Najnowsze wpisy

14.10.18

5 powodów dla których lubię jesień

Za oknami jesień w pełnej krasie. Wciąż ciepła i słoneczna, z dnia na dzień coraz bardziej kolorowa. Lato było w tym roku piękne - długie, gorące, prawdziwe. Zdawało się nie mieć końca. Przez 4 pierwsze miesiące cieszyło mnie ono bardzo, ale w sierpniu byłam już zmęczona. Żarem lejącym się z nieba, niesprawnym wiatrakiem w pracy i ubraniami nieznośnie lepiącymi się do ciała. Pory roku płynnie przechodzące jedna w drugą mają w sobie jakąś magię. Niby odchodzi coś wspaniałego, ale przychodzi coś innego i oferuje cały wachlarz atrakcji.

JESIENNE PODRÓŻE
Od kiedy pamiętam, najbardziej lubiłam wyjeżdżać we wrześniu, październiku i listopadzie. To doskonałe miesiące na poznawanie Europy, ale też Polski. Słońca wciąż nie brakuje, ceny noclegów i wycieczek są znacznie niższe, zdarzają się w tym okresie świetne promocje linii lotniczych. Turystów jest mniej niż w sezonie (chociaż oczywiście są miejsca, w których od tłumów nie da się uciec przez cały rok), łatwiej o wolny stolik w przyjemnej restauracji czy o spacer prawie pustą promenadą. Trudno nie wspomnieć o tym, że jesień bywa po prostu piękna i z wielu miejsc pozornie nieciekawych miejsc potrafi wydobyć to, co najlepsze i pełne uroku.

DŁUGIE I ZIMNE WIECZORY 
Ogólnie nie lubię zimna, ale długie jesienno-zimowe wieczory lubię bardzo! Gorąca herbata z miodem, mieszkanie pachnące cynamonem, wygodna kanapa i miękki koc. W rękach książka, wtulony w stopy kot. Długie rozmowy, wspólne gotowanie z ukochanym, oglądanie filmów. Latem to wszystko przychodzi trudniej, bo ciepłe popołudnia kuszą spacerami i błąkaniem się po mieście. Jesień sprzyja leniuchowaniu.

WSZYSTKIE KOLORY JESIENI
Wizualnie jesień jest dla mnie porą roku prawdziwie zjawiskową. Jej kolory i odcienie potrafią zawrócić w głowie! Od zieleni przez złoto, pomarańcz, czerwień aż po głęboki brąz. Wszystko nasycone, mocne, często wilgotne i lśniące od deszczu albo subtelnie skąpane w mgle poranka. Światło jesieni jest inne niż wiosny czy lata, bardziej kontrastowe, energetyczne. Uwielbiam też zapach tej pory roku - świeży, przyjemny i wyjątkowy.

PORZĄDKI W SZAFIE I ŻYCIU 
Nie wiem jak to się dzieje, ale zawsze to właśnie jesień przynosi mi prawdziwe rewolucje. Niby to wiosną wszystko budzi się do życia, a latem rozkwita w pełni, ale u mnie od kiedy pamiętam było odwrotnie. Ciepłe miesiące były czasem intensywnym, ale poukładanym, a jesień przynosiła chwile refleksji i zadumy. Praktycznie każdą dotychczasową pracę zostawiałam jesienią, a nową zaczynałam zimą. W styczniu uciekłam z Polski, w listopadzie zamieszkałam z M., przed Bożym Narodzeniem adoptowałam kota. Statystycznie najwięcej toksycznych znajomości zakończyłam w okolicach grudnia. Przypadek? Nie sądzę. Od zawsze też lubiłam jesienne porządki. Takie bardzo dokładne, polegające na wyrzuceniu wszystkiego z szaf i wyniesieniu z mieszkania kilku worków. W tym roku szaleję podwójnie - generalne sprzątanie zarządziłam u bliskiej mi osoby i wspólnie odgracamy Jej życie i otoczenie. To wielotygodniowe wyzwanie, ale za nami już pierwsze sukcesy!

