15.7.11

O tęsknocie. O Lizbonie.

Każdy, kto czasami tutaj zagląda wie, jak bardzo kocham Portugalię, a w szczególności Lizbonę. Pisałam o tym wiele razy, ale samego miasta nie pokazywałam wiele. Jest w tym coś egoistycznego - chciałabym lizbońskie wspomnienia zamknąć w sercu na klucz, żeby były wyłącznie moje. To miasto jest dla mnie bardzo osobiste. Jest w nim coś, co działa na moją duszę w wyjątkowy sposób. Co mnie wycisza. Czemu właśnie Lizbona, ta cicha stolica na krańcu Europy, w nieco pomijanym przez wielu kraju? Może czas w końcu Wam opowiedzieć, za czym właściwie tęsknię.
 Tęsknię za wzgórzami, długimi schodami i rdzawymi dachami starych domów.
Tęsknię za szybką, poranną kawą wypijaną na stojąco przy szklanej ladzie. Za jej kojącym zapachem i cynamonowym smakiem gorącej jeszcze babeczki. Za espadą z grilla, twardymi ziemniakami z natką i najbardziej banalnym dodatkiem: sałatą z pomidorem i cebulą. I za oliwą. I przystawkami. Za serem i słonym masłem na świeżej bułce. Za zimnym, białym, vinho da casa do obiadu.
Za starymi samochodami, w żaden sposób nie kojarzącymi się z europejską stolicą w 2011 roku. Bardziej z filmami. I to naprawdę starymi filmami.
Tęsknię za pustymi, sypiącymi się uliczkami, za wyludnionymi kamienicami, wybitymi szybami, brudem i pomazanymi ścianami. Tak, za tym także tęsknię.
 Za kaflami. Niebieskimi, różowymi, beżowymi. Wielobarwnymi. Wszystkimi.
Za turkotem tramwaju 28. Za wiatrem który wpada do środka przez otwarte okna. Za drewnianym sufitem, żółtymi kasownikami i ostrą jazdą w dół. I w górę.
 Za praniem bezczelnie suszącym się na dworzu. Na moich oczach. Bez wstydu.
 Za niespodziankami w Alfamie i Bairro Alto. Kotami, psami, klatkami z ptakami.
Za spokojnymi dźwiękami fado wieczorową porą. Z dala od turystów. I nie tylko fado. Za kameralnymi spotkaniami i koncertami. Za spotkaniami jakich nie znałam. Za tańcem, gitarą i nieskrępowaną zabawą ludzi w każdym wieku.
Tęsknię za weekendowymi krzykami w Bairro Alto. Za tym, co dzieje się na ulicy o poranku. Tak, współczuję służbom sprzątającym miasto. Owszem, uważam, że pewne rzeczy są przesadą. Ale to dla mnie jedno z obliczy miasta.
Tęsknię za Praça de Espanha skąd odjeżdża autobus, dzięki któremu w ciągu pół godziny mogę się dostać nad ocean. Do Costa da Caparica. Na długą i piękną plażę, gdzie przy dźwiękach reggae obserwuję fale, mewy i surferów. I odpoczywam.
Tęsknię za wielkimi muszlami wyrzuconymi na brzeg, za piaskiem - beżowym, twardym, zbitym i lekko chropowatym, niesamowicie przyjemnym dla stóp.
Za pociągiem do Cascais, widokiem za oknem, słuchaniem rozmów pasażerów. Za latarnią morską w Cascais, pawiem w parku i długą promenadą nad wodą.
 Za mostami. Za Tagiem. Jego melancholijnym szumem. I za zachodami słońca.
Tęsknię za Lizboną. Tak, każdego dnia. Kiedyś napisałam, że gdyby ktoś zaproponował mi, że zobaczę cały świat, pod warunkiem, że nie wrócę do tego miasta odmówiłabym. Bez żalu. I mówię to z pełną świadomością i pewnością. Byłam tam tyle razy, ale wciąż mi mało. Po każdym powrocie chcę więcej. Spotkajmy się kiedyś w Lizbonie. Pokażę Wam moje miejsca. I jestem pewna, że po powrocie do domu będziecie tęsknić. Możecie mi wierzyć lub nie, ale tak będzie.
TOP