25.11.13

Ostatnie chwile (grozy) w Lizbonie

Ostatniego dnia pobytu w Lizbonie już od samego rana zaczęło mi się robić smutno. Wyjazd zleciał tak szybko, znów na wiele rzeczy nie starczyło czasu, a nie chciałam się śpieszyć i realizować planu w biegu. Odpuściłam. Cieszyłyśmy się tym, co mamy.
Z samego rana kupiłyśmy ostatnie ciastka i poszłyśmy z nimi nad Tag, aby pomyśleć, co chcemy robić. Planowałyśmy mały wyskok pod Lizbonę, ale niebo od strony Cascais niebezpiecznie się chmurzyło. Uznałyśmy, że zostajemy w mieście na te ostatnie godziny.
Zjadłyśmy nasze słodkie śniadanie, wstałyśmy. Mama właśnie zapinała plecak, kiedy upadł jej telefon i się rozpadł. Podniosłyśmy, zaczęła go składać i spokojnie odeszłyśmy.
Pytacie pewnie sami siebie "Po co ona o tym mówi?!". Otóż, jest powód, za chwilę się dowiecie jaki. Powolnym spacerkiem doszłyśmy do Alfamy. O tej porze nie było w ogóle ludzi. Pustka dookoła. Mama tradycyjnie robiła zdjęcie każdego drzewa.
Żeby zrobić takie zdjęcie, trzeba zadrzeć głowę do góry, ręce też do góry podnieść... Jedno, drugie, trzecie i poszłyśmy dalej. Nagle wydarzyło się coś, co odebrało nam mowę na kolejne 3h i zmieniło nieodwracalnie cały ten dzień jak też wiele kolejnych.
Alfama przez wielu uznawana jest za dość niebezpieczną dzielnicę. Nie wiem, ile w tym przypuszczeń a ile udokumentowanych faktów, ale tak bywa postrzegana. Wyobraźcie więc sobie nasze zaskoczenie. Stoimy przy kolorowym budynku, Mama robi zdjęcie, nie ma nikogo w naszym polu widzenia. Nagle zza budynku wyskakuje młody chłopak, dość biednie wyglądający. Podchodzi do nas szybkim i nerwowym krokiem, coś trzyma w dłoni.
W pierwszej chwili myślałam, że chce nam coś sprzedać. Mama patrzyła na niego zdumiona, a wtedy on wyciągnął rękę w moją stronę i zobaczyłam w niej... jej portfel. Zatkało mnie, ona jeszcze nie załapała co się właśnie dzieje. Chłopak dał mi portfel i zniknął. Pobiegłam za nim, wypadłam na pusty placyk - nie było po nim śladu. Mama się zorientowała o co chodzi i trzęsąc się otworzyła portfel. Nic nie zginęło.
Akurat 30EUR i 50PLN, które były w środku znaczą niewiele przy 2 kartach płatniczych i ... dowodzie osobistym będącym jedynym dokumentem na który za 16h mogła opuścić kraj. Nie wyleciałybyśmy z Portugalii i zostały totalnie bez kasy, bo ja na karcie nie miałamnic. Najlepsze jest jednak to, że żadna z nas nie widziała tego chłopaka. Skąd się wziął?
Przypuszczam, że mama schylając się po telefon nie zapięła plecaka i kiedy robiła zdjęcie kolejnego drzewa, to porfel jej wypadł. Tak między nami - nikt nie miał prawa tego zobaczyć. Nie o tej godzinie, nie w tym miejscu, nie przy braku ludzi dookoła. Miałyśmy iść dalej i zorientować się za 2h, że nie mamy już nawet czego szukać, bo nie wiemy gdzie.
Chłopak pojawił się znikąd i po prostu się rozpłynął. Nie byłoby w tym może nic dziwnego, gdyby nie fakt, że 10 dni wcześniej mama spędzała weekend w Białymstoku i znalazła na ulicy torebkę z pieniędzmi i dokumentami oraz jakimiś szkicami na uczelnię. Spędziła pół dnia szukając właścicielki zamiast zwiedzać, po czym stwierdziła "Ale ze mnie frajer...". Powiedziałam jej wtedy "Nie, mamo, takie rzeczy do nas zawsze wracają, wierzę w to".
Nie trzeba było długo czekać... Piszę o tym, bo całokształt wydarzenia przypominał cud. Fakt, że nosząc wszystko w jednym miejscu, było to też "więcej szczęścia niż rozumu", ale jednak. Przez kolejne 2-3h chodziłyśmy lekko sparaliżowane uświadamiając sobie, co by było gdyby...
Bardzo żałuję, że nie miałam okazji podziękować temu chłopakowi. Gdy oddawał mi portfel byłam tak zaskoczona, że ledwo wydukałam kulawe "Thank You... Obrigado...". Ale mam wielką nadzieję, że do Niego też to wróci w takiej czy innej formie. Uff. Poszłyśmy coś zjeść.
Z Alfamy w kierunku Graça, zahaczając o Miradouro de Nossa Senhora do Monte.
Mam wrażenie, że ten punkt widokowy nie jest zbyt popularny, bo leży na lekkim uboczu, a panorama dachów Lizbony, Tagu i Zamku Św. Jerzego jest stąd naprawdę przepiękna.
Po obiedzie, ciągle rozpamiętując wydarzenia przedpołudnia po raz ostatni udałyśmy się do Parku Narodów. Ostatni spacer, ostatnie promienie słońca i ostatnie już zakupy.
Z każdą minutą było mi coraz bardziej ponuro. Czekała nas ostatnia noc i poranna podróż pierwszym metrem na lotnisko. Koniec podróży, pożegnanie z Lizboną... Z zamyślenia wyrwał mnie SMS informujący o strajku metra w dniu naszego wyjazdu!
 A to niespodzianka :) Pierwszy strajk był w dniu naszego przylotu, kolejny w dniu wylotu.

