwianie małych rybek w przejrzystej wodzie, chwila odpoczynku na słońcu i po 30 minutach ruszyliśmy dalej. Warto wiedzieć, że w sezonie pływają też łódki ze szklanym dnem, więc można podglądać podwodne życie. Niestety nie zeszliśmy na ląd, więc nie miałam okazji zobaczyć samej wyspy. Szkoda, bo według otrzymanego od kapitana folderu jest ona pełna uroku, a z uprawianej na niej winorośli produkuje się niewielkie ilości smacznego wina. Na wyspę można dopłynąć z portu Gaios na wyspie Paxos. 
Czwarte wspomnienie – Paxos. Rejs między wyspami trwa niewiele ponad 20 minut. Statki wpływają do portu mijając po lewej stronie wysepkę z kościółkiem. Port w miasteczku Gaios skojarzył mi się w pierwszej chwili z położoną blisko Rodos wyspą Symi. 
Gaios jest stolicą wyspy. Kolorową, przyjemną, o ciekawej architekturze, która jednak nie kojarzy mi się z Grecją. Jeszcze przed wyjazdem słyszałam opinie, że Wyspy Jońskie są zdecydowanie bardziej włoskie w klimacie i muszę przyznać, że jest w nich sporo prawdy. 
Paxos jest większa niż Antipaxos - ma ok. 19 km2, a mieszka na niej 3 tysiące osób. Większa część wyspy jest górzysta i bardzo zielona. To właśnie w otaczających ją skałach znajdują się wspomniane na początku groty. 
Do Gaios dotarliśmy w porze lunchu. W porcie jest kilka restauracji, ale większość typowo turystyczna. W jednej z tawern dostrzegłyśmy grecką część załogi naszej łódki. Wybrałyśmy ją licząc na ich znajomość tematu. Zamówiona przez nas sałatka grecka była doskonała, ale gyros i miniaturowe souvlaki po 3 EUR za 1 sztukę były mocno przeciętne. Chciałabym polecić jakieś miejsce na obiad, ale w tej sytuacji nie jestem w stanie – może ktoś z Was coś zasugeruje? Pamiętam jednak bardzo dobrą, prowadzoną przez Włocha lodziarnię. Lody były kremowe i tak pyszne, że dla nich ostatecznie zrezygnowałyśmy z dalszego zwiedzania, siedząc pod parasolem i ciesząc się chwilą. Nie kupiłam żadnych pamiątek, ale wpadły mi w oko wyroby z bawełny i lnu w jednym ze sklepików. W końcu nie wyglądały jak chińska masówka, której na wyspach niestety mnóstwo. 
Na sam koniec jedna dziewczyna spóźniła się kilka minut na zbiórkę... i załoga postanowiła odpłynąć bez niej. Wprawiło nas to w duże zakłopotanie. Kiedy byliśmy już jakieś 500 metrów od brzegu, ktoś zobaczył, że dziewczyna biegnie promenadą wymachując w desperacji rękami. Zawróciliśmy. Ciekawa jestem bardzo czy faktycznie byśmy odpłynęli, gdyby nie została zauważona przez mocno przejętą Brytyjkę. 
To był przyjemny i bardzo relaksujący dzień. Kto mnie zna, ten wie, że na wodzie czuję się wspaniale i doskonale w ten sposób wypoczywam. Serdecznie polecam rejs na klimatyczne Paxos i Antipaxos jeśli kiedyś zdecydujesz się odwiedzić Korfu. Rejsy to zawsze dobrze wydane pieniądze!
Ps. Ten wpis był już kiedyś na blogu, w nieco innej formie. Niestety na początku roku straciłam część postów z lat 2009-2012 i nie udało się ich odzyskać. Postanowiłam, że co jakiś czas będę pisała je na nowo. Mam zdjęcia z wielu bardzo ciekawych miejsc, więc nie chcę żeby zostały zapomniane. Niech dostaną nowe życie!

