30.7.13

Co kupiłam w Budapeszcie czyli wizyta w Wielkiej Hali Targowej

Madame Edith w swoim dzisiejszym wpisie napisała dokładnie o tym, od czego ja miałam zacząć swój wpis. Z wyjazdów przywożę głównie pamiątki kulinarne, charakterystyczne dla danego miejsca smaki. Sery i makarony z Włoch, zioła i przyprawy, z Korfu była to nalewka i dżem z kumkwatu, z Turcji chałwa z pistacjami a z Rodos miód z orzechami, z Teneryfy sos mojo verde. Wiele osób wie, co Ajka lubi najbardziej, dlatego z Prowansji dostałam świeże zioła prowansalskie (niezapomniane!), miód z małej pasieki i wino, z Toskanii pecorino i zioła do pizzy. Ku mojej wielkiej radości od Madame Edith dostałam herbatę z jedynej w Europie plantacji herbaty, która znajduje się na Azorach! Dziękuję! Z Portugalii przywożę co roku dżemy z fig i z dyni oraz ukochaną herbatę cynamonowo-jabłkową, na Gozo kupiłam lokalne wędzone sery z różnymi ziołami a na Sycylii suszone pomidory i ostrą mieszankę ziół do makaronu. Takie pamiątki pozwalają przywołać wspomnienie wyjazdu na długo po powrocie do domu np. w środku zapyziałej zimy.
W związku z powyższym, przed każdym wyjazdem dokładnie zapoznaję się z informacjami, co w danym miejscu można ciekawego kupić. I gdzie można kupić. Spisuję główne adresy a potem na miejscu jeszcze zaglądam do małych sklepików, mniej i bardziej komercyjnych.
Lecąc w czerwcu do Budapesztu wiedziałam, że muszę odwiedzić Wielką Halę Targową Vásárcsarnok, która jest największą i najstarszą zamkniętą halą targową w tym mieście. Miałam kilka zamówień złożonych przez rodzinę i znajomych na m.in. słodką paprykę i pastę gulaszową. Orientowałam się w cenach chodząc po mieście, a do hali poszłam  ostatniego dnia. Muszę przyznać, że ceny były tu zdecydowanie najbardziej korzystne.
Oczywiście wiadomo, że najpierw trzeba przejść całą halę, porównać ceny i produkty, a dopiero później dokonać zakupu, jeśli nie chce się przepłacić. W głównej alejce ceny za te same rzeczy są nawet 60% wyższe niż w bocznych, trochę oddalonych od wejścia.
Hala nieco rozczarowała mnie rozmiarem, nie jest taka duża na jaką z zewnątrz wygląda i po jednym jej przejściu od razu bez problemu można wrócić w wybrane wcześniej miejsca.
Hala skojarzyła mi się z targami, które widziałam dawno, dawno temu w czasie wycieczki na Litwę i Białoruś. Jest w starym stylu i to dotyczy zarówno wystroju, jak też reklam, zachowania kupujących. Długie kolejki, dziesiątki kartek z ofertami.
Klimat jest dość specyficzny, zachowanie sprzedawców również, przynajmniej w moim odczuciu. Staram się to zrozumieć, ponieważ wiem, że sytuacja w ich kraju nie jest łatwa a kryzys widać na każdym kroku, ale dziwnie się czułam, kiedy mi z ręki wyrywano siłą zakupy, kiedy niechcący dałam zły banknot (ale jeszcze nie  odchodziłam od stoiska) albo patrzono na mnie ze zniecierpliwieniem, kiedy sobie porównywałam te same produkty różnych marek. Jak dla mnie, tym się różni targ od zakupów on-line - mam prawo towar obejrzeć i podjąć decyzję do chcę kupić.
Nie mówię oczywiście o dotykaniu warzyw czy owoców, tylko produktów opakowanych.
Zdjęcia robiłam z dużej odległości, ponieważ nie było to mile widziane. Nawet kiedy coś kupowałam na stoisku i mówiłam sprzedawcy, że jest one piękne i czy mogę je sfotografować, zazwyczaj sam wzrok był dość jasną, odmowną odpowiedzią. Szkoda.
Nie mam w zwyczaju fotografować ludzi - sprzedawców, klientów, ze zbliżenia. Nie wiem natomiast, co może komuś przeszkadzać zrobienie zdjęcia jego produktów?

