27.11.14

Cudowny Królewski Ogród Botaniczny w Edynburgu

Ogród botaniczny w Edynburgu
Piękny był to dzień. Kolejny z serii "to zbyt słoneczne, aby mogło być prawdziwe w Szkocji jesienią". A jednak było! Prawie październik, a ja bez kurtki, w balerinach jem ciasto marchewkowe na ławce w parku Inverleith, obserwując wesołe dzieciaki grające w piłkę i młodych ludzi spacerujących z psami. Idealnie!
Uciekłyśmy z Royal Mile, najbardziej zatłoczonej w sobotę ulicy Edynburga najpierw na West End, potem do Dean Village, a na końcu do ogrodu botanicznego. Tego dnia dziękowałam sobie w myślach za to, że zdecydowałam się wrócić do Szkocji na dłużej niż rok temu, chociaż wiele osób pytało "po co?". Edynburg jest tak fantastycznym miastem, że nie sposób rozkoszować się nim w biegu. Za łatwo wtedy coś pominąć.
Ogród botaniczny położony jest w północnej części miasta, niby niedaleko od centrum, a jednak po drodze trochę się pogubiłam. W tej lokalizacji znajduje się od lat 80-tych, wcześniej działał blisko pałacu Hollyrood. Jest ogromny (26 ha) i przy sprzyjającej pogodzie można w nim spędzić nawet pół dnia. Warto dodać, że jego oddziały znajdują się w Dawyck, Benmore i Logan, a każdy jest wyjątkowy!
Na starcie zdziwiło mnie jak wiele osób kłębi się przed wejściem, bo myślałam, że będziemy same :) Wstęp jest bezpłatny, dodatkowo płatne są wejścia do szklarni (odpuściłyśmy z braku czasu) i mapa, którą za symboliczną oplatą można kupić w punkcie informacyjnym. Polecam, bo jest ładne wydana i praktyczna.
Na terenie ogrodu jest tak dużo zakątków, alejek, tajemnych przejść, że bez mapy można poczuć się jak w labiryncie i stracić orientację. Jest ogród skalny, są wielkie rododendrony, jest ogródek rodem z działki (z kapustą i pomidorkami), mnóstwo kwiatów (w czasie naszej wizyty widziałyśmy m.in. krokusy i wrzosy).
Jest chińska część z małym pawilonem, ogródek poświęcony Królowej Matce, alpinarium z górskimi roślinami, palmiarnia (płatna), ogromne trawniki na których można siedzieć, rozmawiać i urządzać pikniki.
W czasie naszego spaceru spotkałyśmy rekordową ilość rodzin z Polski, miałam wrażenie, że co druga grupka mówi w naszym języku. Panowie ze zdjęcia fotografowali panie idące przed nimi :)
Gdy weszłam do domku wyłożonego szczelnie muszelkami w Queen Mother Memorial Garden byłam tak zachwycona, że aż zapomniałam przeczytać co on właściwie oznacza. Czy ktoś wie?
Droga prowadząca do palmiarni. Przez okna wszystko co jest w środku wyglądało wręcz zjawiskowo, więc od razu pożałowałam, że nie mogłyśmy wejść do środka. Planowałyśmy spędzić w ogrodzie godzinę, ale okazał się tak duży, że spędziłyśmy dwie i mam nieodparte wrażenie, że zobaczyłyśmy co najwyżej połowę jego atrakcji, o ile nie mniej. W parku, podobnie jak w całym Edynburgu nie brakuje drewnianych ławek z dedykacjami.
Mam do nich wielką słabość. W dużym, anonimowym mieście, gdzie każdy się śpieszy, są one taką małą szansą na zatrzymanie się na chwilę, zastanowienie. Nadają miastu ludzkiego oblicza.
Wiem, że na zdjęciach raczej tego nie widać, ale tego dnia ogród był pełen ludzi, szczególnie rodzin z dziećmi w różnym wieku.
 Randki, spacerki, mamy pchające wózki, dzieci oglądające z uwagą kwiatki, starsze małżeństwa.
Tak miło przyjść do parku i po prostu poczytać książkę. Latem często mi się to zdarza w naszym warszawskim Ogrodzie Saskim, położonym w samym centrum stolicy, bardzo blisko mojej pracy.   Proste radości. Uwielbiam. Nigdy nie uważam tego za stratę czasu. Czysty relaks i dotlenienie :)
Powiem Wam, że Królewski Ogród Botaniczny mnie zaskoczył bardzo pozytywnie. Idąc tam nie czytałam o nim dużo, wiec nie wiedziałam czy jest duży, ładny i w ogóle interesujący.
Dla mnie był przepiękną oazą ciszy i spokoju, cieszącą wszystkie zmysły. Gdybym miała więcej czasu, bez wyrzutów sumienia spędziłabym tam cały dzień. Nie jest to raczej atrakcja na dwudniowy pobyt w Edynburgu, ale jeśli będziecie dłużej to warto się wybrać. Zachwycić, wyciszyć.. Mocno polecam!

