28.2.14

Bruksela na weekend - co zwiedzić, co zjeść?

Bruksela w dwa dni - kościół Św. Katarzyny
Weekend w Brukseli, to ponad 40h do wykorzystania na zwiedzanie i poznawanie  stolicy Belgii. To dużo czy mało? Jeśli chce się odwiedzać muzea, to czasu jest niewiele. Jeśli chcemy wyrwać się z domu, zobaczyć kilka nowych miejsc, zjeść coś dobrego, na chwilę zmienić klimat i otoczenie, to według mnie wystarczy. Dziś chciałabym przedstawić Wam moją propozycję spędzenia czasu w tym mieście. Co warto zobaczyć będąc w Brukseli zaledwie dwa dni?

25.2.14

Kradzież i utrata dokumentów w czasie podróży za granicę - co robić?

Wyjazd do Brukseli miał być jednym z najtańszych weekendowych wyjazdów w historii. Tanie bilety na samolot, jeszcze tańsze na shuttle bus, niedrogi nocleg w dobrych warunkach, niskie koszty na miejscu. Okazał się jednak jednym z najdroższych i były to niestety jedne z najgorzej    wydanych pieniędzy. Dlaczego? Ponieważ zostałyśmy tam okradzione i nie wróciłyśmy do Polski... Co zrobić w takiej sytuacji? Czy można się w pełni zabezpieczyć przed takim zdarzeniem?

Chce mi się śmiać przez łzy - jestem wzorem idealnego pakowania. Naczytałam się, nasłuchałam tylu przygód innych ludzi, że dmucham na zimne. Dowód w jednym miejscu, karty w drugim, pieniądze większe podzielone na małe pliki, pod ręką tylko 20 EUR na bieżące wydatki. Ile osób uważa, że ich to nie spotka, ich to nie dotyczy? Mnóstwo. I mówię Wam dziś - może to dziś lub jutro spotkać każdego z Was i musicie być na to przygotowani. Ten wpis niech będzie poradą, a zarazem przestrogą, że trzeba mieć oczy dookoła głowy i 100% koncentracji na każdym kroku.

W Brukseli było ok. Bez zachwytów, ale ok. Ładny Rynek, dobre jedzenie, pyszne gofry. Ale nie miałam ochoty zostać dłużej. Przez cały pobyt uważałyśmy na swoje tobołki. Wartościowe rzeczy schowane, w portfelu, który wyjmowałyśmy w sklepach czy kawiarniach było tylko kilkanaście EURO. W niedzielę o 12 przepakowałyśmy nasze małe plecaki, wykwaterowałyśmy się, zjadłyśmy obiad i kupiłyśmy w sklepie wodę. Zabrakło nam kasy ze wspólnego portfelika, więc mama wyjęła swój, idąc do metra włożyła go do kieszonki jeszcze mniejszego plecaczka, zapięła go na suwak i włożyła do torby lnianej którą miała pod pachą. Do przejechania raptem 3 stacje. Tłok. Rozmawiałyśmy, patrzyłam na nią. Nagle stacja, ludzie zniknęli. Lniana torba rozcięta a plecaczek rozpięty. Po portfelu ani śladu. Żadna z nas nie zauważyła, nie poczuła NIC. Złodziej był świetnym specjalistą w swojej dziedzinie. Byłyśmy w drodze na przystanek autobusu na lotnisko Charleroi...

W pierwszej chwili pomyślałam "Trudno, ładny portfel i kasa przepadły, ważne, że dowód i karty są bezpieczne w jakiejś kieszonce wewnętrznej", ale wyraz twarzy mojej mamy sprowadził mnie na ziemię. "W hotelu przełożyłam do niego wszystko, skoro już wyjeżdżamy, żeby było pod ręką". Poczułam, że nie mogę złapać oddechu i zaczynam się dusić a moja twarz robi się nienaturalnie blada. Wysiadłyśmy z metra, bo była to już nasza stacja, zaczęłam przeszukiwać otwarty plecak. "Wszystko, czyli co?" "Dowód osobisty, kartę płatniczą, 50 EUR, 40 PLN.." Dalej już nawet nie słuchałam.


To był moment, w którym w głowie nie miałam nic poza pustą dziurą. Dodam, że na chwilę przed wyjazdem chciałam w T-mobile włączyć roaming, ale ponieważ umowę podpisałam w styczniu, to mi odmówili, bo nie opłaciłam jeszcze 3 faktur. Chcieli depozyt, ale zdecydowałam się go nie płacić. Mój dotykowy telefon pada jak mucha po 5h, a mama uznała, że jej super trwała bateria przetrwa weekend, więc nie zabrała ładowarki a poziom baterii był już na wykończeniu. Jako, że jestem w  naszym duecie jedyną opanowaną osobą, widząc jej panikę, musiałam się bardzo szybko ogarnąć.

Tak, daję sobie i Wam w takiej sytuacji 3 minuty na szok, niedowierzanie, rozpacz, złość na siebie, na cały świat i wszystkich dookoła. Na chwilę agresji, kopnięcie w barierkę, rzucenie plecakiem, użycie słów uznawanych powszechnie za niecenzuralne. 3 minuty to jest maksimum. Czas wrócić na ziemię.

Kolejne 5 minut to głęboki oddech i szybka analiza sytuacji. Za 3h odlatuje nasz samolot, na lotnisko jest b.daleko. Nie wylecimy. Nie wrócimy do Polski. Nie mamy noclegu. Nie mamy za dużo kasy, nie mam roamingu, nie mamy ładowarki, ba, nawet nie mamy gniazdka, by podładować mój telefon, nie ma nigdzie dookoła wi-fi. Nie pójdziemy jutro do pracy. Cholera jasna, ile czasu tu zostaniemy?!?!?!?

Nie było na co czekać. Pierwszy telefon do banku, aby zablokować kartę. Chcą numeru dowodu, by przyjąć dyspozycję. Nie ma, zginął! Na karcie boardingowej nie ma go wpisanego, w strefie Schengen nie są wymagane w czasie odprawy. Pan nie może nam pomóc. Rozłączam się i przypominam sobie, że kiedyś wysyłała mi go smsem, gdy bez niego nie mogłam załatwić pewnej sprawy. Dzwonię ponownie, blokujemy. Dzwonię do Polski, do taty, zapytać czy może nam wysłać pieniądze, bo nie mam ich dużo. Ale nie mam jak przekazać numeru konta: nie mam Internetu, a numer jest w mailu. Moim i mamy. Yh.

Dzwonię do koleżanki B, prosząc, by zadzwoniła do WizzAir czy mamy szansę dziś wylecieć. Nie mamy. Koleżanka J. wrzuca za mnie na Facebooka info, że potrzebujemy noclegu a ja się modlę, aby telefon  wytrzymał jeszcze chociaż chwilę. Jesteśmy na dworcu, musi być więc policja. Szukamy długo, ale jest.