W weekend, który spędziłyśmy w Budapeszcie, w hali trwały Dni Chorwackie. Widać na zdjęciach plakaty, flagi. Ponad to chorwacki zespół grał chorwackie, tradycyjne pieśni, a przy licznych stolikach siedziały osoby, które odpowiadały na pytania Węgrów dotyczące urlopu w Chorwacji. Można też było wziąć pełne zdjęć prospekty, w niektórych tekst był w języku polskim :) Uwielbiam Chorwację, więc ucieszył mnie ten "dodatek" do zakupów.
 Parter zwiedziłam dość dokładnie, poziomu -1 nie zauważyłam a na górze spędziłam kilka minut.
Na parterze są wszystkie stoiska spożywcze, warzywa, owoce, pieczywo, nabiał, bardzo dużo sklepów z mięsem, wędlinami i paprykową, ostrą, węgierską kiełbasą.
Przede wszystkim liczyłam na możliwość zrobienia zdjęcia hali z piętra, aby pokazać jej rozmiar, okazało się to jednak niemożliwe, ponieważ absolutnie wszystkie miejsca, skąd można by było zrobić zdjęcie są szczelnie zasłonięte straganami z różnymi ubraniami,  biżuterią, obrusami, ręcznikami. Na górze jest też kilka stoisk z jedzeniem, które mnie odstraszyło zapachem i wyglądem. Może niektórym podpadnę tą wypowiedzią, ale  kuchnia węgierska w wersji którą widziałam w ciągu tych 3 dni zrobiła na mnie jak najgorsze wrażenie. Zarówno wszystkie przekąski na szybko - np. langosz, którego bym nie tknęła, jak też dania obiadowe - na gulasz skusiłam się raz i była to zła decyzja.
Każdy lubi inne smaki. Ja np. nie mogę jeść papryki, pomimo, że bardzo ją lubię, więc duża część lokalnej kuchni z góry odpada. Pozostałe dania wyglądały na tak ciężkie i tłuste, że to po prostu nie moja bajka. Dlatego stołowałam się u Greka ;)
Udało mi się kupić trochę pamiątek, ale głównie tych, które zostały zamówione przez inne osoby. Sobie tym razem nie kupiłam nic. Halę Vásárcsarnok warto jednak odwiedzić, jest charakterystycznym miejscem, do tego w świetnej lokalizacji. Mnie nie urzekła, ale  to kwestia gustu, bo znam wiele osób, które były nią zachwycone, także jest to tylko moja subiektywna opinia, najlepiej, żeby każdy sam sprawdził i wtedy ocenił. 
Tym, którzy wyjdą z Hali i będą mieli ochotę na coś zimnego i pysznego, polecam udać się w górę ulicy przy której znajduje się hala, oddalając się od mostu w kierunku stacji metra Kalvin Ter. Jakieś 100m od hali, po lewej stronie znajduje się jedna z kilku lodziarni Lavendula. Ta jest akurat dość duża, ale blisko miejsca w którym spałam, była malutka, w środku mieściły się 3-4 osoby, a zawsze stała przed nią kolejka, od rana do samej nocy.
Nie dziwię się, ponieważ lody przebiły smakiem te, które jadłam w Rzymie. Wybór jest ogromny, codziennie są nieco inne smaki. Próbowałyśmy m.in. różanych, lawendowych, lawendowych z cytryną, lawendowych z ciemną czekoladą, o smaku szampana, malinowych (mniam!) oraz morelowych. Pycha, pycha i jeszcze raz pycha! :)

