28.2.14

Bruksela na weekend - co zwiedzić, co zjeść?

Bruksela w dwa dni - kościół Św. Katarzyny
Weekend w Brukseli, to ponad 40h do wykorzystania na zwiedzanie i poznawanie  stolicy Belgii. To dużo czy mało? Jeśli chce się odwiedzać muzea, to czasu jest niewiele. Jeśli chcemy wyrwać się z domu, zobaczyć kilka nowych miejsc, zjeść coś dobrego, na chwilę zmienić klimat i otoczenie, to według mnie wystarczy. Dziś chciałabym przedstawić Wam moją propozycję spędzenia czasu w tym mieście. Co warto zobaczyć będąc w Brukseli zaledwie dwa dni?

25.2.14

Kradzież i utrata dokumentów w czasie podróży za granicę - co robić?

Wyjazd do Brukseli miał być jednym z najtańszych weekendowych wyjazdów w historii. Tanie bilety na samolot, jeszcze tańsze na shuttle bus, niedrogi nocleg w dobrych warunkach, niskie koszty na miejscu. Okazał się jednak jednym z najdroższych i były to niestety jedne z najgorzej    wydanych pieniędzy. Dlaczego? Ponieważ zostałyśmy tam okradzione i nie wróciłyśmy do Polski... Co zrobić w takiej sytuacji? Czy można się w pełni zabezpieczyć przed takim zdarzeniem?

Chce mi się śmiać przez łzy - jestem wzorem idealnego pakowania. Naczytałam się, nasłuchałam tylu przygód innych ludzi, że dmucham na zimne. Dowód w jednym miejscu, karty w drugim, pieniądze większe podzielone na małe pliki, pod ręką tylko 20 EUR na bieżące wydatki. Ile osób uważa, że ich to nie spotka, ich to nie dotyczy? Mnóstwo. I mówię Wam dziś - może to dziś lub jutro spotkać każdego z Was i musicie być na to przygotowani. Ten wpis niech będzie poradą, a zarazem przestrogą, że trzeba mieć oczy dookoła głowy i 100% koncentracji na każdym kroku.

W Brukseli było ok. Bez zachwytów, ale ok. Ładny Rynek, dobre jedzenie, pyszne gofry. Ale nie miałam ochoty zostać dłużej. Przez cały pobyt uważałyśmy na swoje tobołki. Wartościowe rzeczy schowane, w portfelu, który wyjmowałyśmy w sklepach czy kawiarniach było tylko kilkanaście EURO. W niedzielę o 12 przepakowałyśmy nasze małe plecaki, wykwaterowałyśmy się, zjadłyśmy obiad i kupiłyśmy w sklepie wodę. Zabrakło nam kasy ze wspólnego portfelika, więc mama wyjęła swój, idąc do metra włożyła go do kieszonki jeszcze mniejszego plecaczka, zapięła go na suwak i włożyła do torby lnianej którą miała pod pachą. Do przejechania raptem 3 stacje. Tłok. Rozmawiałyśmy, patrzyłam na nią. Nagle stacja, ludzie zniknęli. Lniana torba rozcięta a plecaczek rozpięty. Po portfelu ani śladu. Żadna z nas nie zauważyła, nie poczuła NIC. Złodziej był świetnym specjalistą w swojej dziedzinie. Byłyśmy w drodze na przystanek autobusu na lotnisko Charleroi...

W pierwszej chwili pomyślałam "Trudno, ładny portfel i kasa przepadły, ważne, że dowód i karty są bezpieczne w jakiejś kieszonce wewnętrznej", ale wyraz twarzy mojej mamy sprowadził mnie na ziemię. "W hotelu przełożyłam do niego wszystko, skoro już wyjeżdżamy, żeby było pod ręką". Poczułam, że nie mogę złapać oddechu i zaczynam się dusić a moja twarz robi się nienaturalnie blada. Wysiadłyśmy z metra, bo była to już nasza stacja, zaczęłam przeszukiwać otwarty plecak. "Wszystko, czyli co?" "Dowód osobisty, kartę płatniczą, 50 EUR, 40 PLN.." Dalej już nawet nie słuchałam.


