23.12.13

Świąteczne dekoracje w Warszawie 2013/2014

Zbliżają się Święta, magiczny czas. Obserwuję wieeeelką gonitwę za prezentami - kto da więcej, ładniej, oryginalniej. Słucham i czytam, czego ludzie sobie życzą - dobrej pracy, podróży, niskiego kursu franka. Gazety piszą o noworocznych postanowieniach: jeść lżej, schudnąć, mniej palić, co kilka dni stawiać się na siłowni, skończyć kurs fotografii, nauczyć się jeździć na koniu i oszczędzać.
Zastanawiam się, czemu nikt nikomu nie życzy, żeby w końcu zaczął cieszyć się tym, co ma, dostrzegać i doceniać ludzi którzy go na co dzień otaczają, szukać piękna w sobie i innych?
Każdego dnia słyszę od różnych osób, co chciałyby mieć, gdzie chciałyby być, co chciałyby robić, a tymczasem od wielu lat stoją w tym samym miejscu, nie ruszając się nawet o mały krok do przodu.   Też daję się w to wkręcić i powtarzam często, czego bym od życia chciała, co bym chętnie zmieniła.
Ale wiecie co? Pomimo, że nie jest idealnie, to bardzo cieszę się z tego, co mam. Czytaliście książkę "Skafander i motyl"? O redaktorze francuskiego ELLE, który po udarze stracił czucie w każdej części ciała, poza jedną powieką? Leżąc w szpitalu myślał o popełnionych błędach i straconych szansach.
Gdyby tak na spokojnie pomyśleć, okazuje się, że najważniejszym, co w życiu mam są sprawne ręce i nogi, myśląca głowa i zdrowie, nie do końca perfekcyjne, ale jednak pozwalające sprawnie funkcjonować i być całkowicie niezależną od nikogo. Kto docenia na co dzień takie "szczegóły"?
Chciałabym mieć ciekawszą pracę i pieniądze, by w marcu polecieć z koleżanką na podbój parków USA, ale godzę się z myślą, że poleci z kimś innym. Moje życie nie do końca wygląda tak, jakbym sobie marzyła, ale co rano czeka mnie kolejny dzień, a ja mam duży wpływ na to, co z nim zrobię. Żeby była jasność - jestem jak najbardziej ZA samorozwojem, zdrowym jedzeniem, schudnięciem, zmianą pracy na lepszą, ale tylko wtedy, jeśli nie jest to głównym celem naszego życia i jeśli przy tym nie odkładamy wielu rzeczy na "będę szczęśliwy wtedy, gdy osiągnę to czy tamto a teraz jeszcze nie". Myślę, że im bardziej polubimy siebie dzisiaj, tym łatwiej i naturalniej będzie nam iść do przodu jutro.
Staram się nie oczekiwać zbyt wiele od ludzi. Ania z Zielonego Wzgórza powiedziała kiedyś do Gilberta, że zrozumiała, iż w życiu ważne jest nie to, co świat ma do zaoferowania jej, ale to, co ona ma do zaoferowania światu. I coś w tym jest. Zamiast działać, często czekamy, a zamiast wyjść z inicjatywą mamy nadzieję, że ktoś coś zrobi, czegoś się domyśli, zareaguje i zachowa się tak jak sobie założyliśmy. Mam w swoim bliskim otoczeniu osobę, której jest ciągle źle, bo nie dostaje od innych tego, czego oczekuje, tego co uważa, że dostać powinna, że bliscy zachowują się inaczej niż ona by się zachowała i ciągle nam powtarza, że jest nieszczęśliwa, swoje szczęście uzależniając od tego, co zrobią inni ludzie, a nie od tego, co sama może zrobić i przeżyć. Szkoda.
 