PRÓBOWANIE NOWEGO 
Jesienne i zimowe wieczory są też szansą na naukę nowego. Odkryłam to stosunkowo późno, bo zaledwie 3 lata temu, ale staram się kontynuować ten zwyczaj co roku. Raz zapisałam się na warsztaty sitodruku, innym razem zaczęłam interesować się decoupage i zamieniłam mieszkanie w mały warsztat plastyczny. Można też uczyć się języków obcych, rozpocząć naukę pływania albo sztuk walki, zacząć kręcić vloga, nauczyć się robić sushi. Wszystko jedno co, byle nie było związane z dotychczasowymi aktywnościami i zainteresowaniami. Wcześciej moje życie kręciło się dookoła jednego hobby jakim były podróże, pisanie o podróżach i planowanie kolejnych podróży. Teraz staram się sięgać po aktywności, o których dotąd nawet bym nie pomyślała. 

A za co Ty lubisz jesień (lub za co jej nie lubisz!)?

7.10.18

"Qualité de vie, czyli jakość życia" - z Kasią o bretońskim slow life

Zupełnie nie pamiętam kiedy i jak trafiłam na Kasię w sieci, ale na szczęście trafiłam! Jej blog Bretonissime pokochałam od razu i z radością obserwowałam jak wiele mamy ze sobą wspólnego. Mamy podobne poglądy na wiele tematów, lubimy podobne miejsca i widoki, dzielimy słabość do detali i dostrzegania szczęścia w małych rzeczach. Nasze pierwsze spotkanie na żywo było super - biegałyśmy po Warszawie, kupowałyśmy sukienki w sklepach second hand, jadłyśmy dobre rzeczy i rozmawiałyśmy na sto tematów naraz. Wydałyśmy wszystkie pieniądze (dosłownie!) i Kasia ledwo zdążyła na autobus do Poznania. Od dawna chciałam przybliżyć Wam jej osobę i miejsce w którym mieszka - francuską Bretanię. Zapraszam do lektury!

16.9.18

Czy na tym zamku straszy?

W tym roku udało mi się spełnić 2 moje marzenia dotyczące nocowania w niestandardowych miejscach. Najpierw w lutym spaliśmy w Botelu na rzece w Bratysławie (jeszcze o tym nie pisałam), a gdy zrobiło się ciepło spędziliśmy noc na zamku. Wybrałam ten we wsi Moszna, w województwie opolskim. W ramach tego 3-dniowego wyjazdu spędziliśmy piątek we Wrocławiu, sobotnie przedpołudnie w Opolu, a resztę weekendu w Mosznej.

11.9.18

Staten Island z widokiem na Manhattan

Marzyłam żeby zobaczyć różne oblicza Nowego Jorku. Byłam ciekawa jak wygląda z perspektywy mostów, wysokich pięter drapaczy chmur czy z pokładu promu płynącego na jedną z wysp. Najprościej byłoby się wybrać na Liberty Island, ale ciągnąca się na kilkanaście metrów kolejka chętnych była mocno zniechęcająca. Nie da się ukryć, że Statua Wolności przyciąga turystów z całego świata jak magnes.

17.8.18

Najpiękniejsze plaże Algarve

Południowe wybrzeże Portugalii jest wyjątkowe dlatego, że naprawdę KAŻDY znajdzie tam coś dla siebie. Nie wierzę, że można odwiedzić Algarve i stwierdzić "To nie dla mnie". Ok, można, ale tylko jeśli się nie przygotowało dobrze do wyjazdu, nie wiedziało co dokładnie chce się robić. Region zachwyca na tysiące sposobów, a jednym z olśnień i zachwytów są na pewno plaże. Żeby była jasność - nie uważam, że Algarve to tylko plaże. Wręcz przeciwnie, uważam, że Algarve to znacznie więcej, ale ... te plaże są tak piękne, że trzeba im poświęcić osobny wpis. Są też bardzo różne - te na zachodniej części wybrzeża zachwycają dzikim obliczem, te w okolicach Lagos zapierają dech skalnymi formacjami, a te na wschód od Faro cieszą stopy miękkim piaskiem i ciepłą wodą. Zapraszam Was na subiektywny przegląd plaż najpiękniejszych


Plaże na Costa Vicentina
Najbardziej dzika część zachodniego Algarve, przechodząca dalej w wybrzeże Alentejo. Puste przestrzenie, teren parku krajobrazowego, bliski kontakt z naturą, brak wysokich hoteli, niesamowite widoki i doskonałe warunki do uprawia surfingu to tylko niektóre zalety Costa Vicentina. Plaże są duże, wietrzne i piękne. Należą do nich m.in. Praia da Cordoama, Praia do Amado, Praia da Bordeira, Praia da Arrifana, Praia da Amoreira. 