23.7.13

Poznań, miasto doznań

Powyższe hasło reklamowe Poznania sprawia, że oblewam się rumieńcem i śmieję w głos. Oszczędzę Wam szczegółów pewnej pikantnej historii mojego znajomego, która sprawiła, że te słowa nabrały nowego znaczenia. Musicie mi uwierzyć na słowo - działo się.
Nie da się jednak ukryć, że Poznań jest miastem przyjemnym i dużo można w nim zobaczyć i przeżyć. Planowałam je odwiedzić od zeszłego roku, kiedy na szybko zwiedziłam Stary Rynek wracając raniutko z Majorki. Ok. 14 już musiałam uciekać, więc czasu było mało, ale miasto zainteresowało mnie na tyle, że postanowiłam, że wrócę w 2013. Była pewna okazja, która trochę  pomogła w szybszej realizacji planów. Kilka słów na temat tego weekendu.
Do Poznania pojechałam PolskimBusem, który ląduje na Dworcu Górczyn. Sobota, godz. 13.30. Kiosk nieczynny, kasa biletowa nieczynna, jeden tylko biletomat, przed nim kilkanaście osób, mój autobus jeździ raz na 35min i zaraz odjeżdża. Pięknie. Zniecierpliwieni ludzie odchodzą od biletomatu mówiąc, że nie wydaje reszty i trzeba mieć równo. Nie mam. Pytamy pana, który pilnuje porządku, czy można gdzieś kupić bilet? "Nie dziś" pada odpowiedź. A może u kierowcy? "Proszę pani, to nie Warszawa!" słychać w odpowiedzi. Milusio.
Powrót na dworzec był tak hardcorowy i pełen wrażeń, że aż szkoda gadać. Byłam pewna, że nie wyjadę będę zmuszona zostać w Poznaniu na zawsze ;)
Wiecie z jakim kolorem kojarzy mi się Poznań po tych dwóch dniach???? Z różowym. Różowe rabatki, różowe kwiaty w donicach przed knajpami, różowe koce, różowe serwetki, różowe roślinki na stole, różowe kanapy w kawiarniach, różowe zasłonki, różowe siodełka w rowerze, budynki jakby w odcieniach różu, różowe baloniki, różowe spodnie i spódniczki. Serio!
Podoba mi się w Poznaniu duża ilość fajnych kawiarni, z klimatem, chociaż bardzo do siebie podobnych. Rosną w Polsce te lokaliki a'la Paryż, w stylu lekko prowansalskich, nieco infantylne i przesłodzone, wypełnione po brzegi misiaczkami, materiałami w kwiaty i efektownymi bibelotami. Niestety lubię ten klimat, ale przy tak dużym nasileniu zjawiska jakie zauważyłam w tym mieście, obawiam się, że szybko mogłabym się znudzić i mieć tego dość...
I tu przechodzimy do czegoś, co mnie stale w naszym jakże pięknym kraju boli. Do tego, że zwyczajnie nie stać mnie na weekendy w Polsce, przy założeniu, że chcę spędzać czas tak jak lubię, czyli zwiedzając i odwiedzając sympatyczne  przybytki, gdzie można zjeść, napić się i wyciszyć. Nie stać mnie na to, gdyż w Polsce ceny nie są niczym uzasadnione i tak wysokie, że powoli odpuszczam.
Będąc w Lizbonie żywię się wyłącznie na mieście: śniadanie, obiad, kolacja. Nie wydaję na to majątku i zawsze, gdy wracam do Polski myślę sobie "oho, znów mnie na nic nie stać". W Warszawie niewiele po knajpach chodzę, bo to zwykle spory wydatek, a biorąc pod uwagę stosunek jakości do ceny, jakoś wolę zjeść w domu i ugotować coś ze znajomymi albo zrobić piknik nad Wisłą.
Ceny w Poznaniu, w miejscach, które sobie wybrałam? Sałata z sałaty, grzanek, piersi z kurczaka i tony tłustego sera 37zł. 20zł za niewielkie, zimne, tłuste grzanki z kozim serem, 20zł za latte z syropem, 20zł za jajecznicę z pomidorem i tostem a  do tego cappucino za 13zł. 3 kulki kiepskich lodów z owocem sezonowym, którym jest, uwaga, jabłko (!) za 22zł. W 1.5 dnia w Poznaniu wydałam niewiele mniej niż w ciągu 3 pełnych dni w Budapeszcie i w ogóle mi się to nie podoba, przykro mi.
W sierpniu planowałam weekend w Sandomierzu, ale po zrobieniu kalkulacjiuwzględniającej godziny przejazdów autobusów (wymagany nocleg) i małej kontroli cen w lokalach okazało się, że jak dołożę 400zł to jest duża szansa, że w styczniu polecę na lasta na Cypr, aby nieco wygrzać swoje szanowne kości.
Mówię to z żalem, bo Polska szalenie mi się podoba i bardzo bym chciała poznać jak najwięcej. Ale noclegi są droższe niż na zachodzie, ceny w menu na poziomie Europejskim, komunikacja droga jak diabli, a moja podstawowa pensja od 5 lat dokładnie taka sama, czyli niezbyt imponująca. Szkoda. Jeślipo tym wpisie odnieśliście wrażenie, że mi się w Poznaniu nie podobało, to nie macie racji! Spędziłam miły czas, nawiązałam nowe znajomości (pozdrowienia dla Magdy, Kuby i Pana Jeża!), wypiłam dobrą kawę i odpoczęłam od tego szalonego tempa, które mam w Warszawie każdego dnia. Mam jeszcze trochę zdjęć, więc z pewnością jeszcze Wam pokażę. Ale na ten rok ilość wypadów weekendowych na terenie Polski uważam za wyczerpaną. Pozdrowienia! :)

12.7.13

Bom Dia, Lisboa!

