30.7.14

Weekend w Łodzi. Sobota.

Kiedy mówiłam znajomym, że jadę na weekend do Łodzi, większość robiła głupie miny i dawała mi do zrozumienia, że tracę czas. Mam jednak taki charakter, że jeśli ktoś 3 razy powie, że  mam gdzieś nie iść, to za 4-tym razem na pewno tam pójdę. Tak było i tym razem, na szczęście! Bawiłam się bardzo dobrze, a miasto chyba Was ciekawi, bo już dostałam dużo pytań o to, co mogę polecić.
W Łodzi spędziłam dwa niepełne dni, zaprosiła mnie Karolina, nastoletnia Czytelniczka bloga, z którą po raz pierwszy spotkałam się zimą w Warszawie. W tym czasie odwiedzała ją także Monika z Wokoło Świata, którą gościłam u siebie jesienią. Wiedziałam mniej-więcej co bym chciała zobaczyć, ale planowałyśmy na bieżąco. Bilet kupiłam wiosną, a tuż przed wyjazdem okazało się, że akurat w tych dniach odbędą się Urodziny Łodzi. Prognozy mówiły, że będzie lało przez 48h, więc nie zabrałam lustrzanki, a tymczasem był upał....
Pierwszym punktem naszego zwiedzania była Biała Fabryka - Centralne Muzeum Włókiennictwa przy ul. Piotrkowskiej 282. Łódź jest miastem o wieloletniej tradycji włókienniczej, więc dla mnie było to Must See. Załapałyśmy się na darmowe bilety :) Już z zewnątrz budynek wygląda bardzo interesująco. Jestem wielką fanką architektury przemysłowej, więc od razu wiedziałam, że Łódź przypadnie mi do gustu. Samo muzeum jest bardzo ciekawe, nowoczesne i duże. 2h to minimum.
Składa się z części stałej i czasowej. W ramach tej pierwszej możemy zobaczyć m.in. przekrój mody XX wieku, narzędzia i maszyny włókiennicze, rewelacyjną rekonstrukcja tkalni z przełomu XIX/XX w. (m.in. krosna, przewijarki, cewiarki, szydełkarkę - wszystko zabytkowe i piękne).
Podobała mi się ekspozycja dotycząca historii łódzkich fabryk włókienniczych na przykładzie jednego z najstarszych i najdłużej istniejących zakładów w mieście należących do Ludwika Geyera.
Stała wystawa jest świetna i godna uwagi. Z czasowych najbardziej podobała nam się wystawa Haftu Krzyżykowego, "Elegancja-Francja. Z historii haute-couture" i obrazy z Międzynarodowego Biennale Obrazu Quadro-Art. Pozostałe sale były dla mnie, delikatnie mówiąc mało zrozumiałe :)
Muzeum dysponuje ponad 16000m2 powierzchni, z czego 7000m2 przeznacza na cele ekspozycyjne, a w swojej historii zorganizowało już ok. 1000 wystaw. Całość jest schludna, miła dla oka i sensownie rozplanowana. Uważam, że Łódź może być dumna z tego obiektu.
Na jego tyłach znajduje się Skansen Łódzkiej Architektury Drewnianej.  W jego skład wchodzi 8 budynków: kościół, willa letniskowa, dom rodziny robotniczej, przystanek tramwajowy, domy rzemieślników ładnie wkomponowane pomiędzy brukowane "kocimi łbami" uliczki. Można wejść do środka, zobaczyć m.in. "pokój babci", zamówić coś do picia w kawiarni albo kupić pamiątki.
   Pomysł fajny, bo w jednym miejscu możemy zobaczyć dwa zupełnie różne typy architektury.
Piotrkowska jest aktualnie częściowo w remoncie, ale nawet jakby nie była i tak chciałabym przejść całą. Zajęło nam to ponad godzinę, ale zaglądałam w różne bramy i ukryte podwórka. 
Ulica prezentuje się lepiej niż jakieś 8 lat temu, gdy widziałam ją ostatnio. Może nie wszędzie, ale w części najbardziej reprezentacyjnej zaszły naprawdę duże, bardzo pozytywne zmiany.
Poniżej - jeden z murali tworzących cały Łódzki Szlak Murali. Trasa jest naprawdę imponująca,  bo starszych i nowszych dzieł sztuki na budynkach jest mnóstwo, można spędzić cały weekend na ich poszukiwaniu. Skojarzyło mi się to trochę z Brukselą, chociaż w Łodzi klimat grafik jest nieco inny. Jeśli temat Was interesuje, dużo informacji znajdziecie na stronie Łódzkie Murale