Praia do Camilo 
Jedna z najbardziej pocztówkowych plaż w okolicach Lagos. Położona kilkanaście minut spacerem od słynnego Ponta da Piedade, o każdej porze roku przyciąga plażowiczów i osoby pragnące ją sfotografować. 

 Praia Dona Ana
Jedna z popularniejszych plaż w Lagos ze względu na dobrą lokalizację - blisko hoteli i licznych miejsc noclegowych. Jest plażą dość dużą, otoczoną wysokimi klifami. Odpływają stąd łódki pod Ponta da Piedade - polecam, gdyż od strony wody przylądek zachwyca nie mniej niż podziwiany z góry. 

Praia do Pinhão
Również w Lagos. Mniejsza, bardziej kameralna, ale według mnie równie ładna co Dona Ana. Poza sezonem zdecydowanie mniej zatłoczona. Mnóstwo na niej ogromnych muszelek, mogłam je zbierać bez końca!

 Praia da Batata
W mojej subiektywnej opinii najmniej urodziwa z plaż w Lagos, ale za to położona zaledwie kilkanaście minut spacerem promenadą od centralnej części miasteczka. Jest piach, są klify. W sumie czego chcieć więcej? 

Praia da Rocha 
Turystyczna miejscowość o tej samej nazwie jest szpetna i bardzo komercyjna. Ale plaża jest piękna - długa, piaszczysta, idealna do spacerów. Idealna do podziwiania i do siedzenia na ręczniku, gapienia się w fale. Im bliżej Mariny w Portimão, tym zejście do wody jest łagodniejsze, a ocean cieplejszy.

Praia dos Três Castelos
Plaża, do której mam największy sentyment!  Długa, pełna skalnych formacji, o zbitym przy brzegu piasku idealnym do spacerów. Piękna o poranku i w czasie zachodów słońca. Po sąsiedzku z Praia da Rocha.

 Praia do Vau
Mniejsza i bardziej spokojna sąsiadka dwóch poprzednich plaż. Częściej odwiedzana przez mieszkańców wyprowadzających psy lub kopiących piłkę z dziećmi. Idealna na wieczorny relaks. 

 Praia de São Rafael
Położona około 5 km na zachód od Albufeiry jest kolejną piękną, otoczoną klifami plażą na której nie brakuje ciekawych skalnych formacji i innych cudów natury. 

 Praia do Tunel
O ile sama Albufeira jest dla mnie jedną z najstraszniejszych miejscowości na wybrzeżu Algarve, o tyle podoba mi się jej plaża - Praia do Tunel. W sezonie jest zatłoczona, ale w wiosennych czy jesiennych miesiącach można spokojnie znaleźć miejsce. Na zdjęciu tego nie widać, ale urzeka mnie sposób w jaki białe miasteczko kontrastuje z kolorem klifów i morza. Wygląda to naprawdę malowniczo.

 Praia da Falesia
Położona jest około 10 km na zachód od Albufeiry, 6 km na wschód od Vilamoura, blisko miejscowości Olhos de Aqua. Zachwyca niezwykłym, czerwonym odcieniem otaczających ją klifów. Ciężko tam dojechać autobusem (jeżdżą sporadycznie, szczególnie poza sezonem), ale można pokusić się na przyjście piechotą. Warto!