26.10.18

Malta w detalach

Od zawsze należałam do grona osób, które zachwycają detale. Już kilkanaście lat temu, gdy kupiłam sobie tuż przed maturą pierwszy aparat, pasjami robiłam zdjęcia "różnych dziwnych rzeczy". Dziwnych dla osób z którymi spacerowałam i które co chwila pytały mnie "Co Ty właściwie fotografujesz, przecież tam nic nie ma?". Dla mnie było! A to jakaś oryginalna doniczka z różowymi kwiatami, a to ciekawe płytki na podłodze hostelu albo jakaś intrygująca dekoracja balkonu. Nie umknął mojej uwadze żaden malunek na ścianie, ciekawy szyld przed sklepem czy figurka przymocowana do starej latarni. Pierwsza podróż do Lizbony w 2004 roku tylko pobłębiła tę fascynację, zmieniając ją wręcz w obsesję. Nie chodzę już ulicami patrząc pod nogi (co ma też swoje złe strony - raz weszłam na słup i złamałam okulary które miałam na nosie), tylko w górę lub rozglądam się na boki.
Polska przez długie lata wydawała mi się wyjątkowo nieatrakcyjna jak chodzi o miłe dla oka drobiazgi. Ubolewałam nad tym jak małą uwagę przywiązuje się u nas do ozdabiania balkonów i budynków, do dekorowania ogródków przed domami w mniejszych miejscowościach. Z czasem uległo to poprawie. Trzeba przyznać, że coraz więcej miast dba o wygląd Starówek, pojawiają się ciekawe pomysły na małe, ale pełne uroku ozdoby. Wyobraźnia od razu przywołuje rynek w Toruniu czy wrocławskie krasnale. W wielu miejscach piękne murale zastępują pomazane przez wandali ściany, a i prywatne posesje zyskują na urodzie. 
Nie ma się jednak co czarować - śródziemnomorskiego uroku Warszawa nigdy mieć nie będzie. Południe Europy pod tym względem jest naprawdę wyjątkowe. Magia detali wynika tam z połączenia wielu aspektów - samej architektury, klimatu, występującej tam roślinności, ale też z kultury i większego zwracania uwagi na małe radości. Wśród nich jest oczywiście czas na delektowanie się filiżanką porannej kawy, popołudniowe rozmowy przy suto zastawionym stole, ale też większa dbałość o estetykę okolicy w której się mieszka.
Estetyka - słowo klucz. Mam świadomość, że jednych te południowe detale zachwycą, ale innych poczucie estetyki obrażą. Ja uwielbiam, ale czuję, że niejedna osoba złapie się za głowę patrząc na te zdjęcia!
Włochy, Grecja, Hiszpania, Portugalia... Każdy z tych krajów ma swoje charakterystyczne symbole. Kolorowe płytki azulejos, białe domy z zielonymi okiennicami, pranie bezwstydnie suszące się na wietrze, artystyczne tabliczki z nazwami ulic, ukryte w podwórzach fontanny i przykuwające uwagę witryny sklepów. 
Mieszkańcy południa Europy w niezwykły sposób podkreślają piękno z pozoru niestotnych rzeczy. Drzwi, podłogi, okna... Niby zwyczajne, niezbędne do życia elementy zabudowy. Można je potraktować dosłownie i skupić się jedynie na ich użytkowej funkcji, ale można stworzyć z nich małe dzieła sztuki. Coś, co zachwyci i nie pozwoli przejść obok nich obojętnie. Tak niewiele potrzeba, żeby przeciętna ulica zmieniła się nie do poznania.
Chociaż byłam w wielu miejscach, które potrafiły mnie zaskoczyć ilością wspaniałych drobiazgów, to jak dotąd największe ich skupisko na najmniejszej powierzchni zaobserwowałam na Malcie. Nadają one wyspie wyjątkowego charakteru, podkreślają jej koloryt i różnorodność. Skradły moje serce od razu!
Balkony we wszystkich kolorach tęczy, które wyglądają jak przyklejone klejem do ściany, jak pudełka po zapałkach dokładnie przymocowane przez dziecko do gładkiej powierzchni. Przeszklone, ozdobione kwiatami i ciekawymi płaskorzeźbami. Albo zwyczajne - niezabudowane, odgrodzone jedynie ażurową balustradą. 
Drzwi i okna. Wariuję na ich punkcie! Proszę mnie wpuścić w jakąkolwiek włoską, maltańską czy portugalską uliczkę i dać mi 5 minut, a wrócę po godzinie. Mogę o nich opowiadać godzinami! O ich kolorach, bogactwie zdobień i kształtów. O fakturze drewna, kontrastowym kolorze elewacji i tych wszystkich ozdobnikach, które nadają im nieco przaśnego uroku. Nie brakuje też kwiatów - przed wejściem do domów i na parapetach. 
Kołatki - ile domów na Malcie, tyle kołatek! Niby podobne, a jednak zupełnie inne. Delfiny, morskie motywy, wykrzywione twarze i opiekuńcze dłonie. W różnych rozmiarach, kształtach, wykonane z najróżniejszych materiałów. Uwielbiam spersonalizowane skrzynki na listy, tabliczki ozdobione kwiatami i bajkowymi wzorami opisujące nazwy ulic czy nazwiska mieszkańców budynków. Żółte klatki z rozśpiewanymi kanarkami, psy i koty z nosami przykrejonymi do lśniących szyb. Gdzie nie spojrzeć, wszędzie coś zaskakuje. Nie brakuje postaci świętych - interpretowanych na wiele sposobów. Bardziej i mniej bezpośrednich, skromnych albo strojnych, wyeksponowanych mniej lub bardziej, pasujących kolorystyką lub kompletnie abstrakcyjnych.
Wybranie zdjęć do tego wpisu było katorgą. Nie umieściłam tu nawet połowy maltańskich okien, drzwi, kołatek i innych cudowności, które udało mi się uwiecznić. Starałam się je dobrać kolorystyką, tematyką lub po prostu wybrać te, które lubię najbardziej. Malta często wraca do mnie w myślach i wspomnieniach. Przywołuję w pamięci różne miejsca, miasta i miasteczka. Każde z nich kojarzy mi się z jakimiś charakterystycznymi drzwiami, oknami czy uliczkami. Warto odwiedzić je wszystkie, patrzeć uważnie i wyłapywać to, co małe lecz piękne!

