30.9.13

Scotland. Expectations vs. Reality.

Szkocja. Marzyłam od dawna, ale raczej po cichu. Wielka Brytana to kierunek, który mam w głowie i sercu, ale ceny delikatnie mnie odstraszają. Kiedy w połowie wakacji zobaczyłam skandalicznie tani bilet do Glasgow, nie zastanawiałam się zbyt długo. To dopiero start, ale mając już jakiś plan, łatwiej jest powalczyć o realizację. Ten rok jest finansowo niezbyt przyjemny, ale wierzę w to, że chcieć znaczy też móc.
Wszystkie swoje działania podporządkowałam temu wyjazdowi, odkładałam każdy grosz, kombinowałam jak mogę dorobić cokolwiek. Oglądałam każdą złotówkę nim wydałam na coś, czego nie potrzebowałam. I udało się, uzbierałam potrzebną kwotę!
To był wyjazd, o którym mogę powiedzieć, że był zupełnym zaprzeczeniem oczekiwań. Należę do tej grupy, która lubi mieć wszystko zaplanowane, dopięte na ostatni guzik. Program pobytu, wszystkie rezerwacje zrobione z wyprzedzeniem, podrukowane mapy, informatory itd. Plan doskonały. No cóż, życie i Szkocja miały dla mnie swoją wersję :)
Zaczęło się od tego, że wylądowałam na innym lotnisku niż myślałam. Potem chcąc zaoszczędzić na bilecie do miasta, zapłaciłam 10 funtów zamiast 6, następnie okazało się, że wydrukowałam nie ten bilet do Edynburga, który powinnam i musiałam płakać w rękaw kierowcy, że go zgubiłam. W hostelu było 1 gniazdko na 8 osób, a na dzień  przed najbardziej oczekiwaną wycieczką, została ona odwołana, bo zepsuło się auto. W zamian na szybko znalazłam inną, która okazała się tragedią za dość grubą kasę.  Do tego łóżko było za miękkie, bym mogła się wyspać, woda zbyt twarda, by mieć na głowie coś innego niż efekt pudla, przeziębiłam się a w kulminacyjnym momencie  dostałam wylewu w prawym oku. Zauważyłam to mierząc sweter, z nosa leciał mi katar i poczułam się jak nieszczęśliwy strach na wróble przebrany za renifera. Uffff.
Stwierdziłam - ooo wrócę, to sobie ponarzekam na blogu, jak nigdy dotąd! Ale trzeciego dnia poszłam wieczorem na Stare Miasto w Edynburgu. Było cudownie ciepło. Kupiłam coś do picia i usiadłam na schodkach. Niedaleko pewien mężczyzna, lekko wstawiony, ale z pięknym, mocnym głosem, zaczął śpiewać i brzdąkać na gitarze. Zaczęło się ściemniać, a nad miastem pojawiła się lekka mgła, rozpraszając światło lejące się ze starych latarni.
Spełniałam kolejne Marzenie. Może nie było dokładnie tak, jakbym chciała, ale co z tego? Kończyły mi się powoli pieniądze, ale i tak jak zwykle rozdawałam je bezdomnym i tym, którzy umilali mi czas grając lub śpiewając na ulicy. Kocham ulicznych grajków, mam do nich słabość. Umiem czasem siedzieć i słuchać, rezygnując nawet z dalszego zwiedzania.