To był moment, w którym w głowie nie miałam nic poza pustą dziurą. Dodam, że na chwilę przed wyjazdem chciałam w T-mobile włączyć roaming, ale ponieważ umowę podpisałam w styczniu, to mi odmówili, bo nie opłaciłam jeszcze 3 faktur. Chcieli depozyt, ale zdecydowałam się go nie płacić. Mój dotykowy telefon pada jak mucha po 5h, a mama uznała, że jej super trwała bateria przetrwa weekend, więc nie zabrała ładowarki a poziom baterii był już na wykończeniu. Jako, że jestem w  naszym duecie jedyną opanowaną osobą, widząc jej panikę, musiałam się bardzo szybko ogarnąć.

Tak, daję sobie i Wam w takiej sytuacji 3 minuty na szok, niedowierzanie, rozpacz, złość na siebie, na cały świat i wszystkich dookoła. Na chwilę agresji, kopnięcie w barierkę, rzucenie plecakiem, użycie słów uznawanych powszechnie za niecenzuralne. 3 minuty to jest maksimum. Czas wrócić na ziemię.

Kolejne 5 minut to głęboki oddech i szybka analiza sytuacji. Za 3h odlatuje nasz samolot, na lotnisko jest b.daleko. Nie wylecimy. Nie wrócimy do Polski. Nie mamy noclegu. Nie mamy za dużo kasy, nie mam roamingu, nie mamy ładowarki, ba, nawet nie mamy gniazdka, by podładować mój telefon, nie ma nigdzie dookoła wi-fi. Nie pójdziemy jutro do pracy. Cholera jasna, ile czasu tu zostaniemy?!?!?!?

Nie było na co czekać. Pierwszy telefon do banku, aby zablokować kartę. Chcą numeru dowodu, by przyjąć dyspozycję. Nie ma, zginął! Na karcie boardingowej nie ma go wpisanego, w strefie Schengen nie są wymagane w czasie odprawy. Pan nie może nam pomóc. Rozłączam się i przypominam sobie, że kiedyś wysyłała mi go smsem, gdy bez niego nie mogłam załatwić pewnej sprawy. Dzwonię ponownie, blokujemy. Dzwonię do Polski, do taty, zapytać czy może nam wysłać pieniądze, bo nie mam ich dużo. Ale nie mam jak przekazać numeru konta: nie mam Internetu, a numer jest w mailu. Moim i mamy. Yh.

Dzwonię do koleżanki B, prosząc, by zadzwoniła do WizzAir czy mamy szansę dziś wylecieć. Nie mamy. Koleżanka J. wrzuca za mnie na Facebooka info, że potrzebujemy noclegu a ja się modlę, aby telefon  wytrzymał jeszcze chociaż chwilę. Jesteśmy na dworcu, musi być więc policja. Szukamy długo, ale jest.

Jestem pod wrażeniem policjantki, której zgłaszamy kradzież. Zarówno ona, jak też inni pracownicy są bardzo wyrozumiali, empatyczni, ciepli i pomocni. Wysłuchują nas w skupieniu i starają się pomóc. Pani daje nam wnioski do wypełnienia, wypytuje o nasze podejrzenia dotyczące złodzieja. Mam jakieś, więc wszystko recytuję. Dzwoni do Konsulatu, ale nikt nie odbiera (niedziela, już po godzinie 17.30). Potem dzwoni na lotnisko Charleroi i dowiaduje się, czy mamy szansę wylecieć na zaświadczenie, ale nie mamy. W tym czasie, średnio co 10 minut wchodzą kolejne osoby, które zostały okradzione na tej samej trasie. Zwyczajni ludzie, nikt nie wygląda bogato, nie przykuwa większej uwagi. Większość nie miała grubszych pieniędzy, stracili głównie dokumenty, co jest poważniejszym problemem niż gotówka czy karty bankowe. Możemy podładować mój telefon, wypełnianie wniosków trwa ok. 1.5h. Od taty dostaję numer telefonu Znajomego Znajomego, którego Znajoma może nas przyjąć na noc. W tym czasie napływają też smsy od Czytelników bloga, których nie znam osobiście. Życzą powodzenia, pytają, czy potrzebujemy pieniędzy, proponują nocleg. Jestem oszołomiona i naprawdę wzruszona. Pada mamy telefon, a po przełożeniu do mnie karty, nie mogę już odzyskać części numerów. Głupio mi, że nie mogę im natychmiast podziękować.