Biegamy za prezentami, zastanawiając się, co możemy komuś DAĆ, żeby było mu miło albo jak komuś pomóc. Kupujemy różne rzeczy, aby uspokoić sumienie. Pamiętam jak byłam jeszcze w szkole podstawowej, która graniczyła przez siatkę z Domem Dziecka i większość moich kolegów oraz koleżanek z klasy wychowywała się właśnie tam. Siedziałam kiedyś z jedną dziewczynką na trzepaku a ona powiedziała, że ma dość miśków i zabawek, które ciągle do nich przyjeżdżają, a także wolontariuszy, którzy przychodzą, aby w grupie porysować czy pooglądać telewizję. Ona najbardziej czekała na chwilę, gdy ktoś usiądzie obok, okaże jej zainteresowanie, spyta, o czym marzy i za czym tęskni. Na tę chwilę, gdy ktoś ją zauważy, tak po prostu i gdy poczuje się ważna.
Czego życzę Wam na nadchodzące Święta? Zwolnienia tempa, uważnego rozejrzenia się dookoła. Leniwego przeciągania się w łóżku w Świąteczny poranek z myślą, jak dobrze być tu gdzie jestem. Jak cudownie czuć każdą część swojego ciała, wejść pod prysznic i docenić ciepło wody na skórze. Ubrać się i o własnych siłach dojść do stołu, gdzie czekają najbliżsi. Cieszyć się smakiem potraw, a przede wszystkim słuchać, co otaczający nas ludzie mają do powiedzenia. Niczego z góry sobie nie zakładać, na nic nie liczyć, nie układać scenariuszy oraz nie oczekiwać, że ktoś czyta nam w myślach. Rozkoszować się chwilą, smakami, zapachami, kolorami, uśmiechami. Brać życie takie jakim jest. A na koniec chciałabym, żebyście znaleźli 10 minut i obejrzeli filmik umieszczony na malinowa.tv. Wesołych Świąt i Szczęśliwego Nowego Roku Kochani!

19.12.13

Jarmarki bożonarodzeniowe w Dreźnie - relacja

Drezno zdjęcia
Jak pewnie pamiętacie, w sierpniu na zaproszenie przewoźnika autokarowego ECOLINES miałam okazję wybrać się do Wilna na weekend. Wyjazd był naprawdę udany, bardzo się więc ucieszyłam, gdy dostałam ponowną propozycję skorzystania z przejazdu ich autokarem.
Jarmark bożonarozeniowy w Dreźnie
Tym razem mogłam wybrać dowolne miasto docelowe i nie ukrywam, że pierwsza radość przeszła w przerażenie, gdy zorientowałam się, że siatka tego przewoźnika jest mocno rozwinięta (z Dworca Zachodniego w Warszawie jeżdżą w kilkadziesiąt miejsc). Długo się zastanawiałam, gdzie chciałabym pojechać i stwierdziłam, że warto z tej okazji spełnić jedno z marzeń z mojej Listy Marzeń. Wybrałam Jarmark Świąteczny, a z pomocą koleżanki doprecyzowałam kierunek - padło na Drezno, centrum niemieckiej Saksonii.
Autobusy ECOLINES mają dużo tras nocnych, co jest bardzo wygodne. W piątek po pracy zdążyłam jeszcze spakować małą walizkę i zjeść z sąsiadką kolację, bo dopiero o 23.00 musiałam być na dworcu. Autokary są komfortowe Tym razem: sporo miejsca na nogi, rozsuwane fotele, wifi, Pani z obsługi, która dość sprawnie skontrolowała dokumenty, wytłumaczyła każdemu jak będzie wyglądała podróż, rozdała kocyki.
Jarmark w Dreźnie sery
Myślę, że warto wspomnieć, że ECOLINES mają zwykle długie trasy, takie jak nasza: Wilno-Stuttgart, więc ponad 24h jazdy (!), w związku z czym towarzystwo na pokładzie jest międzynarodowe. Pani z obsługi nie była Polką, ale dużo po polsku rozumiała, znała też język angielski, więc bez problemu można było się porozumieć. Do Drezna podróż upłynęła szybko i sympatycznie, spałyśmy smacznie i dojechałyśmy o 11.00 wyspane.
Pierniki na jarmarku bożonarodzeniowym
Jedyny nocleg jaki udało nam się znaleźć w rozsądnej cenie (okres jarmarków jest  mocno obłożony) według mapy znajdował na drugim końcu miasta. Byłam tym nieco zmartwiona, ale okazało się, że obiekt jest przeuroczy, komunikacja z centrum dobra, a miasto nie jest ogromne, więc spokojnie z hostelu na jarmark przeszłyśmy piechotą w ok. 30 minut.
Drewniane zabawki jarmark w dreźnie
Na pierwszy jarmark. Z wielu! Miasto przygotowało czytelne informatory z mapką, gdzie oznaczono każdy z aż 11! Najbliżej nas były Augustus Market i Neustadt Advent in the Baroque Quarter. Od razu poczułyśmy klimat światełek, girland i stoisk z różnymi cudami!