Niemalże na każdym kroku widziałam jakieś fajne knajpy w modnym stylu, ale nie zabrakło też cukierni i kawiarni pamiętających dawne czasy. Podoba mi się taki mix nowoczesności z tradycją.
Co jakiś czas trafiałyśmy na ustawione wzdłuż ulicy zdroje - publiczne ujęcia wody pitnej, uroczo ozdobione rzeźbami (np. dwa zdjęcia wyżej - z rybą i bawiącymi się dziećmi). Postawiono je 5 lat temu i poza funkcją dekoracyjną dają też miłą chwilę wytchnienia w upalne dni. Znajdziecie je w  Pasażu Schillera, w Pasażu Rubinsteina, przy skrzyżowaniu z Roosvelta i przy sklepie "Magda". 
Cieszyłam się jak szalona, bo w kilku punktach Piotrkowskiej ustawiono też hydranty, dzięki którym można się nieco ochłodzić latem. Było ponad 30*C w najcieplejszym momencie, więc z przyjemnością biegałyśmy między spryskiwaczami i raczyłyśmy się małą, odświeżającą kąpielą 
Wrocław ma swoje słodkie krasnale panoszące się beztrosko po całym mieście, a Łódź wcale nie pozostaje w tyle, oferując odwiedzającym dwa ciekawe szlaki - Bajkowy i Wielkich Łodzian.
W ramach tego drugiego możemy spotkać Tuwima siedzącego wygodnie na ławce, twórców Łodzi przemysłowej (I.Poznańskiego, K.Schreiblera, H.Grohmana ) biesiadujących przy stole, pianistę Artura Rubinsteina, Reymonta z wielkim kufrem podróżnym czy Pomnik Lampiarza. 
Z bohaterów bajek, udało mi się zobaczyć tylko Misia Uszatka, muszę więc wrócić koniecznie do Łodzi na poszukiwanie pingwina Pik-Poka, kotów Filemona i Bonifacego, Plastusia i innych.
Łódź to też szare, obdrapane budynki, ale jest sporo kolorów i miłych miejsc.
   Na Piotrkowskiej jest kilka sklepów, ale osoby spragnione zakupów udają się do Manufaktury.
W tym ogromnym kompleksie handlowo - usługowym byłam już raz, niedługo po otwarciu. Robi duże wrażenie (jest największym centrum tego typu w Polsce i jednym z większych w Europie), ale w tym wypadku nie rozmiar ma znaczenie, a usytuowanie w dawnych budynkach fabrycznych należących do Izraela Poznańskiego. Dawna fabryka zajmowała ponad 30 hektarów i znajdowało się tutaj wszystko co niezbędne do życia i pracy (tkalnie, przędzalnie, farbiarnia, drukarnia tkanin, magazyny, budynki mieszkalne robotników, bocznica kolejowa itp). Dużo musiało się tutaj dziać.
Projekt centrum był dopracowywany bardzo długo, tak by maksymalnie zachować klimat tamtych czasów. Są wiec zmodernizowane budynki z czerwonej cegły połączone z eleganckim wnętrzem.
Na terenie obiektu znajduje się m.in. tradycyjne centrum handlowe ze sklepami i gastronomią, kino, ścianka wspinaczkowa, kręgielnia, delikatesy spożywcze oraz luksusowy hotel andel's. 
Pomiędzy budynkami jest ogromny rynek na którym odbywają się koncerty i inne wydarzenia, długa fontanna "tańcząca" w rytm muzyki a latem także boisko do siatkówki plażowej z piaskiem i palmami.
Odwiedziłyśmy niewielkie Muzeum Fabryki z tarasem widokowym, skąd rozpościera się widok na cały obiekt. Muzeum jest malutkie, przybliża mocno postać Poznańskiego i jego sposób zarządzania, polegający na zmuszaniu ludzi do pracy od 6 rano do 21 (!!!). Pan Geyer, o którym dowiedziałam się więcej w Białej Fabryce wydaje mi znacznie milszym i rozsądniejszym człowiekiem, ale kto wie..
Na terenie znajdziemy też Muzeum Historii Miasta Łodzi, Eksperymentarium i oddział Muzeum Sztuki. Na upartego można siedzieć tam pół dnia, ale ja jako człowiek mający w CV pracę w biurze w galerii handlowej, uciekam z krzykiem po niespełna godzinie. Pod wieczór zajrzałyśmy do OFF Piotrkowska, miejsca o niezwykłym klimacie i ciekawej, industrialnej atmosferze. Ale to już opowieść na kolejny raz.