21.11.14

Miejscowość Lecco nad jeziorem Como w 1 dzień

Lecąc do Bergamo długo zastanawiałyśmy się czy zobaczyć coś w okolicy czy jednak nie. Dużo osób mówiło, że lepiej się skupić na samym Bergamo, ale chyba odczuwałabym niedosyt. Zapadła szybka decyzja - w sobotę z samego rana jedziemy do miejscowości Lecco. To był strzał w dziesiątkę!
Włochy miejscowość Lecco
Pogoda była zjawiskowa, jak późnym latem, a nie późną jesienią, więc mogłyśmy zwiedzać dość intensywnie i wieczorem miałyśmy poczucie, że chcemy się wyrwać z miasta w jakieś bardziej kameralne miejsce.
Wstałyśmy o świcie, podreptałyśmy spacerem na dworzec kolejowy (przy okazji zwiedziłyśmy trochę nowej części miasta i obserwowałyśmy budzące się ze snu miasto), łamaną "włoszczyzną" kupiłyśmy u miłego pana bilety w dwie strony za 7 EUR/1os. I ruszyłyśmy.
Pociągi odjeżdżają co godzinę i jadą do celu niecałą godzinę. Widoki za oknem w czasie podróży zachwycające - góry, małe miasteczka na ich zboczach, kościółki, zieleń, jeziora. Super przyjemnie. Co ciekawe, w jedną stronę jechałyśmy sypiącym się, starym, pomazanym wagonem, a w drugą już bardzo komfortowym i nowoczesnym, z luksusową toaletą i klimatyzacją. I to za tę samą cenę :)
Lecco to spore, ale na swój sposób kameralne miasteczko w południowo-wschodniej części jeziora Como (nazywa się ona Lago di Lecco), a krajobraz uzupełniają Alpy Bergamskie. Po raz kolejny pogoda nas rozpieściła, kolorowe liście leciały z drzew, promienie słońca przyjemnie grzały.
Z dworca nad jezioro idzie się kilka minut, przechodząc przez samo centrum. Ponieważ był to weekend, sporo osób już spacerowało, konsumowało lody lub piło kawę w kawiarniach.
Pierwszy zachwyt - powietrze! Czyste, lekko wilgotne, ale pachnące lasem i świeżością. Zdecydowałyśmy się przejść na drugą stronę jeziora, żeby zobaczyć Lecco z innej perspektywy.
Im dalej od centrum i głównych uliczek, tym mniej ludzi dookoła. Ktoś sobie biegał, ktoś szedł z psem, ktoś spacerował z dzieckiem, na jeziorze kajaki. Sielsko i leniwie, jak na sobotę przystało.
Wspaniałe, wyraziste kolory łódek, zieleń drzew, turkus wody... jak dobrze nacieszyć oczy!
Miałam świadomość, że to ostatnie chwile ciepła, optymistycznych barw, bo za chwilę wrócę do Polski, zapanuje szarość i ciemność. Usiadłyśmy na ławce i gapiłyśmy się bez końca, aby zapisać ten widok w pamięci, żeby móc go później przywołać w te pochmurne, ponure, zimowe dni....
W poszukiwaniu toalety trafiłyśmy do Urzędu Stanu Cywilnego i przypadkiem wbiłyśmy się na ślub ;)
   Państwo młodzi z radością przyjmowali kwiaty i życzenia, były brawa i salwy śmiechu.
Udali się później z fotografem nad jezioro. Musiała to być fantastyczna sesja, w takim miejscu!
  Wracając do centrum Lecco zobaczyłyśmy panów z wielkimi wędkami, łowiących ryby.
Pozytywnie zaskoczyły nas ceny, Lecco okazało się tańsze od Bergamo. Jadłyśmy pyszną pizzę z widokiem na jezioro (nauczyłyśmy się przy okazji, że anchois, nie zawsze nazywa się anchois) za naprawdę niewielkie pieniądze, a ceny w barach, piekarniach i cukierniach też były trochę niższe. 
W Lecco spędziłyśmy kilka godzin, w sam raz na dłuższy spacer w pięknych okolicznościach przyrody, obiad i relaksującą obserwację łódek. Ok. 15 wróciłyśmy do Bergamo, więc zostało jeszcze trochę czasu na zwiedzanie, lody na patyku i mocne espresso. Ale o tym innym razem!