Nie wiem dlaczego tak się dzieje, że zawsze kiedy wybiorę już zdjęcia do jakiegoś wpisu o Lizbonie, to potem siedzę 5 godzin patrząc na pustą stronę, nie wiedząc zupełnie co mam napisać. Łatwiej mi pokazywać Lizbonę bez słów, chociaż zazwyczaj pisać uwielbiam. Lizbona jest miastem, które jest dla mnie tak ważne, że wręcz osobiste. Może to jest główny powód?
Nie jest bowiem łatwo pisać o rzeczach prywatnych publicznie :) Wiele razy już pisałam, że Lizbonę pokochałam od pierwszej sekundy, kiedy w środku zimy wysiadłam z autokaru i oślepiło mnie ciepłe, jasne światło a powietrze pachniało tak, że aż zakręciło mi się w głowie. Dziś wiem, że za każdym razem, gdy tam wrócę, ten zapach będzie na mnie czekał, przywita się ze mną dając poczucie długo wyczekiwanego szczęścia. Niby tak mało, a tak wiele...
Nie byłam w Lizbonie już ponad 15 miesięcy. Tęsknię za nią każdego dnia wstając rano i patrząc na korkową tablicę z kilkoma pocztówkami. Zerka z nich na mnie miasto senne, tuż po nastaniu dnia, jeszcze puste. A z innej nachwilę przed końcem dnia, gdy słońce jest nisko i zatapia białe budynki w cudownej, żółto-pomarańczowej poświacie. Idąc rano do kuchni mówię w myślach "Bom Dia, Lisboa!". Filiżanka kawy Nicola i od razu nastrój lepszy.
Chciałabym móc pobiec rano do pastelarii, zamówić coś pysznego i patrzeć na ludzi, wpadających na szybką kawę, wymieniających kilka zdań z panem który ją parzy i z kimś, kto siedzi przy szklanym blacie czytając dziennik. Mało słów, kilka uśmiechów, dwa łyki i trzeba biec dalej, bo obowiązki wzywają. Tak bardzo lubię te proste spotkania i chłonę je jak sceny z najlepszego filmu.
A to tylko życie, codzienność. Smaki i zapachy wkomponowane w mijające minuty. Chwile tak zwykłe, że aż niezwykłe, prawda? Tęsknię sobie po cichutku.
Jeśli nic się nie wydarzy, już 8 października wysiądę z samolotu, wciągnę powietrze i z szumu wiatru wydobędę nieśmiałe "Boa Tarde, Ajka!". To Lizbona mnie powita.
Wsiądę w pociąg do Setúbal, gdzie spędzę kilka dni aby spełnić jedno z marzeń zapisanych na mojej liście. Czekam na tę chwilę z utęsknieniem, z bijącym z radości sercem. Bilety mam już ponad 4 miesiące, ale im bliżej wyjazdu, tym bardziej się cieszę, przeżywam i wizualizuję chwile, które wtedy nadejdą :)

