27.6.14

Triana - pełna pasji i kolorów dzielnica Sewilli

Gwadalkiwir - kto tak nazwał rzekę, ja się pytam? Nie jestem w stanie tego zapamiętać, z wymową też bywa ciężko, kiedy pełna emocji opowiadam podróżnicze historyjki :) Pisząc tego posta, po raz kolejny żałuję, że w Sewilli miałyśmy tak niewiele czasu. Ważne jednak, że starczyło nam go na dzielnicę Triana, która skradła moje serce.
Nie lubię się śpieszyć, nie lubię biec, ale na to miasto można poświęcić nawet tydzień, więc nasze dwa skromne dni wymagały pełnej mobilizacji. Uciekając od turystycznego centrum i okolic katedry, przeszłyśmy na drugą stronę rzeki. Zbliżało się południe, zrobiło się gorąco. Zamówiłyśmy zimny sok z pomarańczy, chwilę odpoczęłyśmy i zaplanowałyśmy spacer po kolorowej dzielnicy Triana.
Za mało czasu, za mało czasu, za mało czasu! Mogłabym po Trianie włóczyć się cały dzień albo i dłużej. Przypadło mi do gustu wszystko - atmosfera, mieszkańcy w barach, pełni luzu kumple w czasie przedpołudnia kawalerskiego jednego z nich. A przede wszystkim moje kochane detale!
   Klatka z kanarkami, pranie, kwieciste zasłony, dekoracje ścian i wszechobecne płytki azulejos.
    Trochę jak w mojej lizbońskiej Alfamie, ale jednak troszkę inaczej. Triana ma własną osobowość.
Chciałabym ją odkrywać, poszukiwać wyjątkowych miejsc, małych barów tapas, spędzać czas z mijanymi ludźmi. Nie lubię, gdy brakuje czasu, to w każdym wyjeździe boli mnie najbardziej.
Weszłyśmy do hali targowej Mercado de Triana. Jest ona kameralna, niezbyt duża, ale bez problemu można w środku kupić wszystko, czego nam w kuchni potrzeba.
Owoce, warzywa, świeże ryby, mięso, kiełbasy i szybki hiszpańskie, wspaniałe sery.
     My się skusiłyśmy na tackę pokrojonego, świeżego, cudnie pachnącego, dojrzałego ananasa.
Ładna ta Triana. Romantyczna, nastrojowa, ale przy tym pełna życia i radosna.
Jedno z tych miejsc, które lubię, w których się czuję dobrze i swobodnie.
Niestety, trzeba było uciekać. Kolejny most z katedrą w tle. Ruszyłyśmy na poszukiwanie pewnego tajemniczego "gofra" :) a ja zastanawiałam się, jak wielu zakątków Triany nie udało mi się odkryć. Ciekawych knajpek, pięknych płytek i malowideł, ukrytych podwórek. Może kiedyś uda się wrócić?

23.6.14

Leniwa sobota w Corral del Conde w Sewilli

Znacie na pewno takie sytuacje z podróży. Idziecie wąską, zupełnie niepozorną uliczką, Dookoła identyczne, jasne ściany budynków. Nic szczególnego, więc na nic nie liczycie. Ktoś, kto zna to miasto mówi jednak, że tu "coś" jest. Patrzycie ze zdziwieniem jak naciska przycisk domofonu, otwiera pierwsze drzwi, a za nimi widać bramę, która się otwiera, a Wy czujecie się jak książkowa mała Mary, która znalazła wejście do Tajemniczego Ogrodu......
Tak było i tym razem. Pomimo, że Corral del Conde widziałam na blogu Ani już ponad miesiąc przed naszym przyjazdem do Sewilli, to i tak byłam bardzo zaskoczona - to chyba naturalna reakcja każdego, na przeniesienie się w inny świat, zaledwie po przekroczeniu drzwi. Prawie jak wejście do szafy i znalezienie się w Narnii (mam dziś jakoś dużo skojarzeń książkowych).
O historii Corral del Conde i duchu kradnącym tortille hiszpańskie mogliście już przeczytać u Ani, więc ja nie będę się powtarzać - kogo interesują szczegóły, niech wpadnie na blog Andaluzja.