17.11.14

Dlaczego powstał blog, co mi dał i jak się zmieniał?


Miałam zrobić sobie weekend bez komputera, ale nie wyszło. W sobotę wieczorem wróciłam do domu i stwierdziłam: muszę coś w końcu napisać.Nie napisałam nic na blogu od ponad 3 tygodni, publikowałam przygotowane już wcześniej wpisy. Powód? Spadek motywacji o 300% spowodowany różnymi wydarzeniami. W weekend na Torwarze odbywały się targi turystyczne, na których udało mi się wysłuchać rozmowy z Anitą Demianowicz i Bartkiem Szaro na temat "Jak (nie)prowadzić bloga". Chętnie poznałam ich zdanie, przy okazji sama zaczęłam sobie zadawać różne pytania. Moja strona istnieje blisko pięć lat, to dobry moment na chwilę zastanowienia się - po co mi to było? Co blog mi dał, co daje teraz, a co może dać w przyszłości? Czy pisanie go sprawia mi jeszcze przyjemność, czy jest już rutyną? Co zmieniło we mnie i w moich wyjazdach? 


Kiedy powstał mój blog i dlaczego go założyłam? 

Blog powstał dla mnie, w przypływie nagłego impulsu, ponurą zimą 2010 roku. Wróciłam wówczas ze wspaniałego, kolejnego już pobytu w Portugalii i poczułam, że chciałabym zachować w pamięci wspomnienia, które rozmyłyby się zbyt szybko a przy okazji dzielić je z ludźmi, którzy towarzyszyli mi w czasie wyjazdów. Na początku czytała go tylko moja Mama i kilkoro znajomych, którym w sekrecie o blogu powiedziałam (pisałam anonimowo). Nie pamiętam już nawet kiedy zaczęły się pojawiać osoby z "zewnątrz", ale było dla mnie dużym zaskoczeniem, że ktoś poświęca swój czas, by zapoznać się z nowym postem, wyrazić opinię, skomentować, wysłać do mnie wiadomość. To, co miało być zabawą okazało się dość poważną sprawą, gdy dostałam e-maila od samotnej matki, która podzieliła się ze mną historią swojego życia, ogromnym smutkiem, poczuciem bezsensu a na  końcu napisała "dzięki pani, mogę raz na jakiś czas uciec ze świata w którym żyję, w zupełnie inny, pełen kolorów i radości. Jest pani tak autentyczna, że czuję, jakbym była kilka kroków za panią".To był pierwszy raz, gdy łzy ciekły mi ciurkiem po policzkach. Napisała to, nie wiedząc o mnie nic.Wtedy z rozumiałam to, co na spotkaniu powiedziała też Anita: ludzie na blogach nie szukają tylko treści, ale szukają też drugiego, prawdziwego człowieka. Wtedy się ujawniłam. Wrzuciłam jakieś zdjęcie, podpisałam się imieniem i nazwiskiem a nie samym "Ajka". Z perspektywy czasu myślę też, że trochę podświadomie założyłam bloga zamiast pisać do szuflady dlatego, że w moim środowisku brakowało osób dzielących moją miłość do podróży i odczuwałam związaną z tym pustkę. Pracuję w branży turystycznej, mogłoby się wydawać, że otaczają mnie sami pasjonaci, ale tak nie jest. Dla większości moich współpracowników (było ich naprawdę sporo) wystarczające były dwa wyjazdy w roku na All Inclusive z jedną wycieczką fakultatywną, skupione na drinku z palemką i basenie. Nie neguję takiej formy spędzania wolnego czasu, ale faktem jest, że nie miałam o czym z nimi rozmawiać  w temacie wyjazdów. Blog stał się więc takim pomostem pomiędzy mną, a ludźmi, którzy myślą podobnie.