Po drugiej stronie ulicy dostrzegłam grupkę ludzi, prowadzonych przez wampira w czarnej pelerynie. Trochę nie moja stylistyka, ale zainteresowałam się tematem. Kilka kroków dalej spotkałam inną grupę, z normalnie ubranym przewodnikiem. O 21.00 zaczynał się spacer po Edynburgu "The Dark Side", który zupełnym przypadkiem okazał się najlepszą z wycieczek, jakie zaliczyłam w czasie wyjazdu i to za przyzwoite pieniądze. Więcej o niej innym razem.
Szkocja ugościła mnie cudowną, bezdeszczową pogodą, słońcem i ciepłem, co nie jest podobno zbyt często spotykane o tej porze roku. Nie spadła mi na głowę ani jedna kropla deszczu. Raz, w czasie zwiedzania highlands, była lekka mżawka, ale nawet nie musiałam sięgać do torby po parasolkę. Do tego zapierające dech widoki i wręcz magiczny Edynburg. Jedyne czego żałowałam, ku własnemu zdumieniu, to fakt, że byłam tam bez towarzystwa. Nie szukałam na siłę znajomości przez Internet, w hostelu ciężko było nawiązać jakiś kontakt ze współtowarzyszkami, które jeszcze spały, gdy wychodziłam i już spały, gdy wracałam  (zwykle było to ok. 22, po wycieczce nocnej wróciłam później, bo ok. 24). Myślę, że był to jeden z moich ostatnich samotnych wyjazdów. Pomimo, że chciałam  pobyć troszkę sama, pomyśleć o różnych rzeczach, chwilami było mi nawet smutno.
Fajnie jest z kimś dzielić wrażenia - te dobre i te złe. Trudno jest opowiedzieć jak pachniał otoczony zielenią wodospad ukryty w środku wilgotnego lasu. Albo jakie miny robiła włochata Fiona pozując do zdjęć. Zdjęcia nie pokażą, jak podskakiwała i kręciła pupą :)
Nie opowiem też, jak przejmująca potrafi być cisza nad spowitym senną aurą jeziorem. 
Nie opiszę, jaka jest w dotyku szkocka wełna - trochę szorstka, ale trochę nie.
 Ani jak pięknie grał mijany każdego dnia na Starym Mieście mężczyzna.
 Nie udowodnię, że ciepłe scones z dżemem i masłem są lepsze niż scottish breakfast.
Miło by było móc z kimś dzielić te wrażenia. Albo móc dzielić z kimś pizzę, która chociaż wspaniała, okazała się za duża dla mnie jednej. Sernik też był za duży, idealny do podziału. Na miejskim cmentarzu, mimo, że pięknym, też byłoby raźniej spacerować z drugą osobą. 
Nie było tak, jak sobie planowałam, ale kto powiedział, że to znaczy, że było źle? Loch Ness i kilku innych miejsc nie udało mi się odwiedzić, ale i tak będę chciała do Szkocji wrócić, by zobaczyć m.in. Isle of Skye, więc wszystko w swoim czasie. To był wstęp, szansa, by przekonać się, czy chcę pojechać ponownie. Chcę, bardzo!