14.10.18

5 powodów dla których lubię jesień

Za oknami jesień w pełnej krasie. Wciąż ciepła i słoneczna, z dnia na dzień coraz bardziej kolorowa. Lato było w tym roku piękne - długie, gorące, prawdziwe. Zdawało się nie mieć końca. Przez 4 pierwsze miesiące cieszyło mnie ono bardzo, ale w sierpniu byłam już zmęczona. Żarem lejącym się z nieba, niesprawnym wiatrakiem w pracy i ubraniami nieznośnie lepiącymi się do ciała. Pory roku płynnie przechodzące jedna w drugą mają w sobie jakąś magię. Niby odchodzi coś wspaniałego, ale przychodzi coś innego i oferuje cały wachlarz atrakcji.

JESIENNE PODRÓŻE
Od kiedy pamiętam, najbardziej lubiłam wyjeżdżać we wrześniu, październiku i listopadzie. To doskonałe miesiące na poznawanie Europy, ale też Polski. Słońca wciąż nie brakuje, ceny noclegów i wycieczek są znacznie niższe, zdarzają się w tym okresie świetne promocje linii lotniczych. Turystów jest mniej niż w sezonie (chociaż oczywiście są miejsca, w których od tłumów nie da się uciec przez cały rok), łatwiej o wolny stolik w przyjemnej restauracji czy o spacer prawie pustą promenadą. Trudno nie wspomnieć o tym, że jesień bywa po prostu piękna i z wielu miejsc pozornie nieciekawych miejsc potrafi wydobyć to, co najlepsze i pełne uroku.

DŁUGIE I ZIMNE WIECZORY 
Ogólnie nie lubię zimna, ale długie jesienno-zimowe wieczory lubię bardzo! Gorąca herbata z miodem, mieszkanie pachnące cynamonem, wygodna kanapa i miękki koc. W rękach książka, wtulony w stopy kot. Długie rozmowy, wspólne gotowanie z ukochanym, oglądanie filmów. Latem to wszystko przychodzi trudniej, bo ciepłe popołudnia kuszą spacerami i błąkaniem się po mieście. Jesień sprzyja leniuchowaniu.

WSZYSTKIE KOLORY JESIENI
Wizualnie jesień jest dla mnie porą roku prawdziwie zjawiskową. Jej kolory i odcienie potrafią zawrócić w głowie! Od zieleni przez złoto, pomarańcz, czerwień aż po głęboki brąz. Wszystko nasycone, mocne, często wilgotne i lśniące od deszczu albo subtelnie skąpane w mgle poranka. Światło jesieni jest inne niż wiosny czy lata, bardziej kontrastowe, energetyczne. Uwielbiam też zapach tej pory roku - świeży, przyjemny i wyjątkowy.

