27.10.13

Czym według mnie jest świadoma podróż?

Na fali ostatniego wpisu postanowiłam napisać czym dla mnie jest odpowiedzialna turystyka i jak powinien zachowywać świadomy turysta. Świadome życie jest dla mnie wielką wartością i staram się, aby żyć w zgodzie ze sobą, z naturą. Wychodzi mi to różnie, ale staram się uczyć na błędach i podejmować coraz lepsze decyzje. Jesteście ciekawi? Zapraszam do lektury / krytyki / Waszych sugestii w tym temacie.
  
Moje propozycje drobnych kroków ku bardziej odpowiedzialnej turystyce: 

 * rezygnacja z wyżywienia All Inclusive, gdzie każdego dnia marnują się tony jedzenia,
 wiem, że w niektórych krajach ciężko znaleźć inną formę, ale wtedy można rozsądniej
napełniać talerze. Bywając na study tourach i widząc ludzi nakładających sobie porcje
dla 5 osób po czym wyrzucających je do śmieci było mi wstyd przed obsługą hotelową,
 bo mam świadomość, że wiele z tych osób ma problem by móc wyżywić swoją rodzinę

 * zostawianie niewielkich nawet napiwków obsłudze sieciowych hoteli, których pracownicy
zarabiają grosze, niejednokrotnie żyją daleko od domów i rodzin a pieniądze zgarnia sieć

 * wybieranie niewielkich hoteli i hosteli, prowadzonych często przez rodziny, kameralnych,
a jeśli kogoś na to stać wybieranie certyfikowanych obiektów, które mają własne uprawy
 warzyw, składniki do posiłków kupują wyłącznie od lokalnych kupców i przedsiębiorców.
 Wspaniałe są też gospodarstwa agroturystyczne, których wszędzie powstaje coraz więcej

* jeśli nie ma różnicy w cenie, warto rezerwować noclegi bezpośrednio w obiekcie, a nie
przez dużego pośrednika (jeśli różnica w cenie jest duża, to wybiorę pośrednika, ale 
zawsze to sprawdzam, bo czasem okazuje się, że nie ma żadnej lub jest nawet drożej) 
.
 * zaopatrywanie się w lokalnych sklepach i jedzenie posiłków w lokalnych restauracjach
 zamiast w międzynarodowych sieciówkach, wspieranie małych, rodzinnych biznesów, a 
także próbowanie miejscowych przysmaków, produktów, alkoholi (win, nalewek itd)

* posiadanie wiedzy jakie np. gatunki ryb są zagrożone wyginięciem lub których hodowle
szkodą środowisku i zrezygnowanie z ich spożycia. Ja taką tabelkę znalazłam dopiero
kilka dni temu, jak zaczęłam zgłębiać temat, ale jak to mówią, lepiej późno niż wcale

* korzystanie z usług lokalnych biur podróży, które często mają małe, kameralne grupy 
a nie wielkich, międzynarodowych korporacji nastawionych na komercję i duże zyski 

* jeśli to możliwe, kupowanie na pamiątkę rękodzieła a nie chińskiej tandety, będąc teraz
 w Lizbonie z radością zauważyłam, że powstaje coraz więcej sklepów z pamiątkami nieco
 droższymi (ale nadal w znośnych cenach), ale ciekawymi, lokalnymi, produkowanymi na
  miejscu, bardzo gustownymi (fajnie, że z dumą eksponują etykiety MADE IN PORTUGAL)

* zastanowienie się, szczególnie w krajach, gdzie jest problem z dostępem do wody, czy 
prysznic 5 razy dziennie po 25 minut nie mógłby trwać 5 minut i czy 3 by nie wystarczyły?

* zadanie sobie pytania, czy naprawdę ręczniki i pościel muszą być wymieniane codziennie?
Jak często wymieniam je w domu i dlaczego na wakacjach miałoby być inaczej? Tylko z 
  tego powodu, że płacę = wymagam, zapominając o negatywnym wpływie na środowisko? 

* wychodzenie z hotelu, wchodzenie w interakcję z miejscowymi, próby zrozumienia oraz
poznania kultury miejsca w które wyjeżdżamy, rozmawianie z ludźmi - dialog czyni cuda!

 * niedawanie dzieciom z biednych krajów długopisów, cukierków i czekoladek. Wyobrażacie
 sobie afrykańską wioskę, w której  dzieci dostają codziennie kilogramy słodyczy a nie mają
 dostępu do opieki zdrowotnej? Kwestia dawania pieniędzy jest wg mnie bardziej dyskusyjna

* szacunek dla miejscowych, szczególnie w krajach biedniejszych od nas. Niestety, ale w
pracy obserwuję, że dla wielu ludzi wakacje All Inclusive są okazją pokazania swojej 
(urojonej) wyższości nad pracownikami hoteli, obsługą itd. Wiele razy słyszałam bardzo
mną wstrząsające zdania "już ja im pokażę, gdzie ich miejsce". W filmie o 'ludzkim zoo' 
bardzo mnie uderzył fakt, że pod koniec wizyty jednej z grup, kobieta z plemienia Mursi
powiedziała, że było jej przykro, że podeszła do turystki, przedstawiła się, powitała ją a
ona odjeżdżając nie powiedziała nawet "do widzenia". Małe gesty, a mogę tyle znaczyć!

