30.1.14

Lizbona - dlaczego warto ją odwiedzić? 9 powodów!

     
Lizbona, moje ukochanie miasto na krańcu Europy. Zachwycające, smaczne, serdeczne. Pełne życia, kolorów i dobrej energii. Tęsknię za nim każdego dnia. Tak często ktoś pyta "Co Ty widzisz Aga w tej Lizbonie? Czym się różni od innych miast?". Dziś przedstawię Wam 9 powdów, dla których uważam, że warto odwiedzić stolicę Portugalii.

 ŚWIATŁO 

Wiecie, że prawie każda osoba wracająca z urlopu w Lizbonie je wspomina? Ma w sobie coś bardzo trudnego do opisania. Lizbona w słońcu jest świetlista, ciepła i zachwycająca. W powietrzu unosi się aura, którą  musicie sami zobaczyć, by zrozumieć o czym piszę. To właśnie oślepiające światło zapamiętałam najlepiej z mojej pierwszej wizyty w tym mieście w grudniu 2004. Byłam zaskoczona, zachwycona i pokochałam je od samego początku.


 RZEKA TAG

Uwielbiam miasta, które leżą nad rzeką, szczególnie jeśli jej brzeg jest zagospodarowany, jest elementem codziennego życia, "wychodzi" do ludzi, towarzyszy im, nie jest tylko tłem. Tak jest w Lizbonie. Bez Tagu nie byłoby tak samo, nie byłoby tylu historii, które należy opowiedzieć, tylu miejsc, które trzeba odwiedzić. Poranna mgła nad Tagiem, port, mewy, promy i łódki na wodzie, imponujący Most Vasco da Gama, malowniczy Most 25 kwietnia, Park Narodów, promenada spacerowo-rekreacyjna w okolicach Belém to ważne obrazki Lizbony. Bez rzeki nie byłoby statków wycieczkowych, pięknej panoramy miasta widocznej z Cacilhas, piosenki Madredeus "O Tejo" i Pomnika Odkrywców, którzy wyruszali stąd na na podbój nowych ziem. Siadam czasami przy brzegu i wspominam wszystko to, co się w czasie 10 lat wyjazdów do Portugalii wydarzyło dziwiąc się, jak dużą rolę odegrał w tym Tag.


 PLAŻE

Nie w samej Lizbonie, ale może to i lepiej? Chcę miasta? Mam miasto. A jak chcę plażę? To szybko pakuję torbę i wyruszam w szybką, bezpośrednią podróż do Cascais czy na ukochaną Costa da Caparica, gdzie czeka na mnie wiele kilometrów piasku, wiatr, surferzy, reggae, a czas płynie jakby trochę wolniej. Prawdziwe wakacje, dwa różne światy i to tak blisko siebie. Idealnie.


PŁYTKI AZULEJOS

Jeden z symboli nie tylko Lizbony, ale całej Portugalii i południowej Hiszpanii. Pamiątka po Maurach, trzeba jednak przyznać, że wyjątkowo urokliwa. Pokrywają ściany budynków, klatki schodowe i wnętrza kościołów. Biało-niebieskie, ale czasem wielobarwne. Pokazują jakieś ważne wydarzenia albo są tylko zbiorem symetrycznych kształtów. Tęsknię za nimi w czasie spacerów po naszych szarych ulicach. 


 ALFAMA

To dzielnica, w której zawsze moje serce bije szybciej a wyobraźnia pracuje na pełnych obrotach. Ile w niej prawdy? Ile historii? Ile prostoty? Ile kiczu? Ile zakątków, jakich nie ma nigdzie indziej? Ile prania w oknach? Ile kanarków klatkach? Ile leniwych kotów? Ile starszych pań bacznie kontrolujących okolicę? Ile wzniesień? Ile kolorów? Ciężko to wszystko zliczyć, ale nie ma wątpliwości, że Alfama jest jedna jedyna i nic nie jest w stanie jej zastąpić. 