28.7.14

Spacer po andaluzyjskiej miejscowości Ronda

Tydzień temu pokazałam Wam relację z wizyty w andaluzyjskiej miejscowości Ronda. W planie był tylko ten jeden wpis, ale uznałam, że mam jeszcze kilka zdjęć, którymi warto się podzielić.

23.7.14

"Wszędzie mnie pełno, trudno za mną nadążyć. Za to kocham moje życie!"

   
Na blog Irminy trafiłam kilka lat temu, kiedy wzięła ona udział w sesji do magazynu on-line Lawendowy Dom. Naturalna, uśmiechnięta, bez kompleksów. Pozowała w kolorowych, kobiecych spódnicach własnego autorstwa. Zaczęłam odwiedzać ją częściej, obserwować różne zmiany w jej życiu. W cyklu "Inspiracje" pokazuję osoby, którym się po prostu chce. Szukające swojej drogi, rozwijające się, mające pasje, realizujące swoje marzenia. Irmina jest z pewnością jedną z nich. W czasach, gdy promuje się szafiarki znane z tego, że są znane  i ładnie wyglądają na tzw. "ściankach" promujących różne firmy, Irmina jest dla mnie odmianą. Ambitna, kreatywna, tworząca własną markę Irminastyle, stawiająca na wykształcenie i licząca na siebie, a nie na to, że ktoś jej coś załatwi. A przym tym sympatyczna i bardzo pozytywna.

21.7.14

Ronda, miasto zawieszone nad przepaścią

Hiszpańskie miasteczko Ronda zobaczyłam pierwszy raz wiele lat temu w jakimś albumie z najciekawszymi zakątkami Europy. Byłam zachwycona i wiedziałam, że kiedyś tam pojadę.  Planując podróż do Andaluzji, wpisałam je najwyżej na liście Must See.

16.7.14

Dębki na wakacje - czy warto?

