30.5.14

Ryga w 1 dzień, czyli mała ucieczka z Tallina

Kupując tani bilet do Tallina, miałam w taryfie wymóg 3 nocy na miejscu. Wiele osób mówiło mi, że to za długo jak to miasto. Uznałam jednak, że pokombinuję i na pewno zobaczę coś jeszcze. Najbardziej oczywistym wyborem był na pewno rejs do Helsinek, ale nigdy nie ciągnęło mnie do stolicy Finlandii. Gdzieś w tyle głowy miałam za to Rygę znajdującą się zaledwie 300 km od Tallina.
Postanowiłam wybrać się właśnie tam - liniami Ecolines. Połączeń jest kilka, a przejazd trwa 4h. Wybrałam dogodne godziny, czyli wyjazd wyjazd z Tallina o 6.30, a potem 6h na miejscu. Był to wtorek, dzień roboczy, więc nie jechało dużo osób - miałyśmy po 4 miejsca dla siebie :) Nowością był dla mnie automat z kawą, herbatą i czekoladą na gorąco (na poprzednich, nieco dłuższych trasach była z nami 'stewardesa' u której ciepłe napoje można było niedrogo kupić). Podchodzi się, nalewa, pije  - bez dodatkowych opłat. Za fantastyczne rozwiązanie uważam wmontowane w fotele monitory. Trochę więc pospałam, obejrzałam po jednym filmie w każdą stronę i nie wiedzieć kiedy byłyśmy już na miejscu. Dworzec w Rydze znajduje się blisko Starego Miasta.
Na dworcu działa niewielkie Biuro Informacji Turystycznej, gdzie można otrzymać ładną, bardzo czytelną mapę, uzyskać wiele cennych wskazówek i zaopatrzyć się w informatory. Pomimo przedpołudniowej godziny, na głównych ulicach Starówki było dużo osób i co ciekawe, większość wyglądała na miejscowych a nie na turystów. W bocznych uliczkach było za to pusto, więc mogłam spacerować bez końca, a ulice same pozowały do zdjęć :)
Stare Miasto w Rydze nie jest bardzo duże, ale małe też nie jest. 6h którymi tego dnia dysponowałyśmy to wg mnie optymalnie na tę właśnie część miasta i jej bliskie okolice, ale jestem pewna, że w Rydze jest dużo innych godnych uwagi dzielnic i zakątków. Pod koniec dnia odwiedziłyśmy jeszcze słynne hale targowe (znajdują się obok dworca), ale zupełnie nie przypadły mi do gustu, więc nie robiłam zdjęć.
Starówka leży nad brzegiem rzeki Dźwiny i naprawdę mi się podobała. Trafiłyśmy na ładny, ciepły, pełen słońca dzień (za to jak na zawołanie zaczęło lać jak tylko weszłyśmy do autobusu!).
Jest tu kilka placyków, które podobały mi się najmniej, ponieważ są bardzo pstrokate, a nadmiar ozdób/parasoli/reklam zasłania wspaniałe, kolorowe budynki. Są też pełne uroku, pokręcone ulice z wyłączonym w większości miejsc ruchem samochodowym.
W Tallinie tęskniłam do jakiejś sympatycznej piekarni lub cukierni, więc gdy tylko zobaczyłyśmy jakąś w Rydze, od razu weszłyśmy na kawę, sernik z owocami i obłędny strudel z wiśniami. 
Na zdjęciu powyżej widoczny w oddali wieżowiec Akademii Nauk Łotwy, budynek o architekturze bardzo zbliżonej do naszego warszawskiego Pałacu Kultury i Nauki. 
   Zarówno w Tallinie jak i w Rydze można kupić mnóstwo produktów z lnu lub wełny.
 Zabudowania Starówki są zadbane, wielobarwne i bardzo przyjemne dla oka.
Polska marka Reserved jest chyba na Łotwie popularna - widziałam dużo reklam, duży sklep w pięknej, starej kamienicy i mnóstwo dziewczyn niosących ich torby z zakupami. 
   Kilka kroków od Starówki znajdziemy cudownie zieloną strefą parkową przeciętą kanałami.