PORZĄDKI W SZAFIE I ŻYCIU 
Nie wiem jak to się dzieje, ale zawsze to właśnie jesień przynosi mi prawdziwe rewolucje. Niby to wiosną wszystko budzi się do życia, a latem rozkwita w pełni, ale u mnie od kiedy pamiętam było odwrotnie. Ciepłe miesiące były czasem intensywnym, ale poukładanym, a jesień przynosiła chwile refleksji i zadumy. Praktycznie każdą dotychczasową pracę zostawiałam jesienią, a nową zaczynałam zimą. W styczniu uciekłam z Polski, w listopadzie zamieszkałam z M., przed Bożym Narodzeniem adoptowałam kota. Statystycznie najwięcej toksycznych znajomości zakończyłam w okolicach grudnia. Przypadek? Nie sądzę. Od zawsze też lubiłam jesienne porządki. Takie bardzo dokładne, polegające na wyrzuceniu wszystkiego z szaf i wyniesieniu z mieszkania kilku worków. W tym roku szaleję podwójnie - generalne sprzątanie zarządziłam u bliskiej mi osoby i wspólnie odgracamy Jej życie i otoczenie. To wielotygodniowe wyzwanie, ale za nami już pierwsze sukcesy!

PRÓBOWANIE NOWEGO 
Jesienne i zimowe wieczory są też szansą na naukę nowego. Odkryłam to stosunkowo późno, bo zaledwie 3 lata temu, ale staram się kontynuować ten zwyczaj co roku. Raz zapisałam się na warsztaty sitodruku, innym razem zaczęłam interesować się decoupage i zamieniłam mieszkanie w mały warsztat plastyczny. Można też uczyć się języków obcych, rozpocząć naukę pływania albo sztuk walki, zacząć kręcić vloga, nauczyć się robić sushi. Wszystko jedno co, byle nie było związane z dotychczasowymi aktywnościami i zainteresowaniami. Wcześciej moje życie kręciło się dookoła jednego hobby jakim były podróże, pisanie o podróżach i planowanie kolejnych podróży. Teraz staram się sięgać po aktywności, o których dotąd nawet bym nie pomyślała. 

A za co Ty lubisz jesień (lub za co jej nie lubisz!)?

7.10.18

"Qualité de vie, czyli jakość życia" - z Kasią o bretońskim slow life

Zupełnie nie pamiętam kiedy i jak trafiłam na Kasię w sieci, ale na szczęście trafiłam! Jej blog Bretonissime pokochałam od razu i z radością obserwowałam jak wiele mamy ze sobą wspólnego. Mamy podobne poglądy na wiele tematów, lubimy podobne miejsca i widoki, dzielimy słabość do detali i dostrzegania szczęścia w małych rzeczach. Nasze pierwsze spotkanie na żywo było super - biegałyśmy po Warszawie, kupowałyśmy sukienki w sklepach second hand, jadłyśmy dobre rzeczy i rozmawiałyśmy na sto tematów naraz. Wydałyśmy wszystkie pieniądze (dosłownie!) i Kasia ledwo zdążyła na autobus do Poznania. Od dawna chciałam przybliżyć Wam jej osobę i miejsce w którym mieszka - francuską Bretanię. Zapraszam do lektury!

16.9.18

Czy na tym zamku straszy?

W tym roku udało mi się spełnić 2 moje marzenia dotyczące nocowania w niestandardowych miejscach. Najpierw w lutym spaliśmy w Botelu na rzece w Bratysławie (jeszcze o tym nie pisałam), a gdy zrobiło się ciepło spędziliśmy noc na zamku. Wybrałam ten we wsi Moszna, w województwie opolskim. W ramach tego 3-dniowego wyjazdu spędziliśmy piątek we Wrocławiu, sobotnie przedpołudnie w Opolu, a resztę weekendu w Mosznej.

11.9.18

Staten Island z widokiem na Manhattan

Marzyłam żeby zobaczyć różne oblicza Nowego Jorku. Byłam ciekawa jak wygląda z perspektywy mostów, wysokich pięter drapaczy chmur czy z pokładu promu płynącego na jedną z wysp. Najprościej byłoby się wybrać na Liberty Island, ale ciągnąca się na kilkanaście metrów kolejka chętnych była mocno zniechęcająca. Nie da się ukryć, że Statua Wolności przyciąga turystów z całego świata jak magnes.
TOP