* rezygnacja z płacenia za zdjęcia w 'ludzkich zoo', uświadomienie sobie, jakie to niesie za
sobą konsekwencje, poczytanie o temacie - wiele osób sądzi, że to jedyna forma zarobku
 mieszkańców, co często nie jest prawdą, ponieważ taka turystyka może generować dużo
  większe zyski niż są im faktycznie potrzebne, co prowadzi do rozwoju patologi, uzależnień

* świadoma rezygnacja z rozrywek typu: przejażdżka na wielbłądzie, wjazd osłem pod górkę,
gdy nie chce nam się ruszyć pupy, konne bryczki, ujeżdżanie słonia, pozowania do zdjęć z 
małpką na sznurku czy wężem, rezygnacja z wizyt w typowo turystycznych zoo (które nie
 są miejscem, gdzie np. porzucone czy ranne zwierzęta znajdują schronienie a jedynie służą
  zabawianiu ludzi). Ja dziś nie poszłabym już nawet do Loro Parku na pokazy delfinów czy fok,
 pomimo, że jest to wg mnie nadal jedno z najbardziej etycznych tego typu miejsc na świecie

 * absolutna rezygnacja z zakupu pamiątek, na wytworzenie których trzeba było zabić zwierzęta
jak breloczki z uwięzionym (jeszcze) żywym malutkim żółwiem, instrument muzyczny z żółwia
mauretańskiego do kupienia w Maroko, figurek czy biżuterii z kości słoniowej itp. Kwestie 
 produktów ze skóry zostawiam sumieniu każdego z nas, wg mnie, powinno się to ograniczać

* pamiętanie, że pomimo, że wakacje to czas wolności i swobody, nie zwalnia nas to z obowiązku
dbania o przyrodę - zarówno roślinność, lasy, jak też zbiorniki wodne a także żywe zwierzęta.
To, że np. miejscowi nastawieni na zysk pozwalają na niszczenie przyrody, nie powinno być
przyzwoleniem i każdy powinien się zastanowić, czy musi gdzieś pojechać (np. Pammukale)

* coraz większą ilość miast można zwiedzać rowerem zamiast korzystania z komunikacji

* poczytanie o miejscu do którego się jedzie, aby mieć przynajmniej podstawową wiedzę na
temat kultury, zwyczajów panujących na miejscu, aby swoim zachowaniem i postawą nie 
obrażać mieszkańców. Oficjalnie przestałam jeździć na study toury, gdy w Tunezji, na
południu, które nadal jest dość konserwatywne, z autobusu wylało się kilkadziesiąt pań
pracujących w turystyce (!!), niemalże rozebranych, mocno wstawionych i niemających
żadnych oporów przed waleniem wódy w jeepie, którym Tunezyjczycy wieźli nas na 
 pustynię. Chciałam się zapaść ze wstydu / żalu pod ziemię i postanowiłam - nigdy więcej.

* stale zadziwia mnie promowanie lotów typu "z lotniska Chopina do Modlina przez Oslo!"
Wiadomo, że samoloty są wygodą, ale jednak należy zadać sobie pytanie, czy na pewno
 "przelecenie się" rano do Londynu a powrót wieczorem jest rozsądne? Wg mnie nie,
a słupki dotyczące emisji gazów cieplarnianych na dużych wysokościach mnie szokują.

* najrozsądniej byłoby wyjechać "raz a dobrze", na dłużej, ale w tym wypadku wiadomo,
że nie każdy może sobie na to pozwolić (głównie mam na myśli czas wolny, nie finanse).

Jeśli uważacie, że coś warto dopisać do tej listy - dajcie znać, wydłużymy ją :) 

24.10.13

Czym jest świadoma turystyka?


Jakieś 3 tygodnie temu dostałam wiadomość informującą o projekcie post-turysta i pytaniem, czy mogę zamieścić o nim informację na fanpejdżu bloga. Zawsze dokładnie przyglądam się takim stronom, zanim się z Wami nimi podzielę, bo zależy mi, aby były zgodne z moimi poglądami. Ten projekt od razu mnie zainteresował, bo trochę brakuje mi takiej dyskusji. Ucieszyłam się, iż poza publikowanymi przez nich tekstami, prowadzone są w Warszawie warsztaty, których tematem jest świadome i odpowiedzialne podróżowanie. Zapisałam się na pierwszy dostępny termin.  Składają się one z dwóch części, po ok. 4h każda. Jest trochę teorii, trochę zadań w grupie, oglądanie filmu wraz z dyskusją, analiza różnych tekstów i dużo wymiany myśli i poglądów.