Ludzie 

Tak, dzięki blogowi poznałam fantastycznych ludzi - zarówno osoby prowadzące własne strony, jak też Czytelników, którzy pisali do mnie, żeby podziękować za inspirację, poprosić o radę, wygadać się albo podzielić się czymś radosnym lub smutnym, jakbym była kimś godnym zaufania. Zrozumiałam wtedy, że po prostu muszę być sobą w tym co robię, być w porządku wobec czytających, nie wciskać kitu, nie oszukiwać. Chcę być wiarygodna, bo twarz naprawdę łatwo stracić. Niektóre osoby znam wyłącznie w świecie wirtualnym, ale z wieloma miałam okazję spotkać się na żywo. Ta interakcja jest dla mnie czymś bezcennym. Z częścią osób utrzymuję stały kontakt, spotykamy się na pikniki przy fontannie, testowanie nowych smaków i lokali, rozmowy o codzienności i podróżach. Łączą nas zainteresowania, otwartość na świat, podobne spojrzenie na życie. Wspieramy się, nie brakuje nam tematów do rozmów. To cudowne!

O czym pisałam kiedyś a o czym dziś? Co się zmieniło?

Od samego początku pisałam szczerze, tak prosto z serca.. O podróżach, które są moją miłością, omiejscach, które mnie zachwyciły, ale też o tym, co mnie ucieszyło lub zaintrygowało. Dorastałam z blogiem, zmieniałam się. Przeżył kilka zmian mojej pracy i bezrobocie ;) Pewnego dnia poczułam, że życie przelatuje mi między palcami, w pośpiechu i braku skupienia. Zaczęłam chodzić na warsztaty z
zarządzania sobą w stresie i czasie, z szukania motywacji, rozwijania kreatywności. Potem sięgnęłam po książki - o uważności w życiu, o metodach małych kroków, o nawykach, które zmieniają nas w bardziej świadomych użytkowników ziemskiej przestrzeni. To wszystko w znaczący sposób wpłynęło także na moje wyjazdy. Dziś bardziej skupiam się na szczegółach, nie biegnę bez wytchnienia. Nie ograniczam się do przewodników, polegam też na własnej intuicji. Lubię iść przed siebie, gubić się, trafiać w miejsca, o których nie napisali w kolorowej publikacji. Często świadomie odpuszczam główne atrakcje miasta, idę tam, gdzie mnie stopy poniosą. Patrzę pod nogi, rozglądam się na boki i wysoko zadzieram głowę starając się dostrzec to, co tak wielu pomija. Wyłapuję detale, układam w głowie mapę odwiedzonych zakątków. Nie szkoda mi czasu na siedzenie na schodach tylko po to, aby wysłuchać ulicznego grajka, nie mam wówczas poczucia, że coś tracę. Zamykam oczy i jestem - tu i teraz, nic więcej się nie liczy.  Czasami idę do parku, obserwuję dorosłych i dzieci ganiające gołębie. Zwykłe scenki z codzienności. Zabytki stoją w tym samym miejscu od setek lat, a życie ulicy pulsuje w taki, a nie inny sposób tylko raz, ten moment nie powtórzy się nigdy więcej. Każde miasto ma swój specyficzny klimat, warto szukać tych charakterystycznych cech, które odróżniają je od innych. "Moje miejsca" nie zlewają się w pamięci w jedną całość, gdyż w każdym z nich udało mi się odnaleźć coś zupełnie wyjątkowego. Dziś ktoś spytał Anitę i Bartka, o czym to pisać, jak się człowiek znajdzie pośrodku niczego, nic się nie dzieje itd? Ja  myślę, że nawet po środku niczego może być fantastycznie, bo brak bodźców z zewnątrz pozwala się wyciszyć, zajrzeć w głąb siebie, przemyśleć pewne kwestie. Marek Kamiński z wędrówek po bardzo mroźnych, jednolitych krainach potrafi napisać fantastyczne książki o tym, co wtedy myślał i przeżywał.


Blisko czy daleko? Z walizką czy plecakiem? 