Na policji dostajemy komplet dokumentów do Konsulatu. Jedziemy do Pani Gosi, która czeka na nas
z gorącą herbatą i zupą, której z nerwów nie dałam rady skończyć. Ma też dla nas dużo dobrych słów,
trochę wskazówek, pomaga skontaktować się z Konsulem. Mamy być w poniedziałek o 9.30 w placówce. Ponieważ nie mam roamingu, nie odbiorę smsa z informacją o zaksięgowaniu pieniędzy od taty, bo udało mi się u Pani Gosi wejść na swojego maila i przesłać numer konta. Dzwonię do ubezpieczyciela, ale nie są w stanie nic nam zaoferować w takiej sytuacji. Nasz samolot odlatuje. Bez nas. Noc mija nam ciepło i względnie spokojnie, chociaż nerwy nas trzymają.


Rano pogoda jest przepiękna, może trochę na pocieszenie? Jedziemy do Konsulatu, który akurat w poniedziałki przyjmuje tylko na ustalone spotkania. Dowiadujemy się, że dokument tymczasowy kosztuje 40 EUR, które musimy zapłacić od razu oraz dostarczyć zdjęcie, którego w placówce nie możemy zrobić. Szukamy więc automatu, przy akompaniamencie pana grającego na skrzypcach udaje nam się przebrnąć przez francuską instrukcję obsługi. To wszystko jest tak abstrakcyjne, że myślę, że  to chyba tylko film a może sen? Automat pożera pieniądze, nie wydaje reszty, ale wypluwa zdjęcia. Nie wiemy ile procedura potrwa, więc boimy się kupować nowe bilety a kolejny lot jest za kilka godzin.. W konsulacie spotykamy dziewczynę, która też ma nim lecieć, a dzień wcześniej złodziej wyrwał jej plecak z laptopem, ładowarką, dokumentami, pieniędzmi. Bardzo to wszystko budujące... Mamy po paszport wrócić po 12, więc idziemy na drugie śniadanie i do parku, gdzie witają nas kwitnące drzewa.

Odbieramy pachnący nowością dokument, dzwonię do znajomej w Polsce, aby kupiła nam bilety z odprawą na lotnisku. Stres powoli z nas opada, ale w szczęście uwierzę, gdy usiądę w samolocie...


Pamiętajcie, że to, iż dużo podróżujecie nie jest gwarancją bezpieczeństwa. Od pierwszej chwili miałam gdzieś w tyle głowy Włoski thriller Wędrownych Motyli, a wydaje mi się, że nie są to osoby lekkomyślne i beztroskie. Są sposoby, by się zabezpieczyć na tyle, aby w takiej sytuacji awaryjnej nie wpadać w histerię, nie walić głową w mur i bezradnie nie płakać.

Jak być bezpiecznym w podróży? Jak ułatwić sobie życie w sytuacji nagłej za granicą?

1. Przed wyjazdem zawsze należy przygotować informacje dotyczące lokalizacji najbliższego Konsulatu, numer kontaktowy, adres, warto też wydrukować sobie mapę dojazdu z jakiegoś popularnego punktu w mieście. Ja miałam przy sobie dane konsulatów m.in. w Lizbonie oraz w Londynie, a tego w Brukseli niestety nie. Poszłam na żywioł tym razem i akurat "się stało". Można też spisać numer miejscowej policji, miałyśmy to szczęście w nieszczęściu, że kradzież miała miejsce blisko dworca, ale jakby to było na ulicy, to musiałybyśmy szukać komisariatu.

2. Zeskanowany dowód osobisty i paszport warto mieć wysłany na e-maila

3. W zeszycie podróżnym, telefonie czy na mailu trzeba mieć spisane numery dokumentów, trzeba je podać by je unieważnić oraz żeby zablokować swoją kartę płatniczą. Nie wiem, czy ktokolwiek przyjąłby nasze wnioski bez numeru dowodu, a miałam go przypadkiem.
.
4. Myślę, że warto spisać sobie adresy 1-2 kafejek internetowych, gdzie w razie potrzeby można wydrukować skany dowodów, nowe karty pokładowe czy bilety na shuttle bus itd.

5. Nigdy nie trzymać dokumentów tożsamości, kart płatniczych, pieniędzy w jednym miejscu, a już na pewno nie w portfelu, którym płacimy na miejscu - może wypaść, ktoś może nam go w czasie płacenia wyrwać i uciec, można go schować niezbyt dokładnie i o problem już łatwo. Plecak też ktoś może nam zabrać, warto więc mieć te najważniejsze rzeczy przy sobie, np. w kieszonce wewnętrznej kurtki zapinanej na suwak lub innym "tajemnym schowku" jakich wiele.

