28.8.13

Konkurs z marokańskim akcentem

Lubicie pamiątki z podróży? Przywozicie lokalne przedmioty użytkowe? Nie pytam o krzywe figurki "made in China", jakich pełno w turystycznych sklepikach, ale o rękodzieło - chusty, ubrania, wyroby ze skóry, biżuterię, wysokiej jakości dodatki do mieszkania, kolorową ceramikę czy przybory kuchenne? Ja nigdy nie kupiłam koszulki "I Love Costa Brava", magnesu ani  plastikowego wielbłąda, ale kupuję ładne przedmioty, które przypominają mi każdego dnia o cudownych miejscach, które miałam przyjemność odwiedzić. Mam m.in. ceramiczne, ręcznie malowane kafle i dzbanek z Portugalii, wspaniałe miski i naszyjniki w Tunezji, barwną narzutę na łóżko i poszewki na poduszki z Turcji a także wiele innych lokalnych cudów.

Ucieszyło mnie więc, kiedy napisała do mnie pani Justyna ze sklepu Etnobazar.pl, proponując organizację konkursu dla moich Czytelników. Sklep specjalizuje się w oryginalnych produktach z różnych zakątków świata. Zrodził się z pasji do podróży i pięknych prezentów, którymi zachwycali się obdarowywani przyjaciele. Stąd pomysł na to, aby spróbować je także sprzedawać. Zajrzyjcie, bo mają dużo ciekawostek!
  Dziś mam dla Was niespodziankę - możliwość wygrania Babuszy z Maroko! Fajna
alternatywa dla nudnych kapci. Miękkie, wygodne, kolorowe, ze skóry wyprawianej
w garbarniach Fezu. Idealne na imprezę, jako ciekawy, zwracający uwagę dodatek.
  Można wybrać model z oferty dostępnej tutaj, w zależności od dostępności rozmiarów.

Co trzeba zrobić, aby zostać właścicielem tych sympatycznych butków? :)

1. Polubić profil Etnobazar.pl na Facebooku
2. Polubić profil Całe Życie w Podróży na Facebooku
3. Udostępnić u siebie na blogu lub Facebooku informację o konkursie
      4. Odpowiedzieć 1 zdaniem na pytanie - co przywozisz z podróży?      
  Jeśli nie masz konta w Blogspocie, możesz dodać komentarz jako "Anonimowy"
Proszę o podanie adresu e-mail oraz imienia i nazwiska lub nicku z Facebooka.
 Osoby anonimowe bez podanego maila, nie będą brały udziału w losowaniu.

 Zwycięzca zostanie wylosowany przez maszynę losującą :) Konkurs trwa do 01.09.
 Zapraszam do udziału, a sama uciekam na weekend do Wilna, miasta z listy Marzeń!

26.8.13

Zachmurzone Galway

W Irlandii byłam w kwietniu i z tego co mówiły mi różne osoby, trafiłam na bardzo ładną pogodę. Co prawda w czasie mojego jedynego dłuższego spaceru po Galway nie było słonecznie, ale nie narzekam, bo przynajmniej nie padało ;) Miałam ze sobą kieszonkowy aparat, uważam jednak, że jak na takie warunki poradził sobie nieźle.
Przez długie lata myślałam, że moja pierwsza wizyta w Irlandii ograniczy się do weekendu w Dublinie. Gdyby nie zaproszenie Agi, pewnie nieprędko bym sama dotarła na zachodnie wybrzeże. Po Galway nie spodziewałam się chyba niczego...
Ale spodobało mi się, nawet bardzo. Nie jest ani duże, ani małe - takie jak w sam raz (ok. 75.5tys mieszkańców). Po całym życiu spędzonym w Warszawie chwilami odczuwam chęć, aby chociaż przez chwilę pomieszkać w takim mniejszym, bardziej klimatycznym miejscu. Szczególnie odpowiada mi niska zabudowa, bo widać niebo.
Poza tym są chyba wszystkie sklepy, których mi do szczęścia potrzeba :)
 W Galway jest tak naprawdę jedna główna ulica handlowa, a przy niej i w bocznych  ulicach znajdują się restauracje i puby, które zapełniają się wieczorami i w weekendy.
Zaskoczył mnie fakt, że większość była wypchana miejscowymi po brzegi, ciężko było znaleźć jakiekolwiek miejsce, aby usiąść. Piwo leje się hektolitrami, a zachowanie wielu młodych osób wskazuje, że normy zostały przekroczone. Pijane nastolatki leżące na ziemi nie są moim ulubionym widokiem, ale niestety staje się to coraz powszechniejsze, również w Warszawie. Mój stosunek do alkoholu jest raczej obojętny, lubię czasem sobie wypić piwo czy kieliszek wina, ale nigdy nie rozumiałam frajdy, jaką czerpią niektórzy ze zwykłego upijania się. Dla mnie świadome życie jest o wiele ciekawsze i przyjemniejsze.
Odczuwam wielki niedosyt Irlandii, miałam za mało czasu. Po samym Galway chętnie bym pochodziła bez pośpiechu, zaglądając do sklepików i wszystkich uliczek. Z drugiej strony dzięki temu wiem na pewno, że mam tam po co wrócić.
Pisałam już o tym, co warto zjeść w Irlandii i co mi szczególnie przypadło do gustu. W Galway jadłam zdecydowanie najlepszy chowder, był przepyszny i do dziś nie mogę zapomnieć jego kojącego smaku. Będąc później w Dublinie, z tęsknotą wspominałam  ceny z zachodniego wybrzeża, znacznie przyjaźniejsze dla mojego skromnego portfela.
Galway za dnia prezentuje się zupełnie inaczej niż nocą. Jest spokojniejsze i bardzo kolorowe. Dla mnie ma taki nieco rybacki klimat, który bardzo przypadł mi do gustu.
Ostatniego dnia słońce na chwilę wyszło, gdy spacerkiem szłam w kierunku dworca. Jak tylko wsiadłam do autobusu, zaczęło lać. W połowie drogi znów się przejaśniło. W Dublinie 30 minut padało, lekko, ale bardzo mokro. Po czym wyszło słońce a po godzinie z nieba spadł grad. Brzmi nieprawdopodobnie? No cóż, witajcie w Irlandii! :)

