25.4.14

Most Karola - jeden z symboli czeskiej Pragi

Most Karola jest niewątpliwie jedną z głównych atrakcji Pragi. Zawsze pełen turystów, od wczesnego rana aż do późnego wieczora tętni życiem i rozmowami.
Nie ma chyba osoby, która będąc w stolicy Czech chociaż na chwilę by tam nie dotarła. Pomimo tłumów, most ma swój klimat, którego nie można mu odmówić.
Według Wikipedii most ma prawie 516 m długości i ok. 9,50 m szerokości i spoczywa na 15 filarach. Ozdobiony jest licznymi posągami świętych i kilku ważnych osób np. cesarza Józefa II. Wszystkie rzeźby są piękne i niesamowicie wyglądają na tle nieba.
Najpopularniejsza jest postać Św. Jana Nepomucena, prezbitera, który w roku 1393 został strącony z tego mostu do Wełtawy. Pięć gwiazd wokół jego głowy symbolizuje pięć cnót męczeńskich a o tym przykrym wydarzeniu informuje pamiątkowa tablica. 
Tam gdzie są turyści - można zarobić o chyba wie o tym każdy. Dlatego na moście każdego dnia można spotkać innych artystów - malujących, rysujących, grających, śpiewających, tańczących. Dbają o swoje interesy, jeden z muzyków pogonił pana, zrobił mu kilka zdjęć a nie wrzucił żadnych w zamian pieniędzy do kapelusza.
Ja, jeśli robię zdjęcie, zawsze coś wrzucam, tak dla przyzwoitości ;)
Muszę przyznać, że widok z mostu jest naprawdę ładny i pomimo tłumu warto się po nim przejść. Polecam jednak pilnować torebki i portfele, bo złodziei wielu.
Dla mnie Most Karola jest przede wszystkim drogą prowadzącą do mojej ulubionej dzielnicy Pragi jaką jest Malá Strana.
Raz wybrałyśmy się na spacer wczesnym rankiem, w dzień powszedni. To jest dobry czas na Most Karola, ponieważ większość wycieczek jeszcze nie dotarła, są wtedy na rynku ;) Lubię ten most, chociaż nie darzę go jakiś szczególnie ciepłym uczuciem, bo są w Pradze miejsca ciekawsze. A jakie jest Wasze zdanie na ten temat?

22.4.14

Szara wiara - profesjonalna hodowla wyżłów weimarskich

Pierwszy wyżeł pojawił się w naszej rodzinie, gdy byłam nastolatką - czekoladowy Agent był najmilszym, najwierniejszym i najukochańszym psem na świecie. Zginął potrącony przez samochód a ja nie umiałam sobie wyobrazić, by jakiś inny zwierzak mógł zająć jego miejsce.   8 lat temu Tata kupił Lunę - suczkę wyżła weimarskiego. Szarą, śliczną i energiczną :) Na powitanie zjadła wszystkie kapcie w mieszkaniu i karton po suszarce do grzybów. I tak się zaczyna ta historia. 