Plaże wschodniego wybrzeża
Na wschód od Faro krajobraz gwałtownie się zmienia. Głośne kurorty zostają zastąpione nieco rybackimi miasteczkami, wysokie hotele bardziej kameralną zabudową, a klifowe i imponujące swoim majestatem plaże zmieniają się w długie, jasne i piaszczyste. Do wielu z nich nie da się dość tak po prostu - ze względu na rozlewisko rzeki Ria Formosa często trzeba dopłynąć do nich łódką lub małym promem. Są plaże na wyspach (rejsy z Olhao np. na wyspy Farol lub Culatra), ale są też takie od których dzieli nas długi spacer wśród terenów chronionych - jak widoczna na zdjęciu do Praia Barril.

Ciekawa jestem Waszych ulubionych plaż na Algarve. Podzielicie się nimi? 
 
2 zdjęcia z tego wpisu opublikowane są za zgodą i wiedzą autorki - Ewy z bloga Life Good Morning

8.8.18

Najmniejsze wakacje świata

Mieszkam w Warszawie od urodzenia, ale jej okolice zaczęłam zwiedzać dopiero niedawno. Zwykle wyjeżdżałam gdzieś dalej, najchętniej za granicę. Od jakiegoś czasu podróżuję mniej i bliżej. Uczę się czerpać radość z jednodniowych ucieczek za miasto, dzięki którym odkrywamy z Markiem coraz to nowe zakątki. 
W tamtym roku po raz pierwszy odwiedziłam Serock - miasto położone nad Jeziorem Zegrzyńskim (które właściwie jest zbiornikiem retencyjnym na rzece Narew). Od tego czasu bywamy tam regularnie, o każdej porze roku. To takie miejsce, które się lubi lub nie. W sezonie jest tłoczno i głośno. W soboty na rynku odbywa się lokalny targ, przy plaży i molo są budki z lodami i bary. Poza sezonem Serock jest senny i spokojny.
W wakacyjne weekendy i dni wolne od pracy przybijają do brzegu tramwaje wodne z Warszawy i wysypują się z nich grupki jednodniowych odwiedzających (już za dwa tygodnie będziemy jednymi z nich!).
My zawsze przyjeżdżamy wcześnie rano, gdy nie ma jeszcze wielu ludzi. Wyjeżdżamy z domu koło 8, więc przed 9 jesteśmy na miejscu. Krótki przystanek przy plaży i długi spacer promenadą między imponującymi domami, a błyszczącą taflą wody. Unoszą się na niej kolorowe łódki, a na podwórkach toczy się zwykłe życie.
Kto mnie trochę zna, ten wie, że najlepiej wypoczywam nad morzem, nad jeziorem, w porcie, nad strumieniem i nad rzeką. Kocham wodę w każdej postaci, daje mi poczucie wolności, spokoju, kontaktu z naturą. Marek zdecydowanie woli las i suchy ląd, ale to głównie dlatego, że wcześniej nie miał za wiele okazji do spędzania w ten sposób czasu. Na szczęście szybko złapał bakcyla i podziela moje uczucia wobec tej formy odpoczynku.
W ostatni weekend mieliśmy okazję wybrać się na krótki rejs wodnym tramwajem startujący przy molo w Serocku. W soboty i niedziele wypływa on o 11:00, 12:00 i 13:00. Przyjechaliśmy na pierwszy, żeby uniknąć tłumów. Było nas łącznie 6 osób na pokładzie, a dla porównania kolejny tramwaj był już pełen (m.in. wesołych panów o czerwonych od porannego piwa twarzach i ich rodzin).
Statek "Albatros" zabiera na pokład maksymalnie 35 osób i jest atrakcją częściowo dofinansowaną przez gminę. Rejs trwa 45 minut, a bilet kosztuje 15zł (dla dzieci do 18 r.ż. jedyne 10zł). Kupuje się go u kapitana.
Dla mnie wypady nad Zegrze są namiastką wakacji, których w sezonie nie mam. Kiedy dłuższy urlop nie wchodzi w grę i każda wolna godzina jest na wagę złota, jedziemy tam. To niespełna 40 km od domu, więc można wyskoczyć zarówno w niedzielny poranek, jak też we wtorkowe popołudnie, w zależności od potrzeb.
Uwielbiam obserwować życie na wodzie, gdy dziesiątki jednostek wypływają na jezioro. Trochę jestem zazdrosna (OK, bardzo!). Kiedyś miałam okazję spędzić w ten sposób kilka godzin z Olą i Jackiem z bloga Daleka Droga. Oni też kochają wodę (oraz greckie wyspy), więc od pierwszego spotkania mieliśmy o czym rozmawiać.
Zalew Zegrzyński jest świetną alternatywą dla weekendu w miejscu znacznie oddalonym od Warszawy. Są miejskie plaże, porty, można wypożyczyć kajaki i rowery wodne. Wiele obiektów hotelarskich jest otwrtych również na gości z zewnątrz  - oferują restauracje, bary pod gołym niebem, dostęp do plaży, możliwość gry w siatkówkę czy leżenia na leżaku z książką. Bardzo małe wakacje, ale pozwalające zregenerować siły.
W dni powszednie, po pracy często odwiedzamy Nieporęt, a mając do dyspozycji cały dzień zawsze zajeżdżamy też do Pułtuska na pyszny obiad. To już jednak temat na inny wpis, przy innej okazji.
Ps. Nie było mnie na blogu dłużej niż planowałam, ale sezon okazał się wyjątkowo ciężki. Po pełnym kataklizmów minionym weekendzie, mam nadzieję już zacząć wychodzić na prostą i powoli wracać do żywych. Było mi miło po przeczytaniu ostatnich komentarzy. Świadomość, że ktoś trochę tęskni dodaje skrzydeł. Dzięki!