Nie było wyjścia, na 6.30 zamówiłyśmy taksówkę. Jeśli mieszkacie w centrum Lizbony koszt nie będzie duży - my poza godzinami szczytu zapłaciłyśmy 11EUR, a bilet na aerobus kosztuje 7EUR za 2 osoby (przy czym nie kursuje jeszcze o tak wczesnej porze). Nawet dobrze wyszło, bo pospałyśmy pół godziny dłużej i w zaledwie 15 minut byłyśmy na lotnisku.
Powiem Wam w sekrecie, że przed każdym wyjazdem z Lizbony, żal ściska mi serce. Nie zdarza mi się to nigdzie, a przynajmniej nie w takim nasileniu. Tęsknię nim wyjadę.
  I zastanawiam się - kiedy wrócę, z kim wrócę, czy wrócę i co wtedy tam zastanę.
Wyjazd dobiegł końca. I to już ostatni odcinek naszej relacji z Lizbony 2013. W tym tygodniu pojawi się jeszcze wpis podsumowujący z garścią praktycznych informacji dla osób, które chciałyby się do Lizbony wybrać. Czy Miesiąc Lizboński przypadł Wam do gustu? Czy Lizbona pojawiła się w Waszych planach wyjazdowych? :)

21.11.13

Czekając na falę


Jakiś czas temu zdradziłam Wam, że uwielbiam surfing. Jest pięknym, widowiskowym sportem, kojarzy mi się z tym, co lubię najbardziej: morzem, słońcem i wiatrem. I z wolnością. Lubię obserwować te zmagania z falą, lubię filmy o tej tematyce. Surferzy są dla mnie pasjonatami, nie straszna im zła pogoda ani długie oczekiwanie na falę. O miłości do deski, o tym czy lepiej się surfuje w Polsce czy za granicą i co takiego jest w surfingu, że staje się tak ważną częścią życia rozmawiam dziś z Pawłem, założycielem Surfing Polska.

   Jak to się stało, że nastolatek z miasta zainteresował się takim sportem jak surfing?

Moja przygoda z falami zaczęła się nad Bałtykiem, jak byłem jeszcze małym chłopcem. Spędzałem tam dużo czasu, także w wakacje, więc woda była naturalnym elementem wypoczynku. Rzucałem się na fale i płynąłem z nimi w kierunku brzegu. Sprawiało mi to dużą frajdę, więc kolejnym etapem był zakup pierwszego bodyboard'a, czyli deski nieco mniejszej niż surfingowa, służącej do płynięcia razem z falą, ale na brzuchu a nie na stojąco. Przygoda z body trwała wiele lat, pływałem razem z moim przyjacielem z  Dębek, rozwijaliśmy umiejętności i w końcu uznaliśmy, że trzeba spróbować surfingu. 

  Opowiedz w takim razie,  kiedy pierwszy raz stanąłeś na desce surfingowej?

Zaczęliśmy w 2005 roku, nad Bałtykiem i poczułem, że to coś dla mnie. Zaraz po tym wybrałem się z ciekawości na Wyspy Kanaryjskie, a konkretnie na Teneryfę, gdzie są przez cały rok świetne warunki do uprawiania sportów wodnych. Jeżdżę tam do dziś.