Wyżły weimarskie to psy myśliwskie, które muszą się wyszaleć, wybiegać i paść ze zmęczenia, ale konsekwencją i staraniami można je "ułożyć". Konsekwencja to "słowo-klucz" - jeśli raz odpuści się surowe zasady, to przechlapane i pies kanapowy w domu gotowy :)))) Rok później urodził się mój mały brat i obawialiśmy się, jak zostanie przez Lunę przyjęty.
Bardzo szybko okazało się, że obawy były niepotrzebne. Wyżły są bardzo łagodne i niezwykle opiekuńcze wobec dzieci. Patrzyłam z niedowierzaniem, w jaki sposób zajmuje się Jankiem. Na dobrą sprawę, gdyby Luna umiała podgrzać mleko, to mogliby siedzieć tylko we dwójkę ;) Mam dziesiątki zdjęć mojego brata z pierwszych lat jego życia i znalezienie zdjęcia bez Luny graniczy z cudem. Czuwała przy łóżeczku alarmując rodziców, że dziecko się obudziło, nie dopuszczała do niego obcych, pilnowała, gdy zaczął raczkować (aby nie zbliżał się do schodów czy kominka), a  gdy chodził, to na schodach szła przed nim, aby go ratować jakby stracił równowagę. Gdy spał  już sam w swoim pokoju, leżała pod drzwiami na wypadek gdyby coś mu się złego przyśniło (jeśli zapłakał, biegła po "pomoc"). To była piękna i naprawdę wzruszająca miłość dziecka i zwierzaka.
W międzyczasie Luna jeździła na wystawy i zdobywała puchary. Tata i Marta wstąpili do Związku Kynologicznego, poszerzali wiedzę na temat rasy. Tak pojawił się pomysł małej hodowli psów myśliwskich. Dużo pracy i formalności, ale pierwszy miot pokazał, że warto!
W kolejnym miocie pojawiła się córeczka - Barça, która została z nimi na stałe. 1 marca b.r. urodziła 9 szczeniaków. Miałam przyjemność odwiedzić je w minione Święta. 
Tyle się słyszy o pseudohodowlach, maluchach trzymanych w klatkach, chorych, niedożywionych. Niektóre suki są kryte przy każdej cieczce, większą część życia spędzają na rodzeniu dzieci a ich właściciele nie mają pojęcia o opiece nad maluszkami i o tym, jak się nimi zajmować.
Gdy patrzę na nasze szare, wesołe, zadbane szczęścia, serce mi się kraje na myśl o ludziach, którzy wspierają ten proceder. Sama wolałabym psa ze schroniska niż rasowego, ale szanuję to, że niektórzy chcą zwierzaka z rodowodem. Warto wtedy zapłacić ciut więcej za pewność, w jakich warunkach dorastały malce, kim są ich rodzice i właściciele, co jedzą, kto je bada itd.
Maluchy są czyste, pachnące, miękkie i lśniące, regularnie badane przez weterynarza, który im towarzyszy od chwili narodzin aż do dnia opuszczenia rodzinnego domu. Szybko rosną, uczą się i chwilami zachowują jak małe dzieci - uwielbiają się bawić, przytulać i "całować" po twarzy.
Mają swój wybieg i ciepłe legowisko, a w słoneczne dni hasają do upadłego po zielonej trawce.
Zawsze pod czujnym okiem kochającej mamy i troskliwej babci kontrolującej sytuację.
Z utęsknieniem przez dwa miesiące czekają na ich przyjazd nowi właściciele, którzy śledzą losy na stronie hodowli i Facebooku (Szara Wiara). Doceniają fakt, że w razie problemów będą mogli w każdej chwili zadzwonić do właścicieli i uzyskać fachową poradę dotyczącą ich wychowania, karmienia itd. W wielu hodowlach kontakt urywa się po odebraniu szczeniaka.
Tata i Marta już na etapie sprzedawania piesków starają się dobrze poznać ich potencjalne rodziny. Wielu osobom wydaje się, że Weimar jest słodki, więc fajnie byłoby mieć takiego pieska. Trzeba im wytłumaczyć, że to zwierzę wymagające opieki, a przede wszystkim dużego wysiłku fizycznego.
Weimary energia rozsadza :) To silne psy, szybko biegają. Gdy Luna była mała, kilka razy prawie wylądowałam z nią w rowie, gdy za mocno pociągnęła smycz. Kiedyś, pociągnięta przez matkę i szczeniaka, prowadząc też Janka i jego sanki, zanurkowałam twarzą w lodowatą śnieżną zaspę.
Gdy przyjeżdżam po długiej nieobecności, Luna i Barça witają mnie w drzwiach dosłownie "rzucając się w objęcia". Zazwyczaj to skutkuje praniem kurtki (ślady psich łap na ramionach), wymianą rajstop (podarte z miłości) i biczowaniem łydek szczęśliwym, bardzo mocnym ogonem.
Szczeniaki to chodzące cuda. Nie pojawiają się często, więc gdy już są, to wszyscy szaleją. Nie jest to łatwa praca i podziwiam Tatę, Martę oraz Jana za cierpliwość i wytrwałość. Codziennie posiłki o równych godzinach, mierzenie, ważenie każdego z osobna, obcinanie pazurków (!), sprzątanie wybiegu, by maluchy miały czysto i przytulnie. Przez 8 tygodni to praca na pełen etat.
W tym czasie trzeba je jeszcze kochać, drapać za uszkiem i szukać dla nich dobrych domów. Z większością nowych rodzin hodowla do dziś ma kontakt, regularnie przychodzą zdjęcia już dorosłych psów - z wystaw czy biegających po górach i łąkach w nowych, pięknych okolicach.
Już za 2 tygodnie maluchy zaczną się rozjeżdżać po Polsce i Europie. Są już wyczekiwane, ktoś odlicza dni do ich przyjazdu. Każdy maluszek otrzyma osobistą książeczkę zdrowia, wszystkie niezbędne dokumenty potwierdzające legalność hodowli i humanitarne traktowanie szaraczków. Zarejestrowana hodowla to kontrole, badania, odpowiednie karmy, ale nie tylko.To też wielka miłość  do psów a nie wyłącznie chęć zarobku. I pasja, która cieszy moje oczy :)