23.9.13

Jeden dzień w Palermo

Odczuwam ogromny żal, że moje opowieści z Sycylii powoli dobiegają już końca. Poza dzisiejszym wpisem, został już tylko jeden, ostatni. Specjalnie rozłożyłam te wspomnienia na wiele miesięcy, nie chcąc tak łatwo o nich zapomnieć. Sycylia jest jednym z niewielu miejsc, które zaczarowały mnie totalnie. Z wysp jest dla mnie na tę chwilę bezdyskusyjnym numerem jeden.
Zakochała się w niej także Carol Drinkwater, autorka "oliwkowej serii", w której zaczytuję się, uśmiechając od ucha do ucha. Carol wybrała się na Sycylię, gdy po zakupieniu oliwkowej farmy w Prowansji, zaczęła produkować własną oliwę, co przerodziło się w pasję. Postanowiła ruszyć samotnie szlakiem oliwkowych drzewek w basenie morza Śródziemnego. W kolejnej książce zabrała tam ukochanego, by pokazać mu swoje ulubione zakątki i sprawić, by chciał się tam z nią przenieść.
Drinkwater pisze "Najrozmaitsze ludy, azjatyckie, afrykańskie, europejskie dokonywały podbojów, mieszały się i odciskały swoje ślady na tej wyspie. trójrożny wir, chaos sztormów, wichur i wulkanów, które spychały z kursu statki i rozbijały je lub zatapiały". Może dlatego jest dziś taka niezwykła?
Z jednej strony piękna i dostojna. Z drugiej biedna i zniszczona. Ze spaloną słońcem zielenią, gorącą pizzą prosto z pieca, świeżymi rybami na targu. Z serdecznymi, prostymi ludźmi, których codzienność nie jest łatwa. Mafia budzi mój ogromny lęk, ale z drugiej  strony, niektórzy twierdzą, że dzięki niej panuje jako taki porządek. Sycylia się zmienia, rozwija, staje coraz bardziej nowoczesna, a jednak tradycja wydaje się nieruszona. Z opowieści przewodniczki, która spędziła z nami tydzień, wyłonił mi się obraz tak fascynującej, sycylijskiej codzienności, że chciałabym poznać ją jeszcze lepiej i bliżej.
Palermo jest moim miastem "wywalczonym". Czekałam na nie wiele dni, nie mogąc się doczekać, co uda mi się tam odkryć. Palermo. Czy to słowo nie jest piękne? Jego brzmienie przywołuje mi sceny z różnych filmów, zalane słońcem kadry, wąskie ulice, place, skutery, dorożki konne. Widzieliście film Wima Wendersa "Palermo Shooting"? Absolutnie nie mam pojęcia o czym był ten film, gdyż nie zrozumiałam z niego nic :)  ale to, jak przedstawiono w nim miasto, nie dawało mi spokoju. Chciałam tam być. Teraz, natychmiast. Część naszej grupy, balująca 24h na dobę i nietrzeźwiejąca miała jednak inną wizję. Że czas w Palermo nie jest nam potrzebny i mamy zjeść obiad, po czym wrócić do hotelu, walnąć się na leżaku i spędzić tam przeznaczone na zwiedzanie 4h. Rozpoczęła się bitwa na argumenty, którą wygrałam, gdyż w międzyczasie dostałam wsparcie małej, dotąd cichej i nieśmiałej grupki o podobnych poglądach. Straciłam wtedy resztki sympatii naszych "gwiazd wieczoru", ale myślę, że będę z tym jakoś mogła żyć.
Niezadowolone towarzystwo padło ze zmęczenia na trawniku pod drzewem, a ja ruszyłam na podbój. Na pierwszych zdjęciach jest przepiękna katedra w Palermo. To dość duży kompleks, równie imponujące wrażenie robi na zewnątrz jak też w środku.
 Jak zwykle jednak najbardziej podobały mi się nie zabytki, a to, co dzieje się na ulicy.
Mijani ludzie. Jakże różnorodni! Główna ulica handlowa jest bardzo elegancka, widać na niej pieniądze, dobrze ubranych ludzi, garnitury i pantofle, gdy żar leje się z nieba. Drogie zegarki, błyszczące samochody, markowe okulary przeciwsłoneczne. Sklepy na które nigdy nie będzie mnie stać, piękne witryny, przepych. Kilka kroków dalej bieda. Pranie suszące się w oknach, obdrapane ściany, skromnie ubrani mieszkańcy.
Dużo ciekawych detali, ozdób. Trzeba patrzeć raz pod nogi, raz w stronę nieba, na boki też się rozglądać, czy okolica nie jest podejrzana. Coś wisi w powietrzu na Sycylii na  każdym chyba kroku. Coś nieopisanego, nienazwanego. Nie umiem Wam opowiedzieć co: trzeba poczuć. Samo wspomnienie wywołuje we mnie lekki dreszcz i dalszą tęsknotę.
Jak wszędzie, są miejsca bardzo prawdziwe i nieprawdziwe, tylko dla turystów.
Jedzenie u mammy w kwiecistym fartuchu, bez karty i wielkiego wyboru oraz lokale na każdą turystyczną kieszeń. Z trochę oszukanymi daniami, lodami, a nawet kawą...
Te 4 godziny w stolicy Sycylii pozwoliły mi odrobinę poczuć klimat tego miasta, ale uczucie wielkiego niedosytu. 4h to zaledwie spacer, zajrzenie w kilka kątów,zjedzenie 2 gałek lodów i  wypicie jednego espresso. Dla mnie to stanowczo za mało.
Mogłabym wrócić na Sycylię teraz. Natychmiast. Nie zastanawiając się nawet kilku minut. Jeździć, chłonąć, zwiedzać, wracać do starego i poznawać nowe. Wyspa maprzede mną wciąż wiele tajemnic  i nieodkrytych kart. Nie wiem, kiedy będzie okazja, ale czekam na to i czekać, bo warto!!! A czy Wy ją znacie? Czy też już kochacie?