Dlaczego akurat surfing, a nie równie popularny kitesurfing czy windsurfing? 

Ciężko odpowiedzieć na to pytanie, to przyszło zupełnie naturalnie i mogę powiedzieć, że wynika bezpośrednio ze wszystkiego o czym mówiłem na początku naszej rozmowy. Pokochałem surfing, to pierwsza rzecz w moim życiu, która całkowicie mnie pochłonęła. Daje mi to poczucie wolności, uwielbiam wodę i ślizgając się po fali czuję się spełniony.

Wolisz surfować w Polsce czy właśnie za granicą? Jak wyglądają Twoje wyjazdy?

Surfuję zarówno w Polsce jak też za granicą, ale nad Bałtykiem lubię najbardziej. Gdy jadę dalej, trenuję każdego dnia, ale też staram się poznawać nowe, piękne miejsca. Nie szukam tłumów, wolę jeździć tam, gdzie jest raczej dziko i dość pusto, gdzie można pobyć "samemu ze sobą". Nie kręcą mnie ani miasta, ani zatłoczone spoty. Uwielbiam przestrzeń, naturę, malownicze krajobrazy. Odnalazłem to m.in. we Francji, w Bretanii. W czasie tych dalszych wyjazdów pływamy po dwa razy dziennie - najpierw po śniadaniu, potem jest czas na obiad, odpoczynek i powrót do wody, aż do zachodu słońca. Sami przygotowujemy różne wartościowe posiłki - ryby, owoce morza, steki a wolnych chwilach jeździmy na rowerach do pobliskiej miejscowości na deser i kawę z małej cukierni. Jedziemy całą ekipą, spędzamy czas razem, świetnie się bawimy. To samo w Polsce. Nieważne gdzie, ważne naprawdę z kim.



Minęło wiele lat, a Twoja pasja nie słabnie, wręcz przeciwnie, jest dziś ważnym elementem Twojego życia i codzienności. To już nie tylko hobby, do którego się wraca, jeśli znajdzie się przypadkiem wolną chwilę. To coś znacznie ważniejszego. 

To prawda. Moje całe życie kręci się wokół surfingu i nie wyobrażam sobie, by było inaczej. Codziennie sprawdzam prognozy czy będzie fala na Bałtyku czy nie, jakie są warunki, gdzie warto jechać by wyszaleć się w wodzie. Śledzę ciekawostki i nowinki związane z tym sportem, a potem z przyjemnością dzielę się nimi z innymi pasjonatami.

No właśnie. Jakiś czas temu założyłeś stronę Surfing Polska. Czułeś potrzebę dzielenia się z innymi swoją wiedzą czy uznałeś, że jest to szansa na poznanie osób, które mają podobne zainteresowania a trudno byłoby spotkać się w realnym, zabieganym świecie?

Przez dwa lata jeździłem sam nad Bałtyk na surfing, potem udało mi się wciągnąć kilka osób we wspólne wyjazdy i w wyniku tego powstała organizacja Surfing Polska, która skupia polskich surferów. Jej głównym zadaniem jest bezinteresowna pomoc osobom zainteresowanym surfingiem, wymiana wiedzy i opinii, promocja naszego Bałtyku, plaż polskiego wybrzeża i nieskażonej jeszcze natury. Ma to dla nas znaczenie, dlatego też w czerwcu tego roku zorganizowaliśmy akcję "Zahacz śmiecia - eco Bałtyk", w ramach której chętne osoby sprzątały plaże i dawały dobry przykład wczasowiczom. Okazało się, że wielu osobom nie jest obojętna otaczająca ich przyroda, połączyliśmy przyjemne z pożytecznym i dobrze się razem bawiąc uprzątnęliśmy kawał polskiego wybrzeża! :)


Świetna i bardzo pożyteczna inicjatywa! Co można znaleźć w czasie takich porządków? 

Wszystko. Plastikowe i szklane butelki, różne części garderoby, resztki lampionów, części elektroniki, styropianu, metale, gazety, dziecięce zabawki a nawet .... wielką butlę gazową. 

Na to wszystko trzeba znaleźć czas... nie da się pracować w biurze, na pełnym etacie i być ciągle w rozjazdach. Często słyszę od różnych osób, że rodzina oraz zawodowe obowiązki nie pozwalają im na realizowanie się w tym, co się lubią robić najbardziej.