22.8.13

Café de Paris - o dyskretnym uroku paryskich kawiarni

Paryskie kawiarnie są tematem na książkę, a może nawet księgę? Tematem ciekawym, barwnym i wciągającym, ponieważ nie ma chyba dwóch identycznych, dzięki czemu każda jest fantastyczna, ma swój niepowtarzalny własny klimat i urok.
Ciekawa jestem ile tych kawiarni właściwie jest. Mniejszych i większych. Czy ktoś je kiedyś policzył i czy w ogóle jest to możliwe? Bo są ich setki albo więcej!
Ciężko znaleźć ulicę, która nie miałaby swojej małej kawiarni czy piekarni, w której można wypić kawę, zjeść coś na słodko. Paryskie słodycze są wspaniałe! Eleganckie, gustowne i z charakterem, podobnie jak zresztą samo miasto.
Nadal odczuwam niedosyt tego tematu. Nie da się w kilku zdjęciach opisać tego, co czeka niemal na każdym kroku. To uczta dla wszystkich zmysłów: dla wzroku, który przyciągają fantazyjne kształty wypieków i ich cudne kolory; dla węchu, bo zapach gorącego croissanta z migdałami jest nie do podrobienia; dla dotyku, kiedy trzyma się w dłoni ciepłe, przyjemnie kruche ciastko albo lekkie jak puch makaroniki; w końcu dla zmysłu smaku, który każdorazowo jest oszołomiony tym, czego próbuje.
A do tego kawa. Wypijana w środku lokalu albo na zewnątrz, przy charakterystycznie ustawionych stolikach, skierowanych w kierunku chodnika. Bardzo to lubię. Zamówić aromatyczną kawę, usiąść wygodnie  i obserwować Pięknych Paryżan. Nie ma przesady w opinii, że mieszkańcy tego miasta świetnie się ubierają, ich niewymuszona elegancja w luźnym wydaniu, zachwyca mnie za każdym razem (szczególnie w męskim wydaniu :)).
I tak, nie wiem nawet kiedy, od kawiarni przeszłam do tematu mody ulicznej, ale tak naprawdę, jedno ma z drugim dużo wspólnego, bo tworzy całość, pełen obraz stolicy Francji, jaki mam zachowany w pamięci. Tam wszystko do siebie pasuje i się uzupełnia.
Ulice, ludzie, kawiarnie, a nawet kwiaciarnie! Bez nich Paryż nie byłby tak wyjątkowy. Wiem, że na 5 zwolenników tego miasta jest kolejnych 5 osób uważających, że jest przereklamowane. Ja zdecydowanie należę do tej pierwszej grupy, byłam w Paryżu kilka razy i za każdym razem odkrywam z radością jego kolejne oblicza.

19.8.13

Warszawa jak z Bajki, czyli dlaczego nie jestem ponurakiem?