   W Rydze jest dużo parków i drzew, widać też mieszkańców spędzających w nich czas.
Wymyśliłam sobie, że koniecznie muszę się wybrać na godzinny rejs łódką po Dźwinie, dookoła Starówki. Bilet jest zbójecko drogi (18 EUR), ale raz się żyje. Podobało mi się, ale uważam, że cena jest mocno wygórowana i widać, że jest to atrakcja typowo turystyczna, dla przyjezdnych.
W ogóle muszę powiedzieć, że ceny na Łotwie są wg mnie dość wysokie. Najbardziej zmartwiły mnie truskawki po 6 EUR / 1 kg w czasie, gdy u nas były już po 6 PLN. To raczej biedny kraj z najniższą i średnią krajową niższą niż w Polsce, a ceny niskie nie są.
Wybrałyśmy się na ulicę Alberta, żeby zobaczyć zabytki sztuki secesyjnej. Fasady budynków robią wrażenie, ale podobno w środku jest skromnie. Część kamienic jest w trakcie renowacji.
Czas nam zleciał bardzo szybko. Po 16 poszłyśmy na obiad - tradycyjne pierożki pielmieni w wersji z serem / z warzywami polane gęstą śmietaną a do tego talerz chłodnika. Pycha!! 6h jest wystarczające na nieśpieszne zwiedzenie Starówki, ale na inne części miasta to już  będzie za mało. Warto jednak pamiętać o możliwości połączenia Rygi z Tallinem lub Wilnem.

26.5.14

Estonia, Käsmu. Dom z moich marzeń.

Każdy z nas ma miejsce, o którym marzy. Nie widział go jeszcze, ale jest gdzieś w myślach. Czasami pojawia się w snach, czasem go sobie po prostu wyobrażamy. Bohaterka jednej z książek Lucy Maud Montgomery miała "Błękitny Zamek", a Bernadeta z którą rozmawiałam ("Moja droga do Avonlea") odnalazła swój Wymarzony Domek na Wyspie Księcia Edwarda. Ja mój odnalazłam, zupełnie niespodziewanie w Estonii.
Oczywiście, że miałam w głowie zarys Domu Marzeń. Widziałam dużą przestrzeń, wiatr wędrujący z pokoju do pokoju. Jasne ściany ozdobione pięknymi zdjęciami. Z kolorów: biel, beż, niebieski. Morskie akcenty i dekoracje, idealnie kojące zmysły. Do tego stare meble, kolorowe narzuty i obrusy. 
Dookoła domu drzewa i kwiaty. Śpiew ptaków za otwartymi oknami i wpadający do domu zapach morza lub Oceanu. Weranda, na której można usiąść z książką albo zasłuchać się w szumie fal. W tym domu widziałam też zwierzęta, hasające beztrosko po podwórku. Czasem lubiłam sobie pomarzyć, ale jak dotąd nie miałam okazji odwiedzić domu nawet podobnego.
Zawsze coś nie pasowało do mojej wizji. Aż do zeszłego tygodnia, gdy będąc w Estonii wybrałam się na wycieczkę do Parku Narodowego Lahemaa. W programie była wizyta w muzeum w Käsmu.
Nie liczyłam na nic szczególnego, więc byłam zaskoczona, że w muzeum mamy jeść lunch. Gdy przekroczyłam próg niezwykłego domu w którym mieści się to niezwykłe muzeum, już  wiedziałam, że to jest TO miejsce. Przesycone morzem i opowieściami, jakie w sobie kryje.
Muzeum Marynistyczne w Käsmu jest obiektem prywatnym. Wstęp jest bezpłatny, ale datki są mile widziane. W niezliczonych pokojach znajduje się wszystko, co może mieć jakikolwiek związek z morzem: obrazy, zdjęcia, rysunki, mapy, kotwice, małe repliki statków, łódka, liny, sieci i inne. 
W pomieszczeniach panuje chłód i spokój. Chodziłam po domu z szeroko otwartą buzią, a jak się miało okazać, najlepsze było dopiero przed nami. Aarne Vaik, który stworzył muzeum w 1993  roku włożył w nie dużo serca. Podzielił się z odwiedzającymi swoją wspaniałą kolekcją i zaprosił do magicznego domu. Naprawdę zachwycającego. Na zawsze pozostanie on w mojej pamięci. 