Ps. Palermo jest pięknym, ale podobnie jak np. Neapol niebezpiecznym miastem. Warto zachować ostrożność na każdym kroku, pilnować swoich rzeczy. Słyszałam dużo historii o kradzieżach, ostatnią o dziwo dziś rano od Ani i Marcina z portalu www.gdziewyjechac.pl

20.9.13

Polecany film - "My blueberry nights"

Zauważyłam ciekawą zależność. Im więcej osób pisze na Filmweb.pl. że film jest nudny, bez fabuły lub po prostu "o niczym", tym bardziej  mi się zazwyczaj podoba. Nie szukam w filmach szybkich zwrotów akcji, pościgów, hałasu. Jasne, że czasem lubię obejrzeć coś trzymającego w napięciu, ale to raczej sporadycznie. Zdecydowanie preferuję spokojne kino. Najlepiej dobre kino drogi. Często przegadane, pozornie bez żadnej głębszej treści.
"My blueberry nights" Kar Wai Wonga urzekło mnie od pierwszego seansu. Nie jest to arcydzieło, ba, ciężko w nim nawet o dobrą grę aktorską. A jednak ma w sobie coś, co każe mi do niego wracać raz na jakiś czas. Klimat, świetne prowadzenie kamery, piękne zdjęcia i tak lubiane przeze mnie krótkie sceny, zupełnie pozbawione muzyki i dźwięku.
Nowy Jork. Jeremy, Chłopak z Manchesteru, który miał dużo marzeń a finalnie pracuje w  małej kawiarni o wymownej nazwie "Klucze". Elizabeth, która wpada do kawiarni, aby się upewnić, że jej chłopak ją zdradza. I zostawić klucze, wrzucone do szklanej kuli. Uwielbiam ich proste spotkania po dwóch stronach lady, z niechcianym ciastem jagodowym, które wcale nie jest winne temu, że klienci go nie wybierają. Przecież "there's nothing's wrong with the  blueberry pie". Powolna akcja, niemal statyczne ujęcia i fenomenalna ścieżka dźwiękowa.
Pewnego dnia Liz nie stawia się na wieczornym spotkaniu. Tracąc miłość, poczuła, że musi odzyskać siebie. Wyrusza w długą, samotną podróż po kraju. Obserwujemy jej życie przez 300 dni. W Memphis, 1800km od NYC, potem ponad 6286km od NYC. Jak mówi "I don't have any specific destination in mind, but... I'm just gonna go until  I run out of places to go". W tym filmie nie ma "przygód". Jest codzienność. Praca na dwie zmiany, by zapomnieć. Niezbyt ciekawe kluby w małych, prowincjonalnych miasteczkach, gdzie można obserwować ludzi, nic nie mówiąc. Przeglądać się w nich niczym w lustrze, by z każdym spotkaniem polubić siebie chociaż odrobinę bardziej. Na drodze Elizabeth staną pijany miłością i alkoholem policjant Arnie, jego oszałamiająco piękna żona Sue Lynn oraz uzależniona od hazardu, nikomu nieufająca Leslie. Mimo, że będą obok, to każde z nich zostawi w niej jakiś ślad. Lubię każdą z tych postaci, ludzi totalnie pogubionych i nieco szalonych. Smutne są ich historie, ale może z właśnie takich możemy nauczyć się więcej?
Wyjeżdżając bez pożegnania, bohaterka nie zapomniała o Nowym Jorku i Jeremym, który stał się jej bliski. Wspólne jedzenie ciast wieczorową porą zbliża :) Z każdego miejsca pisała do niego kartki. Z przemyśleniami, pozdrowieniami. On czytał i czekał. "Dear Jeremy, I thought about what Arnie said about the sobriety chips, how to focus your attention on something else in order to cure your addiction. If I was an addict, I'd choose blueberry pie as my chip. (...) Enclosed is a bill I've created for you in memory of our time together. I wonder how you remember me. As the girl who liked blueberry pies or the girl with the broken heart?"
Tak, lubię ten film. Za to, że jest taki cudownie długi, pomimo, że trwa tylko 1.5h. Za nieodparty urok i ciepło bijące z Norah Jones, która zdecydowanie lepiej śpiewa niż gra, ale jakie to ma znaczenie? Moja słabość do Juda Low jest wieczna i jemu też jestem w stanie wiele wybaczyć. Bohaterowie są ciekawymi ludźmi, z lekką pustką w życiu i sercu. "My blueberry nights" jest dla mnie o tym, że wszyscy wciąż szukamy, czasem chcąc pustkę zapchać czymkolwiek. Ale też o tym, że czas leczy rany i wzmacnia nas. Że do pewnych spraw nie ma już powrotu, a to, co jest przed nami może być równie dobre. Że wyrzucenie kluczy powoduje, że już nigdy nie otworzymy pewnych drzwi, ale jak  powiedział Jeremy, czasem nawet za otwartymi drzwiami, może nie być już tej osoby której szukamy. Czas mija, my się zmieniamy. To nie jest film idealny. Ale co z tego?