Wpis miał być po prostu o urokach Warszawy w ostatnich dniach lata, ale ktoś postanowił wpłynąć na moje plany. Chciałam na wstępie zaznaczyć, że cieszę się z każdego e-maila, który od Was dostaję, chętnie odpisuję i proszę o więcej!  Nie oczekuję, że zawsze będą to miłe słowa, liczę się z krytyką, ale to, co miałam okazję przeczytać w piątek, zaskoczyło mnie bardzo. Jeden z (byłych) Czytelników postanowił poinformować mnie, że mój blog nie ma NIC wspólnego z rzeczywistością.
. W pierwszej chwili mnie zatkało a później już mocno zaintrygowało, więc zaczęłam czytać dalej...
Dowiedziałam się, że świat nie jest taki przyjemny, słodki i kolorowy jak na moich zdjęciach i że mniej zorientowane osoby są skłonne pomyśleć, że Warszawa, Poznań czy Paryż są barwnymi, przyjemnymi miastami, a wcale tak nie jest! A ja pokazuję tylko to, co ładne, zamiast być obiektywna i dorzucać także to, co brzydkie i odpychające.
Żyjemy w czasach, kiedy dookoła nas panuje nieład, smutki i dramaty wylewają się z każdej gazety czy wiadomości w TV. Niewiele mediów ma dla nas dobre wieści, próżno szukać miłych i barwnych akcentów. Ludzie lubią ponarzekać, powykrzywiać twarz, prawić sobie małe złośliwości.
Mnie także spotyka każdego dnia wiele nieprzyjemności, w życiu bywa różnie, ale nie odwracam się od krzywdy wyrządzanej słabszym - dzieciom czy zwierzakom, dostrzegam te dobre i złe strony codzienności, wiem, ze miód nie leje się nam na głowę,  że medal ma dwie strony a każde miasto co najmniej dwa oblicza, z czego jedno mdłe.
Dlatego właśnie blog jest moją ucieczką. Od smutku, od deszczu w sercu i za oknem, od przykrości ze strony innych ludzi, od problemów. Od dawna staram się szukać tych jasnych stron każdej sytuacji, czerpać radość z prostych rzeczy, doceniać co jest ważne: że chodzę, mówię, słyszę, widzę. Nie każdy ma ten przywilej. Dlatego korzystam z tego każdego dnia. Katując ukochane płyty, słuchając szumu wiatru i śpiewu ptaków, po raz kolejny oglądając filmy które koją zmysły, ciesząc się zimną wodą w ciepły dzień, smakiem dobrego posiłku, życzliwością okazywaną przez osoby mijane na ulicy.
I dlatego chodząc po każdym mieście, szukam tego co w nim piękne i kolorowe. Chcę Wam pokazywać świat, który pociąga, inspiruje i zachwyca. Bez szarości, bez przeciętności a przede wszystkim bez krytyki i niezadowolenia. Zawsze powtarzam, że nie ma miejsc brzydkich, trzeba po prostu poszukać ich dobrych stron, bo zawsze takie są! I nie zamierzam tego zmieniać, tylko dlatego, że ktoś uważa, że pokazuję świat w krzywym zwierciadle - dopóki jest wykrzywiony w pozytywną stronę, tak zostanie!
Dziś zabieram Was na spacer po Warszawie, którą im jestem starsza lubię coraz bardziej. W miniony czwartek wybrałam się na spacer. Zaczęłam od ul. Hożej, gdzie w Krowarzywa zamówiłyśmy dwa wegańskie burgery (jaglanex i cieciorex), które były pyszne! Następnie piechotą, testując wytrzymałość mojej zdrowiejącej stopy ruszyłam Chmielną i Nowym Światem w kierunku Starego Miasta, skąd jak zwykle ulicą Piwną przeszłam w kierunku rynku Nowego Miasta a potem parku fontann.
Był to spacer pełen słońca i kolorów, co widać chyba na zdjęciach. Dużo różu, trochę jak z bajki dla grzecznych panienek. Ale też zieleń i wszystkie odcienie beżu. Następnie pojechałam na plac Wilsona, odwiedziłam park w którym nie byłam od  lat i dowiedziałam się, że Wesoły Kierowca naprawdę istnieje! Wita i żegna swoich pasażerów, zagaduje ich przez głośnik, żartuje, opowiada obok czego przejeżdża, a tymi drobnymi gestami wywołuje promienny uśmiech na zmęczonych twarzach. To cudowne, że niektórzy potrafią wkładać serce w każdą pracę, umilając czas sobie i innym. A mógłby przecież zatrzaskiwać pasażerom drzwi przed nosem i czerpać z  tego wielką satysfakcję. Ale ja chcę pisać o tych pozytywnych wzorcach, nawet jeśli komuś się nie podoba, że przemilczam bylejakość i brak serdeczności.
Na koniec dnia spotkałam się z dawno niewidzianą Osobą w Podróżniku na ulicy Felińskiego, w zaciszu małych, białych domków otoczonych drzewami. Było tak spokojnie, tak dobrze. I takich chwil w życiu szukam, na takie czekam, te są dla mnie ważne i o nich właśnie będę pisać licząc, że chcecie czytać o tym co piękne!