Jestem zadowolona, było różnorodnie i ciekawie. Większość informacji w taki czy inny sposób obiła mi się kiedyś już o uszy, ale miałam okazję poszerzyć wiedzę i bardziej ją ułożyć w głowie. Pewne kwestie mnie zszokowały i zmusiły do myślenia (np. na pierwszych zajęciach widzieliśmy dokument o "ludzkim zoo" w Afryce, w trakcie spotkania musieliśmy wyrazić pewne opinie, a ja przez ponad tydzień nie mogłam przestać o tym myśleć i wiem, że dziś udzieliłabym zupełnie już przeciwnych odpowiedzi niż wówczas). Trochę inaczej zaczęłam patrzeć na relacje miejscowych i turystów, uświadomiłam sobie sporo zagrożeń płynących z masowej turystyki, o których niby wiedziałam, ale jednak nie skupiałam się na nich tak bardzo. Myślę, że ten projekt jest potrzebny, a jego dużym plusem jest to, że organizatorzy/prowadzący byli w omawianych miejscach i mają sporą wiedzę "z doświadczenia wziętą". Staram się być świadomym turystą, chociaż łapię się na tym, że czasem wpadam w różne pułapki współczesnego świata i nie wstydzę się tego, próbuję jednak nad sobą pracować, by iść w lepszym kierunku, bardziej odpowiedzialnym i dojrzałym.

Czym jest świadoma turystyka? Bo na pewno nie wakacjami All Inlcusive, w hotelach w których marnują się tony jedzenia, obsługa zarabia grosze, nabija się kieszenie sieciom hotelowym, traci hektolitry wody, by codziennie zmieniać marudom pościel na czystą i polerować na błysk okna.

Czy jesteście świadomi:

* ile wody zużywa się, aby nawodnić pola golfowe? A ile, aby hotele mogły funkcjonować?
* ile ton CO2 na pasażera emitują samoloty?
* Ile raf koralowych niszczą statki wycieczkowe i ile ton śmieci wytwarzają ich goście?
* jaki wpływ miała turystyka na spotęgowanie szkód tsunami w Azji Płd-Wschodniej?
* o ile % wody zużywamy więcej będąc na urlopie niż siedząc w domu? 
* jaki wpływ ma turystyka na ziemię, wodę, powietrze, mieszkańców i ich kulturę?
* ile zwierząt jest wyzyskiwanych lub ginie, by stać się rozrywką lub pamiątką? 
* czym są "ludzkie zoo" i czy jest jakiekolwiek dobre rozwiązanie tego problemu?
* czym się różni podróżnik od turysty i czy naprawdę czymś się różni? 
* jaki wpływ na zachowanie samych podróżujących ma świadomość czasu wolnego?
* co można zrobić, by podróżować rozsądniej i z większym szacunkiem dla odwiedzanych miejsc?

Na te i wiele innych pytań szukaliśmy odpowiedzi. Wiele niestety nadal pozostaje pod wielkim znakiem zapytania, bo tematy są bardzo złożone, trudne do pogodzenia z punktu widzenia etyki i ekonomii, ale otwarta dyskusja zapala trochę lampek. Jeśli jesteście z Warszawy, warto wybrać się na warsztaty. Jeśli nie, to zajrzyjcie na stronę post-turysta, gdzie znajdziecie ciekawe artykuły.

21.10.13

La Valetta, Miasto światła.

Valetta, stolica Malty pojawiła się na blogu już w zeszłym roku w lubianym przez Was wpisie "La Valetta. Miasto dla mnie!". Nie planowałam kolejnego wpisu o tym mieście, ale okazało się, że mam jeszcze bardzo dużo całkiem przyjemnych zdjęć.

18.10.13

Malá Strana, Wyspa Kampa, Hradczany czyli moje miejsce w Pradze

W zeszłym roku pokazywałam Wam już trochę zdjęć z tej przepięknej części stolicy Czech (Malá Strana po raz pierwszy i Malá Strana raz jeszcze), ale zostało mi jeszcze kilkanaście niepublikowanych zdjęć, a że za oknem szaro i ponuro, pokusiłam się o terapię słońcem.