Jestem pod wrażeniem policjantki, której zgłaszamy kradzież. Zarówno ona, jak też inni pracownicy są bardzo wyrozumiali, empatyczni, ciepli i pomocni. Wysłuchują nas w skupieniu i starają się pomóc. Pani daje nam wnioski do wypełnienia, wypytuje o nasze podejrzenia dotyczące złodzieja. Mam jakieś, więc wszystko recytuję. Dzwoni do Konsulatu, ale nikt nie odbiera (niedziela, już po godzinie 17.30). Potem dzwoni na lotnisko Charleroi i dowiaduje się, czy mamy szansę wylecieć na zaświadczenie, ale nie mamy. W tym czasie, średnio co 10 minut wchodzą kolejne osoby, które zostały okradzione na tej samej trasie. Zwyczajni ludzie, nikt nie wygląda bogato, nie przykuwa większej uwagi. Większość nie miała grubszych pieniędzy, stracili głównie dokumenty, co jest poważniejszym problemem niż gotówka czy karty bankowe. Możemy podładować mój telefon, wypełnianie wniosków trwa ok. 1.5h. Od taty dostaję numer telefonu Znajomego Znajomego, którego Znajoma może nas przyjąć na noc. W tym czasie napływają też smsy od Czytelników bloga, których nie znam osobiście. Życzą powodzenia, pytają, czy potrzebujemy pieniędzy, proponują nocleg. Jestem oszołomiona i naprawdę wzruszona. Pada mamy telefon, a po przełożeniu do mnie karty, nie mogę już odzyskać części numerów. Głupio mi, że nie mogę im natychmiast podziękować.

Na policji dostajemy komplet dokumentów do Konsulatu. Jedziemy do Pani Gosi, która czeka na nas
z gorącą herbatą i zupą, której z nerwów nie dałam rady skończyć. Ma też dla nas dużo dobrych słów,
trochę wskazówek, pomaga skontaktować się z Konsulem. Mamy być w poniedziałek o 9.30 w placówce. Ponieważ nie mam roamingu, nie odbiorę smsa z informacją o zaksięgowaniu pieniędzy od taty, bo udało mi się u Pani Gosi wejść na swojego maila i przesłać numer konta. Dzwonię do ubezpieczyciela, ale nie są w stanie nic nam zaoferować w takiej sytuacji. Nasz samolot odlatuje. Bez nas. Noc mija nam ciepło i względnie spokojnie, chociaż nerwy nas trzymają.


Rano pogoda jest przepiękna, może trochę na pocieszenie? Jedziemy do Konsulatu, który akurat w poniedziałki przyjmuje tylko na ustalone spotkania. Dowiadujemy się, że dokument tymczasowy kosztuje 40 EUR, które musimy zapłacić od razu oraz dostarczyć zdjęcie, którego w placówce nie możemy zrobić. Szukamy więc automatu, przy akompaniamencie pana grającego na skrzypcach udaje nam się przebrnąć przez francuską instrukcję obsługi. To wszystko jest tak abstrakcyjne, że myślę, że  to chyba tylko film a może sen? Automat pożera pieniądze, nie wydaje reszty, ale wypluwa zdjęcia. Nie wiemy ile procedura potrwa, więc boimy się kupować nowe bilety a kolejny lot jest za kilka godzin.. W konsulacie spotykamy dziewczynę, która też ma nim lecieć, a dzień wcześniej złodziej wyrwał jej plecak z laptopem, ładowarką, dokumentami, pieniędzmi. Bardzo to wszystko budujące... Mamy po paszport wrócić po 12, więc idziemy na drugie śniadanie i do parku, gdzie witają nas kwitnące drzewa.

Odbieramy pachnący nowością dokument, dzwonię do znajomej w Polsce, aby kupiła nam bilety z odprawą na lotnisku. Stres powoli z nas opada, ale w szczęście uwierzę, gdy usiądę w samolocie...


Pamiętajcie, że to, iż dużo podróżujecie nie jest gwarancją bezpieczeństwa. Od pierwszej chwili miałam gdzieś w tyle głowy Włoski thriller Wędrownych Motyli, a wydaje mi się, że nie są to osoby lekkomyślne i beztroskie. Są sposoby, by się zabezpieczyć na tyle, aby w takiej sytuacji awaryjnej nie wpadać w histerię, nie walić głową w mur i bezradnie nie płakać.

Jak być bezpiecznym w podróży? Jak ułatwić sobie życie w sytuacji nagłej za granicą?

1. Przed wyjazdem zawsze należy przygotować informacje dotyczące lokalizacji najbliższego Konsulatu, numer kontaktowy, adres, warto też wydrukować sobie mapę dojazdu z jakiegoś popularnego punktu w mieście. Ja miałam przy sobie dane konsulatów m.in. w Lizbonie oraz w Londynie, a tego w Brukseli niestety nie. Poszłam na żywioł tym razem i akurat "się stało". Można też spisać numer miejscowej policji, miałyśmy to szczęście w nieszczęściu, że kradzież miała miejsce blisko dworca, ale jakby to było na ulicy, to musiałybyśmy szukać komisariatu.

2. Zeskanowany dowód osobisty i paszport warto mieć wysłany na e-maila

3. W zeszycie podróżnym, telefonie czy na mailu trzeba mieć spisane numery dokumentów, trzeba je podać by je unieważnić oraz żeby zablokować swoją kartę płatniczą. Nie wiem, czy ktokolwiek przyjąłby nasze wnioski bez numeru dowodu, a miałam go przypadkiem.
.
4. Myślę, że warto spisać sobie adresy 1-2 kafejek internetowych, gdzie w razie potrzeby można wydrukować skany dowodów, nowe karty pokładowe czy bilety na shuttle bus itd.

5. Nigdy nie trzymać dokumentów tożsamości, kart płatniczych, pieniędzy w jednym miejscu, a już na pewno nie w portfelu, którym płacimy na miejscu - może wypaść, ktoś może nam go w czasie płacenia wyrwać i uciec, można go schować niezbyt dokładnie i o problem już łatwo. Plecak też ktoś może nam zabrać, warto więc mieć te najważniejsze rzeczy przy sobie, np. w kieszonce wewnętrznej kurtki zapinanej na suwak lub innym "tajemnym schowku" jakich wiele.

6. Jeśli jadą 2 osoby lub więcej, każda powinna mieć swoją kartę płatniczą z awaryjnymi pieniędzmi oraz podać numer swojego konta komuś bliskiemu w Polsce, aby szybko mógł ją doładować. Warto mieć włączoną usługę sms na obciążenia i zasilenia rachunku, bo od razu wiemy, jeśli ktoś użyje skradzionej karty oraz jeśli środki od rodziny już nam wpłyną.