       
Skupię się raczej na naszej wizycie w tym niezwykłym miejscu. Dotarłyśmy tam z moją koleżanką Justyną i Mo. z bloga trzymając się chmur na zaproszenie Ani i Jej koleżanki Marysi. Były też inne osoby, m.in. Emilia - mieszkająca w Sewilli Polka tańcząca flamenco. 
Przy fontannie na środku patio czekał na nas nakryty kolorowym obrusem stół, przy którym mieliśmy spędzić to leniwe popołudnie z kieliszkiem hiszpańskiego wina w dłoni.
Szczerze mówiąc liczyłam na nieco bardziej hiszpańskie dania niż pierogi ze szpinakiem, ale muszę przyznać, że były naprawdę smaczne. Do gustu przypadła mi jednak najbardziej... blanszowana marchewka w ziołach. Pychota! A także pasty z jasnych i ciemnych oliwek.
Ania upiekła też hiszpańskie mini chlebki, bardzo dobre. Nasze serca trochę płakały, bo obiecywała lody z kwiatów pomarańczy, ale niestety nie starczyło czasu na ich przygotowanie. Mam nadzieję, że kiedyś będzie szansa by ich spróbować, bo to nawet brzmi bajecznie. 
Może kilka słów więcej o samym Corral del Conde. Historia tego budynku jest raczej mało optymistyczna, bo dawniej ludzie żyli tu w ciężkich warunkach, stłoczeni niemiłosiernie. Teraz to przyjemne miejsce, z najmniejszymi mieszkankami jakie widziałam w życiu. Nie jestem w stanie sobie wyobrazić, że w 100 miniaturowych pomieszczeniach mieszkało kiedyś 4000 osób.
To jeden z tych budynków, do mieszkania w którym trzeba po prostu lubić ludzi i ich towarzystwo. Czytałam niedawno, że w wielu krajach Europy coraz popularniejsze robią się domy wspólnotowe, w których każdy ma swoją przestrzeń + jest część wspólna (jadalnia, siłownia, plac zabaw, salon itd) w której spędza się dużą część czasu na gotowaniu, wspólnych posiłkach, rozmowach czy zabawie. 
 Jednym z mieszkańców Corral del Conde jest ten sympatyczny kociak :) 
Nie każdemu będzie odpowiadało to, że balkony są wspólne, swoje pranie wystawia się sąsiadom pod nos i pewnie każdy wie, co się u kogo dzieje. Ciężko przemknąć przez nikogo niezauważonym. I trzeba dbać o porządek, bo nie da się ukryć drobnych niedoskonałości ;)
Urzekły mnie wystawione przed mieszkanka stoliki, krzesła, kwiaty, doniczki. Całość jest klimatyczna i miła dla oka, ludzie się pozdrawiają i nie ma mowy o byciu anonimowym.
Takie miejsca są bardzo ciekawe z socjologicznego punktu widzenia i myślę, że potrzebne. Poniżej - wazon z obłędnie pachnącymi gałązkami kwitnącego drzewka pomarańczowego.
 I deser - pyszne, miniaturowe sama nie wiem co :))) Ale godne polecenia, haha :)
Corral del Conde można zwiedzać w środy między 10 a 14 lub wynająć tam pokój w czasie swojego pobytu w Sewilli. Może to być bardzo ciekawym i oryginalnym urozmaiceniem :)