10.6.18

Letnie spowolnienie

W tym roku lato przyszło zaskakująco wcześnie. Od ponad miesiąca pogoda zachwyca mnie każdego dnia, a poranne promienie słońca wywołują szeroki uśmiech. Latem jest mnie zdecydowanie mniej w Internecie. Pozbyłam się Messengera, kontakt z Facebookiem ograniczam do minimum, na bloga zaglądam raz na jakiś czas. Najczęściej bywam na Instagramie, bo jest szybki, wygodny i zawsze pod ręką. Lato to czas detoksu. 

Miesiące od maja do sierpnia to szczyt sezonu w pracy (turystyka). Oznacza to 8-10h dziennie gapienia się w komputer w biurze i jeszcze czasami pracę zdalną z domu. Do tego dochodzą sobotnie zbiórki przed letnimi obozami oraz inne obowiązki. Nie zawsze wszystko idzie zgodnie z planem, nerwów nie brakuje, więc żeby nie zwariować muszę zachować równowagę. Najgorsze tygodnie właśnie nadchodzą, więc żegnaj laptopie!

Niech najbliższe miesiące będą czasem względnego odpoczynku, oczyszczania przestrzeni dookoła siebie z przedmiotów i złych myśli, picia kawy na balkonie (a ten Wam pokażę na pewno!), spacerów o świcie, drapania kota za uchem i jednodniowych wypadów za miasto. Co prawda wychodząc z domu o 8 i wracając o 19.30 trudno mówić o czystym relaksie, ale te wolne chwile pomiędzy pracą a dzwoniącym telefonem służbowym postaram się wykorzystać jak najlepiej. Będę wpadała tutaj z wizytą, chociaż pewnie nieregularnie.

A Ty latem przyśpieszasz czy spowalniasz? 