7.  NIGDY nie należy chować ani wyjmować ważnego portfela, gdy ktoś może nas widzieć. Podejrzewam, że ktoś obserwował Mamę, gdy w biegu chowała portfel do tej właśnie  kieszonki w tym akurat plecaczku. Miała przy sobie 2 plecaki i torbę, jechałyśmy łącznie 4 minuty a ktoś idealnie wycelował akurat w tę lokalizację, innych kieszonek nie tknął, a ja nie jestem w stanie uwierzyć, że był to przypadek. Miałby chyba zbyt duże szczęście.

8. Kupując polisę zdrowotną, która i tak trochę kosztuje, dowiedzieć się, czy oferuje ona pomoc w takiej sytuacji jak kradzież/napad/rabunek/utrata pieniędzy. My miałyśmy dwie różne: pierwsza firma nie pomogła nic, druga by pomogła jakby to mnie napadnięto, ale tylko przy bankomacie. AKTUALIZACJA - zadzwoniłam do większości towarzystw w Polsce i jak do tej pory niestety NIKT nie oferuje ubezpieczenia od kradzieży.

 9. Nigdy nie wyjeżdżać bez roamingu i bez ładowarki. Ja uznałam, że dwa dni przeżyję, więc nie zapłaciłam depozytu T-mobile, a mama uznała, że przez 2 dni Jej telefon wytrzyma....

10. Jadąc na określoną ilość dni i przyjmując na stałe leki nie należy zabierać wydzielonej ich ilości. Mama przyjmuje 3 bardzo ważne lekarstwa, miała przy sobie dawkę o jeden dzień większą niż miał trwać wyjazd, jakbyśmy musiały zostać dłużej, byłby dodatkowy problem.

11. Mieć w Polsce osobę, która wie, gdzie jedziemy, gdzie planujemy spać i kiedy wracamy, dostawić jej numer konta, ustalić, że w razie potrzeby będzie naszym pierwszym kontaktem, mieć pewność, że pomoże nam przy ew zakupie nowych biletów, przedłużeniu polisy itd.

12. Ponieważ mam w domu kilka zdjęć paszportowych, na tyle zeszytu podróżnego doczepiłam małą kopertkę i tam włożyłam jedno, na wszelki wypadek. Za zdjęcie do paszportu i to takie z automatu zapłaciłyśmy 7 EUR i cieszyłyśmy się, że automat był i nie musiałyśmy go mocno szukać.

13. Pilnować siebie i swoich rzeczy do ostatniej minuty. Pod koniec wyjazdu jesteśmy często zmęczeni intensywnym zwiedzaniem, pełni wrażeń, jedną nogą już w domu, bo za chwilę, za moment już wracamy w podróż powrotną i wtedy naprawdę łatwo o małą chwilę nieuwagi.

Poniżej ja w chwilę po wyjściu z Konsulatu. Zmęczona, śpiąca, zestresowana, ale już troszeczkę uspokojona, chociaż ciągle ciężko uwierzyć mi w to wszystko. Jesteśmy już w domu, bezpieczne. Jedna chwila nieuwagi kosztowała nas blisko 400 EUR i chociaż wiem, że mogło być nawet gorzej, to są to bezsensownie stracone zarówno pieniądze jak też nerwy. Generalnie, nie polecam nikomu!


Raz jeszcze DZIĘKUJĘ wszystkim osobom, które nam pomogły realnie (Tata, Pani Gosia, Pan Darek, Pan Marek, Basia) oraz tym, które oferowały swoją pomoc i słowa wsparcia. To naprawdę dużo dla mnie znaczy wiedzieć, że w takich sytuacjach można liczyć na innych ludzi.  Padło też kilka słów, które mnie zszokowały i negatywnie zaskoczyły, więc muszę przyznać, że  takie zdarzenie jest sprawdzianem zarówno samego siebie jak też weryfikacją wielu znajomości.

21.2.14

Najpiękniejsze parki Londynu - Regent's Park jesienią

Parki londyńskie to temat zasługujący na szczególną uwagę. Oazy zieleni w tak ogromnym mieście są niezbędne. Codzienny pośpiech, tłok, ścisk mogą przyprawić o frustrację, a kontakt z naturą łagodzi stres.
Parków w Londynie jest dużo, a 8 z nich zaliczanych jest do Royal Parks of London. Kiedyś służyły rodzinie królewskiej, dziś są otwarte dla mieszkańców. Mojemu sercu najbliższy jest Regent's Park. Położony między Great Portland a Camden Town, zajmuje 197 ha powierzchni. Zaprojektował go John Nash - ceniony architekt.
Regent's Park to idealne miejsce na weekendowe popołudnie z rodziną, romantyczną randkę, spacer z koleżanką lub piknik ze znajomymi. Doskonałe na poranny jogging, grę w piłkę z kolegami lub czytanie książki na ławce. Bez strachu można usiąść na trawie, bo psy nie mają wstępu na teren parku. 
W Regent's Park jest mnóstwo romantycznych alejek, zgrabnych fontann, ozdobnych klombów. Jest ładny amfiteatr, w którym w letnie wieczory wystawiane są sztuki Szekspira i ogród różany Queens Mary Garden (blisko 30 tysięcy róż ponad 400 odmian) w którym kwiaty kwitną przez większą część roku. 
W środkowej części parku jest kilka mniejszych stawów i jeden duży, po którym latem pływają łódki. Stałymi towarzyszami, notorycznie zaczepiającymi spacerowiczów są szare, zwinne wiewiórki. Spotkać można też kaczki, gęsi, białe i czarne łabędzie. Są ukryte wodospady i drewniane mostki przerzucone nad wodą.
Nie brakuje ławek z wzruszającymi dedykacjami - podobnymi do tej, którą odkryli Julia Roberts i Hugh Grant włamując się do prywatnego parku w filmie "Notting Hill". Czekają spokojnie, aż ktoś zechce usiąść. 
Regent's Park jest piękny o każdej porze roku! Wiosną rozkwita zielenią, królują w nim żonkile i tulipany, kolory są raczej pastelowe, co nadaje sielskiego klimatu. Gałęzie drzew uginają się od różowych pączków.
Latem park jest w pełnym rozkwicie. Ludzie przybywają tłumnie, spędzają tam długie godziny bawiąc się z dziećmi, rozmawiając z przyjaciółmi, pływając łódkami, leżąc na leżaku i myśląc o niebieskich migdałach. 
Jesienią staje się soczysty w kolorach, ale nieco opustoszały. To taki piękny czas! Liście tworzą wielobarwny dywan, niektóre ozdabiają korony drzew malując je wszystkimi odcieniami żółci i czerwieni. Zimą jest dość szaro i trochę ponuro, drzewa są łyse, krzaki róż przycięte, ale chętnych do spacerów nie brakuje. 