18.4.14

Sycylia, Cefalù - miasteczko, które skradło moje serce

Im więcej czasu upływa od mojego powrotu z Sycylii, tym mocniej jestem tą wyspą zachwycona. Myślę o tym, ile ma w sobie piękna i prostoty. Tydzień to za mało, zdecydowanie za mało by poczuć ją i poznać, ale da się odkryć trochę jej tajemnic. Dziś chciałabym pokazać Wam relację z miasteczka Cefalù - perły Sycylii. 
Na wyspie byłam na początku maja, kiedy większość hoteli jest jeszcze zamknięta, a te, które powoli rozpoczynają działalność nastawione są głównie na rozrywkową młodzież z tzw. "zielonych szkół". To fajny czas - omija się tłumy turystów, zawyżone ceny i przynajmniej w jakimś stopniu tę najbardziej komercyjną atmosferę. 
Wiadomo, że tam, gdzie turystyka kwitnie, nigdy nie da się w 100% poczuć jak tubylec. Szczególnie będąc w jakimś miejscu kilka czy kilkanaście dni, ale mimo wszystko, lubię podróże przed sezonem lub zaraz po jego zakończeniu.
Na wizytę w Cefalù czekałam od chwili, gdy samolot usiadł lekko na lotnisku w Palermo. Znałam program pobytu i odliczałam dni. Muszę przyznać, że nie zawiodłam się. Chociaż mocno turystyczne, Cefalù wręcz pachnie południem. Jest pięknie położone na wysokiej skale i idealnie wkomponowane w tło, jakim są zielone drzewa i intensywnie niebieskie morze. 
Na pierwszy rzut oka skojarzyło mi się trochę z Dubrownikiem, z którego nie mam żadnych zdjęć, ponieważ kartę pamięci pochłonął prawdopodobnie odkurzacz albo terrier koleżanki.
Cefalù jest klimatyczne i pełne fascynujących zaułków. Idealne na spacer w leniwe popołudnie, długi i nieśpieszny obiad oraz włoskie lody na deser.
Miasteczko na pewno przypadnie do gustu miłośnikom zabytków. Oprócz górującej nad miastem katedry sporo tu kościołów i pałacyków. Architektura zachwyca na każdym kroku. Można się delektować bez końca.
Jest ładna plaża, a przy niej czyste morze i spienione fale uderzające o brzeg. I miejsca, w których życie toczy się swoim własnym, bardzo spokojnym rytmem.
Deptak z ławeczkami, na których można w spokoju usiąść i patrzeć przed siebie. Odpocząć, obserwować ludzi, a potem ruszyć spacerem w kierunku wąskich uliczek i poszukiwać detali.
Urocze drobiazgi znaleźć można w oknach, w witrynach sklepów, na cichych podwórkach. Są liczne kwiaty w zdobnych donicach i kolorowe dekoracje.
Czasami miałam wrażenie, że panuje lekki nieład, bo wszystko chociaż ładne, jest w różnym stylu, ale ma to swój specyficzny urok, cieszy oko i nastraja pozytywnie mnóstwem barw.
Są małe kawiarenki, gdzie spotkamy tylko miejscowych oraz restauracje nastawione wyłącznie na turystów.
Przy głównym placyku, na którym siedzą starsi panowie grający w karty, znajduje się sympatyczna, mała lodziarnia, w której jadłam najlepsze lody pistacjowe swojego życia w połączeniu z równie pysznymi melonowymi.
W Cefalù o tej porze roku przyjezdni goście nie rzucają się w oczy. Można obserwować codzienne życie, męskie spotkania przy stolikach czy kobiety żywo rozmawiające w trakcie rozwieszania na słońcu prania. 
A wiele ulic jest po prostu pustych. Na Sycylii widziałam mnóstwo bardzo ciekawych, starych samochodów.
Mieliśmy mało czasu. Niestety, za mało. Nie mogłam się włóczyć tyle, ile bym chciała. Nie mogłam zawędrować tam, gdzie bym dotrzeć pragnęła.
Spędziliśmy w miejscowości dwie noce. Z centrum szliśmy do hotelu 20 minut nadmorską promenadą. Miasteczko przycupnięte pod ogromną skałą wyglądało magicznie o każdej porze dnia. Często wspominam wieczorny spacer, gdy światła miasta błyszczały w oddali, a na wodzie unosiły się niewielkie łódki. Księżyc odbijał się w spokojnej tafli morza, a mi było przykro, że już następnego dnia mam wracać do domu. Wyjątkowo niechętnie opuszczałam Sycylię, bo zakochałam się w niej od pierwszej chwili. Mam nadzieję, że kiedyś uda mi się ta wrócić!