13.8.13

"Co się stało z czasem pomiędzy białymi kwiatami a rudymi kasztanami...?"

Praca za biurkiem, od poniedziałku do piątku, za godziwe pieniądze - to brzmi nieźle! Wszystko jest pięknie do chwili, kiedy pojawia się myśl, że czegoś jednak brakuje... Ewa odeszła z dobrej pracy, bo czuła, że gdzieś czeka na nią przygoda. Czy żałuje? Dowiecie się z pierwszej rozmowy z cyklu "Inspiracje". Chcę pokazać Wam ludzi, którzy zaryzykowali i zmienili swoje życie, albo odkryli pasję, która jest elementem ich codzienności, dla której są w stanie dużo poświęcić. Różne osoby, które łączy jedno - spełnienie i życie w zgodzie ze sobą. 


Opowiedz proszę, czym się zajmowałaś zanim postanowiłaś wyjechać za granicę? 

Pracowałam w public relations i bardzo lubiłam swoją pracę. Ciekawe wyzwania, nieszablonowe projekty, praca z dużymi, międzynarodowymi firmami  dawały mi satysfakcję, jednak coś nie dawało mi spokoju - wrażenie, że prawdziwe życie toczy się gdzieś za murami biura. Pamiętam, jak koleżanka zza biurka naprzeciwko zwróciła kiedyś uwagę na kwitnący kasztanowiec za oknem. Po jakimś czasie rozmawiałyśmy o spadających kasztanach. Zastanowiłam się wówczas, co się stało z czasem pomiędzy kwiatami a rudymi kasztanami. Wtedy doszłam do wniosku, że coś mnie omija. Poza tym, nie mogłam brać urlopów dłuższych niż 14 dni, a nie chciałam podróżować śpiesząc się. Skończyłam więc kurs pilotów wycieczek, złożyłam wypowiedzenie i wierzyłam, że będzie dobrze i znajdę ciekawą posadę.

Wiele osób narzeka, że kończą kurs, wysyłają CV, ale nie nikt nie oddzwania, bo pracodawcy oczekują doświadczenia w wyjazdach z grupami. Jak to wyglądało w Twoim przypadku?

Pracuję jako rezydentka. Teoretycznie do tej pracy ukończenie kursu nie jest konieczne, jednak wiele polskich biur go wymaga. Ja skończyłam ten kurs z ciekawości, najpierw żeby zobaczyć, czy to jest faktycznie to, co chciałabym robić. Wysłałam CV do dwóch biur podróży – do znanego polskiego, gdzie po jednej rozmowie zaproponowano mi pracę w Turcji (niezbyt korzystne warunki: bezpłatny staż, niska stawka i dzielenie pokoju z innymi rezydentami) oraz do dużego biura zagranicznego, gdzie szybko zaproponowano mi wyjazd na szkolenie na Majorkę a następnie pracę, jak się szczęśliwie okazało, w Portugalii! Uwielbiam ten kraj, kilka lat wcześniej przez pół roku byłam w Lizbonie na wymianie studenckiej w Lizbonie, więc cieszyłam się jak dziecko. 10 dni później wylądowałam w Faro!


I właśnie tam spotkałam Cię po raz pierwszy. Byłaś rezydentką w hotelu w którym mieszkałam. Co ciekawe, praktycznie nie jeżdżę na wyjazdy zorganizowane, ten był jednym z nielicznych. Pomyślałam "fajna dziewczyna, widać, że lubi to co robi". Nawet nie sądziłam, że będziemy miały kontakt przez długie lata, że spędzimy czas na Majorce... Jak myślisz, jakie cechy trzeba mieć, by być rezydentem?

Wiem dobrze, że pomyślałaś sobie coś innego! ;) A jednak okazało się, że mamy sporo wspólnego: zamiłowanie do podróży, uwielbienie Portugalii itd. Ta praca na pewno nie jest dla wszystkich.Wg mnie najważniejsza jest w niej odporność psychiczna. Jeśli coś pójdzie nie tak, najczęściej nie z mojej winy, to właśnie ja zbieram cięgi. Nie można tego brać do siebie, trzeba zachować spokój i postarać porozumieć się z turystą. Myślę, że doświadczenie z PR mi w tym pomaga, poprzednia praca nauczyła mnie precyzyjnie formułować myśli, słuchać, wybierać istotne przekazy a potem szukać rozwiązań. Poza tym trzeba mieć sporo cierpliwości w kontaktach z klientami i kontrahentami. Trzeba być asertywnym, umieć powiedzieć "nie", gdy np. mimo starań zmiana pokoju nie jest możliwa. Zdarza się, że  rozmówca traci panowanie i zaczyna obrażać, wówczas trzeba odpowiednio zareagować. Dobry rezydent musi lubić ludzi i pracę z nimi każdego dnia - bez tego nie ma najmniejszych szans, aby ten zawód dawał satysfakcję i spełnienie.