Jak się dostać do Regent's Park? Jest kilka możliwości 
  • Spacerem z Camden Town lub Oxford Street
  • Metrem (linie Hammersmith&City, Circle, Metropilitan - stacja Great Portland Street, lina Bakerloo stacja Regent's Park, linia Jubilee stacja Baker Street)

⇒⇒⇒  Zobacz też wpis LONDYN ZA DARMO a w nim inne parki ⇐⇐⇐

18.2.14

Camden Town, Londyn - odwiedzić czy odpuścić?

Camden Town to oryginalna dzielnica położona w północnej części Londynu. Jest nieco oddalona od głównych atrakcji miasta, ale gwarna i ciekawa. Różnie się o niej mówi, jednak dominuje opinia, że jest to czysta komercja, bez odrobiny charakteru. Ja bym nie była aż tak surowa w swojej ocenie.
Nie da się ukryć, że jest to miejsce nastawione na turystów i klientów, ale przecież zabiega się o nich praktycznie wszędzie. W weekendy jest tłoczno i trochę męcząco. Tłum drepcze po Camden Hight Street przestępując z nogi na nogę, próbując przedostać się ze stacji metra do Camden Market po drodze mijając mnóstwo dziwnych sklepów - niby kolorowych, ale jednak mrocznych. Są też salony tatuażu i sieciówki.
Pamiętam moją pierwszą wizytę w Camden Town. Zrobiła na mnie ogromne wrażenie! Była wówczas dzielnicą, jakich dotąd nie widziałam. Szalona jak Kapelusznik z "Alicji w Krainie Czarów", pełna wibrującej energii.
Można tam spotkać wielu oryginalnie wyglądających ludzi - ekstrawaganckie ciuchy, makijaże i fryzury są na porządku dziennym. Namiastkę tego klimatu możesz zobaczyć na zdjęciach.
W Camden Town można kupić modę z unikalnej półki. Natężenie sklepów jest ogromne, a asortyment fascynujący. Znajdą tu coś dla siebie miłośnicy gotyku, stylu punk, vintage i wielu innych.
Nie brakuje ciekawej biżuterii i odlotowych dodatków. Zupełnie nie moja bajka, ale całokształt intryguje.
Zobacz zresztą jak wyglądają kolorowe fasady sklepów - powiedzieć, że są szalone to jak nie powiedzieć nic!
Kolory, smaki i zapachy Camden mogą przyprawić o zawrót głowy. Nie powinno Cię zdziwić, że będąc w Londynie po raz drugi wybrałam hostel właśnie tam! Byłam zaskoczona bogatym życiem nocnym dzielnicy.
Pożary hali Camden Market miały miejsce w latach 2008 i 2017 (wpis pochodzi z roku 2014, ale jego aktualizację robię w 2018). Po pierwszym była wyłączona z użytku na kilka miesięcy, ostatni gasiło ponad 70 strażaków. Coś nie ma dobrej passy.
Kiedy najlepiej odwiedzić Camden Town? Ja najbardziej lubię te okolice w dni powszednie przez godziną 15. Nie ma ogromnych tłumów, ale nie jest pusto. Można zjeść niedrogie dania z całego świata patrząc na Regent's Canal. Lubię uliczne jedzenie, a wybór jest duży (również dań wegetariańskich). 
Latem jest pięknie - zielono i soczyście, a dzięki bliskości kanałów i organizowanych po nim rejsom można poczuć się jak na wakacjach. Zimą jest szaro, ale za to mniej tłocznie. Market jest czynny 345 dni w roku.
Czy warto odwiedzić Camden Town? Ja uważam, że tak! Być może dla Ciebie (zresztą jak i dla mnie) nie stanie się numerem jeden londyńskich atrakcji, ale szkoda przegapić miejsce tak oryginalne i intrygujące.

Jak dojechać do Camden Town? 

Najszybciej metrem, czarną linią Northern Line do stacji Camden Town lub Chalk Farm. W pogodny dzień można się przejść z okolic Zoo (znajduje się na terenie Regent's Park) lub z Primrose Hill.

14.2.14

"Jak Ty to robisz?" czyli jak zaplanować tani wyjazd i nie zwariować?

Oprócz pytania "Jakim cudem tak często wyjeżdżasz?", bardzo często dostaję prośby o pomoc w organizacji wyjazdu. Dużo osób chciałoby pojechać, a nie do końca wie, jak się do tego zabrać. Jak planować, jak szukać biletów, noclegów itd. Postaram się dziś opowiedzieć jak to wygląda u mnie. 

Nie ma jednej sprawdzonej metody, bo każdy z nas ma inne przyzwyczajenia, inaczej lubi spędzać czas, a także ma różne możliwości planowania  urlopu (jedni do końca nie wiedzą czy go dostaną, na innych wymusza się określenie terminów już na początku roku kalendarzowego). U mnie wygląda to tak, że a) zawsze muszę mieć co najmniej miesięczne wyprzedzenie, b) moje plany zależą od planów współpracowników, c) nie mogę brać urlopu od czerwca do września. Należę do osób, które lubią planować, lubię mieć na co czekać. Są osoby łapiące każdą okazję, są osoby, które czekają na konkretne kierunki i się dopasowują do pojawiających się ofert. Ja mogę jedynie powiedzieć jak to wygląda w moim przypadku, co wcale nie oznacza, że jest to jakaś złota myśl, jedyna skuteczna, bo każdy z nas musi wypracować swoją zależną od jego możliwości, sytuacji zawodowej i charakteru. Jedni lubią spontanicznie a inni nie.

Miłe są te pytania i prośby, ale nie uważam siebie za specjalistę czy za osobę podróżującą jakoś szczególnie często, ale skoro pytania są to i odpowiedź będzie, może komuś coś ona pomoże?
     
Jakiś czas temu stworzyłam Listę Marzeń Podróżniczych, tych bliskich. Są na niej miejsca, w które chciałabym pojechać w pierwszej kolejności i staram się szukać ofert, które pozwolą mi na realizację tych planów. Mam możliwość wyjeżdżać często, na krótko, więc z tego korzystam. Nie planuję, że w tym roku pojadę do Chorwacji, Irlandii i Grecji, ale mam oczy szeroko otwarte i na bieżąco przeglądam wszystkie promocje biletowe pod kątem mojej listy. Z pomocą przychodzą mi portale jak gdziewyjechac.pl czy fly4free.pl, gdzie regularnie pojawiają się informacje o super okazjach. Spędzam codziennie kilkanaście minut na stronach RyanAir i WizzAir, aby kontrolować sytuację. Niedawno pojawił się portal zbierający połączenia tylko tanich linii http://superlot.pl/W każdą środę sprawdzam również, co proponuje PLL LOT w swojej promocji Szalona Środza. Warto śledzić oferty przewoźników autobusowych jak np. Polski Bus czy Ecolines. Dzięki temu pierwszemu można planować wyloty z innych miast niż miasto zamieszkania (na Majorkę leciałam z Poznania a na Maltę z Krakowa, gdzie za grosze dojechałam czerwonym autobusem z bocianem). Niektórzy mówią, że im się nie chce, że to strata czasu - uważam, że przy dobrej organizacji jest to wykonalne, mało męczące i niepodnoszące kosztów, a przy okazji można coś jeszcze zwiedzić.