DETALE 

Tworzą klimat w każdym miejscu, budują prawdziwy portret zwiedzanych okolic. Nawet, gdy wszystko dookoła wydaje się podobne czy już kiedyś widziane, one sprawiają, że wiemy, że nie ma dwóch takich samych miast. Mogą się skrywać w starych pocztówkach, zabytkowych samochodach, ciekawych witrynach sklepów, wyjątkowych muralach, oryginalnych ozdobach na budynkach, starodawnych kawiarniach, kwiatach w oknach czy nawet gestach mieszkańców.


PORTUGALSKA KUCHNIA

Temat, na który można napisać grube księgi a i tak wyczerpać się go nie da. W zależności od regionu różni się od siebie, ale ma pewne stałe punkty, dostępne wszędzie. Należą do nich świeże, atlantyckie ryby, serwowane z prostymi dodatkami, sycące dania jednogarnkowe, biały chleb ze słonym masłem czy rybnymi pastami, paszteciki z dorsza, wspaniała oliwa. Desery na bazie jaj, z orzechami czy nutą cynamonu. Wspaniałe wina stołowe, zimny napój Sumol i najlepsza kawa. Ah, za jedzeniem tęsknię chyba najbardziej, ale cieszę się, że dzięki Smakom Portugalii mam część z ulubionych przysmaków w Polsce. Część dań, które zamawiam najczęściej w czasie wyjazdów w okolice Lizbony pokazywałam już we wpisach Portugalskie Przysmaki i Portugalskie Przysmaki 2.


TRAMWAJ 28 

Stukocząc i hałasując przemierza dzielnie lizbońskie wzgórza, przedziera się przez ekstremalnie wąskie uliczki, korkuje się między samochodami dostawczymi a grupkami turystów, zabiera pasażerów na gapę przyczepionych do tylnej części wagonika. Hamuje głośno, rusza ciężko. Przez otwarte okna wpada do środka powietrze przesycone wszystkimi zapachami miasta. Trasa jest malownicza i można nim dotrzeć do wielu najciekawszych zakątków Lizbony od placu Martim Moniz, przez szczególnie mi bliską dzielnicę Graça, kościół São Vicente de Fora, punkt widokowy Miradouro das Portas do Sol, okolice zamku, katedry Sé, pod bramę Parku Estrela, by skończyć przy Campo Ourique (właśnie sobie uświadomiłam, że nigdy nie dojechałam do końca, bo zawsze wysiadam przy parku, który uwielbiam!). Tramwaj 28 to bez wątpienia jeden z największych symboli Lizbony, więc przejechać się nim musi każdy!


ŻYCIE ULICY 

Są miasta, gdzie życie ulicy zlewa się w jedną bezbarwną całość i pomimo, że mają piękne zabytki, cudowne budowle i wartościowe dzieła sztuki, to ja nie czuję w nich pulsu, nie czuję, że oddychają. Lizbona do nich na szczęście nie należy, chociaż na obraz tego rytmu składa się wiele czynników: uliczni grajkowie, bezdomni, starsi panowie w kaszkietach grający w karty, staruszki głośno gestykulujące i rozmawiające o bieżących sprawach w uliczkach Alfamy czy Bairro Alto, dzieci bawiące się na podwórkach, ptasie trele, psie wesołe podrygi. Dużo do obserwowania i zapamiętywania. Do tego dźwięki, smaki i zapachy. Mówiłam, że tęsknię?

Ot, taka jest Lizbona. Ile bym o niej nie napisała i tak nie będę umiała przekazać Wam tego, że nie ma wieczoru bym nie zasnęła nie wspominając jej chociaż przez chwilę, że często się ogrzewam w cieple lizbońskich zdjęć, że siadam na kanapie z filiżanką kawy Nicola bądź z tostem posmarowanym pastą z sardynek i posypanym morską solą, włączam muzykę tych ulic, przepełniona wiarą i nadzieją, że wrócę tam szybciej niż mogłabym nawet przypuszczać.

To co, ruszacie w drogę? Polecam wpis "Lizbona praktycznie - jak zorganizować wyjazd"

27.1.14

"Nie chciałabym spędzić młodości żyjąc wyłącznie marzeniami!"

