28.8.14

Porto. Kolory w deszczu.

Dziś chciałabym pokazać Wam subtelne, pastelowe oblicze miasta Porto oraz odrobinę mrocznego oceanu w czasie sztormu. Nie mam szczęścia do pogody, prawie każda moja wizyta na północy Portugalii wymaga stałego użytkowania parasolki, ale pogody się nie wybiera. Deszcz ma też swoje zalety i dziś o nim opowiem.

25.8.14

Toruń. Muzeum Podróżników po remoncie

Ponad półtora roku temu zamieściłam na blogu relację z wizyty w Muzeum Podróżników im. Tony'ego Halika w Toruniu. Zdjęcia były z jeszcze dawniejszych czasów, bo z 2011 roku. Miałam okazję widzieć wówczas pierwszą odsłonę muzeum, później je zamknięto. Nie na stałe jednak, a na czas remontu i rozbudowy. Jak wygląda teraz?
Do tej pory zbiory zgromadzone były w jednym budynku przy ulicy Franciszkańskiej 11, wykupiono jednak budynek z numerem 9, dzięki czemu uzyskano dużo przestrzeni do zagospodarowania. W długi weekend sierpniowy miałam okazję wrócić tam ponownie, żeby porównać muzeum w wersji "przed" oraz "po".
Różnica jest mocno widoczna. Miejsca jest naprawdę dużo, więc zrobiło się przejrzyście, bardzo przyjemnie a przy tym zdecydowanie nowocześniej i o wiele bardziej kolorowo.
Zaraz po wejściu do muzeum znajduje się tablica zawierająca wszystkie ważne szczegóły i daty z życia Tony'ego Halika. Możemy dowiedzieć się z niej o jego młodości, pracy, podróżach itd.
W kolejnych salach znajdziemy zdjęcia z różnych lat i wydarzeń, krótkie i i długie historyjki,  ciekawe plakaty opisujące różne tradycje. Sala pierwsza to wspomnienia z Ameryki Płd. 
  Tym, co na pewno zwraca uwagę jest mnóstwo pięknych fotografii w dużym formacie.
Są stare mapy, barwne stroje z różnych regionów świata, prezentacja ważnych podróżników.
Całość ładnie wyeksponowana, uporządkowana. Wcześniej było trochę chaotycznie, ale raczej wynikało to z faktu, że na zbyt małej powierzchni znajdowało się zbyt wiele różnych pamiątek.  Bardzo podoba mi się fakt, że pojawiły się także ekraniki z fragmentami filmów powstałych podczas podróży.
Otacza nas też dużo cytatów, niezwykłych przedmiotów. Już 3 lata temu patrzyłam z zachwytem na zgromadzone skarby, dziś nawet nie dałoby się tego przemycić przez jakże restrykcyjne kontrole graniczne. To w jakiś sposób zwiększa wartość kolekcji. 
W poszczególnych salach postarano się, by odwiedzający wyostrzył zmysły, szukał szczegółów.
Czeka na nas podróż przez cały świat. Zachwyciły mnie stroje z Gwatemali i Meksyku, afrykańskie ozdoby, maski (chociaż tych się akurat zawsze trochę boję) oraz tkaniny i wspaniała biżuteria z Chin.
Dla fanów biżuterii jest całe jedno piętro nowej części muzeum. Robi wrażenie!!
Mnie jednak najbardziej cieszyło to, co pamiętałam z pierwszej wizyty - stare kufry i walizki. 
A także klucze od pokoi hotelowych z różnych zakątków globu. Kiedyś wisiały one w zwykłej gablocie, teraz zawieszono je na ogromnej mapie, więc widać od razu, który skąd pochodzi.  Nowa odsłona muzeum jest bardzo, bardzo pozytywna i szalenie mi się podobało. Bilet jest   nadal niedrogi (8 zł) i są to dobrze zainwestowane pieniądze. Serdecznie polecam każdemu!