"Dear Jeremy.
In the last few days,
I've been learning how to not trust people
and I'm glad I failed.
"

14.9.13

Najpiękniejsze miejsca Toskanii


Pod niebem, a nie pod słońcem... bo niebo jest zawsze, a ze słońcem to akurat różnie bywa :) Dziś relacja z podróży mojej mamy do pięknej Toskanii, która jest bardzo wysoko na liście moich podróżniczych Marzeń. Rok temu publikowałam na blogu Jej zdjęcia i wrażenia z Prowansji, teraz wybrała się na wycieczkę do Włoch.
Moja mama kiedyś nie bardzo lubiła podróżować. Zmieniło się to, kiedy w 2004 r. wybrałyśmy się do cudownego Oludeniz w Turcji Egejskiej. Od tego czasu jeździ chętnie i sprawia Jej to dużą przyjemność. Często wyjeżdżamy razem, co wiele osób dziwi, ale ja nie mam z tym problemu. Lubimy podobnie spędzać czas, ciekawią nas podobne miejsca i pomimo, że mamy dość odmienne charaktery, w podróży jest nam zawsze dobrze. Od czasu do czasu wyjeżdża też zwiedzać z naszą wspólną znajomą.
Większość Czytelników mojego bloga lubi podróżować samodzielnie, na własną rękę. Ja zresztą też preferuję taką formę urlopowania, ale praca w biurze podróży nauczyła mnie, że ludzie są baaaardzo różni, mają różne potrzeby i zainteresowania. Nie wiem czy to specyfika branży, że w trakcie planowania wakacji, Klienci chętnie się zwierzają z doświadczeń wyjazdowych, życiowej sytuacji itd. Dlatego myślę, że biura zawsze będą potrzebne, ponieważ jest grupa docelowa, która będzie z nich korzystać. Czują się oni pewniej i bezpieczniej, kiedy ktoś ich prowadzi, jest cały czas z nimi, mogą liczyć na jego pomoc, poradę, na to, ze opowie co teraz zwiedzają, a potem przytoczy trochę historyjek i legend z danego regionu, zaprowadzi do restauracji, poradzi, co zamówić.
Gdyby nie takie wycieczki, wiele osób nie miałoby odwagi wyruszyć samemu w świat i według mnie, należy to w pełni uszanować. Nie jest to ani lepsza, ani gorsza forma spędzania czasu, jest po prostu inna. Obserwuję ostatnio dość przykre zjawisko p.t. "Ja mam takie zdanie, Ty masz inne, to znaczy, że jesteś idiotą". Strasznie dużo w ludziach agresji i braku tolerancji dla innych poglądów czy zachowań. Ja zawsze liczę się z czyimś zdaniem i je szanuję, jeśli ten ktoś swoim działaniem nie wyrządza krzywdy innym. Prawda jest taka, że każdy z nas ma inny gust.
Wracając do wycieczki. Moja Mama wraz ze znajomą wybrały ofertę last minute biura Itaka z którym wiele razy podróżowałyśmy wspólnie i zawsze byłyśmy zadowolone. Impreza nazywa się "Toskania z dedykacją" i pozwala odwiedzić najbardziej urokliwe miejscowości tego regionu Włoch. Trochę przyrody, trochę zabytków. Kościoły, małe miasteczka, Alpy, a także wybrzeże.
Moje dziewczyny wybrały się wiosną, więc cena była bardzo korzystna, turystów na miejscu niezbyt wielu, bo sezon dopiero się zaczynał. W tym czasie jest jednak ryzyko kiepskiej pogody. Chwilami się chmurzyło, czasem popadało, ale wiele razy też słońce wyjrzało zza chmur. Trasa wiodła od Fiesole, przez słynny kurort Montecatini, klasyk jakim jest Florencja, San Gimignano, a także małe, niezbyt znane, urokliwe mieściny.
W czasie wolnym można było kupić pamiątki, więc załapałam się na torbę pyszności. Przyjechało do mnie lokalne wino, zioła, ser pecorino, makaron a także miły, słodki dodatek. Można było skorzystać z dodatkowej wycieczki nad Jezioro Trazymeńskie.
Wybrałam dla Was i poskładałam w kolaże najładniejsze wg mnie zdjęcia z ponad 300, które zostały zrobione. Szukałam tych z dużą ilością słońca i kolorów, chyba się udało.
Trochę zieleni i kwiatów, klimatycznych uliczek jakie lubię najbardziej, uroczych detali. Warto zwrócić uwagę na niewielką ilość ludzi na zdjęciach. Widziałam zdjęcia znajomej, która odwiedziła Toskanię latem i nie przypominam sobie ani jednego tak "pustego" zdjęcia.
Mam nadzieję, że w ciągu 2-3 lat uda mi się w końcu do Toskanii dotrzeć. Zawsze coś staje mi na przeszkodzie, ale musi się udać pewnego dnia. A Wy już tam byliście? Jeśli tak, to podzielcie się wrażeniami. Zwiedzaliście samochodem czy lokalną komunikacją? Co według Was warto zobaczyć, a co spokojnie można odpuścić? Czekam na dobre rady :)