Na ładnym, zielonym terenie stoi budynek, w którym znajduje się muzeum (z zewnątrz wcale nie wydaje się on bardzo duży a tymczasem pokoje zdają się w ogóle nie kończyć - okazało się, że ma 400m2). Ma on bogatą historię. Pierwotnie znajdowała się tu szkoła morska, a w czasach okupacji stacjonowali w nim radzieccy oficerowie. Po odzyskaniu niepodległości przez Estonię zaczął funkcjonować w obecnej postaci. Samo Käsmu jest dziś nazywane "Wioską Kapitanów".
W dawnych czasach było to ważne miejsce, w którym budowano statki i okręty żaglowe. We wsi mieszkali też szmuglerzy soli i ryb :) W 1892 zbudowano drewnianą latarnię morską, która wygląda jak biały domek i jest jedną z dwóch zachowanych na terenie kraju. Znajduje się ona również na terenie należącym do muzeum, stoi dumnie na wzniesieniu nad morzem. 
W dole widać mały port z kilkoma łódkami, z drugiej strony duży głaz rzucony na plaży. Dookoła mnóstwo drzew rzucających przyjemny cień w gorące dni (w czasie naszej wizyty było ponad 30*C, co nie zdarza się tam często w maju) i biegające radośnie po podwórku lub leżące na tarasie dwa piękne setery irlandzkie - siostry Puna i Rossa.
 Na zdjęciu poniżej cudowna jadalnia, w której wycieczki jedzą obiad w chłodniejsze dni.
Uprzedzając pytania - grupy są małe, zwykle 8-10 osób, więc nie ma się co obawiać ścisku. 
Ponieważ pogoda postanowiła nas rozpieścić, okazało się, że lunch zjemy w łódce, która stoi tuż przy plaży. Myślałam, że popłaczę się z radości, ale zamiast zająć miejsce, snułam się po pokojach podziwiając eksponaty. Większość osób zajrzała do 1-2 pokojów po czym wyszła na dwór, więc miałam wszystko tylko dla siebie i mogłam robić tyle zdjęć, ile chciałam.
Lunch... Kiedy w końcu dotarłam do łódki, nasze jedzonko stało już na drewnianym stole. Nie pamiętam kiedy jadłam tak pyszny posiłek i to w tak pięknych okolicznościach przyrody.
Na zastawie w której zakochałam się od razu, podano ciemny chleb, domowy miód (jeden z najsmaczniejszych jakie jadłam w życiu), sos tatarski, młode ziemniaki z górą koperku i hit dnia, czyli wędzone na ciepło dzwonka łososia w rozmiarze XXL. Do tego kompot z malin i ciasto. 
Najadłam się połową porcji, ale zachłannie zjadłam wszystko do końca rozkoszując się każdym kęsem a potem przez pół dnia ledwo się toczyłam z przejedzenia. Dodam, że mój kawałek widoczny na zdjęciu był jednym z mniejszych, został dla mnie jako dla spóźnialskiej.
Po jedzeniu szybko uciekłam z łódki, żeby zobaczyć teren dookoła muzeum nim reszta się podniesie i pójdzie w moje ślady ;) Widzę siebie w tym hamaku na zdjęciu powyżej, o tak!
Na spacerze o poranku na plaży widocznej na dole zresztą też siebie widzę. Marzenie!
Wszystko dookoła kojarzy się z morzem. A ja kocham morze. Uwielbiam morskie historyjki, zawsze chciałam spotkać prawdziwego kapitana, który widział pół świata i zawijał do wielu portów. Nie umiem żyć bez ryb i zapachu morza. Dlaczego właściwie mieszkam w Warszawie?
    Poniżej jedna z pięknych i kochanych dziewczyn przebywających stale na terenie muzeum :)
Powiem Wam, że to chyba jeden z moich ulubionych wpisów w historii bloga i będę do niego często wracać. Patrząc na zdjęcia, mam wrażenie, że nawet trochę nie oddają klimatu tego   fantastycznego popołudnia. Trzeba to przeżyć, by poczuć naprawdę. Mam nadzieję, że uda Wam się kiedyś tam dotrzeć będąc w Estonii. Na pewno warto. Przywieźcie mi jakąś historię. 