16.10.13

Tanie noclegi w Wielkiej Brytanii i Irlandii

Życie nie jest łatwe i wygodne, jeśli chce się podróżować nie mając zbyt wiele na kocie. Żeby to pogodzić, często trzeba iść na pewne kompromisy. Najdroższe w podróży jest według mnie spanie, Nie chcę jednak różnych powodów korzystać z couchsurfingu. Jadąc w kilka osób opłaca się wynająć całe mieszkanie z własną kuchnią - jest wygodne rozwiązanie, bo można się wyspać w komfortowych warunkach, a wieczorem przygotować posiłek i biesiadować przy stole. Co jednak jeśli jadę sama lub z jedną osobą, a ceny w kraju docelowym są wysokie? 
Pierwszy raz stanęłam przed tym dylematem lecąc wiosną do Irlandii. W Galway spałam u znajomych, ale noc, którą miałam spędzić w Dublinie musiałam sobie zabukować. Dość długo szukałam i się zdołowałam... Ceny pokoi jednoosobowych z łazienką na korytarzu zaczynały się od 65 EUR, poza ścisłym centrum... To zupełnie poza moim budżetem (dla porównania za jedynkę w skromnym pensjonacie w Bairro Alto w Lizbonie płaciłam 20 EUR). Nie miałam wyboru, nadszedł ten dzień - musiałam zarezerwować nocleg w zbiorowej salce. Byłam przerażona. Spędziłam kilka godzin czytając uważnie opinie na temat hosteli, patrząc szczególnie na informacje dotyczące bezpieczeństwa, lokalizacji i czystości. W końcu udało mi się znaleźć Abraham House, położony blisko głównej ulicy handlowej, za 9 euro za noc!
Było ok, ale wyciągnęłam z tego noclegu pewne wnioski, które pomogły mi przy wyborze miejsca do spania w Edynburgu. Tutaj noclegi dla mnie jednej zaczynały się od 50 funtów za noc, co też nie wchodziło w grę, bo przy 4 nocach wychodziło praktycznie tyle, ile miałam przeznaczone na cały ten wyjazd! Po raz kolejny spędziłam dużo czasu szukając porządnego noclegu, w przyjemnej okolicy, z dobrymi opiniami i  co najważniejsze, w przystępnej cenie. Na co zwracałam uwagę? Pokój w którym miałam spać musiał być pokojem wyłącznie dla kobiet, przyjmować nie więcej niż 8 osób i mieć łazienkę wewnątrz pokoju, tylko dla nas.
W Edynburgu wybrałam West End Hotel w zachodniej części miasta, przy ładnej ulicy, jakieś 15 minut spacerem od centrum i Princess Street, 25 minut spacerem od Starego Miasta, niedaleko sklepów i restauracji. Pozytywnie zaskoczył mnie standard obiektu. Elegancki, stylowy, z porządnym barem na parterze. Mój 8-osobowy pokój miał dużą łazienkę, wygodne łóżka i gigantyczne okno z dużą ilością światła. Okazało się, że jest tylko jedno gniazdko, co później wytłumaczył mi pan z recepcji - dużo osób podłączało swoje żelazka czy lokówki i zapominało je odłączyć, przez co mieli sporo problemów. Ale dałam radę, bo można było też doładować sprzęt w kilku innych pomieszczeniach.
Za 3 noce zapłaciłam zaledwie 39 funtów. Przez cały czas był komplet dziewczyn, ale prawie każdego dnia się zmieniały. Próbowałam nawiązać kontakt, ale zauważyłam, że większości osób wystarczy powitanie i życzenie sobie dobrego dnia. I w porządku, mi też może to pasować, chociaż chętnie bym się dowiedziała skąd kto jest i co tu robi :) Byłam mocno zdumiona, że jak rano wychodziłam to większość jeszcze spała, a jak wracałam to większość już spała. Nie wchodziłyśmy sobie w drogę, pełna swoboda. W obiekcie są także pokoje dla 2 lub 4 osób, z normalnymi łóżkami. Jest też wspólna pralnia i pomieszczenie kuchenno-wypoczynkowe z TV do dyspozycji wszystkich gości.