Zdjęcia które widzisz w tym wpisie są miksem wszystkich jarmarków, które miałyśmy okazję odwiedzić w czasie naszego weekendowego pobytu (byłyśmy na 9). Są one podobne, według mnie niczym szczególnym żaden z nich się nie wyróżniał poza położeniem i zatłoczeniem.
Co na jarmarku robić można? Na pewno jeść!!! Powiem szczerze, że byłam w tym temacie lekko zaskoczona, bo spodziewałam się wielkiego wyboru wszystkiego, a tymczasem menu było dość monotonne, szczególnie dań wytrawnych. Zależało mi, aby spróbować flamkuchen, widziałam te przypominające pizzę placki w zaledwie kilku miejscach, ale zachęciły mnie wyglądem tylko u tego miłego Pana poniżej.
Co ciekawe, z 6 rodzajów wypisanych na liście, miał dostępną wyłącznie wersję wegetariańską, co dla mnie było ok, ale odstraszyło wielu klientów spragnionych cięższych smaków. Nasza wege-wersja była super lekka i smakowała nam bardzo. Zamówiłyśmy tylko jedną (5,5EUR) i zjadłyśmy na pół, aby zaspokoić pierwszy głód.
Największą popularnością na jarmarku cieszy się oczywiście grillowana kiełbasa w bułce czyli bratwurst (2,5-4EUR), w kilku wersjach. To szybka przekąska, która sprzedaje się chyba w tysiącach sztuk na godzinę i jest praktycznie na każdym kroku.
Poza tym pojawiały się zupy, gulasze, zapiekanki i trochę smaków z innych krajów jak np. węgierski langosz, który dla mnie jest czymś totalnie niezjadliwym i mój żołądek miał skurcze na sam jego widok (a muszę przyznać, że widziałam go w rękach turystów ciągle!).
Słodyczy było sporo, chociaż na większości stoisk w sumie też się powtarzały. Główną atrakcją było pełne bakalii, świąteczne ciasto dresden stollen, ale to do kupienia raczej na wynos, podobnie jak pięknie opakowane, malowane pierniki czy suszone owoce. Zjeść na miejscu można np. owoce w czekoladzie (byłam bardzo zaskoczona, gdy okazało się, że na patyk nabito surowe, twarde, zielone jabłko ze skórą polane czekoladą, spodziewałam się raczej miękkiego a już z pewnością bez skórki, ale może mam dziwne wymagania :)). 
Poza tym serwowano pieczone jabłka z bitą śmietaną i sosem (od. 3 EUR wzwyż), kasztany jadalne (od 2 EUR za małą paczuszkę) i znany mi z Czech Trdelnik z cukrem (4E UR). Nos miło łaskotał zapach prażonych orzechów w lukrze, ale nie próbowałyśmy ich.
Poza tym nabrałyśmy się na coś, co wyglądało jak wielki, super niezdrowy pączek oblany czekoladą, w kształcie gwiazdy, a okazało się mdłym, miękkim preclem bez smaku (3.5 EUR).
Z jedzenia można też kupić lokalne wędliny, kiełbasy, sery, przetwory, przyprawy, zioła, miody, ciasta i ciastka. Ceny jarmarkowe, czyli raczej mocno zawyżone, ja skusiłam się jedynie na kulki marcepanowe dla babci (4EUR) a potem zobaczyłam w sklepie większe dużo pudełko za niecałe 3 EUR a takich samych rozmiarów torebkę za jedynie... 0,70 EUR.
Ceny dekoracji i zabawek były zawrotne. Ozdobne gwiazdy po 40 EUR, małe maskotki od 20 EUR wzwyż, rękawiczki też od 20EUR, breloczki pluszowe od 15EUR, bombki paczka od 30 EUR, figurki z drewna od 5 EUR za miniaturki niewiele większe od naparstka, więc nie muszę chyba mówić, że większość całkowicie poza moim budżetem.
  Kupiłyśmy jedynie mieszankę przypraw na 4 butelki grzanego wina (1.5EUR).
No właśnie, glühwein, czyli grzane wino jest absolutną gwiazdą dni i wieczorów. Piją je wszyscy, wszędzie. Do kupienia na każdym kroku, a w oczach mienią się tylko kolorowe kubki. To jest coś, co podobało mi się bardzo - podchodzę do lady, proszę 2 wina, płacę ok. 10EUR, dostaję 2 parujące kubeczki z wesołym, świątecznym wzorkiem, wypijam, po czym decyduję co dalej - mogę sobie kubek zatrzymać jeśli chcę lub zwrócić i otrzymać zwrot ok. 5 EUR. O wiele fajniejszy to klimat niż smutny, biały, plastikowy jednorazowiec.
  Wina sobie nie żałowałyśmy, chociaż też bez przesady, chodziło bardziej o to, aby się ogrzać.
 Jarmark w Dreźnie wedłuh informatora dla turystów jest najstarszym w Niemczech i odbywa się od 1434 roku! W dzisiejszych czasach jest to impreza organizowana z dużym rozmachem.
Nie mogłyśmy doczekać się, aż zajdzie słońce i zrobi się ciemno, bo wtedy dopiero zaczynają się jarmarkowe czary i całość zaczyna robić niesamowite wrażenie.
 Tysiące światełek, niewidoczne za dnia postaci jakby ożywają dzięki podświetleniu.
 Wszystko zaczyna się mienić i błyszczeć, nabiera świątecznego, ciepłego charakteru.
 Warto wiedzieć, że jarmark trwa od 10 do 21, więc zamykają dość wcześnie.
 Poniżej: główny Strizelmarkt usytuowany na Starym Mieście, prezentuje się chyba
 najlepiej i jest najbardziej różnorodny, więc zdecydowanie najwięcej na nim osób.
 Mi osobiście najbardziej podobał się jednak mniejszy, bardziej kameralny jarmark
  na Nowym Mieście,z którego nie wiem czemu, ale praktycznie nie mam żadnych zdjęć.
Fajnie, że ciągle spotykaliśmy ludzi o kulach, na wózkach, niepełnosprawnych także umysłowo. Cieszy mnie, że opuszczają mieszkania i ruszają wśród ludzi a z tego co obserwowałam, spotykali się z troską i opieką. Sporo też było rodziców z dziećmi.
 Samo Drezno jest ładnym miastem, warto trochę się pokręcić po uliczkach i głównych zabytkach. Miałam wielką chęć, aby wejść do galerii Zwinger, ale nie starczyło czasu.
W Dreźnie spędziłyśmy prawie całą sobotę i niedzielę do godziny 17. Udało nam się zrobić zakupy (chociaż nie ukrywam, że w sklepach, a nie na samym jarmarku), zjeść kilka przysmaków, na które polowałyśmy, spróbować grzanego wina i zrelaksować  się z daleka od domu. Podróż powrotna powiem szczerze, że była dość męcząca, bo w autobusie było strasznie gorąco i brakowało mi indywidualnego nawiewu, bo przy dużej liczbie osób na pokładzie nigdy nie da się dogodzić każdemu, ale tym razem  temperatura była bardzo wysoka. Spotkałam się z tym po raz pierwszy w autobusie ECOLINES, mam nadzieję, że było to jednorazowe zdarzenie. Pomimo tego, nadal polecam tego przewoźnika, ponieważ autobusy są wygodne, a ceny niewygórowane. 