18.8.14

Tallin - pastelowa stolica Estonii

Każdego roku, w okolicach 26 maja wyjeżdżam gdzieś z Mamą, zazwyczaj na 3-4 dni. To nasza mała tradycja :) Lubimy razem podróżować, bo się dobrze dogadujemy, podobnie lubimy spędzać czas i mamy zbliżone zainteresowania. W zimowej promocji linii LOT pojawiły się bardzo tanie bilety do stolicy Estonii, Tallina na termin, który nam odpowiadał. Super, bo długo czekałam na taką okazję.
Żeby uzyskać cenę 119 zł, musiałyśmy wykupić pobyt min. 3 noce. Dużo osób mówiło mi, że 4 dni to za długo na Tallin, ale uznałam, że pojeździmy trochę po okolicy. Finalnie miałyśmy 1.5 dnia na Tallin, 1 dzień na wypad do Rygi i 1 dzień na wizytę w Parku Narodowym Lahemaa.
Dziś uważam, że spokojnie w samym Tallinie można spędzić 3-4 dni i wcale się nie nudzić. To piękne miasto portowe, dające mnóstwo możliwości spędzania wolnego czasu.  Nie jest może bardzo duże, ale poza standardowym zwiedzaniem, można po prostu chodzić, gubić się w pastelowych uliczkach Starówki, zatrzymać się na smaczny posiłek lub kawę.
Byłam ciekawa, co w Tallinie zastanę. Kraj ma burzliwą historię, przechodził z rąk do rąk, do dziś mieszka tam bardzo dużo Rosjan, którzy niekoniecznie chcą się integrować i dostosować. Patrząc na odwiedzane miejscowości (szczególnie poza Tallinem) miałam wrażenie, że jestem w Skandynawii.
Jestem zachwycona Estonią (pokazywałam Wam już niesamowite Maritime Museum w Käsmu), a Stare Miasto uważam za jedno z najładniejszych jakie w życiu widziałam, w mojej opinii jest o wiele ładniejsze niż w Rydze, ale to oczywiście kwestia gustu. W Rydze panował straszny chaos, pełno wielkich parasoli zakrywających budynki, królików z siana, wielkich rzeźb na sprzedaż, budek ze wszystkim i niczym, mimów, grajków, drobnych handlarzy. Z drugiej strony przyznaję, że w stolicy Łotwy było więcej ciekawych lokali, piekarni, kawiarni, cukierni. Ale i tak wolę Tallin.
Zdecydowałyśmy się na nocleg w obrębie Dolnego Miasta, żeby wszędzie mieć blisko. To był świetny pomysł, bo uliczka Uus jest spokojna, kolorowa a zarazem położona kilka kroków od Rynku i niedaleko portu. Pierwszego dnia ruszyłyśmy w miasto zaraz po rozpakowaniu bagaży.
Od pierwszych minut pozostawałam pod urokiem Tallina i tak zostało już do końca, nawet gdy opuściłyśmy stare mury i zapuściłyśmy się w nowoczesną część miasta. Nie mam z niej zbyt wielu zdjęć, bo to w sumie normalna miejska zabudowa, ale podobał mi się ogólny ład.
Stare Miasto otoczone jest murami, z basztami i bramami wejściowymi. Ich surowy wygląd w połączeniu z cukierkowymi domkami tworzy naprawdę bajkowe tło. Fajnie, że stragany z rękodziełem są skupione głównie na jednej ulicy, Müürivahe, więc nie ma ogólnego bałaganu.
      Architektonicznie przypadł mi do gustu, do tego mnóstwo cudownych, delikatnych detali.
Warto zaopatrzyć się w mapkę Starówki (my wzięłyśmy z hotelu), bo łatwo się zgubić w gąszczu uliczek. Są do siebie podobne, bardzo konsekwentne w wyglądzie i czasami ciężko o jakiś wyraźny punkt odniesienia. Po kilku godzinach już chodziłyśmy bez niej.
Na szczęście trafiła nam się wspaniała, ciepła, wiosenna pogoda. Co ciekawe, ten etap wiosny, który zastałyśmy w Estonii, w Polsce był już za nami, więc po raz drugi dopadła nas alergia na różne kwitnące cuda. Nie byłyśmy przygotowane, kichałyśmy i zużywałyśmy tony chusteczek.
Kuchnia Estońska średnio mnie zainteresowała, to nie do końca moje smaki. Jadłyśmy głównie w restauracji włoskiej (ale naprawdę pysznej - o niej następnym razem!) i w kawiarniach, gdzie jadłyśmy śniadania. Raz skusiłyśmy się też na przepyszne, domowe ciasto z mieszanymi owocami.
Najczęściej odwiedzana przez turystów część miasta jest zadbana, odmalowana, czyściutka. Są także miejsca troszkę obdrapane, bardziej zapuszczone, ale całość ładnie się komponuje.
Mam więcej zdjęć z Tallina, więc na pewno jeszcze 1-2 wpisy się pojawią, ale myślę, że już po dzisiejszym można sobie wyobrazić, jak pełne uroku i po prostu śliczne jest to miasto.

4.8.14

Weekend w Łodzi. Niedziela.

Niedziela przywitała nas jeszcze większym upałem niż sobota, chociaż nie sądziłam, że to jest możliwe (biorąc pod uwagę prognozy, które pokazywały 24*C i ulewy a było ponad 34*C i pełne słońce). Ale mając wybór i tak wolę gorąc od burzy. Pierwszym punktem na naszym planie zwiedzania był Księży Młyn, dawny ogromny zespół fabryk włókienniczych.
TOP