Robię wszystko, by móc surfować. Rodzina jest najlepszą motywacją, aby wziąć się do roboty. Człowiek ma więcej obowiązków i jest po prostu więcej do planowania a dzięki temu uczy się dobrej organizacji czasu. Wiadomo, że w takiej sytuacji trudniej jest wyjechać spontanicznie, z dnia na dzień, ale mając wyrozumiałą i wspierającą partnerkę, wszystko można jakoś pogodzić.

 Oprócz prowadzenia strony i dzielenia się wiedzą organizujesz też wyjazdy surfingowe. 

SurfCampy organizuję już od kilku lat, mam w tym doświadczenie, sprawia mi to dużą przyjemność, zacząłem więc organizować także komercyjne wyjazdy. Dzięki temu ludzie, którzy chcą rozpocząć przygodę z surfingiem nie muszą jechać w ciemno, nie wiedząc czy będą dobre warunki itd. Mogą skorzystać z dobrze zorganizowanych wyjazdów, z osobami,  dla których surfing jest wielką pasją. No i takiego klimatu nie uświadczą nigdzie indziej... :)

Dziękuję za rozmowę i życzę Ci dalszego spełniania się w tym, co kochasz robić!

18.11.13

O pastéis de Belém i długich spacerach

W niedzielę słońce wyszło z powrotem zza chmur racząc nas cudownym światłem. Jak wspominałam w poprzednim wpisie, dość niefortunnie zaplanowałyśmy na ten dzień wizytę w Klasztorze Hieronimitów w Belém. Tego dnia, w godzinach 10-14 wstęp jest darmowy (zamiast 7 EUR). Spodziewałam się kolejki, ale to, co się  tam działo ścięło mnie z nóg. Na parkingu stało kilkadziesiąt autokarów. Tego dnia niby grupy nie są obsługiwane, ale co z tego, jeśli organizatorzy perfidnie wykorzystują fakt, że mogą na grupie przyoszczędzić i ustawiają ich w kolejce, aby każdy sam  swoje odstał udając, że nie jest z grupą? Do ok. 1.5h kolejki pragnę dorzucić pana grającego przed wejściem na flecie, grupę muzyczną z jednego z uniwersytetów oraz grupę wrzeszczących i biegających cygańskich dzieci z matkami sprzedającymi  chusty, szale i tandetną biżuterię, kręcąc się między ludźmi a ich torebkami. 
Dzień był zbyt ładny, by stracić go na ten tłum i wszelkie dołączone do niego atrakcje. Wybiorę się do klasztoru następnym razem, tym razem odpłatnie, bo mimo, że też są chętni, to w godzinach porannych w dni robocze naprawdę idzie to bardzo sprawnie.
Kolejka kolejce nierówna i są w Belém takie, w których zawsze warto stanąć.  Mam na myśli oczywiście boski przybytek serwujący od 1837 roku świeżutkie pastéis de Belém, oparte na tradycyjnej recepturze. W swoim życiu zjadłam tych ciastek dziesiątki, ale magia tych konkretnych nadal na mnie działa. Są po prostu najlepsze! Ten słodki, budyniowy zapach, jeszcze świeżych, wyjętych właśnie z piekarnika jest rozwiązaniem zagadki - ich babeczki są zawsze gorące, kilka chwil temu upieczone, a ich mleczno-jajeczny krem rozpływa się w ustach. Kupując na wynos, dostajemy małe torebeczki z cukrem waniliowym i cynamonem, by posypać  je na chwilę przed zjedzeniem. A zjemy je od razu, wierzcie mi, płacząc z zachwytu.
My nasze zjadłyśmy w okolicznym parku, wystawiając blade twarze w kierunku słońca. Oczywiście pomyliłam cynamon z mokrą chusteczką do wytarcia rąk po jedzeniu (ciasteczka są dość tłuste) i radośnie rozerwałam ją nad granatowymi spodniami a potem w histerii wytarłam to tłustymi rękami. Brawo, Aga, brawo!
Tutaj powraca odwieczny temat - ile pastéis można zjeść naraz? Ja nie jestem w stanie zmieścić więcej niż dwóch a ich kupowanie ma wg mnie sens tylko wtedy, gdy je zjemy od razu, na ciepło. Zawsze fascynują mnie ludzie kupujący 40 sztuk a jest ich naprawdę wielu. Wycieczki zwykle jedzą na miejscu (pastelaria składa się z kilku sal i jest naprawdę ogromna) a ja patrzę z podziwem i niedowierzaniem za  prywatne osoby płace 50 EUR za 4 pudełka babeczek. Ale kto bogatemu zabroni.