 
Jakiś czas temu na pewnym forum rozpoczęła się rozmowa o tym, czy warto patronować wyprawie, której uczestnik zamierza przejechać Europę za darmo, bez grosza przy duszy, licząc na "hojność spotkanych ludzi", którzy zapewnią mu spanie, jedzenie, transport itd. Mi ten pomysł się nie spodobał, ponieważ uważam, że bardziej godne patronatu i promocji są osoby, które mają ograniczone finanse a i tak ruszają w podróż, ale licząc wyłącznie na siebie. Tak jak bohaterka mojej dzisiejszej rozmowy, którą obserwowałam w ciszy juz przez dłuższy czas i uznałam, że chciałabym, abyście także poznali Annę, autorkę bloga Nadia vs. the World zdobywającą świat.

23.1.14

Pewnego razu w Dublinie

Jeśli ktoś liczył na ciekawe i długie opowieści z Dublina, pewnie się rozczaruje. Byłam w tym mieście krótko i zdążyłam przeżyć pogodowe załamanie nerwowe.

20.1.14

Wilno - raj dla wielbicieli detali

Jeśli uwielbiasz detale i kolory - możesz od razu zacząć szukać tanich biletów do Wilna, a obiecuję, że się nie rozczarujesz! Stolica Litwy jest kolorowa, piękna i pobudzająca wyobraźnię. Wszędzie coś zaskakuje! 
Przy pięknej, słonecznej pogodzie i odpowiedniej godzinie, można poobserwować wesołą grę cieni na ścianach na ulicy Literackiej (Literatų g.). Mieszkał tu kiedyś Adam Mickiewicz a kilka lat temu ktoś wpadł na pomysł, aby ją ozdobić stosując różne nawiązania do literatury. Powstały małe dzieła sztuki, wywołujące uśmiech ;)
Jest ciekawie, różnorodnie i z pomysłem. Na dokładnie przejrzenie się eksponatom z przeczytaniem ich opisów potrzeba przynajmniej godzinę, ale myślę, że warto.
Kilka kroków dalej, kolejna ulica z ciekawymi motywami. Tym razem ze ściany sklepu z herbatami wychodzą wielobarwne czajniczki, imbryczki itp. naczynia.
Warto spacerując rozglądać się uważnie, bo mieszańcy przykładają dużą wagę do drobiazgów, które nie są niezbędne, ale jednak uprzyjemniają codzienność. Z pierwszej wizyty kilka lat temu pamiętałam, że miasto było dość ponure, nie wiem więc czy tak się zmieniło przez ten czas czy wtedy ominęłam te najciekawsze miejsca?
Teraz miałam więcej czasu, więc wypatrywałam wszystkiego, na każdym kroku. Patrzyłam pod nogi, nad głowę i rozglądałam się na boki. Efekty są imponujące :)
Zdjęć mam bardzo dużo, więc długo je wybierałam, aby Was nie zanudzić, ale pokazać bogactwo tego miasta. Dawno nie byłam tak pozytywnie zaskoczona.
 Widziałyśmy też mnóstwo pięknych sklepów, wysmakowanych witryn, a także urokliwych kawiarni, z których najbardziej zakochałyśmy się w tej.. paryskiej, która pojawi się na blogu przy innej okazji. Wilno ma w sobie coś, czego dawno nie miałam przyjemności widzieć. Połączenie porządku z nieładem, sztywnych zasad ze sztuką.
Taki mix doskonały, nadający zwykłemu miastu lekko bajkowy charakter. Zdjęcia zostały zrobione w różnych zakątkach Starego Miasta i bliskich okolic. Myślę, że życie byłoby dużo piękniejsze, gdyby ludzie częściej "zawracali sobie głowę" takimi "bzdurkami" jak kolory, dekoracje, kwiaty, dodatki. Niewiele to kosztuje, poza kreatywnością, problemów nie zlikwiduje, ale może trochę poprawi humor w złe dni? :)