Gdy trafię na interesujący mnie bilet to go kupuję, niezależnie czy wylot jest za miesiąc czy za pół roku. Szybko obdzwaniam znajomych, jeśli się decydują to kupuję dla nich, jeśli nie, to zakładam, że lecę sama, chociaż często w międzyczasie ktoś stwierdza, że jednak leci ze mną. Teraz już nie obawiam się jeździć sama i nawet to lubię, więc taka opcja nie jest dla mnie żadnym problemem. Kupując bilet do Glasgow wykupiłam uczestnictwo w Wizz Discout Club, które zwróciło mi się już przy drugiej dwuosobowej rezerwacji, a od tego czasu kupiłam znacznie taniej 7 biletów. "Tani bilet" to dla mnie taki, który kosztuje do 120 zł bez bagażu na kierunki, które są droższe na miejscu (Londyn, Glasgow, Eindhoven, Chaileroi, Skavsta itd.), "akceptowalny" to taki, za który płacę do 400 zł z bagażem głównym za wypad tygodniowy albo bilet rejsowy (Malaga, Majorka czy Amsterdam). Zdarza mi się kupić "drogi" bilet (do 1000 zł), tylko wtedy, kiedy nie ma innej możliwości (mam tu na myśli głównie loty do Portugalii, bo za inne dotąd nie płaciłam tak dużo). Mówię oczywiście o Europie, nigdzie dalej dotąd nie leciałam, więc nie chcę się wypowiadać.

Zawsze kupuję bilet bez bagażu, czyli najtańszą wersję i tuż przed odprawą on-line zastanawiam się, czy będzie mi potrzeby dodatkowy czy nie. Na krótkie wypady (do tygodnia) spokojnie mieszczę się w podręczny RyanAira, z WizzAirem bywa różnie, bo bezpłatny jest malutki. Lecąc z kimś warto się zastanowić co się opłaci bardziej: 2 płatne duże podręczne czy kupienie wspólnie dużej walizki + 2 małe gratis. W Wizz Air bagaż rejestrowany jest duży, o wadze do 32kg, więc jedna walizka jest  wg mnie ok. Jak leciałam do Szkocji, nie mogłam dopiąć bagażu przez ręcznik, uznałam więc, że albo kupię go na miejscu za kilka funtów albo wypożyczę w hostelu, co w końcu zrobiłam za 3 funty za pobyt. W temacie pakowania polecam też wpis "Jak się przygotować do wyjazdu? Co spakować?"

Zazwyczaj na sam bilet mam jakieś "bieżące" pieniądze z konta przeznaczonego na oszczędności wyłącznie wakacyjne. Jak mam już bilet w garści, to od razu rośnie mobilizacja, aby zbierać dalej. Zdarzało mi się kupować bilet nie mając realnych szans zarobienia na pobyt, ale tak to dziwnie działa, że jeśli czegoś bardzo mocno chcemy to los nam sprzyja i cuda się zdarzają! Wiele osób rezygnuje z fajnej okazji biletowej martwiąc się, że nie ma pieniędzy na wydatki na miejscu - ja  jednak namawiam, aby go kupić. Z biletem w dłoni inaczej się planuje codzienne wydatki, myśli się o podróży sięgając w sklepie po jakąś głupotę, kombinuje się jak można jeszcze dorobić itd.

     
Następnie trzeba pomyśleć o noclegach. Od razu zaznaczam, że w tym temacie mam tylko dwa oczekiwania: żeby było czysto i żeby było w miarę blisko centrum, jeśli to krótki wypad. Najważniejsza jest cena. Zazwyczaj poszukiwania zaczynam i kończę na booking.com, gdzie w 90% przypadków znajduję to, czego szukam. Po dokonaniu pewnej ilości rezerwacji w danym roku na tym portalu, przystępuje się do programu Genius, dzięki któremu oferty na wiele hoteli są znacznie korzystniejsze cenowo. Jadąc z kimś, prawie zawsze decyduję się na DBL, może być z łazienką na korytarzu, ale czasami dopłacam kilka euro do własnej, jeśli różnica jest mała. Jak jeżdżę sama, korzystam z salek wieloosobowych (wpis "Tanie spanie w UK i Irlandii"), więc zaglądam też na hostelbookers.com. Zawsze sprawdzam oferty na www.airbnb.pl, ale dotąd nie miałam odwagi ani okazji z tego skorzystać. Ceny na bookingu na mój najbliższy pobyt w Szkocji okazały się tak szokująco wysokie, że postanowiłam zaryzykować. Znalazłam swój pokój ze snów, wysłałam maila z informacjami o sobie, o celu wyjazdu itd. i w ciągu 2 godzin dostałam pozytywną odpowiedź od właścicielki i zarezerwowałam nam pobyt 800 zł taniej niż w najbrzydszym hostelu! A zamiast nory bez okna i udogodnień, będziemy miały salon z kanapami i kominkiem, sypialnię, łazienkę, a także możliwość korzystania z kuchni, lodówki, kawy, herbaty itd. Bliziutko centrum! To jak płatny couchsurfing, z którego nie korzystałam (planuję szukać w ten sposób noclegu w Sztokholmie, ale ponieważ to też wielka niewiadoma, póki co zarezerwowałam hostel, który mogę anulować do tygodnia przed planowanym przyjazdem). Bardzo sporadycznie, ale zdarzało mi się spać na lotnisku. Są kraje, gdzie najtańszy nocleg kosztuje 50 EUR/1os, a lot powrotny jest rano, więc już o świcie trzeba się zerwać i jechać na lotnisko. Zawsze wcześniej się orientuję czy dane lotnisko jest czynne w nocy i czy wg opinii innych osób jest na nim bezpiecznie. Zazwyczaj są tam całe grupy osób z różnych krajów czekające np. na przesiadkę i można poznać ciekawych ludzi :) Tak sypiam ja, ale wiem doskonale, że wiele osób na pewno w tej chwili się krzywi, bo lubią mieć elegancko i wygodnie. Wracamy tu do tematu indywidualnych potrzeb i możliwości finansowych. Chętnie korzystam też z apartamentów z aneksem kuchennym, bo to duża wygoda i oszczędność. Ostatnio Kasia na Rozdrożach podzieliła się linkiem do serwisu Bidroom - wysyłamy info gdzie, na kiedy szukamy noclegu a pracownicy hoteli wysyłają nam oferty. Sprawdziłam to na przykładzie Brukseli do której lecę, dostałam kilka świetnych ofert, tańszych o 30% niż na różnych portalach.