W Glasgow noclegi były nieco droższe, ale udało mi się wyszukać przyjemny hostel  Queen's Park położony ok.15 minut jazdy od centrum miasta, przy parku o tej samej nazwie. Okazał się super. Za 14 funtów miałam miejsce w 4-osobowym pokoju, który dzieliłam tylko z jedną panią. W pokoju była umywalka, czajnik, ciasteczka, herbata a rano pod drzwiami czekała torebka ze świeżym mlekiem, sokiem, płatkami i miseczką. Mały gest, ale jakże miły! Obsługa na wysokim poziomie, bardzo przyjazna. Czysto.
Takie noclegi mają swoje plusy i minusy. Plusem jest to, że zwykle za dobrą cenę można spać w świetnej lokalizacji, w międzynarodowej atmosferze, wśród osób nastawionych na zwiedzanie czy zabawę, a nie na relaks w komfortowych warunkach. Nocowałam w miejscach, które uważam za przyjemne i bezpiecznie. Wiele osób pyta, czy nie bałam się, że ktoś mi coś ukradnie... Moja teoria jest taka, że w hostelach śpią ludzie, którzy nie mają nadmiaru pieniędzy, złotej biżuterii i drogiego sprzętu. Nie wiem, czy komuś by się opłacało płacić za nocleg, żeby pod osłoną nocy ukraść mi majtki i ręcznik... bo to, co wartościowe (dokumenty, portfel) trzymałam w sejfie (kaucja 5 funtów), a telefon i aparat  miałam, że tak powiem, pod poduszką. Ale nie bałam się i czułam się bardzo bezpiecznie.
Wiadomo, że trzeba pilnować swoich rzeczy i nie zostawiać ich na widoku czy w ciągu dnia w pokoju, ale nie dajmy się zwariować. Myślę, że bardziej jest prawdopodobne, że ktoś wyciągnie mi portfel w metrze albo w czasie nieuważnych zakupów w supermarkecie. Wszystkie obiekty w których spałam były czyste, schludne, ze świeżą, pachnącą pościelą. Do minusów mogę na pewno zaliczyć piętrowe łóżka (na szczęście zawsze udawało mi się upolować miejsce na dole), ewentualną kolejkę do łazienki (przy czym ja wychodzę rano a wracam późnym wieczorem, więc zazwyczaj ten problem mnie omija) oraz to, że trzeba się liczyć z brakiem prywatności. Dla mnie jest to wyłącznie miejsce w którym się myję i śpię, nie spędzając ani minuty dłużej niż jest to niezbędne. Na chrapiące sąsiadki mam koreczki w uszach, zawsze jestem wyposażona w uniwersalną chustę, która ma szerokie zastosowanie: włożona do małej poszewki na jaśka służy za poduszkę, jako kurtyna oddziela mnie nieco od osoby na sąsiednim łóżku, czasem robi za narzutę, innym razem za ręcznik czy czapkę :)
W Londynie do tej pory spałam w skromnych, ale bardzo przyzwoitych obiektach. Moim ulubionym, w którym nocowałam 3 razy jest hotel Earls Court w dzielnicy o tej samej nazwie. Bardzo lubię tamte okolice i świetnie się tam czuję. Do metra kilka kroków, do restauracji czy sklepów 5 minut spacerem, dookoła piękna architektura. Trzeba jednak liczyć się z wydatkiem ok. 78 funtów za pokój 2-osobowy za noc. W tym roku będę spała w innym, nieco tańszym hostelu, wiec po powrocie na pewno uaktualnię ten wpis i napiszę o wrażeniach i lokalizacji. Ceny w Londynie są bardzo bolesne dla mojego portfela, ale cóż poradzić. Próbowałam też czegoś szukać na https://www.airbnb.pl/, ale nawet przy 3 osobach nie udało mi się znaleźć nic atrakcyjnego (w miarę fajne lokalizacje od 800 zł za noc za naszą trójkę, za sam pokój). Można coś ciut tańszego znaleźć na obrzeżach miasta, ale przy krótkim pobycie i biorąc pod uwagę wysokie ceny komunikacji miejskiej uzależnionej często od ilości przystanków oszczędność robi się bardzo pozorna. Poza tym są dzielnice w których bałabym się spać.
Noclegi o których piszę są dla osób niewymagających, które jadą zwiedzać, aktywnie spędzać czas i po prostu potrzebują łóżka z ciepłą wodą z prysznica w zestawie, aby mieć gdzie spędzić noc. Wiadomo, że wolałabym spać w jedynce, ale jeśli przy 4 dniach mam do wyboru zapłacić 300 zł a 1300 zł to sprawa jest jasna - na tę drugą opcję mnie nie stać i nie jest to kwestia machnięcia ręką "a co mi tam, dopłacę" bo zwyczajnie nie mam z czego. Cały mój szkocki budżet wyniósł 1200 zł już uwzględniając noclegi, więc jak widzicie wyboru nie miałam. Jestem jednak zadowolona i mogę każdy z obiektów polecić osobom, które nie są socjopatami, nie boją się ludzi ;) i nie przeszkadza im brak większych wygód. Gdybym miała jechać na tydzień leżeć przy plaży i basenie, pewnie wybrałabym 5* w Turcji (co mi raczej nie grozi, bo nie uleżę dłużej niż godzinę), ale spędzając cały dzień poza hotelem oferowane przez nie warunki są naprawdę zupełnie wystarczające a ceny znośne, nawet jak na mój mały budżet. Mam nadzieję, że może komuś z Was powyższe informacje okażą się przydatne i pomocne :)