Gdzie już pracowałaś? Nie zawsze masz wpływ na wybór miejsca, gdzie zostaniesz wysłana.

Pierwszy sezon spędziłam w Portugalii, później pojechałam na 5 dni do Tunezji , ale niestety rewolucja nas z stamtąd wygoniła. Kolejne lato było w Bułgarii, potem rok na Majorce, a teraz jestem w Kenii. Każda z destynacji była inna. Doskonale czułam się w Portugalii, bo uwielbiam ten kraj, mieszkańców, klimat i atmosferę. Po Bułgarii doszłam do wniosku, że praca w miejscach, gdzie rozwinęła się bardzo masowa turystyka, nie jest dla mnie, ponieważ ciężko jest zapewnić taki poziom opieki i obsługi, jakbym chciała. Majorka też jest popularnym kierunkiem, ale tam byłam tzw. rezydentem lotniskowym, w ogóle nie zaglądałam do hoteli. Do Kenii przyjechałam na jeden sezon, ale tak mi się spodobało, że zostałam na kolejny. Odpowiada mi praca tutaj, bo nie jest to kraj, do którego przyjeżdżają tłumy. Mam czas i możliwości, żeby oferować gościom naprawdę dobrą opiekę, kontakty z nimi są przyjemnością. Sam kraj też mnie zauroczył - z jednej strony zapierająca dech w piersiach przyroda, z drugiej ludzie, którzy potrafią się cieszyć tym, co mają, nawet jeśli nie mają wiele. Moi turyści sami twierdzą, że po pobycie tutaj dużo bardziej doceniają swoje własne życie. Zaczęłam tu podchodzić do wielu spraw z uśmiechem.



Osoby, które zdecydowały się na zmianę w swoim życiu, wyjście ze stabilizacji i wejście w tryb "niewiadoma", po jakimś czasie mogą już ocenić czy było warto i czy znalazły to, czego szukały. Czy czujesz, że coś się zmieniło - w Tobie, w życiu, w kontaktach z ludźmi, w pewności siebie? 

Praca rezydenta jest prawie dokładnie taka, jak się spodziewałam. Na początku bałam się, że nagłych wypadków i niestandardowych sytuacji będzie dużo więcej. Ten zawód daje mi ogromną satysfakcję. Super jest usłyszeć od turystów, że między innymi dzięki mnie przeżyli urlop swojego życia. Miło jest usłyszeć „dziękuję za wspaniałe wakacje”.  Nie mogę powiedzieć, że praca zmieniła coś w moim życiu. Ona zmieniła moje życie! Nie jestem przywiązana do biurka, jeżdżę po świecie, poznaję ciekawych  ludzi. Tak, zdecydowanie warto było zaryzykować. Kiedy podejmowałam decyzję o zmianie, wszystko było niepewne, a potem jak puzzle, zaczęło się układać. I wyszła z tego bardzo fajna układanka! Oczywiście, jak każda praca, ta również ma wady. Największą z nich jest to, że jestem daleko od domu. Tęsknota za rodziną, brak kontaktów ze znajomymi, a czasem nawet tak prozaiczne rzeczy jak nagły apetyt na biały ser potrafią dać się we znaki. Ale nie ma przecież pracy idealnej, zwykle jest jakieś "ale".

Po naszym spotkaniu w Portugalii, kiedy wróciłam już do Polski, ciągle miałam Cię w pamięci. Poczułam, że mogłybyśmy się dogadać... Postanowiłam sprawdzić, czy Google wie o Tobie coś więcej. Okazało się, że prowadzisz bloga o podróżach Daleko Niedaleko. Jaka podróż najbardziej zapadła Ci w pamięć? Czy uważasz, że można sprawnie pogodzić życie zawodowe z podróżami?