11.9.13

"Biznesy, które odnoszą sukces to te, które zrodzone są z pasji!"

Kiedy jestem na BioBazarze lubię usiąść przy stoliku i po cichu obserwować co się dzieje przy stoisku Smaków Portugalii. A dzieje się zawsze dużo, zawsze głośno i zawsze kolorowo! To polsko-portugalskie małżeństwo przyciąga Klientów jak magnes. Gonçalo mówi "całym sobą", wymachując rękami i zmieniając języki w tempie odrzutowca, Marzena zarzuca burzą rudych loków i z uśmiechem od ucha do ucha opowiada klientom niezwykłe historie ich produktów.  Obydwoje mogą godzinami mówić o portugalskich sardynkach, o kobietach, które od pokoleń pracują w wytwórniach w których panuje rodzinna atmosfera, a każdy pracownik jest ważny i szanowany. O tym, jak ręcznie obiera się ryby ze skóry, wyjmuje kręgosłup i delikatnie wkłada do puszki. Ich produkty, to nie są bezosobowe opakowania, jakich wiele w supermarketach. Nie jest to wpis sponsorowany, znam bohaterów, wiem mnóstwo o ich pracy, o tym, że poza zwykłymi zakupami oferują Klientom swój czas, wiedzę, uwagę, potrafią pomóc i doradzić. Sama od bardzo dawna kupuję ich produkty (rewelacyjnej jakości konserwy rybne, soki za którymi tęskniłam nie będąc w Lizbonie, oliwę, kawę Nicola, oliwki czy redukcje octów). Zapraszam dziś na spotkanie z Marzeną, która udowadnia, że od pasji do sukcesu jest blisko!

Jak to się stało, że zaczęliście sprowadzać do Polski portugalskie produkty? Mąż za nimi tęsknił
czy wspólnie uznaliście, że jest to nisza którą warto wykorzystać? A może zajmowaliście się
czymś podobnym i to była po prostu naturalna konsekwencja Waszych wcześniejszych działań?