16.1.14

Szkocja - popołudnie w Melrose

Wspominałam już, że miałam w Szkocji małego pecha, ponieważ późnym wieczorem przed wycieczką nad Loch Ness zepsuł się busik i została ona odwołana. Wpadłam w rozpacz, bo chciałam tego dnia koniecznie gdzieś pojechać. Gdy wróciłam do hostelu ok. 22:30 współlokatorki spały już w najlepsze, więc z komórką i WIFI utknęłam w toalecie ;)
Musiałam ciekawie się prezentować osobom trzecim, bo spędziłam tam dwie godziny na zmianę dzwoniąc do koleżanki w Polsce, która mi sprawdzała dostępność i miała dokonać ew. opłaty a sprawdzaniem wszystkich lokalnych biur podróży w Edynburgu.
Praktycznie wszystko było już zarezerwowane. Udało mi się w końcu znaleźć krótką, kilkugodzinną wycieczkę Rosslyn Chapel& the Scottish Borders. Nie były to co prawda najlepiej wydane pieniądze mojego życia, ale jeden z punktów zapamiętałam pozytywnie.
Opactwo w Melrose, gdzie mieliśmy prawie dwugodzinną przerwę jest jednym z najstarszych na terenie Szkocji. Aktualnie w remoncie, więc nie prezentowało się szczególnie zachwycająco. Wstęp był dość drogi (ok. 6 funtów), więc zrezygnowałam.
Żeby zaparkować, musieliśmy zrobić kółko przez centrum miasteczka, które wydało mi się na tyle ciekawe, że postanowiłam się po nim pokręcić. To akurat była dobra decyzja.
 Miasteczko jest nieduże, jego centralną część można przejść spokojnie w 30 minut.
Ma przyjemny, nieśpieszny klimat i kilka naprawdę fantastycznych sklepów ze stylowymi meblami i dekoracjami mieszkania. Domki są małe i ozdobione mnóstwem detali.
 Wszędzie donice z kwiatami czy elegancko i równiutko przycięte klomby na placyku.
Zbliżała się pora obiadowa, więc zaczęłam się rozglądać za miejscem, gdzie można coś smacznego zjeść. Widziałam pub, restaurację - taką na większy głód, kawiarnię, sklep, gdzie można kupić na wynos np. pieczone pierogi aż w końcu trafiłam do przeuroczej piekarni.
W Dalgetty's Bakers & Tearoom można zamówić też na miejscu smaczne wypieki i herbatę, a wybór mają bardzo duży. Ja skusiłam się na ciepłą jeszcze bułeczkę scones z masłem oraz gorące, świeże pieczywo na wieczór, żeby już nie robić zakupów po powrocie do Edynburga.
Idąc przed siebie wyszłam na obrzeża Melrose, spotkałam konie na polanie :) Wiał lekki, bardzo ciepły, jesienny wiatr a powietrze pachniało prawie jak w pierwsze dni wiosny.
To takie momenty, gdy najchętniej siadam na ławce pod drzewem, wystawiam twarz do słońca ciesząc się, że jestem gdzie jestem i myślę sobie, że życie jest piękne.
 Nie byłabym sobą, gdybym nie odwiedziła wszystkich zakamarków i podwórek.
Pod koniec spaceru trafiłam do przepięknych Harmony Gardens, będących pod opieką National Trust for Scotlad. Wizyta w Melrose powoli dobiegała końca. Jeśli będziecie w okolicy, warto wpaść z wizytą, zarówno do samego miasteczka jak też do opactwa, bo na zdjęciach sprzed renowacji wygląda ciekawie, a po jej ukończeniu będzie jeszcze piękniejsze.

13.1.14

"Jakim cudem tak często wyjeżdżasz?"

"Dobrze musisz zarabiać, skoro tyle jeździsz", "No nie możesz narzekać na pracę, skoro ciągle wyjeżdżasz", "Dziwne, bo mnie ledwo stać na jeden wyjazd w roku", "Znowu jedziesz? To chyba lekka przesada".