16.5.14

Urlop w Mikoszewie - ucieczka od zgiełku miasta

Do Mikoszewa zostałam po raz pierwszy "wywieziona" w 1997 roku. Przyznaję, że byłam głęboko urażona faktem, że moja rodzina chce, abym spędzała tam wakacje. Każde wakacje, muszę dodać, bo kupili tam domek letniskowy. Jeśli mówicie teraz sami do siebie "W dupie się jej poprzewracało", to w pełni Was rozumiem :)
Wówczas uznałam to za jawny zamach na moją wolność i byłam pewna, że nigdy już nigdzie nie pojadę, utknę w tej dziurze na zawsze. Szybko się jednak okazało, że nie miałam racji. Wieś zaakceptowałam w jeden sezon a z czasem nawet pokochałam. Pewnie dlatego, że domki dookoła zajęli znajomi taty. Domków było osiem, a w każdym minimum 2 dzieciaków w wieku od 2 do 11 lat. Było wesoło.  Zostało mi z tamtych lat zaledwie kilkanaście zdjęć i to bardzo kiepskiej jakości.
Co roku te same, długo wyczekiwane twarze. Czasem pojawiał się ktoś nowy i od razu dołączał do naszej rozwrzeszczanej drużyny. Były ogniska, zawody, wyścigi, wspólne zabawy, najróżniejsze przygody. Inne czasy, bo tylko w jednym domku był telewizor, więc czasem coś obejrzeliśmy, ale zazwyczaj biegaliśmy na zewnątrz, do upadłego. Nie było tabletów, nikt z nas nie miał laptopa czy komórki, więc godzinami graliśmy w gry planszowe, układaliśmy puzzle i wielkie pudła klocków Lego.
Czytałam ostatnio raport z Wielkiej Brytanii, że współczesne dzieci często umieją dobrze obsługiwać sprzęty multimedialne, ale nie umieją zbudować równej wieży z klocków, bo brakuje im przez tablety wyobraźni przestrzennej i mają słabo wyćwiczone ręce, gdyż większość takich urządzeń wymaga jedynie umiejętności przesuwania palcem po Strasznie to smutne. My mieliśmy piłki, badmintona, huśtawki, kolorowe książki, plac zabaw. Dziadkowie zaganiali nas do zbiorowej nauki angielskiego, rysowania itp. itd.
Dziś wiem, że miałam mnóstwo szczęścia, bo niewielu moich znajomych wyjeżdżało z Warszawy na całe wakacje nad morze, aby świetnie się bawić. Gdy byliśmy z dziadkami, codziennie na kolację wcinaliśmy placki z jabłkami lub naleśniki a na drugie śniadanie miski jagód z bitą śmietaną lub czereśni. Z rodzicami były grille, pieczone w ognisku ziemniaki i siedzenie do późnej nocy. Wielkie sekrety szeptane do ucha, małe kłótnie i spory wynikające z dużych różnic wieku.
Czasami uciekałam od wszystkich, kładłam się na ławce i gapiłam w gwiazdy, które w ładne noce wyglądały niesamowicie. Tysiące białych punktów na granatowym tle. Tego brakuje mi w mieście - przez wysokie budynki i nadmiar sztucznych świateł, nie widać nieba.
Najmocniej zakochałam się w plaży. Białej, szerokiej i totalnie dzikiej. Kilkanaście lat temu nie było tam zbyt wielu turystów. Niewielkie kolonie, kilka rodzin, kilku miejscowych i to wszystko. 
Cała plaża dla nas. Nie można się było co prawda kąpać (W Mikoszewie do morza wpada Wisła, teraz sytuacja jest już opanowana, ale na początku woda była niestety brudna), ale na wodne szaleństwa jeździliśmy do Stegny, Kątów Rybackich albo Sztutowa. 