8.10.13

Jeden dzień w Supraślu

We wrześniu pokazałam Wam krótką relację z wizyty w urokliwym Tykocinie. Był on przystankiem w drodze do Supraśla, który był naszym celem tego dnia.
Przyznaję, że nie wiedziałam o tej miejscowości zbyt wiele, dlatego byłam bardzo ciekawa, co uda nam się zobaczyć. Supraśl okazała się ślicznym, klimatycznym miejscem. Pogoda trafiła nam się cudowna, słoneczna, idealna.
Na początek poszłyśmy do punktu Informacji Turystycznej, a następnie prosto do znajdującego się obok Muzeum Ikon. Udało nam się załapać na wejście z przewodnikiem i już opłaconą grupą. Nie robiłam wewnątrz zdjęć, więc wspieram się znalezionymi w sieci.
Muzeum jest nowe, otwarte w 2006 roku i robi piorunujące wrażenie. Jest stylowe, nowoczesne, panuje w nim nastrojowa atmosfera. Znajduje się tam ponad 300, są ciekawie wyeksponowane. Dodatkowym plusem są efekty dźwiękowe i podświetlenia. Można obejrzeć film o tym, jak powstaje ikona. To żmudna i ciężka praca, ale efekty  są wspaniałe. Uwielbiam ikony, to prawdziwe dzieła sztuki. Przewodniczka była bez zarzutu, miała dużą wiedzę i widać, że darzy szacunkiem miejsce w którym pracuje.
Podobnie jak ikonopisarz, Jan Grigoruk, który był naszym przewodnikiem po Cerkwi Zwiastowania znajdującej się na terenie Monasteru Zwiastowania Najświętszej Marii Panny. Opowieść pana Jana była tak fascynująca, że w pewnej chwili zorientowałam się, że słucham z otwartą buzią i istnieje ryzyko, że wpadnie mi mucha. Cerkiew jest w środku skromna, ma burzliwą historię, aktualnie trwają pracę nad odtworzeniem polichromii, która zdobiła ściany. W środku nie wolno robić zdjęć, ale naprawdę warto wysłuchać, co ma do opowiedzenia przewodnik. Mam zresztą wrażenie, że pan Jan jest ciekawą postacią, widać, że ikony są jego pasją, a poza tym potrafi fenomenalnie prowadzić opowiadaną historię. Monaster jak też cerkiew możecie zobaczyć na trzech pierwszych zdjęciach z tego wpisu.
Po zwiedzaniu kulturalno-historycznym ruszyłyśmy na spacer po miejscowości. Dużo tam ładnych i interesujących architektonicznie budynków, dekoracji, spokojnych uliczek. To co widzicie, to Pałac Bucholców, śliczny dworek należący do rodziny fabrykantów włókienniczych, a od 1959 roku  siedziba Liceum Plastycznego im. Artura Grottgera.
Dużą przyjemność sprawiło nam zaglądanie do przydomowych ogródków, pytanie co w nich kwitnie. Ja sama nie wychodzę często z tego typu pytaniami, ale Natalia jest bardzo otwarta, chętnie zaczepia ludzi i zaczyna z nimi rozmowę. Może czas też tak zacząć robić, bo można się dowiedzieć wielu nieprzewodnikowych ciekawostek.
Na zdjęciu - Dom Ogrodnika, zabytkowy, drewniany budynek, który został zbudowany dla pracowników ogrodu na terenie monasteru. Dziś jest domem mieszkalnym a mieszkająca w nim Pani bardzo dba o otaczający go ogródek.
Poniżej: Domy Tkaczy, wybudowane jako mieszkania dla robotników-włokienników oraz ich rodzin, kiedy wiele firm przeniosło swoje interesy ze Zgierza do Supraśla. Do dziś zachowała się tylko część, ale można sobie wyobrazić jak ta ulica wyglądała kiedyś.
Dochodzimy do punktu kulminacyjnego tego dnia. Po co właściwie cała ta wyprawa? Naszym celem była restauracja Alkierz (która została zamknięta 4 dni później), gdzie po zjedzeniu czebureka z serem i ziołami miałam wziąć udział w slajdowisku prowadzonym przez Natalię dla młodych harcerek. Wspominałam już we wpisie z Tykocina, że odbyła ona samotną (co nie było planowane) podróż po Azji, trwającą kilka miesięcy. Do tego robi świetne zdjęcia i naprawdę umie zainteresować słuchacza swoimi przygodami.
Slajdowisko było otwarte dla wszystkich, przyszło nawet kilku mieszkańców Supraśla. Dziewczyny słuchały z wielką uwagą i chyba uwierzyły, że każdy może wyruszyć w taką podróż, jeśli bardzo tego chce. Tak minął nam dzień. Jeszcze 3h jazdy i wróciłyśmy do Warszawy. Uwielbiam takie małe przerywniki w codzienności. Polska jest przepiękna, a ja chcę jej ciągle więcej i więcej ...

5.10.13

Wycieczka The Dark Side of Edinburgh - czy warto?

Trzeciego dnia pobytu w Szkocji, po powrocie z wycieczki z The Hairy Coo nie miałam ochoty wracać do hostelu, chociaż miałam się spakować. Siedziałam na schodach jednej z kamienic przy The Royal Mile słuchając pewnego chłopaka, który śpiewał pięknie, chociaż smutno. Miasto osnuła mgła, ale było zaskakująco ciepło. Zdjęłam kurtkę. Ciepłe światło sączące się z pobliskich latarni rzucało cienie na brukowaną ulicę. W pewnej chwili zobaczyłam grupę ludzi prowadzonych przez wampira w pelerynie a wraz z nim przyszła zmiana planów na wieczór.

Trochę nie w moim guście, ale zainteresowałam się o co chodzi? Była to jedna z nocnych wycieczek po Edynburgu. Kilka metrów dalej zobaczyłam mniej strojną grupę. Podeszłam zaciekawiona. Wyruszali punktualnie o 21.00, więc zdążyłam się jeszcze zapisać i kupić zieloną herbatę w Starbucksie (dokładnie pod nim są zbiórki na walking tours organizowane przez New Europe Tours). Ponad 2h spacer kosztował mnie 10 funtów i zupełnym przypadkiem okazał się najlepszą wycieczką na jakiej byłam w Szkocji. Duża w tym zasługa naszego przewodnika, który zwie się Billy Fisher i jeśli kiedykolwiek będziecie w Edynburgu, najpierw spytajcie, kiedy jest jego zmiana! W swoim podróżniczym życiu miałam styczność z wieloma przewodnikami, większość była kiepska lub co najwyżej poprawna, zwykle jednak lekko znudzona. Billy jest ucieleśnieniem tego, jak wg mnie dobry przewodnik powinien prowadzić grupę. Jest komunikatywnym, otwartym, sympatycznym, grzecznym, pewnym siebie (mimo, że skromnym) człowiekiem z ogromną wiedzą i zdolnościami aktorskimi. Jak na Szkota mówi cudownie wyraźnie, dbając o to, by każdy go zrozumiał. Był jedną osobą przy której nie czułam się jak analfabeta. Billy umie zahipnotyzować słuchaczy, wszyscy stali jak zaczarowani, nikt nie próbował nawet przerywać czy rozmawiać z osobą towarzyszącą. The Dark Side to wycieczka z lekkim dreszczykiem. To opowieści o edynburskich mordercach, paleniu na stosach czarownic, wykradaniu zwłok z grobów tuż po pogrzebie, by je potem sprzedać szkole medycznej, ginących w okolicznościach prostytutkach czy niezwykłym dniu, gdy chłopcy polujący na króliki na jednym ze wzgórz znaleźli 17 cennych lalek w małych trumnach... Skąd tam się wzięły? Dowiecie się na wycieczce, obiecuję. To też wizyty na cmentarzach (także po tym, po którym zwykł spacerować sam Charles Dickens i na którym prawdopodobnie stworzył postać Ebenezera Scrooge'a), a także włóczenie się po ciemnych zakątkach, ponurych uliczkach, w okolicach więzienia. A także widok pogrążonego w ciemności magicznego i fascynującego Calton Hill pełnego tajemniczych budowli. To przede wszystkim mrożąca krew w żyłach historia tego pięknego miasta. Jeśli połączymy to z obecnością takiego człowieka jakim jest Billy - brakuje mi słów uznania, bo przyłączenie się do tej grupy było najlepszą a do tego całkowicie spontaniczną i nieplanowaną decyzją jaką podjęłam. Polecam Wam, a wręcz zalecam ten spacer jeśli dotrzecie kiedyś do Edynburga! Tylko z Billym!