Często słyszę takie słowa od bliższych i dalszych znajomych. Nie odbieram tego jako złośliwość, zwykle w ten sposób okazywane jest zdumienie. Chciałabym Wam dziś pokazać, że nie trzeba mieć worka pieniędzy, aby móc podróżować. Zarabiam poniżej średniej krajowej, nie mam zobowiązań typu duży kredyt czy dziecko, utrzymuję się sama. W takiej sytuacji jak ja jest dużo osób które tak bardzo się dziwią i piszę to z myślą o nich. Żyję w pełnej świadomości, że wielu ludzi zarabia nawet znacznie mniej utrzymując całe rodziny i na pewno jest im ciężko. Nie zamierzam nikomu również wmawiać, że mając 1500 zł, studiując, wynajmując pokój w Warszawie zwiedzi się pół świata (chociaż przypuszczam, że wiele zależy od pomysłowości i też znalazłabym takie przykłady).

Ten wpis jest dedykowany Państwu Kowalskim, takim z przeciętną pensją, za którą ciężko "zaszaleć", mając wiadome koszty stałe każdego miesiąca. Muszą się oni zastanowić, jak rozplanować wydatki, aby starczyło na to, co muszą i na to, o czym marzą. W podobnej sytuacji jest wielu moich znajomych, tylko nieliczni zarabiają na tyle dobrze, aby móc pozwolić sobie na wszystko. Reszta musi podejmować decyzje, dokładnie jak ja.

Wszystko w życiu jest kwestią priorytetów, a co za tym idzie -  ekonomicznych wyborów.

Obserwuję znajomych i co widzę? Kredyt na samochód mieszkając w dużym mieście i praktycznie się z niego nie ruszając (benzyna, przeglądy, ubezpieczenie), samotne lunche na mieście, bo nie chce im się ugotować w domu, co rano kawa w sieciówce (przepłacona co najmniej 10-krotnie), w piątek wyjście do klubu, w weekend do multipleksu na film z colą i popcornem. Koleżanki (głównie) mają słabość do kupowania ciuchów, w których widzę je raz w życiu albo w ogóle, gdyż szybko lądują na dnie szafy. "Dobra przecena" mówią, niosąc do kasy rzecz, która zupełnie nie pasuje do ich stylu lub zwyczajnie nie jest im potrzebna. Tu 10 zł, tam 30 zł, gdzieś po drodze jeszcze 50 zł i nagle się okazuje, że cała pensja zniknęła z konta. Niektórzy lubią mieć markowe gadżety, nowe modele czegośtam. Robią zakupy w supermarketach, które są bardzo pozorną szansą na oszczędność, bo zazwyczaj kupuje się dwa razy więcej niż to konieczne i finalnie wydaje się dużo więcej.

I mój ulubiony temat - papierosy. Paczka 15 zł x 4 razy w tygodniu x ok. 50 tygodni = 3000 zł. Dokładnie tyle w 2013 roku kosztowały łącznie moje wyjazdy do: Irlandii, Budapesztu, Wilna, Londynu i trzy weekendy w Polsce.

Uważam, że każdy ma prawo wydawać swoje pieniądze na co ma ochotę i dopóki mu jest z tym dobrze, to super! Nie komentuję, nie robię uwag i generalnie mnie to nie interesuje. Zaczynam się denerwować dopiero, gdy ktoś zaczyna mnie rozliczać z wydatków na podróże. Ja szanuję, że ktoś ma potrzebę kupowania wszystkiego o czym napisałam powyżej oraz wielu innych rzeczy. Z podróżami jest tak, że jakoś ludzi kłują w oczy. Nikt nikogo nie pyta skąd miał kasę na samochód czy dobrej klasy zegarek. Kupowane rzeczy są łatwiejsze do przełknięcia dla osób trzecich. Z tym, że przedmioty dziś są, a jutro możemy je stracić. Dlatego w życiu stawiam na przeżycia, emocje, nowe spotkania, radość płynącą z poznawania świata. To jest bezcenne i nigdy nikt mi tego nie zabierze. 

 Trzeba zadać sobie pytanie - co dla mnie jest w życiu najważniejsze, co mnie cieszy? 