6. Jeśli jadą 2 osoby lub więcej, każda powinna mieć swoją kartę płatniczą z awaryjnymi pieniędzmi oraz podać numer swojego konta komuś bliskiemu w Polsce, aby szybko mógł ją doładować. Warto mieć włączoną usługę sms na obciążenia i zasilenia rachunku, bo od razu wiemy, jeśli ktoś użyje skradzionej karty oraz jeśli środki od rodziny już nam wpłyną.

7.  NIGDY nie należy chować ani wyjmować ważnego portfela, gdy ktoś może nas widzieć. Podejrzewam, że ktoś obserwował Mamę, gdy w biegu chowała portfel do tej właśnie  kieszonki w tym akurat plecaczku. Miała przy sobie 2 plecaki i torbę, jechałyśmy łącznie 4 minuty a ktoś idealnie wycelował akurat w tę lokalizację, innych kieszonek nie tknął, a ja nie jestem w stanie uwierzyć, że był to przypadek. Miałby chyba zbyt duże szczęście.

8. Kupując polisę zdrowotną, która i tak trochę kosztuje, dowiedzieć się, czy oferuje ona pomoc w takiej sytuacji jak kradzież/napad/rabunek/utrata pieniędzy. My miałyśmy dwie różne: pierwsza firma nie pomogła nic, druga by pomogła jakby to mnie napadnięto, ale tylko przy bankomacie. AKTUALIZACJA - zadzwoniłam do większości towarzystw w Polsce i jak do tej pory niestety NIKT nie oferuje ubezpieczenia od kradzieży.

 9. Nigdy nie wyjeżdżać bez roamingu i bez ładowarki. Ja uznałam, że dwa dni przeżyję, więc nie zapłaciłam depozytu T-mobile, a mama uznała, że przez 2 dni Jej telefon wytrzyma....

10. Jadąc na określoną ilość dni i przyjmując na stałe leki nie należy zabierać wydzielonej ich ilości. Mama przyjmuje 3 bardzo ważne lekarstwa, miała przy sobie dawkę o jeden dzień większą niż miał trwać wyjazd, jakbyśmy musiały zostać dłużej, byłby dodatkowy problem.

11. Mieć w Polsce osobę, która wie, gdzie jedziemy, gdzie planujemy spać i kiedy wracamy, dostawić jej numer konta, ustalić, że w razie potrzeby będzie naszym pierwszym kontaktem, mieć pewność, że pomoże nam przy ew zakupie nowych biletów, przedłużeniu polisy itd.

12. Ponieważ mam w domu kilka zdjęć paszportowych, na tyle zeszytu podróżnego doczepiłam małą kopertkę i tam włożyłam jedno, na wszelki wypadek. Za zdjęcie do paszportu i to takie z automatu zapłaciłyśmy 7 EUR i cieszyłyśmy się, że automat był i nie musiałyśmy go mocno szukać.

13. Pilnować siebie i swoich rzeczy do ostatniej minuty. Pod koniec wyjazdu jesteśmy często zmęczeni intensywnym zwiedzaniem, pełni wrażeń, jedną nogą już w domu, bo za chwilę, za moment już wracamy w podróż powrotną i wtedy naprawdę łatwo o małą chwilę nieuwagi.

Poniżej ja w chwilę po wyjściu z Konsulatu. Zmęczona, śpiąca, zestresowana, ale już troszeczkę uspokojona, chociaż ciągle ciężko uwierzyć mi w to wszystko. Jesteśmy już w domu, bezpieczne. Jedna chwila nieuwagi kosztowała nas blisko 400 EUR i chociaż wiem, że mogło być nawet gorzej, to są to bezsensownie stracone zarówno pieniądze jak też nerwy. Generalnie, nie polecam nikomu!


Raz jeszcze DZIĘKUJĘ wszystkim osobom, które nam pomogły realnie (Tata, Pani Gosia, Pan Darek, Pan Marek, Basia) oraz tym, które oferowały swoją pomoc i słowa wsparcia. To naprawdę dużo dla mnie znaczy wiedzieć, że w takich sytuacjach można liczyć na innych ludzi.  Padło też kilka słów, które mnie zszokowały i negatywnie zaskoczyły, więc muszę przyznać, że  takie zdarzenie jest sprawdzianem zarówno samego siebie jak też weryfikacją wielu znajomości.