3.10.13

Wycieczka FREE Scottish Highlands Tour z The Hairy Coo - czy warto?

Na początek kilka słów o tym, jakie miałam plany na pobyt w Szkocji. Kiedy kupiłam bilet, zaczęłam sprawdzać połączenia autobusowe z różnymi miejscowościami, ale ich częstotliwość nie dawała mi możliwości zobaczenia większości miejsc w zaledwie 5 dni. Szczególnie zależało mi na Isle of Skye, nawet kupiłam bilet do Inverness, ale uznałam, że jadę na zbyt krótko, by wyrywać się tak daleko i że muszę rozłożyć wrażenia na dwie wizyty. Przeszukałam większość lokalnych biur, oferujących wycieczki w ciekawe zakątki. Zależało mi, żeby było to kameralne a nie wielką grupą w wielkim autokarze...
W Irlandii byłam bardzo zadowolona z wycieczek w których miałam okazję uczestniczyć i bardzo liczyłam na coś podobnego w czasie tego wyjazdu. Wiele godzin spędziłam na poszukiwaniach. Miałam już wybrane biuro, gdy na jakimś forum trafiłam na informacje o The Hairy Coo. Spodobało mi się od razu, to było dokładnie to, strzał w dziesiątkę! Mały bus, niewielka grupa i miłośnicy Szkocji.
The Hairy Coo stworzyli Donald i Russell, którzy wcześniej pracowali w innych biurach, ale chcieli zaoferować coś alternatywnego dla dostępnych na rynku wycieczek. Myślę,
im się to udało, ponieważ organizowana przez nich FREE SCOTTISH HIGHLANDS TOUR zbiera rewelacyjne opinie na Tripadvisor i w sieci. Myślę, że nie bez powodu!
O co w tym chodzi? Zapisujemy się na wycieczkę, najlepiej on-line, stawiamy się na miejscu zbiórki, spędzamy 8h w fajnej atmosferze i na końcu wynagradzamy według uznania swojego kierowcę/przewodnika. Tego typu wycieczki opierają się na napiwkach i stają się coraz popularniejsze. Jest to ryzyko dla firmy, bo z moich obserwacji wynika, że część ludzi słowo "free" bierze bardzo dosłownie. Z drugiej jednak strony, oferując turyście taką wycieczkę, przewodnicy często wkładają w pracę więcej serca niż w na tych już opłaconych. Myślę, że trzeba być pewnym jakości tego co się robi, by zaoferować ludziom taką usługę.
Program zwiedzania przewiduje poranną wizytę przy moście kolejowym Forth Bridge, następnie przy wieży upamiętniającej Williama Wallace'a, bohatera Szkocji, którego historię pokazuje film "Braveheart". Majestatyczna wieża położona jest na wzniesieniu, a że tego dnia było mgliście i wilgotno, a mnie powoli zaczynała już boleć skręcona w sierpniu kostka, postanowiłam nie wchodzić, bojąc się, że będę miała problemy z zejściem.
Kolejny przystanek jest u podnóża wzgórza na którym stoi zamek w Stirling, po nim malownicze jezioro Loch of Menteih, które widzicie na zdjęciach. Panował tam spokój, zupełna cisza... Coś pięknego. Dużym plusem programu jest to, że jeździ się w mniej turystyczne miejsca. Widoki za oknem zachwycają a w trakcie jazdy kierowca cały czas opowiada o historii Szkocji, o codziennym życiu, zwyczajach, jedzeniu. Mnóstwo ciekawostek, trochę szkockiej muzyki w ramach przerywnika, wszystko w przyjemnej, wesołej atmosferze. Grupy mają zwykle +/- 20 osób, więc nie za dużo, nie za mało.
 Miałam okazję obcować ze wspaniałą, jesienną przyrodą, soczystą zielenią.
Tym, co nie za bardzo mi się podobało, była przerwa na lunch w wiosce Aberfoyle. Usłyszeliśmy, gdzie możemy coś zjeść a sam kierowca został w samochodzie. Każdy więc poszedł w inną stronę (ja do pubu na fish&chips z groszkiem). Szkoda, bo w Irlandii świetne było to, że nasz kierowca wybierał miejsce, gdzie szliśmy razem, doradzał nam kulinarnie, trochę jeszcze opowiadał, a my mieliśmy szansę nawiązać ze sobą kontakt. Poniżej jeden z całorocznych sklepów Bożonarodzeniowych, których widziałam kilka.
Najedzeni i zadowoleni ruszyliśmy w kierunku bujnego lasu, gdzie ukrywa się rześki wodospad. Spotkaliśmy tam pana z szalonym psem, spragnionym wodnych igraszek.