Dla mnie priorytetem na tę chwilę są podróże. Przy moich zarobkach jest to wybór - raz w roku daleko albo kilka razy w roku blisko. Dopóki praca pozwala mi na częste, krótkie urlopy, korzystam z tego i wszystkie swoje wydatki podporządkowuję temu, żeby móc wyjeżdżać. Nie piję, nie palę, nie mam TV, nie płacę za kablówkę, korzystam z komunikacji miejskiej, książki biorę z bibliotek, a jak przeczytam jakąś super, którą muszę mieć, proszę o nią Mikołaja albo kupuję używaną w Internecie za ułamek ceny. Poluję na tanie dni w kinach studyjnych, gdzie mam trzy seanse w cenie jednego multipleksie. Kawę piję rano w domu, na mieście jadam tylko z okazji spotkań z większą grupą znajomych, a z mniejszą umawiam wspólne gotowanie albo na piknik przy fontannach. Nie kupuję nigdy na zapas jedzenia czy kosmetyków, a ubrania kiedy są mi naprawdę potrzebne.

Nie chodzę po sklepach z ciuchami, aby sobie poprawić nastrój - najlepiej mi go poprawia szukanie biletów! Do kina chodzę często, czasem na koncert czy do teatru. Jedzenie kupuję w małych sklepach, aby nie kusiły mnie promocje. Warzywa i owoce - na bazarku koło pracy, bo mają produkty z pierwszej ręki, bez marży pośredników. Do metalowej skarbonki wrzucam każdą monetę 5 zł, którą wydadzą mi w sklepie - to z jednej strony mała kwota, a z drugiej bardzo łatwo wydać ją na coś zbędnego jak batonik czy puszka picia. Jeśli coś dorobię, zaoszczędzę lub dostanę to wpłacam na specjalne konto, do którego nie mam karty, więc stojąc w długiej kolejce w banku muszę się trzy razy zastanowić nim te pieniądze wypłacę i wydam. Może Wam się wydawać, że to są "żadne oszczędności", ale to nie prawda. W skali roku są to bardzo konkretne pieniądze, które wielu osobom przelatują między palcami.

Do tego muszę dodać, w jaki właściwie sposób podróżuję. Jakbym kupowała wycieczki z biura podróży, pewnie pojechałabym gdzieś raz do roku. Np. objazdówka po Szkocji w jednym z dużych biur kosztuje ponad 4 tys. złotych + wydatki na miejscu, a jadąc na własną rękę na 5 dni zamknęłam się w 1300 złotych, a zobaczyłam naprawdę sporo. Podróżowanie na własną rękę wymaga większego nakładu pracy: trzeba poszukać biletów, tanich noclegów, możliwości taniego przejazdu na miejscu itd. Ja to bardzo lubię, samo planowanie sprawia mi wielką frajdę. Pomysły na tanie podróże są na wyciągnięcie ręki, wystarczy po nie sięgnąć. Na wyjazdach śpię tanio - dopóki jest czysto, naprawdę nie potrzebuję więcej. Łazienka na korytarzu nie jest dla mnie problemem. Nie spędzam w pokoju dużo czasu, korzystam tylko z łóżka i prysznica. Wszystko się da, trzeba tylko chcieć, szukać, pytać. W podróży nie żałuję pieniędzy na lokalne smaki, nigdy bym nie pojechała na wakacje All Inclusive, aby opychać się hotelowym jedzeniem. Wolę wyjść z hotelu do mieszkańców, poznawać kulturę i kuchnię.