Oczywiście, że można. Do pewnego stopnia. Jak już wcześniej wspomniałam, moja poprzednia praca kolidowała z podróżniczymi marzeniami, dlatego postanowiłam ją zmienić. To kwestia priorytetów, jeden woli stabilizację, inny pogoń za marzeniami. Ja wybrałam to drugie. Nie umiem wybrać jednej podróży, każda coś wniosła do mojego życia, każda z nich była wartościowa.W obecnej pracy jest łatwiej, bo ona opiera się na podróżach. W wolnym czasie nadal jeżdżę czy uczę się nowych rzeczy, np. na Majorce poświęciłam sporo czasu na naukę nurkowania i odkrywanie podwodnego świata.




Byłaś w wielu niestandardowych miejscach. Wybrałaś się sama do Sudanu Południowego, który 

 uchodzi za niebezpieczne miejsce, a także do Czarnobyla. Pamiętam, że po głowie chodziła Ci też
 Korea Północna. Wiele osób chciałoby podróżować, ale boją się. Czy możesz im coś poradzić?


Jeśli gdzieś jadę sama to znaczy, że na miejscu ktoś na mnie czeka. Tak jak w Sudanie Południowym, gdzie odwiedzałam znajomych. Podróży nie trzeba się bać, uważam, że jeśli się czegoś naprawdę pragnie i do tego dąży, to wszystko się samo ułoży. Może mam szczęście w życiu, ale też na nie zapracowałam. Zdobyłam wykształcenie i doświadczenie w poprzedniej pracy, wiedziałam więc, że będę miała gdzie wrócić i że jest jakieś wyjście awaryjne. Nie paliłam za sobą mostów, po prostu się realizowałam. To jest w życiu bardzo ważne, aby iść do przodu. Mimo ogromnego strachu odważyłam się skończyć kurs paralotniarski, a także nauczyłam się nurkować. Marzyłam o wyjeździe do Afryki i właśnie tu jestem! Na swoim blogu mam listę miejsc, które chcę odwiedzić i rzeczy, które chcę zrobić. I jasny cel, aby realizować przynajmniej jeden punkt z listy każdego roku. Póki co, z dobrym skutkiem. 

 Czy chcesz nadal pracować w turystyce czy masz może jakieś inne cele i plany na najbliższy czas?

Jestem na takim etapie, że niczego nie planuję. Bo planowałam, że rezydentura to będzie taki "gap year", potem wrócę do kariery w PR, a wyszło inaczej. Turystyka jest jak narkotyk, ciężko przestać. Ale wiem też, że kiedyś będzie trzeba – może zabrzmi to smutno, ale znajomości zawierane na sezon rzadko przetrzymują próbę czasu i odległości. A prawie każdy chciałby na jakimś etapie swojego życia mieć kogoś bliskiego. Trudno chociażby zakładać rodzinę wyjeżdżając co kilka miesięcy do innego kraju. Przyjdzie więc czas na to, żeby się zatrzymać. Kiedyś. Ale na razie głowę mam otwartą i pełną marzeń! Dziękuję za rozmowę! I czekam niecierpliwie na jesień, gdy spotkamy się na portugalskim obiedzie!

Dziękuję za rozmowę i niecierpliwie czekam na spotkanie przy portugalskim obiedzie!

11.8.13

Różne oblicza Majorki, czyli dla kogo jest ta wyspa?