Kolejnym etapem, zazwyczaj na około 6 tygodni przed wyjazdem jest przygotowanie ramowego programu. Pytam na Facebooku, co warto zobaczyć, gdzie warto zjeść, co powinnam wiedzieć. Szukam w Internecie informacji, map, tras spacerowych itp, przeglądam też blogi. Orientuję się  w temacie kuchni lokalnej, szukam ciekawych kulinarnych przybytków. Sprawdzam jak najlepiej poruszać się po mieście, jak najkorzystniej przemieszczać między miastami w danym regionie, bo często opłaca się kupić bilety on-line, z dużą zniżką np. w megabus.com czy autobusy z lotniska (easybus.com w Londynie, brussels-city-shuttle.com w Brukseli). W ten sposób kupiłam np. bilet na połączenie Glasgow-Edynburg za 1 funta i shuttle bus Charleroi-Bruksela za 10 Euro (dziś na termin w którym lecę bilet kosztuje już 28 euro/1os). Np. z Malagi do Sewilli jest wieczorem tylko jedno połączenie, cena szła stale do góry a jakbym czekała do marca, pewnie bym musiała zostać w Maladze na noc, psując sobie tym plany już pierwszego dnia pobytu. Warto więc szukać, pytać. Inspiracji szukam również na tripadvisor, ponieważ mają ciekawy dział THINGS TO DO IN... Dzięki tej zakładce, dowiedziałam się np. o fajnej wycieczce jeepem do Sintry organizowanej z Lizbony. Robię notatki, drukuję mapy, zapisuję różne ciekawostki. Mam z grubsza wizję każdego dnia, ale  nie wszystko da się zaplanować, więc już się nauczyłam, że muszę być elastyczna i dostosowywać się do zmiennego otoczenia :) Wiem, co bym chciała na wyjeździe zrobić a reszta się jakoś układa.

Ja preferuję wyjazdy na własną rękę, ale jak słusznie zauważyła Madame Edith, nie należy z góry skreślać biur podróży. Osoby, które mogą pozwolić sobie na podjęcie szybkiej decyzji z zaledwie kilkudniowym wyprzedzeniem mają szansę poza ścisłym sezonem upolować atrakcyjne oferty. Na oferty last minute najlepiej polować w marcu, po weekendzie majowym, w pierwszej połowie czerwca, drugiej połowie października, w listopadzie i pierwszej połowie grudnia oraz zaraz po Sylwestrze. Z wrześniem różnie bywa, miniony był bardzo drogi. W r. 2013 na kilka dni przed wakacjami pojawiły się Azory za 1600 zł  co było ceną fenomenalną. Zdarzało mi się sprzedać Sri Lankę za 2200 zł czy Kenię za 2300 zł. W styczniu b.r. za 799 zł był Cypr z 2 posiłkami, a w grudniu Madera nawet za 1299 zł. Jedno z biur puszczało loty czarterowe na Kanary po 350 zł. Jeśli nie macie sprecyzowanego kierunku i sztywnych terminów urlopu, warto o tym pomyśleć, przy czym to dotyczy głównie wycieczek pobytowych z szansą indywidualnego zwiedzania na  miejscu, także zazwyczaj są to ciepłe kierunki. Objazdówki np. Szkocja, Irlandia, Norwegia i  tzw. city-break / weekendowe wypady do stolic europejskich są znacznie droższe a ich ceny nie spadają aż tak bardzo, bo jest mniej terminów i zazwyczaj nie są realizowane na czarterach.

   DLACZEGO WOLISZ JEŹDZIĆ NA WŁASNĄ RĘKĘ? 

Uważam, że jest to o wiele przyjemniejsze niż kupowanie gotowych pakietów. Szukanie noclegów, polowanie na bilety, ta niepewność, co się trafi w tym roku sprawia mi mnóstwo frajdy. Właściwie każdego dnia żyję dzięki temu przyszłymi wyjazdami i jest to częścią mojej codzienności. Lubię czuć niezależność, nie być uwiązana terminami, poza tym, ostatnio latam raczej w miejsca, gdzie czartery na szczęście nie dolatują. Nie lubię hotelowego jedzenia, wolę jeść na mieście. Męczą mnie fochy polskich turystów, którym wszystko nie pasuje i bywało, że słuchając ich rozmów w hotelowych restauracjach odbierało mi apetyt. Tego wątku jednak nie będę rozwijała bo nie o to chodzi. Jadąc sama, czuję się odpowiedzialna za wszystko na każdym etapie wyjazdu i bardzo mi to odpowiada. W wiele miejsc jeżdżę za ułamek cen pakietowych.

       NO ALE ILE WŁAŚCIWIE TO WSZYSTKO KOSZTUJE?

Często słyszę to pytanie, ale nie da się na nie odpowiedzieć tak samo w kontekście każdego wyjazdu, bo wszystkie są inne. Wiele zależy od cen na miejscu. Można kupić tani bilet, ale za to wydać dużo na miejscu na spanie i życie (Szwecja) lub kupić drogi bilet, ale ponieść dużo niższe koszty na samym wyjeździe (Portugalia). Zawsze poza biletem, sprawdzam na szybko ceny zakwaterowania i wyżywienia. Są kierunki drogie i tanie. Tydzień pobytu na Majorce z przelotami, hotelem, zwiedzaniem, jedzeniem na mieście, kosztował mnie 1400 zł, ale 4 dni na północy Norwegii szacuję na 2000 zł. Każdy wyjazd ma inny budżet, ważne, aby się zgadzało w skali roku, dlatego mając ograniczony budżet lubię planować wszystko z wyprzedzeniem.
         
       JAK DŁUGO ZAZWYCZAJ TRWAJĄ TWOJE WYJAZDY?