Prowadząc tego bloga, staram się Wam pokazywać, że naprawdę można zwiedzać przynajmniej Europę mając ograniczone środki. Podobne wpisy pojawiły się już na kilku blogach, myślę, że warto tam zajrzeć:

Gdziewyjechać.pl "Kiedy? Skąd? No jak? Weź spadaj!"
Carrear Break "Jak sfinansować podróż"

Jak widać, nikt z nas nie ma magicznego konta dolarowego, cichych sponsorów, nie napadamy na banki ani nie dorabiamy na boku w podejrzanych branżach. Łączy nas jedno: mamy jasny cel, wspólne pasje i priorytety, dzięki którym nie odczuwamy żalu rezygnując z wielu rzeczy na co dzień. Nic na półce nie wygląda tak ładnie jak zdjęcia z podróży. Żadna rzecz nie wywoła takich emocji jak odwiedzone miejsca, spróbowane dania, poznani w podróży ludzie. Nie ma dla mnie ani jednego przedmiotu, dla którego warto byłoby żyć. A dla podróży chce mi się wstawać codziennie. Na tym świecie jesteśmy tylko na gościnnych występach, nikt nie wie, ile czasu tu spędzi, dlatego ja chcę wykorzystać te chwile najlepiej jak tylko potrafię. Kolekcjonować momenty, a nie przedmioty.