Dzisiaj jeden z klientów powiedział, że nie pojedzie na Majorkę, bo ta wyspa nadaje się wyłącznie na imprezy. Absolutnie się z nim nie zgadzam, szczególnie, że planował wyjazd w drugiej połowie września. Nie lubię takich skrótów myślowych, każde miejsce na przynajmniej dwa oblicza, a niejednokrotnie znacznie więcej! Chciałabym dziś pokazać Wam różne oblicza Majorki.
Imprezowicze na pewno nie będą się na Majorce nudzić - Palma Nova, El Arenal czy Megaluff dają szansę na ostrą zabawę, ale też oferują zupełnie inne atrakcje. Ja mieszkałam w El Arenal w kwietniu, kiedy powoli budziło się życia z zimowego snu. Na ulicach głównie miejscowi, spokojne, codziennie życie - zakupy, popołudnia w  barze La Rioja, wieczory, kiedy można obejrzeć mecz popijając coś zimnego oraz spacery po promenadzie. Starsi ludzie siedzący na ławeczkach, nastolatki pędzące na rolkach i dzieciaki stawiające babki z piasku - tak zapamiętałam tę miejscowość!
Majorka to też przepiękne krajobrazy - sady owocowe, drzewa uginające się  pod ciężarem cytryn i pomarańczy, wszechobecna zieleń, cudowne wybrzeże, niesamowite odcienie morza - od błękitu, przez turkus aż po głęboki granat.
Oraz szklanki chłodnego soku z pomarańczy wypijane łapczywie w upalny dzień, w małym miasteczku, w cieniu dającym chwilę wytchnienia. To świetna kuchnia, szczególnie w nieturystycznych knajpach, które można znaleźć też w najbardziej turystycznych miejscowościach. Wystarczy poszukać! Prawdziwa wyspa jest na wyciągnięcie ręki, trzeba jedynie dać jej szansę, na którą naprawdę zasługuje.
Majorka to też urokliwe zakątki Palmy, gdzie można spędzać długie godziny szukając detali umocowanych na drzwiach i ścianach budynków. Ciastka jedzone przy metalowych stolikach i popijane gorącą kawą. Zapach paelli wydostający się przez okna restauracji, psy wylegujące się w słońcu i orzeźwiająca bryza z małej fontanny. To przepełniona kwiecistymi donicami Valdemossa, gdzie w każdej z uliczek czeka inna niespodzianka. Albo Alcudia, w której można spotkać koty włóczące się bez celu i małe piekarenki, w których właściciele dotykają wypieków w tak delikatny sposób, jakby były skarbem ukrytym w papierowym opakowaniu.
To również pastelowe kolory, stare samochody, stylowe skutery, stary tramwaj w Soller, smażone i chrupiące kalmary z widokiem na port. Zatoki, małe plaże, łódki rybackie i porozrzucane dookoła nich sieci. I wietrzny przylądek Formentor.
To wioski, gdzie czas stanął w miejscu i ludzie, którzy uśmiechają się bo lubią, a nie po to, aby coś nam sprzedać. To sympatyczne i bardzo budujące zjawisko.
To tysiące kolorów, promieni słońca. Szum morza, porywy wiatru, udane zakupy, pełne śmiechu i wspomnień spotkania ze znajomymi. Majorka jest ciekawa i bardzo różnorodna, jestem ciekawa, że każdy znajdzie na niej coś dla odpowiedniego dla siebie.

8.8.13

Porto w obrazach

Dzisiaj Porto pojawi się na blogu już pewnie po raz ostatni, głównie w obrazach. Chyba, ze pewnego dnia znowu wsiądę w pociąg na stacji Santa Apolonia w Lizbonie, by po kilku godzinach wysiąść na cudownym dworcu São Bento i znów ruszyć przed sobie i odwiedzić ulubione miejsca.

7.8.13

Hiszpański metodą SITA - podsumowanie, opinia


Jestem po pełnym kursie podstawowym języka hiszpańskiego metodą SITA. Bywało różnie, raz lepiej, raz gorzej. Miałam dużo chwil zwątpienia i jeszcze dwa tygodnie temu czułam, że to nie ma sensu, że nic nie umiem, a egzamin który mnie czeka będzie porażką mojego życia. W głowie mętlik, wszystko się zlewało, nie umiałam sobie nic przypomnieć. Iwona, która mnie wprowadzała w metodę mówiła, że to normalne i im więcej czasu minie, tym będzie lepiej, ale nie bardzo w to wierzyłam.

Egzamin miałam mieć 26.07, ale skręciłam kostkę i trzeba było go przełożyć. Miałam wtedy ambitny plan, że każdego dnia będę się przez godzinę uczyć, ale jak to w życiu bywa, skończyło się na tym, że obejrzałam The Voice of Poland 1, The Voice UK, 11 filmów, przeczytałam 3 książki i 5 gazet a podręcznika nawet nie otworzyłam. Pół nocy nie spałam, na szczęście egzaminator okazał się przemiłym człowiekiem, więc wiedziałam, że batównie będzie (chociaż wstyd zostanie...). Najpierw wysłuchałam zupełnie nowego dialogu a potem miałam za zadanie odpowiedzieć na pytania z nim związane. Ku mojemu zdumieniu zrozumiałam praktycznie wszystko. Gorzej poszło z moim własnym mówieniem w kolejnym ćwiczeniu - jużpisałam, że uważam, iż lekcje dałyby mi więcej jakbym rozmawiała z kimś na etapie aktywizacji, zamiast prowadzić monolog. I to od razu wyszło, bo z mówieniem miałam największy problem, chociaż co nieco wydukałam. Na końcu było ćwiczenie pisemne, 20 zdań do uzupełnienia i tu również - niespodzianka! - poszło mi bardzo dobrze. Uważałam, że nie wiem nic, a okazało się, że nie jest najgorzej! Bardzo mnie to ucieszyło i wprawiło w dobry nastrój na resztę dnia. Nie żałuję, że podjęłam wyzwanie i rozpoczęłam ten kurs, ponieważ nie było to czas zmarnowany. To był bardzo dobry wstęp do dalszej nauki języka hiszpańskiego. Współpraca przebiegała bezproblemowo i sympatycznie, na każdym etapie mogłam liczyć na pomoc pracowników firmy, chętnie odpowiadali na moje pytania, wysłuchiwali uwag, także tych chwilami nieco krytycznych. 10 lekcji to ponad 25 godzin nauki. Zajęło mi to jakieś 11 tygodni, ale można poziom podstawowy zrobić nawet w 2 tygodnie, ucząc się codziennie. Ja musiałam pogodzić dojazdy do siedziby, blisko 3h zajęcia z pracą, która jest dość daleko, więc miałam lekcje średnio co 7-10 dni (przypominam, że dłuższe przerwy nie są w metodzie dozwolone). Wiele osób w komentarzach pytało o koszty nauki. Tak jak już wspominałam, większość osób kupuje okulary, zabiera je do domu i dokupuje do nich podręczniki, a potem uczy się samodzielnie. Urządzanie kosztuje 997zł a do tego książka z płytą za 279zł. Hiszpański ma tylko jeden poziom, ale np. angielski ma ich więcej, kupując od razu wszystkie, cena jest korzystniejsza, gdyż zawiera rabat. Szczegóły dotyczące cen i promocji znajdziecie na stronie. Gdyby było mnie stać, chętnie kupiłabym sobie same okulary, bo świetnie na mnie działają, cudownie relaksują i ich działanie w tym zakresie jest w moim przypadku bezdyskusyjne a czy warto je kupić do nauki? To już Wasza decyzja. 