Mam zdrowe podejście do bloga. Wiem, ze w podobny sposób podróżują też miliony innych  ludzi, niejednokrotnie taniej /dokładniej /częściej /bardziej ekstremalnie. Po prostu robię to, co  sprawia mi przyjemność. Nie uważam się za lepszą od kogokolwiek ani też za gorszą, tylko dlatego, że zwiedzam Europę z walizką zamiast odległych państw z plecakiem. Nigdy nie godziłam się na podział na  „prawdziwych” podróżników i turystów. Dzielę ludzi na tych, którzy chcą coś w życiu przeżyć i tych, którzy z wyrazem obojętności na twarzy chcą przetrwać kolejny dzień i iść spać. Na tych, którzy idą swoją drogą, spełniają marzenia oraz tych, którzy boją się wyrwać z zaklętego kręgu nakazów, zakazów i społecznych  norm. Szanuję każdego, kto się spełnia, niezależnie od tego czy sprzedaje mikrofalówkę i samochód, żeby wyjechać w kilkuletnią podróż dookoła świata czy odkłada kieszonkowe, aby pojechać na tydzień np. na drugi koniec Polski. Ostatnio przeczytałam, że większość blogów jest płytka, że lepiej poświęcić czas na ambitne reportaże, poruszające historie. Serio? Ja uważam, że w życiu na wszystko jest miejsce. To, że lubię ambitne, niszowe kino nie zmienia faktu, że lubię też obejrzeć prostą, zabawną komedię o niczym. Wiele razy czułam, że ktoś subtelnie daje mi do zrozumienia, że mam niewiele do powiedzenia, bo nie byłam na końcu świata. Nie byłam i nieprędko będę, chociażby dlatego, że nie chcę oszczędzać cały rok, by wyjechać tylko raz, na dwa tygodnie (więcej wolnego nie dostanę). Mam się czuć z tym źle?

5 lat bez przerwy? Czy były chwile zwątpienia? 

Niewiele. Uwielbiam pisać, sprawia mi to wielką frajdę. Po tylu latach lubię też wracać już do starych wpisów, wspominać różne miejsca, spotkanych ludzi. Fajnie mieć to wszystko uporządkowane, nie musieć przeszukiwać niezliczonych folderów na dysku. To taka piękna pamiątka! Poświęciłam wiele godzin, dni, tygodni na przygotowanie ponad 400 postów, ale nie żałuję. Cieszę dziś nimi serce i oczy, są one w końcu częścią mojej historii. Miałam taki moment w życiu, chyba ze 3 lata temu, gdy nie miałam siły, by normalnie funkcjonować. Życie dało mi w kość, czułam się samotna, płakałam za biurkiem w pracy, wracałam do domu i leżałam na kanapie rycząc. Nie jadłam, nie chciało mi się nawet mówić. Jedynym, do czego byłam w stanie się zmobilizować było pisanie postów na blog, bo wiązało się to z ucieczką w  świat wspomnień, obrazów, a po drugiej stronie zawsze był ktoś, kto nie zadawał pytań, nie drążył tego, z czym było mi ciężko. Mój blog terapeuta :) Pierwsze chwile zwątpienia miałam ostatnio, ale mi przeszło.