11.7.13

Hiszpański metodą SITA - wrażenia kolejne



Za mną już większość lekcji języka hiszpańskiego metodą SITA, więc mogę 
 więcej powiedzieć o jej plusach i minusach przynajmniej z mojego punktu widzenia.
Muszę przyznać, że lekcje są bardzo przyjemne. Dla przypomnienia: najpierw słucham
 tekstu po hiszpańsku, potem czytam po polsku, a następnie słucham po hiszpańsku śledząc
tekst hiszpański. Następnie przez ok. 45min słucham lekcji w stanie relaksu, który pomagają
osiągnąć okulary, które widzicie na górze. Następnie na głos przypominam sobie, co udało
 zapamiętać się z lekcji, próbując powtarzać zwroty i całe zdania. Następnie znów w relaksie
wysłuchuję powtórzenia lekcji poprzedniej. Tu kilka uwag. Metoda wg mnie wymaga, aby na
 lekcji być wypoczętym. Okulary są naprawdę niesamowite i tak szybko rozluźniają, że bardzo
łatwo jest usnąć. Ich skuteczność relaksacyjna jest naprawdę ogromna. Myślę, że świetnie
byłoby mieć takie urządzenie w domu, bo w krótkim czasie można się totalnie "zresetować". 
Kolejna kwestia dotyczy aktywizacji, czyli mówienia i powtarzania zapamiętanego tekstu.
Z perspektywy czasu uważam, że o wiele lepiej jak ten etap odbywa się w dwie osoby,
np. wspólnie uczące się języka. Rozmowa samemu ze sobą łatwa nie jest,  a kiedy
 dwie osoby prowadzą dialog, to każda zapamięta coś innego i się tą wiedzą można dzielić.
Co umiem po tych kilku tygodniach? Lekcje miałam zwykle raz w tygodniu, po ok. 2.5h
każda. Najsłabiej zdecydowanie czuję się z mówieniem. O wiele lepiej jest z rozumieniem
ze słuchu. Zaczęłam się wsłuchiwać w piosenki po hiszpańsku i z zaskoczeniem stwierdzać,
że dużo rozumiem a przynajmniej wiem, co z grubsza autor tekstu miał na myśli. Siedziałam
niedawno w pracy a na korytarzu leciała Shakira "Hips don't lie" i po raz pierwszy świadomie
 wsłuchałam się w tekst rozumiejąc bez problemu hiszpańskie słowa. Nie ma ich dużo i nie są
one co prawda zbyt skomplikowane, ale rozumiałam całe zdania a nie tylko jeden czy dwa
dwa wyrazy. Potem w domu przesłuchałam kilka popowych hiszpańskich piosenek i też
byłam w stanie "wyłowić" trochę słownictwa i zdań. Fakt, nie jest to zaawansowana
znajomość języka, ale na pewno jakiś start i wstęp do ewentualnej dalszej nauki został
poczyniony. W lekcjach podoba mi się to, że każdy kolejny rozdział porządkuje to, co
było przerabiane już wcześniej plus dorzuca coś nowego. Została mi jeszcze lekcja 10,
powtórzenie lekcji 9, a potem powtórzenie lekcji 10 a następnie egzamin, na który chyba
chyba nie czuję się na siłach, bo i ile myślę, że z hiszpańskiego na polski byłabym w stanie
przetłumaczyć wszystko, co przerobiłam to obawiam się, że w drugą stronę nie pójdzie mi
tak lekko. Czy na tym etapie macie może jakieś pytania dotyczące metody, nauki i lekcji?