21.2.14

Najpiękniejsze parki Londynu - Regent's Park jesienią

Parki londyńskie to temat zasługujący na szczególną uwagę. Oazy zieleni w tak ogromnym mieście są niezbędne. Codzienny pośpiech, tłok, ścisk mogą przyprawić o frustrację, a kontakt z naturą łagodzi stres.
Parków w Londynie jest dużo, a 8 z nich zaliczanych jest do Royal Parks of London. Kiedyś służyły rodzinie królewskiej, dziś są otwarte dla mieszkańców. Mojemu sercu najbliższy jest Regent's Park. Położony między Great Portland a Camden Town, zajmuje 197 ha powierzchni. Zaprojektował go John Nash - ceniony architekt.
Regent's Park to idealne miejsce na weekendowe popołudnie z rodziną, romantyczną randkę, spacer z koleżanką lub piknik ze znajomymi. Doskonałe na poranny jogging, grę w piłkę z kolegami lub czytanie książki na ławce. Bez strachu można usiąść na trawie, bo psy nie mają wstępu na teren parku. 
W Regent's Park jest mnóstwo romantycznych alejek, zgrabnych fontann, ozdobnych klombów. Jest ładny amfiteatr, w którym w letnie wieczory wystawiane są sztuki Szekspira i ogród różany Queens Mary Garden (blisko 30 tysięcy róż ponad 400 odmian) w którym kwiaty kwitną przez większą część roku. 
W środkowej części parku jest kilka mniejszych stawów i jeden duży, po którym latem pływają łódki. Stałymi towarzyszami, notorycznie zaczepiającymi spacerowiczów są szare, zwinne wiewiórki. Spotkać można też kaczki, gęsi, białe i czarne łabędzie. Są ukryte wodospady i drewniane mostki przerzucone nad wodą.
Nie brakuje ławek z wzruszającymi dedykacjami - podobnymi do tej, którą odkryli Julia Roberts i Hugh Grant włamując się do prywatnego parku w filmie "Notting Hill". Czekają spokojnie, aż ktoś zechce usiąść. 
Regent's Park jest piękny o każdej porze roku! Wiosną rozkwita zielenią, królują w nim żonkile i tulipany, kolory są raczej pastelowe, co nadaje sielskiego klimatu. Gałęzie drzew uginają się od różowych pączków.
Latem park jest w pełnym rozkwicie. Ludzie przybywają tłumnie, spędzają tam długie godziny bawiąc się z dziećmi, rozmawiając z przyjaciółmi, pływając łódkami, leżąc na leżaku i myśląc o niebieskich migdałach. 
Jesienią staje się soczysty w kolorach, ale nieco opustoszały. To taki piękny czas! Liście tworzą wielobarwny dywan, niektóre ozdabiają korony drzew malując je wszystkimi odcieniami żółci i czerwieni. Zimą jest dość szaro i trochę ponuro, drzewa są łyse, krzaki róż przycięte, ale chętnych do spacerów nie brakuje. 

Jak się dostać do Regent's Park? Jest kilka możliwości 
  • Spacerem z Camden Town lub Oxford Street
  • Metrem (linie Hammersmith&City, Circle, Metropilitan - stacja Great Portland Street, lina Bakerloo stacja Regent's Park, linia Jubilee stacja Baker Street)

⇒⇒⇒  Zobacz też wpis LONDYN ZA DARMO a w nim inne parki ⇐⇐⇐

18.2.14

Camden Town, Londyn - odwiedzić czy odpuścić?