Z klasztoru jest tylko kilka kroków nad rzekę Tag. Jest tu deptak spacerowo-biegowo-rowerowy, widok na Most 25 kwietnia i figurę Cristo Rei, a także Pomnik Odkrywców.
Bardzo go lubię, jest piękny a jego lokalizacja przywołuje na myśl czasy wielkich odkryć geograficznych, statki na których odkrywcy wyruszali w poszukiwaniu nowych ziem. Są tu postaci żeglarzy, ale nie tylko. Wśród nich Henryk Żeglarz, Vasco da Gama, Ferdynand Magellan oraz Luís de Camões. Tego dnia na Tagu odbywały się chyba jakieś mini regaty, bo było dookoła mnóstwo żaglówek.
Niedaleko pomnika jest też słynna wieża Torre de Belém. My tym razem sobie ją odpuściłyśmy, ale warto wiedzieć, że idąc do klasztoru można kupić podwójny bilet za 10 EUR, uprawiający też do wstępu do wieży (wg mnie warto się do niej przejść). Kupując osobno zapłacimy 12 EUR. Różnicę warto wykorzystać na ciepłe ciastko!
My zamiast w kierunku wieży, udałyśmy się na stację kolejową, aby złapać pociąg w kierunku Cascais. Tym razem planowałyśmy wysiąść wcześniej. Trasa pociągu jest bardzo malownicza, duża część wiedzie wzdłuż Tagu a potem Oceanu, ale jest kilka przystanków, gdzie jedzie się nie mijając wybrzeża, np. Carcavelos, gdzie chciałyśmy akurat się dostać. Wysiadłyśmy w Oeiras - nie polecam, bo do plaży idzie się 35 min a samo miasto nie jest zbyt ciekawe, a potem już promenadą doszłyśmy do Carcavelos.
Ta miejscowość położona około 12 km od Lizbony znana jest głównie z bardzo dobrych warunków do surfingu, odbywają się tu także zawody i mistrzostwa.
W czasie naszego pobytu w Portugalii Ocean był wyjątkowo spokojny, więc dla osób bardziej zaawansowanych raczej mało atrakcyjny. Skorzystały jednak na tym osoby zaczynające przygodę z surfingiem, a było ich bardzo dużo. Przy plaży są wypożyczalnie desek i szkółki, a także bary, restauracje. Pełen serwis na miejscu.
 Chętnych do łapania fali nie brakowało. Tylko szkoda, że tych fal nie było...
Poniżej młode dziewczyny idące w kierunku plaży. 
Plaża w Carcavelos jest szeroka, piaszczysta, nadająca się zarówno do biernego odpoczynku na leżaku jak też czynnego - są m.in. boiska do gry w piłkę plażową.
Widoczny w oddali budynek to fort  São Julião da Barra, który kiedyś miał za zadanie chronić miasteczko przed statkami wroga a dziś jest budynkiem rządowym.
Ponieważ pogoda była piękna, zdecydowałyśmy się na spacer wzdłuż wybrzeża. Nie przewidziałyśmy jednak, że do najbliżej stacji jest blisko 5 km, a po drodze nie będzie żadnego sklepu. Woda w butelkach skończyła się po kilometrze, więc gdy dotarłyśmy do São Pedro do Estoril, rzuciłyśmy się na automat z napojami.
Razem z dojściem ze stacji nasz spacer wyniósł ok. 10 km, głód zaczął nam dokuczać, przejechałyśmy więc 3 stacje do Cascais i poszłyśmy na obiad tam gdzie dzień wcześniej. Na głównym rynku w miasteczku odbywał się koncert,  mały i kameralny, ale chłopaki mieli piękne głosy i fantastycznie grali, więc nie śpiesząc się nigdzie spędziłyśmy sporo czasu słuchając ich występu. Lubię się nie śpieszyć. Kiedyś leciałam jak szalona, aby odhaczyć punkty a,b,c...z. Dziś umiem odpuścić połowę alfabetu, aby cieszyć się tą konkretną, piękną chwilą.
Wróciłyśmy do Lizbony zadowolone, ale zmęczone. Szybki prysznic i spacer w kierunku Alfamy na spotkanie. Zleciało szybko. Tylko 1 dzień dzielił nas od powrotu..

15.11.13

Czy z tej chmury będzie deszcz?