Jak już wspominałam, każdy podróżuje jak lubi. Jedni lecą gdzieś rano, są kilka godzin w nowym miejscu, zwiedzają wszystko w dzikim pędzie i wieczorem są już w domu. Takich biletów jest sporo, ja ich raczej nie kupuję (chyba że chciałabym wyskoczyć do Londynu na np. czasową wystawę - byłam tam już wiele razy i celem nie byłoby zwiedzanie). Mnie to zupełnie nie kręci. Wiele razy świadomie odpuszczam takie okazje, bo nie lubię nigdy się śpieszyć. W żaden sposób nie potępiam "szybkiej" formy zwiedzania, ale mi ona nie pasuje. Ideałem byłoby w każdym miejscu spędzić miesiąc, ale na to brakuje czasu. Zasady mam następujące: okolice Warszawy wchodzę w grę na 1 dzień, dalsze miasta Polski czy małe miasta Europy min. 2 dni / 1 nocleg, większe miasta min. 2 noclegi a wyspy czy regiony (Irlandia, Korfu, Andaluzja, Algarve, Szkocja itd) od 4 nocy, ale zazwyczaj 7. To mi daje czas na zobaczenie tego co bym chciała, odpoczynek, nieśpieszne włóczenie się po mniej popularnych zakątkach, celebrowanie posiłków itd. Nadal, to za mało czasu, ale w wiele miejsc wiem, że jeszcze wrócę, więc nie przejmuję się tym za bardzo i cieszę chwilą :)

ALE SKĄD TY MASZ NA TO WSZYSTKO CZAS?

Pracuję w biurze, które jest czynne 7 dni w tygodniu po 11h, co oznacza, że gdy pracuję w weekend, mam wolne dwa w tygodniu. Mogę więc sobie kupować bilety na dni robocze bez konieczności brania urlopu. Dlatego niektórym wydaje się, że mam go więcej niż przeciętny śmiertelnik ;) Przy moich wyjazdach z 2013, mam nadal zaległy urlop za zeszły rok, więc póki jest taka możliwość, to jeżdżę tak często jak mogę. Ma to swoje plusy i minusy, więc nie jest rozwiązaniem "na zawsze", dlatego póki co wykorzystuję dany mi czas jak najlepiej potrafię,  bo na pewno nie chciałabym do końca życia pracować 18 dni w miesiącu do późnej nocy.

Jestem non stop w trybie "czuwanie", szukam inspiracji wszędzie. W gazetach (nawet czekając u fryzjera na swoją kolej, można znaleźć coś atrakcyjnego w mało ambitnych gazetach dla Pań, bo większość z nich ma dział podróży), w Internecie, w czasie rozmów ze znajomymi. Dzięki temu stale dowiaduję się o nowych, ciekawych miejscach i wpisuję je na Listę Marzeń. Myślę, że trzeba wyznaczać sobie nowe cele, marzyć, planować i realizować marzenia, dopóki możemy.

A jak Wy planujecie wyjazdy? Wolicie sami czy z biurem? Z wyprzedzeniem czy na już? Planowane czy spontaniczne? Od czego zaczynacie? Bo moja koleżanka ma listę hoteli, w których chce spać a do nich szuka biletów. Ja odwrotnie. Ile osób, tyle metod, jak sądzę :)

12.2.14

Kazimierz Dolny zimą - czy warto?

Kazimierz Dolny zimą Rynek
Kazimierz Dolny zna chyba każdy i nikomu tego miasteczka nie trzeba przedstawiać. Razem z Nałęczowem i Puławami tworzą popularny wśród mieszkańców Polski rejon letnich wypadów weekendowych. Z Warszawy to niecałe 150km, więc można nawet wyjechać rano, pospacerować, zjeść obiad, a wieczorem być już z powrotem w domu.
Rynek w Kazimierzu Dolnym zimą
W ciepłe dni rynek i główne ulice tętnią życiem, zapełniają się turystami, a w soboty oraz niedzielę robi się naprawdę tłoczno. Sklepy i restauracje są otwarte, pojawiają się stragany, budzą z zimowego snu małe okienka z lodami i goframi. Dzieje się i to dużo.
Kazimierz Dolny zimą
Nad Wisłą jest wówczas zielono i pięknie, promenada przy rzece zachęca do spacerów, spotkań ze znajomymi, spędzania czasu na dworze. Gdzie nie spojrzeć widać ludzi, uciekających z większych miast, którzy chcą nasycić się tą atmosferą.
Kazimierz Dolny zimą
Zimą jest zupełnie inaczej. Wiele lat temu, jeszcze jako dziecko, spędziłam tam z tatą część ferii zimowych. Mieszkaliśmy nieco na uboczu, trochę spacerowaliśmy, chodziliśmy do przemiłej herbaciarni na imbryki aromatycznych herbat, jeździliśmy też nieco po okolicy.
Kazimierz Dolny zimą
To takie urywki dziecięcych wspomnień, jak wróciłam po latach o tej samej porze roku, mogłam uważniej rozejrzeć się dookoła. Dodam, że byłam w Kazimierzu w dzień roboczy.
Galerie w Kazimierzu Dolnym zimą
Miasto zrobiło na mnie wrażenie zupełnie uśpionego. Weszłam na Rynek, a tam jedynie mama z dwójką dzieci ciągnących za sobą sanki. Ruszyłam przed siebie, czasem mijałam kogoś wyprowadzającego psa, od czasu do czasu jakąś rodzinę albo pana z zakupami.
Kazimierz Dolny zimą
W wielu witrynach i drzwiach widniały informacje, że sklep czy lokal w sezonie zimowym czynny jest wyłącznie w czasie weekendów. Otwarta była natomiast większość galerii sztuki.
Kazimierz Dolny zima
A także sklepy z rękodziełem i pamiątkami oraz herbaciarnia u Dziwisza czy bardzo popularna piekarnia Sarzyński, gdzie można kupić tradycyjne, drożdżowe koguty. Nie wiem czy mam pecha, ale kilka razy coś już u nich kupowałam, głównie drożdżówki i za każdym razem były niesmaczne, suche jak wiór, a kupiona tym razem bułka z rodzynkami i serem była najgorsza z nich wszystkich, bez nawet śladów sera czy suszonych owoców.
Kazimierz Dolny zima galeria
Z ostatniej wizyty w czasie wakacji pamiętam wielu muzyków i artystów, tworzących przyjemny klimat. Na jakimś blogu widziałam też Kubusia Puchatka spacerującego spokojnie między turystami, chociaż sama nie miałam przyjemności go spotkać ;)
Kościół w Kazimierzu Dolnym zima
  W większości uliczek byłam zupełnie sama, czasami obszczekał mnie jakiś pies :)
Kazimierz Dolny zimą
Tym większe było moje zaskoczenie, gdy nagle w zakapturzonej, owiniętej szczelnie szalikiem postaci rozpoznałam koleżankę ze studiów, której nie widziałam od wielu  miesięcy! Okazało się, że ze znajomą przyjechały po pracy na obiad do Kazimierza. 
Wisła promenada Kazimierz Dolny
Przeszłam się też nad rzekę - w zasięgu wzroku nie było nikogo. Tuż przy deptaku wybudowano ogromne toalety publiczne, spytałam pani czy ktoś ją odwiedza w te ponure dni, odpowiedziała, że jestem dziś dopiero drugą osobą (a było to ok. godziny 16). 
Czy warto więc zimą jechać do Kazimierza Dolnego? Uważam, że zdecydowanie tak! Ja coraz częściej jestem zmęczona zgiełkiem panującym w Warszawie, na ulicy nie słyszę własnych myśli i ciągle gdzieś pędzę. Tu mogłam spacerować w ciszy, bez pośpiechu, gdy było mi zimo poszłam na herbatę, jak dawno temu z Tatą. Weszłam do kilku sklepików, na spokojnie obejrzałam co oferują, porozmawiałam z właścicielką, bo nikogo dziś u niej nie było.
A jeszcze lepiej było na wsi u koleżanki! Biało, śnieżnie, szalenie zimowo. Bez bloków, głośnych tramwajów, sąsiadów szurających meblami. Były parujące napoje w kubkach, domowe ciasta, długie rozmowy i domagający się uwagi Młody Kawaler, który skradł mi serce.