Statystyki, lajki i zasięgi 

Uhuhuhu. Temat gorący jak blacha z ciasteczkami z piekarnika wyjęta. Uwielbiam, jak ktoś mi mówi, że skoro nie piszę na kartce i nie wkładam jej później do szuflady zamkniętej na kłódkę, to statystyki  muszą mieć dla mnie znaczenie. Mając 200 lajków na Facebooku mówiłam "wow, dużo". Mając ich 500 myślałam "wow, jak dużo". Mając ich 2200 mówię... "wow, dużo". Bo dla mnie to jest dużo. Nie mam ambicji bicia rekordów polubień, nie potrzebuję prosić, żeby ktoś mnie udostępniał, reklamował. Jeżeli komuś moje zdjęcia czy tekst się spodobają i puszczą to dalej lub dadzą mi znak "o,fajne!" to super. Jeśli nie, to też ok. Czytam czasami, że te lajki i statystyki to też po to, by połechtać nasze ego, żebyśmy się czuli doceniani. Trochę życia za mną i nauczyłam się, że czerpanie siły z zewnątrz jest złudne i potrafi  bardzo mocno rozczarować. Poza tym, bądźmy ze sobą szczerzy - blogów jest mnóstwo. Jest ich tak dużo, że niektóre trudno od siebie odróżnić. To, że lubię sobie pisać nie znaczy, że jestem skazana na sukces i wszystko mi się należy. Pamiętam, jak kupowałam rybę u słynnego Pana Sandacza, a jakaś pani w kolejce powiedziała, że chce rabat, bo prowadzi bloga. Jego mina była bezcenna. Moja też. Te lajki, statystyki, zasięgi... na pewno są ważne, jeśli ktoś chce na blogu zarabiać i ma pomysł jak to zrobić. Są strony, które pomimo, że trochę już komercyjne, to jednak zachowały autentyczność a ich autorzy są dobrzy w swoim fachu, dobrze się przy tym bawią i to przychodzi naturalnie. Bartek z Paragonu z Podróży powiedział, że w sumie nie wie jak to się stało, że oni robią swoje a reszta się po prostu dzieje. A ja może naiwnie, ale mu wierzę, bo czytam ich od dawna. W każdym razie, nie każdy blog odniesie komercyjny sukces, nawet jeśli autor wykona potrójne salto. Zupełnie bez złośliwości, fakty są takie - nie każdy blog jest oryginalny, wnoszący coś zaskakującego, niestandardowego. Co nie znaczy oczywiście, że nie ma sensu ich prowadzić! Ja też nie jestem unikalna, mega kreatywna, więc patrzę na te lajki ze spokojem. Robię to, co mnie cieszy, w sposób, jaki odpowiada właśnie mi. Wiem, że wiele osób ma podobne podejście. Jeśli komuś pasuje estetyka "Całego Życia w Podróży", to, jak patrzę na świat, jak opisuję odwiedzane miejsca i mi "towarzyszy" - bardzo miło! Jeśli nie - jest ok, bo w sieci każdy znajdzie coś dla siebie! O komentarze (a raczej ich brak) martwię się wyłącznie wtedy, gdy robię z kimś wywiad i jestem przerażona, że mój rozmówca mógłby pomyśleć, że ludziom się on nie spodobał i będzie mu przykro. Zasięgi bardziej mnie bawią niż martwią, bo wierzę, że ktoś, kogo blog interesuje zajrzy tutaj i tak raz na jakiś czas, więc Facebook nie rządzi moim samopoczuciem. Mam o wiele mniej polubień niż mnóstwo znacznie młodszych blogów, ale jakie to ma znaczenie?


Zarabianie pieniędzy na blogu i współpraca 

Jakiś czas temu zadzwoniła do mnie znajoma z informacją, że rzuciła pracę i ma pomysł na życie - bloga. Ma tylko pytanie co zrobić, aby móc się z niego utrzymać. W sumie takie pytania słyszę często, czasem też dostaję maile w tej sprawie. Odpowiedź brzmi - nie wiem, mam w tym niewielkie doświadczenie. Wiadomo, że ideałem jest zarabiać na tym, co sprawia nam przyjemność i gratuluję każdemu, kto tak rozbujał bloga, że ma z tego pieniądze, satysfakcję i jeszcze grono zadowolonych Czytelników. Widzę, że niektórzy podejmują fajne, rozwojowe współprace dając przy tym coś swoim fanom. Według mnie jest to godne uznania. Nie jest za to niczego godne wciskanie ludziom każdego kitu za kilka stów. Kiedyś jeden z blogerów napisał do mnie z propozycją, która mnie trochę ścięła z nóg - reklama, którą bym miała zamieścić była niedorzeczna i w mojej opinii obrażająca inteligencję ludzi, z którymi na moim blogu obcuję. Spytałam, czy mówi serio i ma zamiar to opublikować, a jego odpowiedź "w sumie nawet nie doczytałem treści, bo mam to zasadniczo w nosie, póki płacą" po raz kolejny ścięła mnie z nóg. Dziś jest jednym z wiodących blogerów podróżniczych i nie kryje się z tym, że zarabia na nim dużo. Ja nie wybrałam tej drogi. Przez minione lata odrzuciłam mnóstwo propozycji współpracy, które by mi dały szybkie pieniądze, ale kłóciłyby się z poglądami czy rzutowały na moją wiarygodność. Dość długo analizowałam każdą z ofert, którym powiedziałam "tak". Zgodziłam się pojechać do hotelu i napisać o nim obiektywną opinię, ale nie zgodziłam się na publikację artykułu o dworku, którego nie widziałam a właściciel wolał  zapłacić (wcale nie mało) niż mnie tam za darmo zaprosić - to trochę podejrzane, nie uważacie? Mogłam mieć na blogu reklamy kredytów, leku na biegunkę, a nawet festiwalu jedzenia bananów przez małpy na Borneo, ale nie miałam. Miałam za to miłą współpracę z linią Ecolines i kilkoma według mnie godnymi polecenia firmami, które coś chciały zaoferować także Czytelnikom (bon wakacyjny, etniczną biżuterię i kosmetyki z różnych zakątków świata, paczkę pysznych produktów z Portugalii czy książkę). Nie było tego dużo, ale tematycznie pasowało do bloga. Tak było i tak będzie zawsze. Wszelkie korzyści płynące z bloga nie są złe, tak długo jak okazujemy szacunek sobie i Czytelnikom.


