28.6.13

Cascais - urocza miejscowość na wybrzeżu lizbońskim

Kilka dni temu pokazywałam Wam promenadę pomiędzy miejscowościami Estoril i Cascais. Mieszkańcy Lizbony w weekend chętnie je odwiedzają, ponieważ to już Ocean i kawałek prawdziwej plaży i możliwość odpoczynku.
Plaże są dwie, nieco większa i nieduża blisko portu. Powyżej mały kawałek plaży przy hotelu Albatros. Kiedyś położyłyśmy się tam z siostrą, aby uciec od tłumów. Słońce, bryza, sympatycznie, troszkę nam się przysnęło... nagle Gosia w krzyk  "Aga wstawaj! Musimy uciekać!". Zerwałam się jak poparzona i poczułam, że mam mokro pod stopami. Okazało się, że w czasie naszej drzemki był przypływ i woda podniosła się na tyle, że zamiast do kostek sięgała nam już prawie do połowy uda.
Szybko zebrałyśmy rzeczy i niosąc torby nad głową próbowałyśmy uciec z tej plażyczki między skałami.
Na otarcie łez poszłyśmy w miasto. A może raczej miasteczko, bo Cascais nie jest duże, ale bardzo klimatyczne.
Odwiedzam je za każdym razem jak jestem w Lizbonie, bo to zaledwie 30 minut jazdy pociągiem a nieco inny świat. Ale uliczki, kolory - wciąż te same, miłe dla oka.
Na tej plaży po raz pierwszy w życiu miałam styczność z oceanem. Jako, że lubię udawać odważną ;) postanowiłam pomoczyć nogi. W grudniu... Radośnie wyskoczyłam z butów, zanurzyłam stopy i ... aaaaaaaaa ... poczułam, że ktoś w moje ciało wbija setki tysięcy malutkich szpileczek. Chwilowy paraliż. Ucieczka. Ciepłe skarpetki. Ufff. Żyję!
 Poniżej moja wspaniała Mama a w tle kolorowe łódki i barwne domki.
Odchodząc nieco od centrum miasteczka, mija się latarnię morską i bardzo fajny park, gdzie można spotkać spacerujące pawie, odpoczywających ludzi, dzieci biegające radośnie po trawie i ich mamy  rozmawiające o bieżących sprawach.
 Niektóre zakątki przywołują mi nieco wspomnienie cudownego Algarve :)
Niecałe 5km od Cascais znajduje się jedna z moich ulubionych plaż - Guincho. Duża, cudownie wietrzna, nadająca się do windsurfingu, kitesurfingu, surfingu.
Dziś wyczytałam, że na tej plaży kręcona była jedna ze scen serii o Jamesie Bondzie  ("On Her Majesty’s Secret Service."). Wierzę źródłom, chociaż sama tej części nie widziałam.