⇒⇒⇒ Zobacz też wpis JARMARKI BOŻONARODZENIOWE W BERLINIE ⇐⇐⇐

16.12.13

Z Agnieszką - o miłości do Sardynii, pasjach i o tym, że doba bywa za krótka :)

Agnieszkę poznałam w niestandardowy sposób. Moja chrzestna powiedziała, że zna osobę, z którą mogłabym się dogadać, bo obydwie lubimy podróże i nie umiemy za długo usiedzieć w miejscu,  jesteśmy ciekawe świata, chcemy się rozwijać, doskonalić, mamy dużo zainteresowań. Od pierwszego e-maila okazało się, że mamy mnóstwo tematów do rozmów. Z każdym kolejnym czułam, że Aga jest idealną kandydatką do cyklu "Inspiracje" a jej liczne pasje i pogoda ducha są dobrym wzorem do naśladowania. Zapraszam na rozmowę z prawdziwym wulkanem energii! :)

Od zawsze byłaś bardzo aktywna, już od młodych lat kombinowałaś jak dorobić sobie do kieszonkowego i po prostu "działać". Potem świadomie ukończyłaś pedagogikę specjalną, w czasie studiów pracowałaś z dziećmi, głównie niepełnosprawnymi. Zawodowo nie miałaś jednak nic wspólnego z turystyką, opowiedz więc co się stało, że poszłaś w tym kierunku?