3.2.14

Jesień w Edynburgu - jaka jest?

Kiedy powiedziałam na głos, że wybieram się pod koniec września do Szkocji, wiele osób patrzyło na mnie ze współczuciem - Ojjj biedna, będzie zimno, mokro, wcale nie fajnie! Zmień plany, anuluj bilety i koniecznie leć na południe Europy!
Wzruszałam tylko ramionami ignorując komentarze. Spakowałam ciepłe swetry, wygodne buty i nieprzemakalną kurtkę postanawiając stawić czoła wyzwaniu. Zresztą, kto powiedział, że zawsze i wszędzie powinno być gorąco i słonecznie? :)
Gdy wylądowałam w Glasgow, niebo było czarne i potwornie smutne, a chłodny deszcz sugerował, że wszyscy mieli rację. Wtedy zorientowałam się, że jestem na innym lotnisku niż myślałam, że będę i że zamiast zużytej karty pokładowej wyrzuciłam do śmieci bilet na autobus do Edynburga. Cóż mogłam zrobić? Kupić czekoladę Cadbury i ruszyć w drogę! :)
Do Edynburga dotarłam wczesnym popołudniem. Szybko znalazłam mój hostel, który zresztą był pozytywnym zaskoczeniem. W moim 8-osobowym pokoju przebywały dwie dziewczyny z Litwy, leżały na łóżkach czytając gazety. Zajęłam ostatnie wolne łóżko na dole (panicznie się bałam, że przypadnie mi w udziale "piętro" brrrrrr), wzięłam prysznic, spytałam, czy polecają jakieś miejsce, gdzie można zjeść, ale nie uzyskałam odpowiedzi.
Na zewnątrz panowała przyjemna temperatura, jakieś 15*C, świeciło dość mocne słońce, jedynym minusem był fakt, że wcześnie zaczęło się robić ciemno, więc tego dnia nie udało mi się poszaleć z aparatem. Nie miałam żadnej mapy, więc pokręciłam się po okolicy, zrobiłam zakupy i odebrałam telefon a miły męski głos poinformował mnie, że z wycieczki nad jezioro Loch Ness kolejnego dnia nici, bo zepsuł się samochód. Przyznaję, że wpadłam w histerię.
Dziś śmieję się z tej sytuacji i z siebie, bo upierałam się jak osiołek, żeby jak najwięcej zobaczyć za miastem, nieświadoma faktu, że sam Edynburg jest tak piękny, magiczny i oferujący dziesiątki atrakcji, że mogłabym spokojnie przez 4 dni się z niego nie ruszać.
Pierwszym co zobaczyłam, był zamek na wzgórzu nad Queen Street Gardens. Nie próbowałam nawet ukryć zachwytu. Zapadał zmierzch, światło dnia mieszało się z ciemnymi barwami nocy tworząc z otaczającymi mnie kwiatami bajeczną mozaikę.
Rozejrzałam się dookoła i dostrzegłam mnóstwo róż, które przywołały w mojej pamięci wspomnienie ukochanego, londyńskiego Regent's Park. Wiedziałam już, że będzie wspaniale. Edynburg uwiódł mnie swoim tajemniczym obliczem. Dawno nie widziałam miasta z tak cudowną architekturą, z taką mieszanką stylów, kolorów.
Dawno nie słyszałam tylu ciekawych i mrocznych historii. Zainteresowała mnie przeszłość Szkocji, a także jej przyszłość (we wrześniu tego rok odbędzie się referendum w sprawie odłączenia jej od Wielkiej Brytanii). Chętnie pytałam ludzi, co o tym sądzą, ale ich odpowiedzi nie były jednoznaczne. Przynależność do Wielkiej Brytanii niesie ze sobą zapewne mnóstwo przywilejów, ale poczucie odrębności mieszkańcy mają chyba dość silne. Nie chcę jednak wyrokować, bo byłam tam zbyt krótko - może ktoś z Was mieszka tam i podzieli się ze mną obserwacjami? Jakie są teraz komentarze, nastroje?
W Edynburgu miałam przyjemność słuchać wielu ulicznych muzyków, zarówno w ciągu dnia jak też wieczorami. Kocham się nie śpieszyć! Świadomość, że mogę usiąść kiedy chcę na schodach by posłuchać dobrej muzyki albo patrzeć na ludzi mnie uskrzydla.
Taka jestem. Bardziej od zabytków cenię życie ulicy i dlatego tak mało zabytków tu widzicie. Staram się pokazać coś innego, coś, czego nie zobaczycie w przewodnikach. Jakiś lokalny koloryt, to, co szczególnie przykuło mój wzrok czyniąc miejsce wyjątkowym.
Edynburg czarował mnie pogodą, pięknym światłem, grą cieni na budynkach. Było zielono i soczyście. Wspaniała jesień, zupełnie nie złota, raczej kolorowa niczym tęcza.
Wieczory były nieco chłodniejsze, ale nadal przyjemne. Lekka mgła nad miastem dodawała mu tylko urody. Edynburg jest miastem dla ludzi z wyobraźnią. Dla marzycieli, tak myślę. Ile w nim inspirujących, wywołujących najróżniejsze myśli i skojarzenia zakątków, nie zliczy nikt. Wzgórze Calton Hill nocą wprawiło mnie w osłupienie. Jakbym się znalazła w innym świecie.
Czułam się rozpieszczana jasnymi promieniami buszującymi w koronach drzew. Nie mogłam sobie wymarzyć lepszej pogody, chociaż wiem, że miałam dużo szczęścia, bo Szkocja jest kapryśna, równie dobrze mogło wiać, lać i być chłodno. Sądzę, że fantazje o powtórce w tym roku są dość naiwne, ale staram się nie tracić nadziei, może się uda?
TOP