Dlaczego "Całe życie w podróży?"

No właśnie, skąd ten tytuł? Nie myślałam nad nim długo, był naturalną konsekwencją tego, co myślę. Uważam, że nasze życie jest podróżą, którą odbywamy każdego dnia, nawet nie ruszając się z domu. Mamy duży wpływ na to, kim jesteśmy dziś i kim możemy zostać w przyszłości. Mamy przywilej życia w kraju, który chociaż nieidealny, pozwala nam uczyć się i rozwijać. Sama droga jest dla mnie zawsze ważniejsza od celu, o czym pisałam już wielokrotnie. Nie mam na tę chwilę potrzeby rzucenia pracy, spakowania najpotrzebniejszych rzeczy i wyruszenia w kilkumiesięczną tułaczkę po świecie, bo lubię moje życie a wyjazdy, zazwyczaj niezbyt długie są jego ważnym elementem, a nie przerywnikiem czy ucieczką. Jestem daleka od dorabiania ideologii, że krótko to bez sensu, bo niczego nie można się w ten sposób nauczyć. Ok, być może nie pozna się wszystkich tajemnic i prawdziwego oblicza miejsc, ale jeśli ktos chce, to wyniesie coś nowego nawet z kilkugodzinnego wypadu za miasto. Zobaczy np. interesującą roślinę, zwiedzi jakieś muzeum, porozmawia z ciekawym człowiekiem, spróbuje nieznanej mu dotąd potrawy, wysłucha historii, która pozwoli mu spojrzeć na świat z nieco innej perspektywy. Można przejść przez życie zamykając się na nowe, można miesiącami krążyć po jakiś kraju ledwo się ocierając o schematy, ale można czerpać dużą naukę z uważności, z umiejętności chłonięcia chwili wszystkim zmysłami. Staram się tak robić, co dostrzegła Anna Węgrzyn, redaktor naczelna portalu Zmiany w Życiu i zaprosiła mnie do wspólnej pracy nad "naprawianiem świata". To dla mnie o wiele większe wyróżnienie niż dziesiątki banerów, które mogłam przez te lata zamieścić na blogu tylko ze względu na niezłe statystyki. Świadomość, że ktoś czyta z uwagą moje wpisy, uważa je za ciekawe, wartościowe i inspirujące dodaje skrzydeł i motywuje do dalszej pracy. To mój ogromny sukces.

I co dalej? 

Póki co nie będę bloga zawieszać, tylko robić swoje, nie rozglądając się na boki. Zastanawiałam się, jak mogę uczcić 5-lecie, miałam nawet kilka pomysłów, ale nie wypalą one z braku czasu. Coś pewnie w międzyczasie wymyślę. Postanowiłam w tym roku zrezygnować z podsumowania wyjazdów, jak też nie planuję żadnych na przyszły rok. Zobaczymy co życie przyniesie, otwieram się na niespodzianki :)))