Pewnego dnia siostra podsunęła mi ogłoszenie o kursie na animatora czasu wolnego w wakacyjnych, polskojęzycznych mini-klubach dla dzieci. Kurs organizował jeden ze znanych touroperatorów, a praca miała polegać na organizowaniu czasu dzieciom turystów, spędzających urlop w zagranicznych kurortach. Ukończyłam kurs, po czym pomyślnie przeszłam ogólnopolski proces rekrutacji i tzw. staż na destynacji. Okazało się jednak, że to dopiero początek - praca z dziećmi wymaga dużej wiedzy, szerokich umiejętności i przygotowania wykraczającego znacznie poza to, czego się dowiedziałam na studiach pedagogicznych. Wiedziałam, że muszę się doskonalić, aby być dobra w tym, co robię.

W każdym kolejnym e-mailu informowałaś mnie o nowych kursach i umiejętnościach, które udało Ci się zdobyć w przerwie między poszczególnymi wiadomościami a ja przecierałam oczy ze zdumienia zastanawiając się - "kiedy Ona to wszystko robi"????

Myślę, że jak powiedziało się A, trzeba powiedzieć też B :) Starałam się wykorzystywać wszelkie możliwe okazje do doskonalenia zawodowego. Między sezonami nabywałam dalsze uprawnienia pilota, rezydenta, czasem wyjeżdżałam z grupami i pracowałam "za biurkiem" u touroperatora, co pozwoliło mi lepiej poznać branżę turystyczną. A w wolnych chwilach pracowałam też poza nią: w fundacji, w urzędzie statystycznym, w banku... Myślę, że dziś z czystym sumieniem mogę powtórzyć za Ireną Kwiatkowską "Jestem kobietą pracującą i żadnej pracy się nie boję!" ;)



Czy Twoja doba w jakiś magiczny sposób jest dłuższa niż nasze standardowe 24h ?!

Nie! Wszystko da się pogodzić jeśli się chce, ale oczywiście wymaga to zaangażowania i dobrej organizacji czasu. Lubię jak się dzieje! A kursy i szkolenia w których brałam udział dały mi bardzo dużo, bo trafiłam na fantastycznych szkoleniowców, a to tak naprawdę podstawa. Pewnego dnia doszłam do demotywującego wniosku, że po każdych zajęciach uświadamiam sobie, ilu rzeczy nie wiem i nie umiem! Z drugiej strony, to dobry wniosek, bo po pierwszej oznacza, że mam zdrowe podejście do siebie i nie uważam, żebym była dobra we wszystkim a po drugie pozwala wierzyć, że jeszcze wielu rzeczy mogę się nauczyć, że przede mną dużo wyzwań i szans na samorozwój.

  Gdzie byłaś jako animator i czym się właściwie zajmowałaś? Jak wyglądał Twój dzień?

Najpierw było Rodos. Cudne miejsce, długo by można opowiadać... Ale dopiero Sardynia zawładnęła moim sercem! Nie uważam się za osobę romantyczną, ale kiedy zobaczyłam tę wyspę po raz pierwszy, uwierzyłam w miłość od pierwszego wejrzenia! W kolejnych dniach wszystko zachwycało mnie tak samo, a może nawet bardziej. Pracowałyśmy z dorosłymi i z dziećmi, dzieląc się obowiązkami w ciągu dnia - np. ja spędzałam czas z dziećmi, a w tym czasie koleżanka prowadziła zajęcia w stylu gimnastyka, ćwiczenia grupowe, kursy tańca. Wieczorne animacje, tzw. show - kabarety, spektakle, musicale przygotowywałyśmy razem z animatorami hotelowymi. Raz w tygodniu odbywał się dzień transferowy, czyli wymiana turnusów, co wiązało się z wyjazdem na lotnisko i pomocą turystom w zakwaterowaniu. To tyle w skrócie, bo doba animatora trwa jakieś 40h i ciężko ją opisać ze szczegółami.



Jakie trzeba mieć cechy by móc wykonywać ten zawód? Wielu moim klientom kojarzy się on z panią "co pomacha trochę rękami, uśmiechnie się, wyjmie kredki i jej za to zapłacą. Zajęcie idealne, bo niewiele się narobi, opali się i przebywa na wiecznych wakacjach!". 