18.5.18

Wyspa, która zmieniła wszystko

Dokładnie 2 lata temu wróciłam z Malty. Powinnam powiedzieć "Oh, jak to szybko zleciało", ale nie! Mam wrażenie, że minęła cała wieczność. Nie myślę o tamtej przygodzie zbyt często, ale dziś naszło mnie na słowo osobistego podsumowania. Nigdy nie należałam do osób, które biorą sprawy w swoje ręce i dają się ponieść fali chwilowego entuzjazmu. A wtedy? Z dnia na dzień pożegnałam się z nielubianą pracą, spakowałam walizkę, pojechałam na lotnisko i w pewien mroźny styczniowy dzień wyleciałam z Polski. Nie oglądając sie za siebie.
Dla wielu ludzi to nic niezwykłego. Dla mnie to była rewolucja. Dotąd bałam się porażek, wolałam ich unikać. Wybierałam bezpieczne rozwiązania. Szukałam co prawda swojej drogi, nie bałam się zmian, ale ciągle coś blokowało mnie od środka. Byłam jak łódka kołysząca się na niespokojnych wodach. Przywiązana do brzegu i totalnie zależna od zalewających ją fal. Ogromnie nie lubiłam tego przytłaczającego uczucia. Częste podróże stały się namiastką wolności, formą ucieczki od codzienności i rzeczywistości.
W podróży świat był lepszy. Bardziej kolorowy, radosny i beztroski. Mogłam wyłączyć telefon, zapomnieć o wszystkim, co przytłaczało mnie w "zwykłym" życiu. To nakręcało do działania, poszukiwania i odkrywania.
Wiedziałam, że coś jest nie tak. Nie wiedziałam jednak co. Niby szukałam odpowiedzi, ale nie zadawałam sobie zbyt wielu pytań. Uciekałam. Jeździłam, zwiedzałam, chłonęłam. Pisałam o wielu wspaniałych miejscach i cudownych chwilach, które dawały mi złudne poczucie niezależności. Robiłam setki zdjęć, goniąc i pędząc. Wydawało mi się, że takie tempo jest fajne. Rozwijające. Ciekawe. Zawsze trzeba było jednak wrócić. Nienawidziłam powrotów, pustego mieszkania i nie czerpałam żadnej  przyjemności z życia, które wiodłam.
Wychodząc rano z domu czułam, że trzęsę się w środku i nie ma we mnie spokoju. Wchodziłam do biura i wykonywałam odtwórcze zadania, które mnie bardzo dołowały. Wiele osób mówiło mi, że "Praca to tylko praca". Trzeba przyjść, zrobić swoje nawet jak jest nudne i monotonne, a potem wyjść ciesząc się, że pod koniec miesiąca pieniądze wpłyną na konto. Nigdy się z tym nie zgadzałam. Chciałam mieć pracę, którą będę lubić. Nieidealną, ale dającą mi satysfakcję. Zmieniałam, szukałam. Bez skutku. Każda uwierała mnie tak samo mocno. Chwilowe ukojenie dawało szukanie kolejnych biletów, wyjazdy w piątek i wieczorne powroty w niedzielę.
Tydzień spędzony na Malcie w grudniu 2015 roku dał mi to, czego się nie spodziewałam. Chwilę refleksji nad sobą. Wiarę, że moje życie może być bardziej interesujące. Inspirujące. Pełne nowych wyzwań. Byłam wtedy na skraju rozpaczy, czułam, że jak czegoś natychmiast nie zmienię to rozerwie mnie od środka. Pożegnałam starą pracę bez odrobiny sentymentu. Zamykając za sobą drzwi czułam jak spada mi wielki ciężar z serca. Kupiłam bilet w jedną stronę na tę małą, śródziemnomorską wyspę wiedząc, że coś tam czeka. Ale właściwie co?
Nie wiedziałam dokładnie, ale czułam, że to będzie przygoda, która zostawi po sobie ślad. Wszystkie zdjęcia z tego wpisu zrobiłam tego samego dnia. To była niedziela, pierwszy dzień "nowego" życia. Wiele było wówczas niewiadomych, chociaż dominującym uczuciem nie był strach, a wielka ufność. W ludzi i w świetlaną przyszłość. Brzmi to banalnie, ale mówiąc, że chcę tam szukać pracy, podświadomie chyba chciałam odnaleźć siebie. Miałam rację myśląc, że po Malcie życie nie będzie takie samo. Z tym, że jedyne co się zmieniło, to... JA.