14.4.14

Andaluzja. Popołudnie w Mijas Pueblo

Po powrocie z Sewilii na Costa del Sol postanowiłyśmy wybrać się do Mijas Pueblo, niewielkiej miejscowości położonej na wzgórzu niedaleko Fuengiroli, gdzie spałyśmy. Podróż trwa zaledwie 20 minut a bilet kosztuje 1,55 EUR, więc to najtańsza wycieczka z możliwych. Ale czy warto się tam wybrać?
Wyruszyłyśmy tuż po 14, bo wcześniej Justyna chciała posiedzieć na plaży a ja trochę pospacerować. Autobusy jeżdżą co ok. 30 minut, więc jest to wygodne. Spodziewałam się cichego, mało turystycznego miasteczka o niezwykłym uroku. Część się sprawdziła.
Mijas Pueblo jest śliczne i to nie ulega wątpliwości. Dzięki swojej lokalizacji oferuje cudowny, panoramiczny widok na wybrzeże. Widziałyśmy stąd swój apartament!
Miasteczko jest urocze - białe, pełne kontrastowych, czerwonych lub niebieskich detali. Tuż po przyjeździe witają nas naganiacze oferujący przejażdżki bardzo smutnymi, wystrojonymi osiołkami, które do głów mają przyczepione karteczki Burros Taxi. Mnie to nie bawi i cieszę się, że pomimo dość natrętnych nawoływań, żaden turystów się nie skusił. 
W sumie nie wiem nawet, gdzie tymi osiołkami można pojechać, bo uliczki są wąskie i prawie zawsze pod górkę. Tuż obok "postoju taksówek" znajduje się biuro informacji turystycznej, gdzie dostałyśmy mapy. Muszę tu dodać, że byłam zaskoczona jakością obsługi i mapami, które można dostać w każdej turystycznej miejscowości. Bardzo ułatwia to zwiedzanie. 
Mapka Mijas jest kolorowa jak samo miasteczko, prezentuje też proponowaną trasę spacerową, na którą należy przeznaczyć ok. 2h. Na mapie może się wydawać, że są to duże odległości, ale wszędzie jest blisko, a poszczególnie fragmenty spaceru trwają po kilka minut. Trafiłyśmy tam w trakcie siesty, ale większość lokali i sklepów była otwarta.
Dlaczego? Ponieważ w moim odczuciu Mijas Pueblo jest bardzo komercyjne i turystyczne, a bliskość miejscowości nadmorskich sprawia, że jest wręcz zasypywana turystami. Szkoda. 
Ceny w sklepach są dużo wyższe niż na wybrzeżu, ale najbardziej zszokował mnie krem aloesowy, który kupuję zawsze będąc w Hiszpanii (marki Instituto Espanol), który zwykle kosztuje ok. 2,99-3,50 EUR a tutaj... 7.50 EUR! Korki do wina kosztujące ok. 3 EUR tutaj oferowano za 4-5 EUR i mogłabym tak wyliczać bez końca. Duże, negatywne zaskoczenie.
Restauracje i kawiarnie również nie zachęcały cenami znacznie wyższymi niż te, które widziałam w Maladze, Rondzie, Sewilli i mniejszych miejscowościach Wybrzeża Słońca. Uznałyśmy, że pospacerujemy, a na obiad pojedziemy gdzieś indziej, bo jedyny lokal sprawiający wrażenie lokalnego, był o tej porze nieczynny. Taką godzinę wybrałyśmy.
Mijas jest super czyste, super zadbane, momentami wręcz sterylne i jakoś nie kojarzy mi się to z "prawdziwym klimatem". Czułam, że wszystko jest podrasowane, upiększone pod turystyczne gusta. Być może się mylę, ale takie są moje odczucia z tych kilku godzin. 
 Turystów było wielu, miejscowi spacerowali lub siedzieli na ławkach i rozmawiali.
Kilka razy próbowałyśmy się uśmiechać, ale adresat zwykle odwracał głowę :( Powiem szczerze, że pomimo faktu, że Mijas Pueblo jest niezwykle fotogeniczne i miłe dla oka, nie czułam się tam dobrze. Może taki dzień, może taka godzina, może taki moment, a może po prostu mi się zdawało?
Na kilka godzin warto się tak jednak wybrać będąc w okolicy, chociażby po to, żeby pospacerować po białych uliczkach, które wyglądają pięknie szczególnie w słoneczne dni, gdy odbija się od nich intensywne światło,  zobaczyć małą arenę korridy czy posiedzieć w parku lub podziwiać widok z widokowych tarasów, przegryzając pyszne, jeszcze ciepłe migdały w miodzie, których sprzedawcy stoją niemal na każdym kroku. Słodki zapach jaki się unosi nad ich patelniami potrafi wzruszyć :) 
TOP