Niska temperatura i lodowata woda nie były mu straszne! Biegał, chlapał się, a przy tym wyglądał na bardzo uszczęśliwionego faktem, że może się lekko schłodzić... :)
 Miejsce to było bardzo malownicze i po raz kolejny pozbawione turystów.
Nagle usłyszałam donośne AaaAAaaaAaaaaaaa! i super szybki szelest nad głową. Dopiero po chwili zorientowałam się, że co chwila coś, a raczej ktoś przelatuje nam nad głowami, raz w jedną, raz w drugą stronę. Wow, sceneria - marzenie na takie ekstremalne rozrywki. Chętnych nie brakowało, widziałam kilka osób w krótkim czasie.
 Główną atrakcją wycieczki jest poszukiwanie przesłodkich, włochatych krów.
Poznajcie Fionę, która jest już prawdziwą modelką, pozuje do zdjęć bez nerwów czy skrępowania. Ciśnienie jej rośnie wyłącznie wtedy, gdy ktoś nie chce oddać jej chleba tostowego, który trzyma w dłoni. Fiona głupia nie jest, wie, że to dla niej i nie lubi, gdy ktoś się z nią w ten sposób drażni. Krajobraz dookoła nie wymaga komentarza.
 Poniżej Fiona i nasz kierowca Jonathan, bardzo pozytywny i zakręcony gość.
Od 3 miesięcy nie jem praktycznie mięsa (z małymi wyjątkami, ale to baaaardzo sporadycznie), co pozwoliło mi się po raz pierwszy naprawdę cieszyć obecnością  tych zwierząt. Domyślam się, że ktoś je kiedyś pewnie zje, ale cieszę się, że ponad wszelką wątpliwość, tym razem nie będę to ja i nie będę musiała mieć ich na sumieniu.
Ten dzień był najchłodniejszy ze wszystkich, jakie spędziłam w Szkocji i nawet przez chwilę pokropiło, ale nie był to żaden poważny deszcz. Pogoda naprawdę dopisała i pomimo mgły z powiewem lekkiego chłodu, nie śmiem na nią narzekać.
Kolejnym punktem było jezioro Loch Katerine. Nie jestem pewna, czy to miejsce jest jakoś szczególnie porywające, bo przy krótkiej wizycie nie można zobaczyć więcej niż widzicie na dwóch poniższych zdjęciach. Co innego, jak ma się dużo wolnego czasu...
Wtedy można wypożyczyć rowery albo wyruszyć na spacer dookoła jeziora.
 Chwilę pobuszowałam z aparatem, po czym przysiadłam na kawę i czekoladowe brownie.
Ostatnim przystankiem jest Doune Castle, znany zapewne niektórym z filmu "Monty Python and the Holy Grail". Wstęp kosztuje blisko 10 funtów, a że zamek nie wyglądał na duży, to zdecydowałam się jeszcze trochę pokręcić po okolicy.
Tu muszę dodać, że bilety wstępów w Szkocji są naprawdę strasznie drogie. Mając porównanie z Irlandią, wzdychałam ciężko przy każdym abbey czy castle. 6 funtów to minimum za coś, co ma wyłącznie ściany, ale standardem są raczej okolice 10 funtów. Jeśli do tego doliczymy koszty wycieczek, to ja już blednę na samo wspomnienie. Na własną rękę, w kilka osób, wynajętym samochodem byłoby z pewnością taniej. Ale   byłam sama, więc musiałam się z ciężkim sercem dostosować do panujących warunków.
W drodze powrotnej już głównie słuchaliśmy muzyki. Dotarliśmy do Edynburga tuż po godzinie 18, kiedy słońce postanowiło wyjść zza chmur i zrobić mi frajdę. Kiedy opuszczaliśmy auto, widziałam, że kierowcy głupio było oczekiwać napiwków, bo trochę się czaił. Obserwowałam ile ludzie dają i zastanawiałam się, jak ten biznes się opłaca? Może głównym źródłem dochodu są wycieczki z regularnym cennikiem (ja  byłam jeszcze zapisana na trasę Loch Ness & Whiskey, która kosztuje 45 funtów, ale została odwołana na kilkanaście godzin przed odjazdem, bo ku mojej rozpaczy zepsuł się zielony Ness Bus, którym odbywa się wycieczka) a ta jest robiona raczej wizerunkowo? Nie wiem. Wiem tylko, że mogę w 100% polecić The Hairy Coo,  bo są gwarancją dobrej zabawy, wspaniałych widoków i sporej dawki informacji na temat Szkocji, więc bez żalu oddałam Jonathanowi swoje prawie ostatnie pieniądze.
TOP