Camden Town to oryginalna dzielnica położona w północnej części Londynu. Jest nieco oddalona od głównych atrakcji miasta, ale gwarna i ciekawa. Różnie się o niej mówi, jednak dominuje opinia, że jest to czysta komercja, bez odrobiny charakteru. Ja bym nie była aż tak surowa w swojej ocenie.
Nie da się ukryć, że jest to miejsce nastawione na turystów i klientów, ale przecież zabiega się o nich praktycznie wszędzie. W weekendy jest tłoczno i trochę męcząco. Tłum drepcze po Camden Hight Street przestępując z nogi na nogę, próbując przedostać się ze stacji metra do Camden Market po drodze mijając mnóstwo dziwnych sklepów - niby kolorowych, ale jednak mrocznych. Są też salony tatuażu i sieciówki.
Pamiętam moją pierwszą wizytę w Camden Town. Zrobiła na mnie ogromne wrażenie! Była wówczas dzielnicą, jakich dotąd nie widziałam. Szalona jak Kapelusznik z "Alicji w Krainie Czarów", pełna wibrującej energii.
Można tam spotkać wielu oryginalnie wyglądających ludzi - ekstrawaganckie ciuchy, makijaże i fryzury są na porządku dziennym. Namiastkę tego klimatu możesz zobaczyć na zdjęciach.
W Camden Town można kupić modę z unikalnej półki. Natężenie sklepów jest ogromne, a asortyment fascynujący. Znajdą tu coś dla siebie miłośnicy gotyku, stylu punk, vintage i wielu innych.
Nie brakuje ciekawej biżuterii i odlotowych dodatków. Zupełnie nie moja bajka, ale całokształt intryguje.
Zobacz zresztą jak wyglądają kolorowe fasady sklepów - powiedzieć, że są szalone to jak nie powiedzieć nic!
Kolory, smaki i zapachy Camden mogą przyprawić o zawrót głowy. Nie powinno Cię zdziwić, że będąc w Londynie po raz drugi wybrałam hostel właśnie tam! Byłam zaskoczona bogatym życiem nocnym dzielnicy.
Pożary hali Camden Market miały miejsce w latach 2008 i 2017 (wpis pochodzi z roku 2014, ale jego aktualizację robię w 2018). Po pierwszym była wyłączona z użytku na kilka miesięcy, ostatni gasiło ponad 70 strażaków. Coś nie ma dobrej passy.
Kiedy najlepiej odwiedzić Camden Town? Ja najbardziej lubię te okolice w dni powszednie przez godziną 15. Nie ma ogromnych tłumów, ale nie jest pusto. Można zjeść niedrogie dania z całego świata patrząc na Regent's Canal. Lubię uliczne jedzenie, a wybór jest duży (również dań wegetariańskich). 
Latem jest pięknie - zielono i soczyście, a dzięki bliskości kanałów i organizowanych po nim rejsom można poczuć się jak na wakacjach. Zimą jest szaro, ale za to mniej tłocznie. Market jest czynny 345 dni w roku.
Czy warto odwiedzić Camden Town? Ja uważam, że tak! Być może dla Ciebie (zresztą jak i dla mnie) nie stanie się numerem jeden londyńskich atrakcji, ale szkoda przegapić miejsce tak oryginalne i intrygujące.

Jak dojechać do Camden Town? 

Najszybciej metrem, czarną linią Northern Line do stacji Camden Town lub Chalk Farm. W pogodny dzień można się przejść z okolic Zoo (znajduje się na terenie Regent's Park) lub z Primrose Hill.

12.2.14

Kazimierz Dolny zimą - czy warto?