9.7.13

Najładniejsze miejsca Irlandii - Moherowe Klify

Są takie miejsca, które po prostu chciałabym zobaczyć, bo jestem ich ciekawa, czekam cierpliwie aż nadejdzie ich kolej w moim podróżniczym grafiku, ale myśl o nich nie spędza mi snu z powiek i nie budzi dziwnej, nieokreślonej tęsknoty. Są też miejsca, które w głowie i sercu mam od zawsze, pomimo, że jeszcze tam nie dotarłam. Wizualizuję sobie chwilę, gdy uda mi się w końcu je odwiedzić, myślę nad tym, jak spędzę czas, co zobaczę, co zjem i wypiję, co wtedy będę czuła.
Irlandia zdecydowanie należała do tej drugiej grupy miejsc. Wyczekiwanych długo, wytęsknionych. Często wracałam do niej myślami, zastanawiając się, kiedy w końcu uda mi się wylądować w Dublinie i zobaczyć miejsca, o których od zawsze marzyłam.
Uwielbiam to uczucie, kiedy ekscytacja miesza się z ciekawością i lękiem, czy się nie rozczaruję, czy kraj w którym pokładam duże nadzieje nie okaże się zupełnie inny niż przewidywałam. Tym razem było podobnie. Samolot oderwał się od ziemi, stewardesy z RyanAira sprzedawały wszystko czego można sobie zażyczyć a ja nie słyszałam ich słów, ani rozmów toczących się dookoła. Byłam ja, chmury i wizje tego jak będą wyglądały najbliższe dni. Serce biło mi jak oszalałe, nie mogąc doczekać się lądowania. Z każdą minutą coraz bardziej nie mogłam doczekać się poranka,kiedy po zarwanej przez lot i podróż do Galway nocy, pobiegnę w podskokach na dworzec autobusowy i od uśmiechniętej pani z programami wycieczek kupię tę na którą czekałam dłuuuuuugie lata - do zapierających dech Moherowych Klifów.
W końcu stało się! Siedziałam w autokarze, słuchałam wesołych historii naszego kierowcy i z przyklejonym do szyby nosem podziwiałam krajobrazy mijane po drodze. Pogoda od rana była piękna, miałam nadzieję, że się nagle nie zepsuje. W Irlandii jest to nie do przewidzenia, jak powiedział kierowca, sprawdzanie prognozy mija się z celem, bo niebo ma dla wszystkich swoje niespodzianki w postaci słońca, deszczu czy wiatru a najlepiej wszystkiego naraz w jednym czasie.
Napięcie rosło bo i wrażenia były ostrożnie dozowane. Na Cliffs of Moher nie dotarliśmy od razu. Najpierw kilka innych przystanków, w tym urokliwe Doolin, widoczne na trzech pierwszych zdjęciach. Jedliśmy tam lunch - skusiłam się na Irish Stew o którym pisałam tutaj. Gdy już zjadłam, poszłam obejrzeć pamiątki i sklep z ręcznej roboty czekoladą. Z ogromu smaków i kompozycji wybrałam tę idealną - nierówną, malutką tabliczkę czekolady 90% kakao połączonej z białą czekoladą, z zatopionymi w środku pistacjami i suszoną żurawiną. Nieboooo!
Gdy dojechaliśmy w końcu do klifów, odebrało mi mowę. Owszem, wiele razy wyobrażałam sobie, że są duże, ale ich rozmiar przerósł moje najśmielsze wizje. Są gigantyczne, zarówno długością jak i wysokością. Pogoda szczęśliwie nadal sprzyjała, więc 3h czasu wolnego mogłam wykorzystać na spacer i zachwyty nad wszystkim, co mnie otacza. Wiał co prawda wściekły wiatr i wyglądałam jak potargana kukła, ale kto by się przejmował drobiazgami w takiej scenerii?
Ponieważ klify mają blisko 8km długości, a na większej części trasy jest ścieżka spacerowa, można spędzić tam nawet cały dzień. Chciałabym opisać Wam jak  to wygląda, jak się czułam, będąc maleńkim punktem na majestatycznym tle, ale obawiam się, że nie ma takich słów, które mogłyby to wyrazić w sposób trafny.
Na koniec, pytanie dnia: ile jesteś w stanie zrobić, aby zrobić dobre zdjęcie? (mam nadzieję, że widzicie pana na dole który leży sobie nad urwiskiem?)Nie bez powodu powiedziałam, że wiał silny wiatr. Silny to jednak za mało powiedziane. Ten wiatr miał taką moc, że porwałby prawdopodobnie osobę niezbyt dużej wagi w kilka sekund i cisnął nią z hukiem o kamienie i fale. Idąc można spotkać dużo tablic informujących o tym, że zbliżanie się do krawędzi jest niebezpieczne i może zakończyć się tragedią, ale ludzie to ignorują, czego byłam świadkiem co najmniej kilka razy w ciągu zaledwie kilku godzin. Ponad to, piękne widoki prowokują niektórych do romantycznej wizji samobójczej śmierci. W ciągu ostatnich lat odnotowano kilka takich przypadków, więc dla tych, którym do głowy wpadnie taki przykry pomysł skierowane są tablice z numerem telefonu, pod który można zadzwonić aby uzyskać pomoc. W tak pięknym miejscu, sama myśl o śmierci wzbudza wielki smutek. Dla mnie to było coś, co dawało wyłącznie bardzo pozytywne emocje, poczucie siły oraz ogromnego zachwytu nad niesamowitą urodą otaczającego mnie świata.