Niezupełnie... Dobry animator musi być przede wszystkim elastyczny, umieć dostosować się do różnych miejsc i sytuacji, do pracy z najróżniejszymi ludźmi, potrafić pracować w każdych warunkach. Musi być wytrzymały, sprawny fizycznie, radzić sobie ze stresem i zmęczeniem, mieć pojęcie o wielu aktywnościach ruchowych, odpowiednich dla różnych grup wiekowych. Sprawdzą się osoby pomysłowe, kreatywne, mające sto pomysłów na minutę, umiejące działać spontanicznie a przy tym mające świadomość odpowiedzialności za to, co robią i za słowa, które wypowiadają. Trzeba też być bardzo odpornym psychicznie i przygotowanym na długie rozłąki z najbliższymi. Jest to praca sportowo-artystyczna, trzeba być w ciągłym ruchu, więc wiadomo, że nie odpowiada ona każdemu. Razem z próbami nasza praca często trwa kilkanaście godzin na dobę, a wydarzenia dnia ciężko jest przewidzieć, bo może wystąpić dużo niespodziewanych sytuacji. Lekko nie jest, ale nikt nie obiecał, że będzie :) Jeśli wkłada się w to serce, to usłyszane z ust turystów "dziękujemy za wspaniały urlop!" cieszy i rekompensuje wszelkie trudności.

Gdy pół roku temu napisałaś mi, że ukończyłaś kolejny kurs i jesteś certyfikowanym instruktorem Bokwa ® fitness, byłam trochę zdziwiona, bo nigdy o czymś takim nie słyszałam. Fakt, że już to umiesz, nie był nawet zaskakujący... ;) Ale czym jest bokwa?!

Siostra (znowu! chyba powinnam i z nią zrobić wywiad! - przyp. Ajki) pokazała mi w sieci informację o Bokwa®, która nadciąga do Polski. Jeszcze zanim skończyłam czytać artykuł czułam, że ten rodzaj fitnessu ma niesamowity, wielowymiarowy potencjał. Na co miałam czekać, już tego samego dnia byłam zapisana na szkolenie instruktorów, bo uderzyło mnie, że Bokwa® jest inna i każdy może brać udział w zajęciach, ćwicząc w swoim własnym tempie. W Polsce Bokwa® jest od nieco ponad roku a już zainteresowanie nią rośnie. Rotacja na zajęciach jest na razie duża, bo wiele osób jest ciekawych o co w tym chodzi, ale mam już swoją stałą grupkę osób, które ćwiczą ze mną od samego początku. Czym jest Bokwa®? Często słyszę, że to "trochę jak zumba, ale nie zumba", jednak nie mają one ze sobą nic wspólnego. Bokwa® nie ma kroków tańców latynoamerykańskich, nie ma choreografii. Z zumbowiczami nie konkurujemy, ale współpracujemy urządzając wspólne maratony!



Ufff. Powiedz coś więcej o samych zajęciach. Obserwując zdjęcia, którymi się dzielisz Bokwa® kojarzy mi się z czymś: szybkim, pozytywnym, kolorowym i pełnym energii.

Uczestnicy zajęć za pomocą swoich kroków "rysują" na podłodze kształty liter i cyfr, równocześnie wykonując energetyczny trening cardio. Oczywiście w rym muzyki. Co ważne kroki Bokwa® bazują na kształtach liter i cyfr, więc ćwiczenie nie wymaga liczenia kroków, jak w tradycyjnym systemie 8-bitowym, który jest realizowany przez większość programów fitness. Tutaj wystarczy poczuć muzykę, swobodnie poruszać się zgodnie z rytmem. Ćwiczyć może każdy, 4-letnie dzieci i 75-letni emeryci, a nawet osoby, które twierdzą, że mają "dwie lewe nogi" i nie potrafią tańczyć. Podczas zajęć można spalić nawet 1200 kcal na godzinę i to w sposób pobudzający i  przyjemny. Bokwa® bardzo polubili też moi klienci na Sardynii.

Aż boję się zapytać czym zajmujesz się teraz i jakie masz plany na najbliższą przyszłość.