Z perspektywy czasu patrzę na tę maltańską ucieczkę i całą związaną z nią historię z dużym dystansem. Byłam niemądra i mocno zagubiona. Nie umiałam znaleźć sobie miejsca w świecie. Źle dobierałam ludzi z którymi spędzałam czas i traciłam go na złudzenia. Ten wyjazd, tych kilka miesięcy pozwoliły mi się otrząsnąć. Przewartościować. Odwagą nie było to, że rzuciłam nudną robotę i poleciałam gdzieś w nieznane. Odwagą było to, że w końcu zaczęłam zadawać sobie pytania i na nie szczerze odpowiadać. Czego mi w życiu brakuje? Co mi przeszkadza? Co mnie boli? Czego potrzebuję? Czego szukam? Co wychodzi mi dobrze? Co beznadziejnie? Jak widzą mnie inni? Czy dostaję od ludzi tyle, ile z siebie daję? Co jest ważne, a co nie ma większego znaczenia?
To był dziwny czas. Czułam się jakbym jechała rozpędzoną kolejką na wesołym miasteczku, co też było widać na blogu. Chciałam coś zmienić, ale nie wiedziałam do końca co i kurczowo trzymałam się bezsensownych rozwiązań i niewłaściwych osób. Nie umiem opisać tego, co sie we mnie działo i chyba nawet nie chcę. Zawiodłam się na ludziach i na samej sobie też. Zamęczałam świat opowieściami pełnymi żalu, lęku i negatywnych emocji. Ta zła energia musiała się w końcu skumulować. Walnęła niespodziewanie w szklaną szybę od wanny, która rozbijając się zrobiła też przy okazji wielką dziurę w umywalce wynajmowanego mieszkania i pozbawiła mnie resztek nadziei oraz ostatnich oszczędności. Paradoksalnie - ten najgorszy moment, był najlepszym. Siedziałam na podłodze i płakałam, a w radio leciało "Out of the woods" Taylor Swift. Trochę to dziwne, ale zaczęłam się w nią wsłuchiwać i poczułam się lepiej niż kiedykolwiek. Wstałam, otrzepałam się, kupiłam bilet powrotny i z ulgą wróciłam do domu. Ludzie mówili "Nie poddawaj się, nie wracaj tak szybko", ale ja się nie poddałam. Wiedziałam, że w końcu znalazłam to, czego szukałam.
Co mi dał ten czas? Dorosłam. Pogodziłam się ze sobą i polubiłam własną niedoskonałość. Odetchnęłam. Razem z tym uczuciem przyszedł spokój. Więcej zrozumienia i wyrozumiałości dla siebie samej, ale też dla innych. Więcej uśmiechu i dobrych myśli, które pozwalały łatwiej znosić kolejne niepowodzenia. Pojawiło się wiele emocji o których nie miałam dotąd pojęcia, a które bardzo mi się podobały. Postanowiłam zwolnić, o wiele cierpliwiej i uważniej rozmawiać sama ze sobą. Unikać ludzi, którzy sprawiają, że lubię siebie mniej, że staję się przy nich niepewna i słaba. Ludzi, którzy pod pretekstem troski i dobrych rad zabierają mi energię, a nawet podcinają skrzydła. Nauczyłam się stawiać granice i odmawiać. Z niektórymi drogi rozeszły się jakoś naturalnie, zabrakło nagle wspólnych tematów. Po raz pierwszy w życiu zaczęłam wysyłać CV na inne stanowiska niż do tej pory i od razu znalazłam pracę. Pojawiła się wdzięczność za wszystkie małe rzeczy i większa otwartość na to, co przyniesie los. Może dlatego przyniósł tak dużo dobrego?
Minione 2 lata były pełne problemów, zawirowań, przeszkód. Przebrnęłam przez nie jednak znacznie spokojniej niż kiedyś. Dziś jestem inną osobą, a do tego jest przy mnie Marek, którego poznałam zaraz po powrocie do kraju. Wiem, że nie byłoby go, gdyby nie to, co przeżyłam na tej pełnej skrajności wyspie. Gdybym nie odnalazła siebie, nie byłoby nas. Nie byłabym gotowa i nie umiałabym tego docenić. Nie żałuję tego wyjazdu - łez, smutku, rozczarowań, porażek. To one doprowadziły mnie do chwili, w której piszę te słowa. Dalekiej od ideału, ale grzejącej od środka i dającej poczucie spełnienia. Chwili, od której w końcu nie chcę uciekać.
TOP