Podobno najlepsze pomysły rodzą się przypadkiem, a biznesy, które odnoszą sukces to te, które zrodzone są z pasji! Nie mieliśmy doświadczenia w tym zakresie, ja byłam świeżo upieczoną absolwentką antropologii kultury, a Gonçalo zajmował się fotografią. Po powrocie ze stypendium w Jerozolimie przyszedł czas na podjęcie decyzji, czy zostajemy w Polsce, czy jedziemy do Portugalii. Zostaliśmy tutaj, mój mąż zaczął pracować w firmie mojego Ojca, który działa w branży rybnej i bardzo się tym interesuje. Ja przez chwilę pracowałam w dużej korporacji, ale nie realizowałam się. Postanowiłam dołączyć do naszej rodzinnej firmy i wspólnie zaczęliśmy zastanawiać się jak można ją rozwinąć. Wtedy Gonçalo zaproponował, żeby zacząć przywozić do Polski najlepszego gatunku portugalskie sardynki, których u nas wówczas nie było. Znaleźliśmy niszę. Kierując się intuicją,  zaczęliśmy powoli działać. Kiedy chcieliśmy kupić w sklepie portugalską oliwę, okazało się, że jej również nie ma. Trzeba więc było ją przywieźć! Zaczęliśmy tworzyć portfolio naszych produktów.


Jak wspominacie początki Waszej pracy? Własna firma to spore ryzyko i duże wyzwanie, a Wy wprowadzaliście na nasz rynek nikomu nieznane produkty, z kraju który wg ankiety którą w tym czasie robiłam na studiach, kojarzył się głównie ze słońcem, plażą i tym, że jest na końcu Europy. Pamiętasz jak zostaliście przyjęci w Polsce - z entuzjazmem czy może z pewną dozą nieufności?

Początki były ciekawe, to była prawdziwa przygoda! Pierwsze transporty realizowaliśmy sami. 5-krotnie przemierzyliśmy Europę samochodem dostawczym z przyczepą, a były to czasy, kiedy GPS nie był jeszcze popularnym urządzeniem. Nie było łatwo, ale dzisiaj miło to wspominamy!  Niestety, nie byliśmy przyjmowani z entuzjazmem, wręcz spotykaliśmy się z pewnym znudzeniem. To był 2005 rok, rynek zasypany był produktami z różnych stron świata, w tym z Hiszpanii, a dla wielu osób to było "to samo" co z Portugalii, więc po co to zamawiać? Było to dla nas wyzwaniem ponieważ wiedzieliśmy, że oferujemy produkt unikatowy, nieporównywalny z niczym innym.


Mieliście chwile zwątpienia czy to ma sens? Co Was motywowało, aby wytrwać i dalej działać?

Tak, były słabsze momenty, szczególnie u mnie. Po kilku udanych wystawach moich zdjęć w Polsce i Amsterdamie, poważnie zastanawiałam się, czy nie lepiej byłoby poświęcić się fotografii. Na szczęście Gonçalo był zdeterminowany i wierzył w sukces. To dzięki jego uporowi firma się rozwijała i szliśmy naprzód. Jego zapał był moją główną motywacją. Wiele zawdzięczamy także mojemu Ojcu, który miał już bardzo duże doświadczenie i się nim z nami dzielił. A małe sukcesy dodawały nam skrzydeł i energii. 

Kiedy się poznaliśmy kilka lat temu, wybór produktów był skromny, dziś jest  duży i nadal
pojawiają się nowe portugalskie przysmaki. Jaki moment był kluczowy dla rozwoju firmy?

Nasza praca to ciągły proces, cały czas coś się zmienia. Na pewno kluczowe jest samo podjęcie ryzyka i decyzja - "Zaczynamy!". Po jakimś czasie zdaliśmy sobie sprawę, że reprezentujemy najważniejsze portugalskie marki, co nakłada na nas dużą odpowiedzialność. Ważny był moment, kiedy w 2008 roku nasz projekt otrzymał nazwę - Smaki Portugalii, gdyż wtedy zaczęliśmy już świadomie budować i promować markę. W tym czasie postanowiliśmy, że poza znanymi, a co za tym idzie dużymi producentami, chcemy też pracować z małymi manufakturami. Zaczęliśmy osobiście odwiedzać i poznawać ludzi, którzy się tym zajmują. To niezwykle ważne, aby wiedzieć jak te firmy pracują, ile serca w to wkładają, jakie warunki panują w ich zakładach, jak wygląda proces technologiczny, jakie ryby trafiają do puszek i jak są przechowywane. To pozwala nam oferować najlepsze produkty. W kwietniu uruchomiliśmy portugalski sklep internetowy, możemy więc dotrzeć do większej ilości Klientów z całego kraju. Niedawno wprowadziliśmy do oferty wina, co zostało dobrze przyjęte. Nie ma kuchni portugalskiej bez kieliszka dobrego wina!