20.6.13

Portugalia - promenada spacerowa między Estoril a Cascais

Uwielbiam ten lekki wiatr, niosący zapach oceanu, tak świeży i rześki. Od kiedy pierwszy raz zobaczyłam Ocean Atlantycki, zakochałam się w nim bez pamięci i teraz z utęsknieniem czekam na spotkania z jego melancholijnym szumem.
Prawie zawsze kiedy jestem w Lizbonie, udaję się o poranku na dworzec kolejowy Cais do Sodré, skąd odjeżdżają pociągi do Cascais. Pierwszy raz dotarłam do tego miasteczka w grudniu 2004 roku, zupełnym przypadkiem. 2004 roku?! Ciągle nie mogę wyjść ze zdumienia jak ten czas szybko leci, minęło prawie 9 lat!
Kiedyś wysiadłam wcześniej, w Estoril, ponieważ chciałam zobaczyć słynne kasyno w którym zamożni i eleganccy zostawiają pieniądze o jakich nawet mi się nie śniło. Od tego czasu wysiadam tam zawsze i promenadą idę do Cascais.
Zdjęcia pochodzą z różnych pór roku,co chyba widać :) Pełne słońca i tłumów plażowiczów lato i wczesna wiosna, za wczesna by się upalać, ale idealna, aby spacerować, jeździć na rolkach czy rowerze albo pobiegać wzdłuż wybrzeża.
  Promenada jest szeroka, starczy miejsca dla każdego :) Dla ludzi, psów, rowerów ;)
 Powyżej: kwiecień, lekko zachmurzone przedpołudnie w środku tygodnia.
I popołudnie weekendowe na początku września, gdy słońce praży mocno a zimna woda kusi by zamoczyć nóżkę.. :) Często klienci rezygnują z wyjazdów nad ocean, ponieważ mówią, że jest zimny. Ok, jest, ale Bałtyk też jest i co z tego? Czy jest coś lepszego niż chłodne fale gdy temperatura powietrza rośnie z każdą minutą? Mając do wyboru ocean a ciepły jak zupa Adriatyk wybrałabym ten pierwszy.
Wiele razy już mówiłam, jak bardzo bym chciała mieszkać nad morzem i jak bardzo zazdroszczę możliwości kąpieli, spacerów czy uprawiania sportów. Zawsze gdy widzę zdjęcia z nadmorskich miast np. Rio de Janeiro, mam wrażenie, że dla mieszkańców ruch jest tak oczywisty jak to, że trzeba wstać i zjeść obiad. 
Spacer z Estoril do Cascais trwa od 20 minut szybkim spacerem do 45 minut. Z przystankami na lody, coś zimnego do picia czy pogapienie się w wodę albo na przechodzących obok ludzi. A kiedy już się dotrze, to możliwości spędzenia czasu jest mnóstwo. Cascais jest urocze, ale o tym napiszę już następnym razem.

17.6.13

Budapeszt, Taverna Dionysos - kuchnia grecka w najlepszym wydaniu

Jestem pewna, że moje pierwsze wspomnienie z Budapesztu nieco Was zaskoczy... Na Węgry wybrałam się z zamiarem spróbowania dań lokalnej kuchni, ale nie przypadła mi ona do gustu. Może źle trafiłam, ale tłusty langosz, tonące w sosie kluski czy ciężki gulasz nie są niczym, o czym bym chciała napisać. Dzis trochę przewrotnie - kuchnię grecką w najlepszym wydaniu znalazłam właśnie w Budapeszcie, na osłodę niezbyt apetycznych obiadów pierwszych dni. Jeśli lubicie kuchnię śródziemnomorską, ten post jest dla Was! 

12.6.13

Paryż - uliczne targowiska

Uwielbiam wszelkie targowiska, targi, mini-targi, ryneczki, bazarki czy jak kto nazywa możliwość kupienia świeżego jedzenia na świeżym powietrzu. Byłam zachwycona, jak wielki ich wybór oferuje Paryż!
Zakupy na targach to czysta przyjemność w porównaniu z klimatyzowanymi supermarketami. I zupełnie inna jakość Przede wszystkim, w wielu przypadkach kupujemy towar prosto od producenta, który chętnie opowie o tym co sprzedaje, jak to jeść (nie zawsze jest to oczywiste!) i wybierze dla nas najpiękniejsze warzywa i owoce ze swojego straganu.
Poza tym, takie jedzenie często jest świeże, nie pochodzi z chłodni ani nie musiało przejechać pół Europy, żeby trafić na mój stół. Jest też zdrowsze. W sezonie mam swoich sprawdzonych dostawców w Warszawie, ale dziś jednak chciałabym się skupić na Paryżu, który oferuje mnóstwo targów z żywnością.
Czytałam kiedyś książkę "Francuzki nie tyją", genialną w swojej prostocie. Nie jest to żadna dieta cud czy inna bzdura, a bardzo lekka publikacja o zasadach kulinarnych jakimi się kierują mieszkańcy Francji. Żałuję bardzo, że ją sprzedałam i to za grosze, bo dziś chętnie bym ją przeczytała a jest prawdziwym białym krukiem i na Allegro potrafi kosztować nawet 150zł.
Autorka podkreślała w niej znaczenie lokalnych targów, gdzie można kupić jedzenie bio, często z certyfikatami albo po prostu od małych producentów, którzy ręczą za jakość swoich towarów i wiedzą o nich praktycznie wszystko.
Kiedyś spotkałam się z informacją, że w Paryżu jest ponad 80 targów, większość otwartych, kilka zadaszonych. Są one bardzo wspierane przez władze miasta, którym zależy na zdrowiu i zadowoleniu mieszkańców :)
Większość z nich zaczyna się wczesnym porankiem i trwa do godzin popołudniowych a najpopularniejsze lokalizacje to place czy uliczki, często ładne i klimatyczne, dodatkowo ożywające w czasie targu.
Można kupić mięso, ryby, wędliny i wszystkie istniejące rodzaje sera. Do tego miody, dżemy z małych gospodarstw, ciepłe i chrupiące pieczywo. Jest także przeogromny wybór sezonowych warzyw oraz owoców.
Ulice handlowe są wyłączone z ruchu samochodowego, więc spokojnie i bezstresowo można spacerować między stoiskami, wybierać do woli.
Często kupowałam sery, pojedyncze plastry suszonych wędlin, oliwki na wagę, małe kiełbaski, suszone pomidory w zalewie, marynowane karczochy, bagietki i ruszałam z nimi nad Sekwanę albo do jakiegoś parku, aby przygotować śniadanie lub kolację. 
Nic nie smakuje tak dobrze jak pożywny posiłek na świeżym powietrzu :)  A Wy lubicie targowiska? Jakie są Wasze ulubione w Polsce i za granicą?