Pierwszy raz od bardzo, bardzo dawna byłam nad morzem w innej miejscowości niż zwykle. Dobrze sobie urozmaicić życie raz na jakiś czas :) Tym razem były to Dębki.
Niewielkie, ale mocno komercyjne. Samo centrum jest zupełnie niegodne uwagi, więc nie robiłam żadnych zdjęć. Sezonowe bary, gofry, lody, smażalnie ryb, sklepy z pamiątkami, do tego piłkarzyki, cymbergaj, namioty z tanią książką, kosmetykami, używaną odzieżą, nową odzieżą itp. itd. Dla mnie, przyzwyczajonej do ciszy i spokoju ukochanego Mikoszewa był to chyba lekki szok.
Przy 19 wejściu na plażę jest smaczny sklep ze smażonymi i wędzonymi rybami "U Kaszuba". Jadłyśmy tam pysznego wędzonego łososia, łososiowe "kabanosy" i szaszłyki z ananasem, a także roladki ze szpinakiem, papryką czy serkiem czosnkowym oraz śledzie na różne sposoby. Sprzedawcy bardzo mili, pan zapunktował, gdy miałam zapłacić 4,80 zł a nie miał mi wydać z 20 zł. Powiedział, żebym zapłaciła przy okazji. Dawno nie spotkałam się z takim podejściem.
Miałyśmy ciekawą przygodę z noclegiem. Rezerwacja robiona telefonicznie, przyjechałyśmy, rozpakowałyśmy bagaże. Chciałyśmy zapłacić i wówczas okazało się, że pani źle zrozumiała, więc jeśli chcemy zostać 4 dni, a nie cały tydzień to mamy się natychmiast wyprowadzić. Dość osobliwe podejście do klienta... Na szczęście, mimo szczytu sezonu, udało nam się znaleźć inny pokój.
Zachwyciła mnie plaża w Dębkach. Jest przepiękna! Nie widać tego przy głównych wejściach, gdzie rzucają się w oczy setki parawanów i człowiek leży na człowieku, ale wystarczy przejść kilkaset metrów np. w kierunku Karwi, by odkryć jej pełny urok. Idealnie biały, miękki piasek może spokojnie konkurować z tym na Karaibach. Nie ma co prawda palm, ale i tak jest wspaniale.
Jest też las. Świeży, zielony, bardzo gęsty, pachnący, szumiący. Las przy wydmach, nad plażą jest idealnym połączeniem. Do szczęścia brakuje tylko gór i jeziora ;) Uwielbiam moment, gdy po leśnym spacerze pojawia się w oddali morze. Stara się robię, bo mnie ten widok wzrusza.
Chodziłam na długie, popołudniowe przechadzki plażą, słuchając wrzasku mew i śmiechu dzieci.
Trochę czasu spędzałyśmy też z młodym, znakomitym kawalerem, rzucającym rozczulające spojrzenia każdej mijanej dziewczynce i pani. Chyba wyrośnie z niego ulubieniec milionów :)
Jak widać na zdjęciach, można bez problemu znaleźć fragmenty plaży pozbawione plażowiczów.
Najbardziej cieszyła mnie myśl, że może w końcu uda mi się zobaczyć zachód słońca nad Bałtykiem. Sprawdziłam dokładnie o której jest planowany, żeby być jeszcze przed czasem.
Wspaniałe są ciepłe wieczory na plaży, dreptanie po chłodnym już piasku, rozłożenie koca, zamówienie wina i czekanie na fantastyczny spektakl jaki za darmo funduje nam Matka Natura.
Zachód był piękny, dokładnie taki na jaki liczyłam. Przypomniał mi dzieciństwo, gdy z dziadkami jeździłam kilka kilometrów dalej, do Karwi. W oczekiwaniu na zachody słońca kąpaliśmy się w morzu, zjadaliśmy drożdżówki z kruszonką i graliśmy w różne gry. Czas mijał leniwie, nikt się nie śpieszył. Gdy słońce się chowało, zostawiając za sobą pomarańczowo-różową, pastelową smugę, wracaliśmy powoli na kwaterę. Jak to możliwe, że lata mijają, a słońce nadal pozostaje takie samo?