Kazimierz Dolny zimą Rynek
Kazimierz Dolny zna chyba każdy i nikomu tego miasteczka nie trzeba przedstawiać. Razem z Nałęczowem i Puławami tworzą popularny wśród mieszkańców Polski rejon letnich wypadów weekendowych. Z Warszawy to niecałe 150km, więc można nawet wyjechać rano, pospacerować, zjeść obiad, a wieczorem być już z powrotem w domu.
Rynek w Kazimierzu Dolnym zimą
W ciepłe dni rynek i główne ulice tętnią życiem, zapełniają się turystami, a w soboty oraz niedzielę robi się naprawdę tłoczno. Sklepy i restauracje są otwarte, pojawiają się stragany, budzą z zimowego snu małe okienka z lodami i goframi. Dzieje się i to dużo.
Kazimierz Dolny zimą
Nad Wisłą jest wówczas zielono i pięknie, promenada przy rzece zachęca do spacerów, spotkań ze znajomymi, spędzania czasu na dworze. Gdzie nie spojrzeć widać ludzi, uciekających z większych miast, którzy chcą nasycić się tą atmosferą.
Kazimierz Dolny zimą
Zimą jest zupełnie inaczej. Wiele lat temu, jeszcze jako dziecko, spędziłam tam z tatą część ferii zimowych. Mieszkaliśmy nieco na uboczu, trochę spacerowaliśmy, chodziliśmy do przemiłej herbaciarni na imbryki aromatycznych herbat, jeździliśmy też nieco po okolicy.
Kazimierz Dolny zimą
To takie urywki dziecięcych wspomnień, jak wróciłam po latach o tej samej porze roku, mogłam uważniej rozejrzeć się dookoła. Dodam, że byłam w Kazimierzu w dzień roboczy.
Galerie w Kazimierzu Dolnym zimą
Miasto zrobiło na mnie wrażenie zupełnie uśpionego. Weszłam na Rynek, a tam jedynie mama z dwójką dzieci ciągnących za sobą sanki. Ruszyłam przed siebie, czasem mijałam kogoś wyprowadzającego psa, od czasu do czasu jakąś rodzinę albo pana z zakupami.
Kazimierz Dolny zimą
W wielu witrynach i drzwiach widniały informacje, że sklep czy lokal w sezonie zimowym czynny jest wyłącznie w czasie weekendów. Otwarta była natomiast większość galerii sztuki.
Kazimierz Dolny zima
A także sklepy z rękodziełem i pamiątkami oraz herbaciarnia u Dziwisza czy bardzo popularna piekarnia Sarzyński, gdzie można kupić tradycyjne, drożdżowe koguty. Nie wiem czy mam pecha, ale kilka razy coś już u nich kupowałam, głównie drożdżówki i za każdym razem były niesmaczne, suche jak wiór, a kupiona tym razem bułka z rodzynkami i serem była najgorsza z nich wszystkich, bez nawet śladów sera czy suszonych owoców.
Kazimierz Dolny zima galeria
Z ostatniej wizyty w czasie wakacji pamiętam wielu muzyków i artystów, tworzących przyjemny klimat. Na jakimś blogu widziałam też Kubusia Puchatka spacerującego spokojnie między turystami, chociaż sama nie miałam przyjemności go spotkać ;)
Kościół w Kazimierzu Dolnym zima
  W większości uliczek byłam zupełnie sama, czasami obszczekał mnie jakiś pies :)
Kazimierz Dolny zimą
Tym większe było moje zaskoczenie, gdy nagle w zakapturzonej, owiniętej szczelnie szalikiem postaci rozpoznałam koleżankę ze studiów, której nie widziałam od wielu  miesięcy! Okazało się, że ze znajomą przyjechały po pracy na obiad do Kazimierza. 
Wisła promenada Kazimierz Dolny
Przeszłam się też nad rzekę - w zasięgu wzroku nie było nikogo. Tuż przy deptaku wybudowano ogromne toalety publiczne, spytałam pani czy ktoś ją odwiedza w te ponure dni, odpowiedziała, że jestem dziś dopiero drugą osobą (a było to ok. godziny 16). 
Czy warto więc zimą jechać do Kazimierza Dolnego? Uważam, że zdecydowanie tak! Ja coraz częściej jestem zmęczona zgiełkiem panującym w Warszawie, na ulicy nie słyszę własnych myśli i ciągle gdzieś pędzę. Tu mogłam spacerować w ciszy, bez pośpiechu, gdy było mi zimo poszłam na herbatę, jak dawno temu z Tatą. Weszłam do kilku sklepików, na spokojnie obejrzałam co oferują, porozmawiałam z właścicielką, bo nikogo dziś u niej nie było.
A jeszcze lepiej było na wsi u koleżanki! Biało, śnieżnie, szalenie zimowo. Bez bloków, głośnych tramwajów, sąsiadów szurających meblami. Były parujące napoje w kubkach, domowe ciasta, długie rozmowy i domagający się uwagi Młody Kawaler, który skradł mi serce.

3.2.14

Jesień w Edynburgu - jaka jest?