9.6.13

Rzym w słoneczny dzień

Osoby, które zamiast Porto wolały zobaczyć Rzym, śpieszę powiadomić, że nie będą musiały długo czekać! Bardzo dawno nie pokazywałam stolicy Włoch...
Nie wiem czemu, ale przez ostatnie 2 lata żyłam w przekonaniu, że w czasie mojej wizyty w Rzymie cały czas padało, było mokro, zimno i bardzo ponuro.
Kiedy ostatnio zaczęłam przeglądać resztkę zdjęć, przeżyłam lekkie zaskoczenie. Okazało się, że mam sporo zdjęć bardzo słonecznych, jasnych i miłych dla oka! Chyba pierwszy raz żyłam w tak przekłamanym, podróżniczym przekonaniu ;)
Zaczęłam głębiej analizować ten fakt i faktycznie, przypomniałam sobie, że ostatniego popołudnia kiedy w strugach deszczu dotarłyśmy do naszej ulubionej lodziarni na kolejną już porcję boskich lodów w międzyczasie pogoda się poprawiła, a potem na niezbyt długą chwilę wyszło piękne słońce. To chyba z tego lodowego przejedzenia zupełnie usunęłam to wspomnienie z mojej pamięci ;)
Nasza lodziarnia była w spacerowej odległości od tarasu widokowego nad Schodami Hiszpańskimi, u stóp kościoła Św. Trójcy. Jak widać na zdjęciach  kiedy w Rzymie wyjdzie słońce, ogródki restauracji od razu się zapełniają :)
 Na zdjęciu poniżej - widok na pastelowe budynki Rzymu ze schodów.
A tutaj widok na Schody Hiszpańskie, które są zapełnione niezależnie od pory roku, dnia czy pogody. Jest to niewątpliwie jedna z najpopularniejszych turystycznych atrakcji miasta.
Na Placu Hiszpańskim na chętnych czekają bryczki (niestety w deszczu też).
Dookoła placu znajduje się mnóstwo luksusowych butików, a trattorie w okolicy należą do najdroższych, chociaż muszę przyznać, że w jednej z ulic odchodzących od placu jadłyśmy chyba najlepszą pizzę i mozarelle w Rzymie.
O jedzeniu w czasie tego wyjazdu już pisałam i na samą myśl mam ochotę spakować się w moją nową walizkę podręczną :) i wyruszyć do Rzymu na ucztę!