W tej chwili na co dzień zajmuję się fitnessem i doszkalam - zarówno pod kątem turystyki jak też prowadzenia zajęć z Bokwa®. Kontynuuję studia, jeżdżę na eventy, wyjeżdżam za granicę, by poznawać nowe miejsca i ludzi. W tym roku byłam m.in. w Barcelonie, Paryżu, Tunezji, UK, niedawno także w Rzymie i planuję Maroko. Na razie skupiam się głównie na tym, ale jest kilka innych dziedzin, w których realizuję się "po pracy" (m.in. piszę poezję i prozę, należę do klubu filmowego, pojawiam się na torze kartingowym, kiedyś chętnie wystartowałabym w rajdzie, ale ciągle brakuje czasu, a póki co śmigam po Warszawie na rowerze, by nocą wrócić do domu). Odwiedzam szkoły i przedszkola, opowiadam dzieciom o znaczeniu ruchu i zdrowego żywienia. Kiedyś chodziłam na zajęcia z tańca brzucha, ale z powodu napiętego grafiku musiałam zawiesić tę aktywność, mam nadzieję, że nie na długo. Chciałabym dużo, ale wychodzę z założenia, że w życiu wszystko ma swój czas i mam nadzieję, że jeszcze nie raz uda mi się Ciebie zaskoczyć!

Czekam niecierpliwie, dziękuję i życzę, żeby udało Ci się zrealizować wszystkie plany! 

12.12.13

Konkurs z nagrodami z różnych stron świata!

Przyszła w końcu zima, ciepła wcale ni ma... :) Ale Święta idą, trzeba się cieszyć! A z nimi dobre słowa i prezenty. We współpracy z etnobazar.pl - miejscem, gdzie możecie kupić upominki ze wszystkich stron świata, postanowiłam zorganizować bożonarodzeniowy konkurs z nagrodami.

Do wygrania są dwa zestawy: dla Pani i dla Pana. Sami możecie zdecydować, który chcielibyście wygrać i komu wolicie zrobić niespodziankę - sobie czy osobie bliskiej. Co dla Was przygotowałam?

Zestaw 1: bębenek Indonezyjski oraz  francuskie mydło z listkami oliwnymi 

 Zestaw 2: krem i pomadka z olejkiem arganowym na zimę oraz bransoletka z Indii

Co zrobić, aby wygrać nagrody? 

1. Polubić profil Etnobazar.pl na Facebooku
 2. Polubić profil Całe Życie w Podróży na Facebooku

3. Udostępnić baner informujący o konkursie na blogu lub Facebooku
             3. Odpowiedzieć 1 zdaniem na pytanie - co chciał(a)byś dostać pod choinkę i dlaczego?

KONKURS ZAKOŃCZONY - WYNIKI PONIŻEJ


10.12.13

Duża woda psuje plany...

Bilety do Budapesztu kupiłam w maju, na połowę czerwca. Wtedy jeszcze nie było problemu z nadmiernymi opadami deszczu. Później jednak zaczęło mocno padać, a w końcu ulewy przerodziły się w powódź, której fala kulminacyjna przeszła przez stolicę Węgier na kilka dni przed moim przylotem, więc uważnie obserwowałam sytuację.
Obrazki w mediach były bardzo smutne i wyglądały szalenie groźnie. Napisałam do koleżanki, która była wówczas na wymianie studenckiej w tym mieście, aby poznać jej zdanie. Powiedziała, że znów telewizja przedstawia przerysowany obraz wydarzeń.
Postanowiłam lecieć zgodnie z planem zastanawiając się, co zastanę na miejscu?
Zastałam dużą wodę, wysoki poziom rzeki, zalaną promenadę i tory tramwajowe. 
I ku mojemu zaskoczeniu, żyjących zupełnie normalnie mieszkańców, którzy wolne popołudnia spędzali nad Dunajem, mocząc nogi, opalając się, spacerując.
Bałam się komarów w połączeniu z ciepłem, ale żadnych nie zaobserwowałam :)
Było gorąco i przyjemnie, woda powolutku opadała. Niestety do odwołania były wstrzymane rejsy po rzece i zamknięta Wyspa Św. Małgorzaty, którą planowałam odwiedzić. Siła wyższa, z potęgą natury się nie dyskutuje, dobrze, że powódź nie wyrządziła większych szkód i że z tego co mi wiadomo, nie było żadnych ofiar.
Zorientowałam się niedawno, że bardzo mało pisałam o Budapeszcie, pojawiły się dotąd zaledwie dwa wpisy. Trzeba będzie powoli zacząć nadrabiać węgierskie zaległości :)
TOP