16.6.14

Popołudnie na Plaza de España w Sewilli

To miejsce widział chyba każdy z nas - na zdjęciach, pocztówkach, w magazynach podróżniczych czy przewodnikach. Jeden z symboli Sewilli, a może nawet całej Andaluzji. Plaza de España. Wiedzą, że odwiedzę to miasto, cieszyłam się jak dziecko, że będę mogła porównać oczekiwania z rzeczywistością. Byłam zaskoczona.
Wstałyśmy raniutko i praktycznie cały dzień spędziłyśmy chodząc. Na efekty nie trzeba było długo czekać - starte stopy, krew i plastry. Ponad 12h na piekącym słońcu. Na Plaza de España dotarłyśmy na chwilę przed zmierzchem. Muszę przyznać, że byłam baaaaaaaardzo zaskoczona.
Zdjęcia w Internecie i przewodnikach są kadrowane w sposób, które mi sugerował, że jest to duży, piękny plac w środku miasta. Wyobrażałam sobie, że jest otoczony zabudowaniami. Kolejny dowód na to, że lepiej sobie nic nie wyobrażać, niczego nie oczekiwać i cieszyć się tym, co na nas czeka :)
Plac Hiszpański znajduje się nieco na uboczu, ale wciąż w spacerowej odległości od zabytkowego centrum Sewilli.
Tym, co zdziwiło mnie najbardziej, jest fakt, iż położony jest on na terenie ogromnego parku Marii Luizy. Spodziewałam się zupełnie innej scenerii, ale ta , którą zastałam o wiele bardziej przypadła mi do gustu.
Plac Hiszpański wybudowano w 1928 roku, z okazji odbywającej się w 1929 roku WystawyIbero-Amerykańskiej. Półokrągły plac, pałac, fontanna, sztuczna rzeka i stylowe mostki. Całość w różnorodnych stylach architektonicznych, ozdobiona kolorowymi mozaikami. Miła dla oka.
   Można wynająć łódkę i spędzić popołudnie pływając po przepływającej wzdłuż zabudowań rzece.
W dolnej części pałacu znajduje się 48 barwnych nisz, wyłożonych płytkami azulejos, które przedstawiają różne prowincje Hiszpanii. Można oglądać, siedzieć na ławce, podziwiać.
Na placu, podobnie jak pod Katedrą stoją bardzo liczne bryczki. Nie jestem fanką tego typu transportu, ale widać, że zainteresowanie jest. W czasie naszej wizyty podjechała duża grupka dziewczyn świętujących wieczór panieński jednej z nich. Przebrane były za japońskie gejsze.
Wieczorem w tym miejscu jest piękne światło, dlatego wiele osób organizuje wówczas sesje ślubne. W końcu zaczęło się robić chłodno, więc padłyśmy na przyjemnie zimnych, kolorowych ławkach wdychając rześkie, wiosenne powietrze. Za nami dzień pełen wrażeń, przed nami długa kolacja, pokaz flamenco i degustacja mocnego wina z pomarańczy. Jedna z urlopowych chwil idealnych.

12.6.14

Najładniejsza plaża koło Lizbony - Costa da Caparica

Dla wielu osób wielkimi krokami zbliżają się WAKACJE. A wakacje to plaże, morze, góry, jeziora, małe wioski i duże miasta. Czas wolny i leniwy, wyjazdy, odpoczynek, setki zdjęć. Dla mnie to szczyt sezonu w pracy, więc odpuszczam dalsze wojaże. Muszę zresztą przyznać, że nie lubię latem jeździć za granicę. Ale pomarzyć mogę, prawda?
Letnie miesiące to taki czas tylko dla mnie. Na spotkania ze znajomymi, bieganie z aparatem po Warszawie, siedzenie w parku z książką, gotowanie wymyślnych dań, nieśpieszne śniadania na balkonie, robienie koktaili z truskawek i lekkich sałatek. Co któryś weekend staram się organizować małe wypady gdzieś w Polskę.
W tym roku planuję też więcej czasu poświęcić na fotografowanie i naukę obsługi aparatu. Ale zdarzają się chwile, gdy siedzę w dusznym i gorącym tramwaju, zamykam oczy, by w kilka sekund przenieść się w inny świat.
Czuję wtedy promienie słońca na twarzy, a wiatr rozwiewa moje jasne włosy nagłymi, silnymi podmuchami.
Pod stopami miękki, delikatny piasek. Ocean przyjemnie szumi, a lekka bryza przynosi ukojenie zmęczonej skórze.
Ktoś biegnie, ktoś się opala, dzieci rozrzucają wiaderka i łopatki a kilka młodych osób wchodzi do wody z deskami surfingowymi.
Przed domkami przyjaciele rozpalają grilla, jakiś pies szczeka wesoło. Leżaki, parasole, plastikowe krzesła i stoliki, stroje kąpielowe i szorty suszące się na sznurku.
W pewnej chwili spłoszone czymś mewy zrywają się szybko i odlatują gdzieś w nieznane, wydając z siebie charakterystyczne dźwięki.
Siadam w Da Wave, zamawiam zimny sok pomarańczowy i wsłuchuję się w relaksujące rytmy muzyki reggae. 
Jestem na Costa da Caparica - tak blisko Lizbony. Późne, ciche popołudnie. Chwila idealna. Czuję ostre szarpnięcie i pełne zniecierpliwienia komentarze. Otwieram oczy i ze zdumieniem stwierdzam, że jestem w Warszawie. To były tylko wspomnienia. Ogarnia mnie smutek, bo każdy marzy dziś o plaży..
TOP