Kuchnia portugalska... Jedna z moich ulubionych, wiele razy już o niej pisałam, ale Wy znacie
ją jeszcze lepiej niż ja. Jak byście są scharakteryzowali? Co ludzie cenią w niej najbardziej? 
 
Portugalia jest niebywale zaskakującym krajem, co znajduje też odzwierciedlenie w gastronomii. Kuchnia jest zróżnicowana, w zależności od regionu. Zupełnie inne przysmaki czekają na nas na północy kraju niż na południowym wybrzeżu. Madera i Azory także mają swoje popisowe dania. Większość regionów na pewno łączy zamiłowanie do ryb. Portugalia jest w ścisłej czołówce pod względem ich spożycia (60 kg per capita rocznie). Poławiane są m.in. sardynki, makrele, tuńczyki. Dorsz suszony jest jednym z symboli tego kraju. Portugalskie ryby są świeże, zdrowe i mają świetne warunki do rozwoju. Ale ten kraj jest także zagłębiem doskonałych mięs, szczególnie wołowiny. Na uwagę zasługują krowy rasy Barossa, Mirandesa i Alentejana. Ponad to można skosztować wyśmienitej jakości wieprzowiny (np. porco preto), mięsa strusia czy przepiórek. Portugalska kuchnia nie może się obejść bez oliwy, nazywanej płynnym złotem. Do tego sery, doskonałe wina z typowo portugalskich szczepów charakteryzujących się unikalnym smakiem.


Z jakich produktów jesteście szczególnie dumni i uważacie, że warto je polecić?

Obecnie oferujemy około 200 produktów i ciągle szukamy nowych, które ucieszą i zaskoczą polskich Smakoszy. Przy wyborze kierujemy się własnym smakiem i wyczuciem, ale oczywiście słuchamy też naszych Klientów i ich opinii. Nie moglibyśmy sprzedawać produktów, których nie lubimy i nie używamy w domu! Wybieramy to, co Portugalia ma najlepszego. Staramy się, aby nasze produkty opowiadały historię, jak oliwa Angélica, z której jesteśmy szczególnie dumni, bo powstaje z miłości. Wytwarzana jest przez portugalskiego fotografa Gonçalo Rosa da Silva, który w ten sposób składa hołd swojej babci Angelice, która go wychowała. Z satysfakcją reprezentujemy jeden z najlepszych kwiatów soli na świecie - flor de sal Salmarim. Za tym produktem stoi absolutny pasjonat - Jorge Raiado, który o soli wie wszystko a jego dzieła używają najlepsi szefowie kuchni, także w Polsce (Wojciech Modest Amaro i Agata Wojda). Czujemy się uprzywilejowani mogąc reprezentować markę Ramirez - najstarszą na świecie fabrykę konserw rybnych oraz markę Manna, która udowadnia, że w biznesie nadal jest miejsce na przyjaźń, serdeczność, uczciwość, szacunek i czerpanie ze swoich doświadczeń.


Czy dziś możecie już śmiało powiedzieć, że się realizujecie a praca jest Waszą pasją?

To co robimy jest bez wątpienia naszą wielką pasją! Najwięcej frajdy sprawia nam ciągłe odkrywanie. Szukając nowych produktów trafiamy do fantastycznych miejsc i  poznajemy   fascynujących ludzi, prawie wszystkich dostawców znamy osobiście. Bliskie relacje łączą nas również z Klientami - traktujemy ich jak dobrych znajomych, inaczej nie potrafimy. Myślę, że to spotkania z pozytywnymi ludźmi są naszą największą radością i napędzają nas do dalszej pracy.
TOP