W sobotę zaczęło się chmurzyć, co nie było nawet dużym zaskoczeniem, bo przed wyjazdem dokładnie sprawdziłam prognozy. Tego dnia planowałyśmy się wybrać w kilka zamkniętych miejsc, ale popełniłyśmy błąd przekładając je na niedzielę (czemu błąd? napiszę w kolejnym wpisie). Rano poszłyśmy na kawę i ciastko, a następnie na targ Mercado da Ribeira, który był dla mnie największym rozczarowaniem wyjazdu.
Byłyśmy na miejscu ok. 10 a na targu nie było praktycznie nic. Pusta hala, kilka osób z niewielkim wyborem warzyw, kawałek dalej kilka stoisk z rybami i kwiatami. 
Ruszyłyśmy w kierunku dzielnicy Lapa, ale dookoła nie było nikogo, senna aura chyba zatrzymała większość osób w łóżku. Trochę się pokręciłyśmy, ale wszystko było pozamykane, nawet nie miałyśmy gdzie wypić kawy. Ponieważ byłyśmy kilka kroków od stacji Cais do Sodré od razu spojrzałyśmy na siebie wymownie i bez słów było jasne, że tam idziemy, aby złapać najbliższy pociąg do Cascais. Od kiedy w Lizbonie wprowadzono karty biletowe, na których programuje się pewną kwotę pieniędzy, straciłam rachubę co ile kosztuje, ale z przykrością stwierdzam, że ceny transportu przez ostatnie lata poszły ostro do góry, bo mam wrażenie, że co chwilę doładowywałam kartę. W 2005 roku bilet na 10 przejazdów metrem kosztował..., w 2010 za 1 przejazd liczyli 0,90 EUR a teraz ponad 1,40 EUR. Ehhhhh.
Moją ulubioną formą zwiedzania są zawsze własne nogi i spacer. Uwielbiam chodzić i sprawia mi to wielką przyjemność. W przypadku Lizbony niektóre odległości są jednak dość duże (do Parku Narodów jest 12 stacji metra, do Belém blisko 10 km), poza tym warto przejechać się tramwajem 28 czy windami - dla przyjemności, więc myślę, że komunikacja wraz z dojazdami pod Lizbonę wyniosła nas ok. 35 EUR/1os.
Pociąg do Cascais jedzie do 40 minut, w zależności od tego, na ilu stacjach staje a większa część trasy prowadzi wzdłuż Tagu a potem oceanu, jest więc malownicza. Przejazd w jedną stronę kosztuje teraz jak sądzę ok. 3.5 EUR/1os (równowartość jest ściągana z tej samej karty, z której korzysta się w mieście, co jest wygodne).
Ponieważ pogoda nie sprzyjała, w miasteczku było niemalże pusto. Na głównej ulicy kręciło się kilka osób, ale plaże były wyludnione. Spędziłyśmy trochę czasu słuchając Brity, niemieckiej wokalistki, śpiewającej po angielsku własne piosenki, zbliżone do twórczości Norah Jones, którą obydwie z Mamą bardzo lubimy. Udało nam się chwilę z nią porozmawiać i kupić płytę. Co ciekawe, wieczorem spotkałyśmy ją przy stacji  metra Baixa-Chiado w Lizbonie, gdzie śpiewała otoczona znaczną grupą słuchaczy.
W Cascais jest mnóstwo komercyjnych, dość drogich restauracji nastawionych na turystów. Poznać je można po ... naganiaczach. Ja wchodzę wyłącznie do tych lokali, gdzie w spokoju mogę przejrzeć kartę nie wciągana do środka przez nikogo. Tym razem wybrałyśmy pastelarię, gdzie można było zamówić np. zupę dnia czy omlet.
A na deser miniaturowe wypieki z mojej ulubionej cukierenki Panisol :)
Pokręciłyśmy się trochę po miasteczku, a potem poszłyśmy na spacer do Estoril.
  Promenadą nad Oceanem to zaledwie 20 minut, bardzo przyjemny jeśli nie pada.
 Pomimo, że było pochmurno, to temperatura wynosiła ok. 20*C, więc dość dużo.
Wieczorem wybrałyśmy się na zakupy i na dłuższy spacer po mieście, ale nie miałam jakoś weny na robienie zdjęć, uznałam więc, że nic na siłę. Na niedzielę miałyśmy dużo planów i dzień zapowiadał się intensywnie. Noc była ciepła i zapowiadała powrót pogody. Położyłyśmy się dość wcześnie spać i chociaż raz w czasie pobytu udało mi się wyspać :)
TOP