U siebie miałam coś wyjątkowego, prawie na wyłączność - tony patyków kryjących skarby różnych rozmiarów, kształtów i kolorów - bursztyny. Przez pierwsze lata zbierałam je całymi słoikami. Siedziałam w ciszy i grzebałam patykiem szukając pięknych okazów. Czasami na łowy ruszaliśmy o świcie. A w lesie szukaliśmy jagód i grzybów. A lasu tam pod dostatkiem, bo z ośrodka do plaży jest ponad 1.5 km spacer zielonym, pachnącym rezerwatem przyrody...
Jedna główna ulica, kilka sklepów i barów. Mój ulubiony spacer do ujścia Wisły. Siadałam wtedy na wałach przeciwpowodziowych, podziwiałam te widoki, odpalałam discmana i notowałam nastoletnie przygody w kolorowym notesie. Dziś bym się pewnie z nich śmiała,  ale wtedy wszystko wydawało się takie poważne. Dorastałam z tym miejscem, obserwując jak dorastają inni. Dzieci, które ganialiśmy po ośrodku, by rodzice mogli zmienić im pieluchę skończyły już 18 lat. Większość z nas to dorośli ludzie, na różnych etapach życia. Dużo się   zmieniło, czas leci jak szalony. Szkoda mi tylko mojego małego, 7-letniego brata, który gdy tam przyjeżdża z Rodzicami, nie ma niestety tak wielu towarzyszy dziecięcych zabaw jak my.
Zmieniło się też samo Mikoszewo. Małe budki to dziś duże sklepiki, nie ma starej biblioteki ani malutkiej piekarni, w której czasem kupowałyśmy z koleżanką gorący chleb i zjadałyśmy go nad rzeką. Środek był tak cudowny, że można było lepić z niego kulki niczym z plasteliny. Turystów jest więcej, a odkąd ruszyła oczyszczalnia wody w Elblągu, można się już kąpać. Latem jest nawet ratownik i pan sprzedający lody. Bursztynów coraz mniej, śmieci jakby więcej. W miejscu, gdzie rzeka wpada do morza kiedyś było pusto, w ten weekend za to dość tłoczno, niektórzy nadal wytrwale grzebali w patykach, ale chyba z marnym skutkiem. 
Wiele osób, które zapraszam do Mikoszewa, dziwi w tym miejscu widok bujnej zieleni przy wydmach. To rezerwat ptaków Mewia Łacha, dla ornitologów podobno najatrakcyjniejszy w Polsce (ponad 250 gatunków ptaków). Przez długi czas był on niedostępny dla zwiedzających, a wszystko było bardziej dzikie. Żeby od plaży dojść wzdłuż Wisły do przeprawy promowej musieliśmy przechodzić przez krzaki, patrzeć pod nogi, uważać na żmije i tereny podmokłe. 
Dziś jest łatwiej, ale bez przygód. Kiedyś to było wyzwanie, dziś zwykły, popołudniowy spacer.
Minęło tyle lat, ale wciąż odczuwam radość na myśl o nawet krótkim wypadzie. Tam powietrze pachnie inaczej a cisza koi skołatane (wiecznym hukiem miasta) nerwy. Plaża i las są zawsze na swoim miejscu i zapraszają na spacery. Czasem pojawi się  ktoś znajomy. Wracam tam chętnie.
Z Gdańska można się dostać do Mikoszewa na dwa sposoby: bezpośrednim PKSem, który z dworca przyjeżdża do "centrum" wsi. Ja zawsze wybieram drugą opcję: miejski autobus 112, który jedzie przez Sobieszewo i Świbno, aż do przeprawy promowej (przystanek "Przystań").
Prom w tym miejscu pływa od 1895 roku czyli od czasu, gdy otwarto nowe ujście Wisły i była potrzebna praktyczna i niedroga komunikacja. Obecny prom pływa od 1945 roku. Zwykle od kwietnia do października, więc poza sezonem trzeba jeździć okrężną drogą. Jest to prom linowy, który prowadzi lina zamocowana z obu stron Wisły. Towarzyszy mu napędzający statek-holownik. Lubię ten moment, gdy prom dobija do brzegu, a przede mną jeszcze 2 km spaceru do małego domku. Patrzę po drodze co się zmieniło. Cieszę się, że mogę tam wracać, nawet w niepogodę.
TOP