WSTĘP DO NAUKI


Hiszpania w moim życiu była od kiedy tylko pamiętam. Jest pierwszym krajem do którego wyjechałam na zagraniczne wakacje i od tego czasu już kilka razy wracałam zarówno na kontynent jak i na wyspy. Uwielbiam hiszpańską kuchnię, często robię w domu paellę czy gazpacho, lubię hiszpańskie wina a hiszpańska muzyka towarzyszy mi od zawsze. Lubię flamenco, ale też muzykę rozrywkową. Babcia, tata, bracia (5 i 25lat) a nawet pies są wielkimi kibicami FC Barcelony. Mam wiele "hiszpańskich" podróżniczych marzeń i kilka hiszpańskojęzycznych miejsc jest na liście "do odwiedzenia". Ale do czego właściwie zmierzam......? Może się wydać dziwne, że nie znam w ogóle hiszpańskiego. Jestem osłuchana, trochę nawet rozumiem, ale nie umiem złożyć nawet jednego, prostego zdania. Dlatego z wielką radością przyjęłam propozycję przejścia przez podstawowy kurs języka hiszpańskiego metodą SITA. Pewnie każdy z Was widział kiedyś w gazecie reklamę - pani w marynarce leży sobie w fotelu, na oczach ma tęczowe okulary a nauka sama wchodzi jej do głowy :) Zawsze byłam ciekawa czy można w ten sposób nauczyć się czegokolwiek, a może to chwyt reklamowy lub magia?Kiedy poszłam na spotkanie z przedstawicielem SITA, dowiedziałam się, że kurs koncentruje się na nauce porozumiewania i swobodnej komunikacji w podróży, przy pierwszym kontakcie z nową osobą. Ma otwierać na mówienie, nie stawia na gramatykę ani sztywne reguły. Na czym ma polegać sekret metody SITA? Na nauce w stanie pełnego relaksu. W jego osiągnięciu mają pomóc te tęczowe okulary, zwane "urządzeniem". Miałam okazję je wypróbować w czasie krótkiej sesji relaksacyjnej i byłam szczerze zaskoczona. Siadam w fotelu, zamykam oczy, zakładam okulary, oddycham przez nos. Mój oddech powoduje miganie lampki zamontowanej na wysokości oczy i pobudza sygnał dźwiękowy. Na początku jest to nieregularne i irytujące, więc mój mądry mózg dąży do wyrównania i dźwięku i światełek wpływając na mój oddech i regulując go. W ciągu kilku minut mój oddech z nerwowego stał się jednostajny i spokojny, zaczęłam się wyciszać i... przysnęłam :) Wtedy uznałam, że metoda jest niestandardowa i tak bardzo fascynuje mnie jakie  daje efekty, że warto podjąć wyzwanie i spróbować, szczególnie, że hiszpański może  mi się w podróży przydać. Wzięłam do domu materiały, wśród których jest spora książka z opiniami osób, które z metody korzystały. Fajnie, że firma drukuje każdą opinię, nie tyle te dobre i pełne fajerwerków, ale także te z konstruktywną krytyką. Mam za sobą szkolenie i za kilka dni zaczynam pierwszą samodzielną lekcję, więc w przyszłym tygodniu napiszę jak wyglądają zajęcia i o co w tym właściwie chodzi :)
TOP