1.7.14

Bruksela - stolica czekolady

Ten wpis obiecywałam Wam już w lutym, ale musiałam zaczekać aż zupełnie opadną emocje związane z  kradzieżą dokumentów za granicą i będę mogła spojrzeć na stolicę Belgii łagodniejszym okiem. Dziś czuję się już tylko bogatsza o to doświadczenie i nie mam żalu. Możemy więc porozmawiać o słodkim obliczu  Brukseli.
O czym konkretnie? O wystawach sklepów i to bardzo szczególnych - sprzedających produkty z belgijskiej czekolady, uważanej za jedną z najlepszych na świecie. Muszę przyznać, że robią one ogromne wrażenie.
Większość sklepów jest tak elegancka, gustowna i luksusowa, że można pomyśleć, że w środku sprzedają drogą biżuterię a nie słodycze. Niejednokrotnie sprzedawcy ubrani są w garnitury i krawaty, jakby  sprzedawali cenne klejnoty tylko dla wybranych. Czyste szyby, piękne i efektowne dekoracje.
Lubię czekoladę, ale nie aż tak, by zapłacić za nią tyle, ile w takich "czekobutikach" kosztuje. Niejednokrotnie ręcznie robione praliny kosztują ponad 100 EUR/1 kg. Kiedy buszowałam w jednym ze sklepów i skusiłam się przynajmniej na świeże truskawki z czekoladową nutą (5EUR), uważając, że jest to pewnego rodzaju szaleństwo, Pan przede mną zapłacił ... 270 EUR za kilka dużych bombonierek. Byłam pod naprawdę duuużym wrażeniem i rozgrzeszyłam się w myślach. 
Są oczywiście też sklepy mniej wystawne, sprzedające bardzo dobrej jakości czekoladę   produkowaną masowo, której zapewne niczego nie brakuje, chociaż muszę przyznać, że bardziej smakowała mi szwajcarska czekolada otrzymana kiedyś od Kasi na Rozdrożach.
Spróbowałam czekoladę belgijską w ilościach symbolicznych, uważam, że samo patrzenie na te małe, czekoladowe działa sztuki może być równie fascynujące jak sama konsumpcja :)
Pomimo, że Wielkanoc miała nadejść dopiero za 7 tygodni, firmy w pełni dostosowały swoją ofertę do konkretnych wymogów rynku. Były więc kurczaczki, króliczki i jajeczka. 
W sklepach z czekoladą można kupić pralinki na wagę lub na sztuki, całe tabliczki czekolady, gotowe bombonierki, blaszane pudełka z czekoladkami lub ciasteczkami z czekoladą, a także czekoladowe lizaki, czekoladę na gorąco i wiele, wiele innych czekoladowych ciekawostek.
Wybór jest ogromny, sklepy są wszędzie, więc decyzja zakupowa zależy od możliwości portfela.
Sprzedawcy pięknie ozdobią i spakują czekoladki na prezenty dla rodziny i znajomych z finezją nie mniejszą niż ta z którą Rowan Atkinson pakował łańcuszek w "Love Actually".
 Kto się nie oprze i nie zje ich wcześniej, ma szansę bardzo zaskoczyć swoich najbliższych.
 Poniżej witryna sklepu z nie-mam-pojęcia czym, ale zawsze patrzyłam na nią z zachwytem.
Jak mam być szczera, dla mnie Bruksela to jednak przede wszystkim gofry belgijskie, chyba najlepsze na świecie. Można je kupić z niekończącą się ilością dodatków, ale wg mnie są tak pyszne, że bita śmietana, polewy, owoce, posypki itp. po prostu psują ich smak. Wersja sucha (lub z odrobiną cukru pudru) kosztuje 1-1.5 EUR i jest najlepszym deserem jaki można sobie wymarzyć. Pachnący, sycący i gorący, a przy tym na niemal każdą kieszeń. Niezależnie od  tego, jakie słodkości Wam smakują najbardziej, nie da się ukryć, że to miasto jest słodkie,  chociaż dla mnie we wspomnieniach trochę słodko-gorzkie. Może to i lepiej, bo w końcu w  życiu potrzebna jest równowaga a taki nadmiar słodyczy może łatwo zemdlić, czyż nie? :) 
TOP