11.11.14

Edynburg. Na zachód od West End, czyli malownicze obrzeża miasta

Pamiętam jak rok temu po raz pierwszy jechałam autobusem z Glasgow do Edynburga. Część drogi przespałam, ale obudziłam się jakieś 20 minut przed końcem podróży i to, co zobaczyłam za oknem naprawdę mnie zachwyciło. Moje klimaty. Kameralnie i przepięknie.
Eleganckie, zadbane domy z dopieszczonymi ogródkami. Wspaniała architektura, duże okna, równo przystrzyżone trawniki. Metalowe stoliki i krzesła, ozdobne, kolorowe donice.
W tym roku postanowiłyśmy się wybrać w tamte okolice w jakieś wolne przedpołudnie. Corstorphine była kiedyś osobną wioską, dziś jest przedmieściem Edynburga. Znajduje się na zachodnim brzegu miasta, jeszcze kawałek za West End i Edinburgh ZOO. Dojechałyśmy autobusem 31 do końca ulicy St. John's Road i tam rozpoczęłyśmy spacer powrotny.
Niska zabudowa, ładne kościoły, malutkie kawiarnie (czasem na 2 stoliki), puby, małe sklepy z uroczymi witrynami to główny "krajobraz". Ma się wrażenie, że to wciąż jakieś małe miasteczko.
Atmosfera jest fantastyczna - spokojnie, malowniczo, przyjaźnie. Ludzie uśmiechają się, witają. Główna ulica wydaje się nie mieć końca i po jakimś czasie przechodzi w Corstorphine Road. 
Corstorphine Hill jest jednym z siedmiu wzgórz na których zbudowany jest współczesny Edynburg. Przypuszczam, że można z niego zobaczyć miasto z zupełnie innej perspektywy, ale niestety nie miałam okazji. Jak zwykle za mało czasu, by przejść się bocznymi uliczkami, trochę pogubić, pochodzić bez celu. Chętni mogą też wybrać się do ogrodu zoologicznego.
Pogoda była cudna, liście tworzyły żółty dywan, wiatr lekko wiał, niewielu ludzi dookoła. Mogłyśmy w spokoju podziwiać zabudowania i piękne podwórka. Wiele z wiktoriańskich domów zmieniono na nastrojowe, butikowe hotele (zwykle 3*). Uwielbiam taki styl.
Spodziewałam się wysokich cen, ale pozytywnie się zaskoczyłam. Noclegi w Edynburgu tanie nie są, a po powrocie sprawdziłam na marzec obiekt, który bardzo mi się podobał ( The Murrayfield Hotel - już zdecydowanie bliżej West Endu, ale nadal w cudownej okolicy, blisko pól golfowych). W terminach marcowych kosztuje 1800 zł za pokój 2-osobowy / 6 nocy. My płaciłyśmy 1600 zł za pokój wynajmowany od kogoś, więc różnica jest mała. Na pewno cena zależy od terminu i oferty (ta jest bezzwrotna), ale i tak jest taniej niż sądziłam.
Z tego miejsca jest też bardzo blisko (kilkaset metrów) do jednego z wejść na szlak Water of Leith, którym w zaledwie 30 minut można dojść do Dean Village, po drodze odwiedzając jeszcze Scottish National Gallery of Modern Art. Wspaniałe widoki plus niezwykle rześkie powietrze i mnóstwo zieleni, szumiąca rzeka... prawie jak na wsi! :)
Jeśli miałabym kiedyś mieć własny dom, to mógłby wyglądać jak jeden z tych :) Dla mnie ideał.
   Wspominałam już, że pogodę jesienią miałyśmy jak latem, kwitło dużo kwiatów.
Bliżej West Endu wchodzimy już w dzielnicę Murrayfield, o wiele bardziej miejską i już przypominającą stylem zabudowania centrum Edynburga. Sklepy i kawiarnie są większe, ale jest też dużo spokojnych osiedli, główny stadion rugby i lodowisko do gry w hokeja.
Dochodząc już do dworca Hyamarket i West End, po lewej stronie stoi dumnie imponujący budynek Donaldson's School, który już Wam pokazywałam we wpisie Edynburg praktycznie. Teren jest wielki i już od dawna wystawiony na sprzedaż. Bardzo, ale to bardzo bym chciała wejść do środka, zobaczyć jak wyglądają pomieszczenia, dziedziniec itd. Takie miejsca, może ze względu na miłość do książek o Harrym Potterze bardzo działają na moją wyobraźnię. Rok temu mieszkałam właśnie w dzielnicy West End, dokładnie na Palmerston Place i pomimo, że jest to kawałek od centrum (do Royal Mile ok. 25-30 minut spaceru), to byłam zadowolona. Dla mnie to mało turystyczna, a warta odkrycia okolica. Nieprzewodnikowa, a zaskakująca.
TOP