6.6.13

Irlandia, Kylemore Abbey - love story w sercu Parku Narodowego Connemara

W Irlandii byłam bardzo krótko, więc nie chciałam zmarnować ani minuty. Planowałam wybrać się na Zieloną Wyspę na dłużej, ale dopiero co zaczęłam nową pracę kiedy pojawiły się super tanie bilety. Udało mi się wynegocjować 4 dni. I mało to i dużo, jeśli ma się jakiś pomysł co warto zobaczyć w tym czasie.
Prosto z lotniska w Dublinie pojechałam do Galway, gdzie dotarłam w środku nocy mając wielkie wyrzuty sumienia, że Aga i Nuno idą w piątek do pracy a mają po mnie wyjechać (raz jeszcze dziękuję za poświęcenie :)). Rano udałam się na dworzec, aby wykupić wycieczkę do Moherowych Klifów. Ponieważ plany na sobotę uległy przedawnieniu, a w moje ręce wpadła ulotka reklamująca jeszcze inną wycieczkę, to kupiłam obydwie. Urzekł mnie widok tonącego w jesiennych barwach Kylemore Abbey & Victorian Walled Garden. 
Przy okazji chciałabym słowem wspomnieć o tych wycieczkach. W Galway są chyba dwa główne biura zajmujące się organizacją takich jednodniowych wypraw. Byłam zaskoczona profesjonalizmem, atmosferą, ilością ciekawostek które nam przekazano jak też ceną. Za 2 całodniowe wycieczki z Galway Tour Company zapłaciłam 36EUR. Nasi kierowcy, niesamowicie zabawni i bardzo wygadani  sprawili, że czas mijał ekspresowo i aż mi żal było, że w końcu dobiegły końca...
Killemore Abbey na zdjęciu w folderze wyglądał jak budowla z jakiejś bajki, którą być może oglądałam w dzieciństwie. Od razu wiedziałam, że muszę tam dotrzeć. Pewien Anglik - Mitchell Henry w 1867 roku kupił dla swojej zachwyconej okolicą  żony blisko 15 ha ziemi położonej malowniczo u stóp wzgórza i na brzegu jeziora.
Wybudował tu cudowny zamek, w którym wraz z Margaret wiedli bardzo szczęśliwe życie i doczekali się aż dziewięciorga dzieci. Niestety szczęście prysło nagle, gdy 1874 roku w czasie wakacji w Egipcie żona zachorowała na dyzenterię (czerwonkę) i w ciągu zaledwie 16 dni zmarła. Michael wpadł w rozpacz. 1877-1881 wybudował ku pamięci swojej ukochanej kobiety widoczny powyżej Neogotycki kościół oraz skromne mauzoleum ze zdjęcia poniżej.
Teren opactwa jest naprawdę gigantyczny, w piękny dzień można spędzić tam długie godziny spacerując i ciesząc oczy widokami. Trochę zaskoczyła cena biletu wstępu (kilkanaście EUR, ale na szczęście nasz kierowca  ma jakiś układ z panem od biletów i płaciliśmy 7EUR), ale zapewne utrzymanie takiej przestrzeni musi być kosztowne. Rodziny mogą wykupić roczny karnet.
Mieliśmy w Kylemore blisko 3h czasu wolnego. Najpierw zjadłam lunch w restauracji (położona jest poza terenem opactwa, ale serwuje bardzo jedzenie w przyzwoitej cenie) a potem wyruszyłam na zwiedzanie.
Ponieważ pogoda nie była zbyt zachwycająca i mocno wiało, poza naszą wycieczką nie było wiele osób. Niesamowite odpoczęłam i się wyciszyłam, prawie cały czas błąkałam się samotnie. Spacer od zamku do drugiego jeziora widocznego powyżej i poniżej zajmuje ponad trzydzieści minut.
Jeszcze dalej idąc, dochodzi się do wiktoriańskiego ogrodu. Kiedy tam dotarłam, zerwała się taka wichura, że leżąca na ziemi mapa poderwała się do góry, zrobiła piruet i wylądowała prosto na mojej twarzy. Iście filmowa scena, wręcz idealnie pasująca do tej niemalże filmowej scenerii ;)
Ponieważ nie mogłam się zdecydować które ze zdjęć zamku umieścić, jedno wrzuciłam na początek a drugie na koniec :) Żałuję, że nie było chociaż trochę cieplej tego dnia. Wróciłam do Galway bardzo zmarznięta i przewiana i muszę przyznać, że z perspektywy czasu wspominam Kylemore o wiele pozytywniej.
TOP