Kiedy powiedziałam na głos, że wybieram się pod koniec września do Szkocji, wiele osób patrzyło na mnie ze współczuciem - Ojjj biedna, będzie zimno, mokro, wcale nie fajnie! Zmień plany, anuluj bilety i koniecznie leć na południe Europy!
Wzruszałam tylko ramionami ignorując komentarze. Spakowałam ciepłe swetry, wygodne buty i nieprzemakalną kurtkę postanawiając stawić czoła wyzwaniu. Zresztą, kto powiedział, że zawsze i wszędzie powinno być gorąco i słonecznie? :)
Gdy wylądowałam w Glasgow, niebo było czarne i potwornie smutne, a chłodny deszcz sugerował, że wszyscy mieli rację. Wtedy zorientowałam się, że jestem na innym lotnisku niż myślałam, że będę i że zamiast zużytej karty pokładowej wyrzuciłam do śmieci bilet na autobus do Edynburga. Cóż mogłam zrobić? Kupić czekoladę Cadbury i ruszyć w drogę! :)
Do Edynburga dotarłam wczesnym popołudniem. Szybko znalazłam mój hostel, który zresztą był pozytywnym zaskoczeniem. W moim 8-osobowym pokoju przebywały dwie dziewczyny z Litwy, leżały na łóżkach czytając gazety. Zajęłam ostatnie wolne łóżko na dole (panicznie się bałam, że przypadnie mi w udziale "piętro" brrrrrr), wzięłam prysznic, spytałam, czy polecają jakieś miejsce, gdzie można zjeść, ale nie uzyskałam odpowiedzi.
Na zewnątrz panowała przyjemna temperatura, jakieś 15*C, świeciło dość mocne słońce, jedynym minusem był fakt, że wcześnie zaczęło się robić ciemno, więc tego dnia nie udało mi się poszaleć z aparatem. Nie miałam żadnej mapy, więc pokręciłam się po okolicy, zrobiłam zakupy i odebrałam telefon a miły męski głos poinformował mnie, że z wycieczki nad jezioro Loch Ness kolejnego dnia nici, bo zepsuł się samochód. Przyznaję, że wpadłam w histerię.
Dziś śmieję się z tej sytuacji i z siebie, bo upierałam się jak osiołek, żeby jak najwięcej zobaczyć za miastem, nieświadoma faktu, że sam Edynburg jest tak piękny, magiczny i oferujący dziesiątki atrakcji, że mogłabym spokojnie przez 4 dni się z niego nie ruszać.
Pierwszym co zobaczyłam, był zamek na wzgórzu nad Queen Street Gardens. Nie próbowałam nawet ukryć zachwytu. Zapadał zmierzch, światło dnia mieszało się z ciemnymi barwami nocy tworząc z otaczającymi mnie kwiatami bajeczną mozaikę.
Rozejrzałam się dookoła i dostrzegłam mnóstwo róż, które przywołały w mojej pamięci wspomnienie ukochanego, londyńskiego Regent's Park. Wiedziałam już, że będzie wspaniale. Edynburg uwiódł mnie swoim tajemniczym obliczem. Dawno nie widziałam miasta z tak cudowną architekturą, z taką mieszanką stylów, kolorów.
Dawno nie słyszałam tylu ciekawych i mrocznych historii. Zainteresowała mnie przeszłość Szkocji, a także jej przyszłość (we wrześniu tego rok odbędzie się referendum w sprawie odłączenia jej od Wielkiej Brytanii). Chętnie pytałam ludzi, co o tym sądzą, ale ich odpowiedzi nie były jednoznaczne. Przynależność do Wielkiej Brytanii niesie ze sobą zapewne mnóstwo przywilejów, ale poczucie odrębności mieszkańcy mają chyba dość silne. Nie chcę jednak wyrokować, bo byłam tam zbyt krótko - może ktoś z Was mieszka tam i podzieli się ze mną obserwacjami? Jakie są teraz komentarze, nastroje?
W Edynburgu miałam przyjemność słuchać wielu ulicznych muzyków, zarówno w ciągu dnia jak też wieczorami. Kocham się nie śpieszyć! Świadomość, że mogę usiąść kiedy chcę na schodach by posłuchać dobrej muzyki albo patrzeć na ludzi mnie uskrzydla.
Taka jestem. Bardziej od zabytków cenię życie ulicy i dlatego tak mało zabytków tu widzicie. Staram się pokazać coś innego, coś, czego nie zobaczycie w przewodnikach. Jakiś lokalny koloryt, to, co szczególnie przykuło mój wzrok czyniąc miejsce wyjątkowym.
Edynburg czarował mnie pogodą, pięknym światłem, grą cieni na budynkach. Było zielono i soczyście. Wspaniała jesień, zupełnie nie złota, raczej kolorowa niczym tęcza.
Wieczory były nieco chłodniejsze, ale nadal przyjemne. Lekka mgła nad miastem dodawała mu tylko urody. Edynburg jest miastem dla ludzi z wyobraźnią. Dla marzycieli, tak myślę. Ile w nim inspirujących, wywołujących najróżniejsze myśli i skojarzenia zakątków, nie zliczy nikt. Wzgórze Calton Hill nocą wprawiło mnie w osłupienie. Jakbym się znalazła w innym świecie.
Czułam się rozpieszczana jasnymi promieniami buszującymi w koronach drzew. Nie mogłam sobie wymarzyć lepszej pogody, chociaż wiem, że miałam dużo szczęścia, bo Szkocja jest kapryśna, równie dobrze mogło wiać, lać i być chłodno. Sądzę, że fantazje o powtórce w tym roku są dość naiwne, ale staram się nie tracić nadziei, może się uda?
TOP