6.7.13

Sycylia - Park Archeologiczny w Selinunte

Kiedy dwa lata temu leciałam na Sycylię, z wielką radością przyjęłam wiadomość, że samolot zamiast o 19, wyleci z Warszawy o 9. Wtedy jeszcze nie wiedziałam, iż za karę przyjdzie mi wrócić do domu 10h wcześniej i zostanie ucięty mi cały dzień w cudownym Cefalu. Wylądowaliśmy w Palermo około południa i szybko przewieziono nas do miasteczka Selinunte. Kiedy zobaczyłam miejsce, gdzie mam spędzić 1.5 dnia, zamarłam. Wieś, 2 hotele, w oddali kilka domków, w promieniu kilku kilometrów nie widać nic ciekawego. Ani to ładne, ani klimatyczne. Nie tak wyobrażałam sobie Sycylię!
Rozpakowałam walizkę i naburmuszona poszłam obejrzeć plażę. Większość osób od razu pobiegła się opalać, ale leżenie na leżaku to nie jest moje ulubione zajęcie... Nie miałam pomysłu co mam ze sobą zrobić przez najbliższe 5h. Nie było nawet gdzie iść na spacer - hotele oddzielone są od morza 1km kładką na wydmach (teren rezerwatu przyrodniczego) a poza nimi nie ma dookoła po prostu nic, poza kilkoma krzakami.
Wyciągnęłam z kieszeni przewodnik, usiadłam nad wodą i zaczęłam czytać. Okazało się, że Selinunte kryje pewną niespodziankę i dzień być może nie jest jeszcze stracony... Dowiedziałam się, że Selinunte było starożytnym Greckim miastem i teraz znajdują się tam udostępnione do zwiedzania ruiny Selinus. Z pięciu świątyń odbudowana została jedynie  Świątynia Hery, która sprawiła, że poczułam się prawie jak na greckich wakacjach.
Miasto było duże i majestatyczne. Do dziś teren zwiedzania jest tak ogromny, że zorientowałam się, nie wystarczy mi czasu, aby wszystko zobaczyć. Z naszego hoteludo parku archeologicznego szłam blisko godzinę, w piękącym upale, nie mijając po drodze ani jednego sklepu, gdzie można kupić coś zimnego do picia. Nie pamiętam już ile kosztuje bilet wstępu, ale do najtańszych nie należał. Dodatkowo można na miejscu wykupić zwiedzenie na małych meleksach z czego z radością korzystają turyści z Zachodu. Mnie ze Wschodu nie było na to stać, chodziłam więc piechotą ;)
Miałam na miejscu ok. 2-3h, myślę, że o 2h za mało, by zobaczyć wszystko. Postanowiłam więc nie śpieszyć się, połazić po ruinach i pozaglądać w te zakątki, w których nie ma zbyt wielu  osób, obserwować przyrodę. Można trafić na jaszczurki, koty wylegujące się w słońcu czy ogromne, barwne motyle.
Do dawnego akropolu wiedzie dłuuuga droga. Nie mam pojęcia ile bym szła piechotą, ale nawet nie podjęłam wyzwania, bo o 18.00 musiałam być w hotelu na obowiązkowej prezentacji. Droga była długa i kręta, myślę, że grubo ponad 1h. Urzekły mnie te starsze panie, opalające się spokojnie i gawędzące w nieznanym mi języku. W połączeniu z  upałem i ciszą dookoła był to nieco surrealistyczny obrazek. Wracałam też spacerem, rozkoszując się popołudniem. Słońce świeciło jak szalone, powietrze było ciężkie od zapachu wiosennych kwiatów. Pył z kiepskiej drogi zawirował mi przed nosem, kiedy minął mnie stary, czerwony skuter. Kilka domów, sklepów i restauracji budzących się do życia po sjeście, całkowity brak turystów, kilku miejscowych uśmiechających się do mnie serdecznie i szczerze.
Moje pierwsze popołudnie na Sycylii. Zapowiadało się źle, ale było początkiem jednego z najpiękniejszych podróżniczych tygodni mojego życia. Wyspa mnie oczarowała. Zakochałam się w jej nieprawdopodobnym spokoju, dźwiękach, zapachach. W tym, że czas w końcu zwolnił. W jej barwach, powiewach wiatru i opowiadanych nam historiach o mafii, codziennym życiu, problemach Sycylijczyków. Nigdy nie zapomnę niezwykłej agro-kolacji, spaceru po bajkowym Erice , Taorminy nocą i cudownego targu w Katanii. Czasami kiedy się śpieszę, lubię na chwilę zamknąć oczy i wrócić wspomnieniami do tamtych chwil, kiedy czas stanął w miejscu a ja mogłam celebrować każdą sekundę.
TOP