9.1.14

Co warto zjeść w Portugalii? odc. 2

Czas zdradzić Wam oficjalnie, dlaczego nie chciałabym i nie mogłabym mieszkać w Portugalii, którą kocham i ciągle do niej wracam. Uwielbiam widoki, zapachy i .. smaki.   I ponad wszelką wątpliwość, gdybym tam zamieszkała, bardzo szybko przestałabym się mieścić w drzwi, nawet te podwójne do metra. Każdy wyjazd to wielki Festiwal Jedzenia.
Jedzenie w Portugalii jest FENOMENALNE i zaskakujące swoją wręcz niezwykłą prostotą. Tylko, że ta prostota bywa niestety mocno kaloryczna :) W Polsce nie jem w ogóle białego pieczywa, ponieważ smakuje jak coś między gąbką a tekturą.
Chleb i bułki w Portugalii w połączeniu z lekko solonym masłem lub pastą z sardynek bądź tuńczyka wprawiają mnie w zachwyt. Albo z kroplą fantastycznej oliwy i kilkoma oliwkami w oliwnej, ziołowej zalewie. Jest ciężki, mięsisty, chrupiący. 
Jedna z najmniej wymyślnych sałatek świata - sałata, pomidor, cebula, marchew cieszy mnie bardziej niż eleganckie sałaty ze wszystkim, które serwują w Warszawie w każdej niemalże restauracji. Świeże warzywa bez żadnych dodatków bronią się same. Albo zupy. Ahhh te ich zupy! Pyszne, sycące i tanie jak nie wiem co. Z przetartych warzyw to moja ulubiona, zawsze gęsta, idealnie doprawiona i bardzo aromatyczna. Na szczęście do kupienia na każdym kroku.
W czasie zamawiania mogą wystąpić pewne nieścisłości :) Ponieważ zazwyczaj chodzę do mało turystycznych, malutkich, prostych knajpek z ceratą lub papierowym obrusem jednorazowym, nie ma tam kart w języku angielskim. Często nie ma nawet żadnych kart, bo kuchnia jest malutka i gotuje się to, co udało się o poranku kupić.
Pewnego dnia miałam ochotę zjeść kalmary. Wielką, okrutną ochotę - znacie to uczucie, gdy wiecie, że nic innego Was nie uszczęśliwi za żadne skarby świata? Zapomniałam jednak jak po portugalsku się kalmary nazywają. Najbliższa brzmieniu (hahahah) była nazwa camarão, więc zaryzykowałam. Zamiast pięknych, pękatych kalmarów w złocistej panierce dostałam niezbyt zadowolone ze swojej sytuacji, gotowane krewetki, patrzące na mnie z wieeeelkim wyrzutem. A kalmary to lulas. No sami powiedzcie, czy ktoś mógłby na to wpaść, tak sam z siebie?!
Najgorsze ze wszystkiego są przystawki, serwowane do stolika po złożeniu zamówienia. Płaci się za nie później, ale to najmniejszy problem. Większym jest to, że tego się nie da  zjeść po prostu wszystkiego!! Świeże pieczywo, sery (boskie, rozpływające się w ustach), najlepsze wędliny, smażone pierożki z krewetkowym farszem i inne. Zachwyt i rozpacz :)
Zachwyt, bo wszystko jest przepyszne, rozpacz, bo gdy przychodzi danie główne, to się okazuje, że człowiek jest już wypchany na full i nie wepchnie w siebie nic więcej. I co teraz? No właśnie to, że ryba tak pachnie, tak kusi, tak zachęca, że nie można się jej w ogóle oprzeć.
Sięga się po nią nieśmiało, tłumacząc się w myślach przed samym sobą "przecież to zdrowe, ryby są zdrowe! I niskokaloryczne, przecież grillowane a nie smażone, prawie bez tłuszczu a do tego gotowane warzywa - przecież warzywa są zdrowe, lekkie, bez tłuszczu i ..." ekhm!
Ryby... Razem z winem, oliwą i korkiem jedno z największych dóbr Portugalii, bez dwóch zdań. Peixe espada, pescada, robalo, dourada, bacalhau, sardinha, atum, salmão, każdy znajdzie rybę, w której się zakocha już od pierwszego spotkania na zwyczajnym, białym, tanim talerzu.
Fani owoców morza też nie będą rozczarowani, Ocean kryje w sobie wiele niespodzianek.
Portugalczycy jedzą też dużo mięsa, przygotowywanego na różne sposoby, także jako dania jednogarnkowe. Ja mięsa jadam bardzo mało, w Portugalii to wyłącznie jak mi ktoś poda np. kilka plasterków szynki jako przystawkę to skubnę, ale sama nie zamówię. Jeśli ktoś jest zupełnie bezmięsny wliczając w to ryby, będzie miał problem, by zjeść cokolwiek poza np. omletem z frytkami (ale też trzeba uważać, bo często w środku mogą być krewetki).
Weganie w ogóle nie wiem jak funkcjonują w Portugalii i mówię to z zupełną powagą, bo w lokalach, które nie są stricte vegan/vege po prostu nie da się zamówić nic poza mixem warzyw.
    Na mały głód sięgnąć można po paszteciki z dorsza, smażone pierogi czy "ciastka" z mięsem.
 Albo kanapki, ja mam słabość do tych z ostrym żółtym serem w ... maślanej bułce.
Portugalii nie byłoby bez kawy. Pije się ją zawsze, wszędzie, w każdym ilościach.
Kawy nie słodzę, ale czegoś słodkiego do niej nikt przecież nie odmówi... I tu znów ten kraj bez serca wychodzi naprzeciw marzeniom, oferując dobra idealnie wchodzące w biodra.
Piekarnie, pastelarie, małe sklepiki, knajpki. Gdzie by nie spojrzeć, czeka coś mącznego, coś jajecznego i coś na pewno nie dietetycznego. Z kremem, z kokosem, z kandyzowanymi owocami.
Z dodatkiem cynamonu, z cukrową posypką, z nutą migdałową czy jakąś inną.
Ciężki los, jak się jedzie tylko na kilka dni, bo można oszaleć, gdy dookoła tyle smaków, aromatów i diabelskich pokus. Zło czai się za rogiem. I to za każdym rogiem, trzeba dodać.
Tak, dlatego nie mogłabym mieszkać w Portugalii. Nie chciałabym, aby mi to wszystko spowszedniało, lubię czekać na te chwile, gdy wrócę, pójdę do ulubionej tasca i zamówię to, za czym codziennie tęsknię. Wtedy każdy posiłek jest świętem, które warto celebrować. Przypominam, że dawno temu na blogu pojawił się już wpis "Portugalskie przysmaki odc. 1".
Jakie jest Wasze zdanie o próbowaniu lokalnej kuchni i przysmaków? Ja nie umiałabym pojechać za granicę z plecakiem kabanosów i innych przekąsek, żeby tylko było "taniej". Nowe smaki są dla mnie tak samo ważne jak nowe miejsca, nowi ludzie, nowe doświadczenia. Nie mam worka pieniędzy, rezygnuję więc z wyjść do restauracji w Polsce, staram się unikać jedzenia na  mieście na co dzień, by móc sobie odbić to w podróży.  
TOP