19.12.15

Malta i moje idealne poranki w Sliemie

Na początku grudnia opublikowałam na blogu wpis o moich wrażeniach z pobytu na kursie języka angielskiego w szkole Maltalingua na Malcie. Zaczęliście pytać czy miałam w czasie nauki również jakiś czas tylko dla siebie i jak wyglądał rozkład dnia. Na to drugie pytanie odpowiem Wam za jakiś czas, a dziś chciałabym opowiedzieć na pierwsze. Tak, miałam czas dla siebie. Codziennie rano.
Jeszcze przed wyjazdem założyłam sobie, że będę wstawała bardzo wcześnie, żeby móc pospacerować i porobić zdjęcia. Dotrzymałam słowa i jestem z tego powodu bardzo zadowolona. Szczerze mówiąc, teraz po powrocie tych poranków brakuje mi chyba najbardziej. Wpadłam w tak idealny rytm, że powrót do warszawskiej rzeczywistości był trudny i przepłaciłam go wieczornym łkaniem w poduszkę.
Na Malcie codziennie budziłam się o 6.15, praktycznie na 3 minuty przed budzikiem. Brałam  szybki prysznic, włączałam BBC, szykowałam posiłki do zabrania ze sobą na zajęcia. O 7.30 zaczynało się w hotelu śniadanie, starałam się być na czas. Drugiego dnia poznałam miłego, starszego pana z Wielkiej Brytanii i często spotykaliśmy się przy wspólnym stoliku, wymienialiśmy drobne uprzejmości, życząc sobie na koniec dobrego dnia :) Wracałam do pokoju po aparat i szłam w miasto. Mój hotel miał idealne położenie - przy promenadzie, dokładnie między Sliemą a St. Julians. 
Każdego dnia starałam się przejść przynajmniej 4-5 km, co ze względu na robienie zdjęć zajmowało mi równo godzinę. Czasami szłam promenadą wzdłuż morza, innym razem błądziłam po uliczkach Sliemy obserwując jak miasto budzi się do życia i wyłapując kolorowe detale.  Czasami odwiedzałam koty w parku albo podziwiałam panoramę Valetty z portu. Niekiedy zmieniałam kierunek zwiedzania i spacerowałam po zakątkach St. Julians.
Spacery rejestrowałam na Endomondo, żeby sprawdzać gdzie udało mi się dotrzeć, a jakie miejsca ominęłam. To bardzo pomocne szczególnie przy gąszczu podobnych do siebie, pastelowych uliczek Sliemy. Takie poranki są genialne, dają mnóstwo siły od samego rana i nastrajają pozytywnie (wiosną też tak chodziłam po Warszawie).
We wtorek buszowałam po dość odległych od szkoły okolicach. Fotografowałam drzwi, okna, kołatki i ozdoby. Była 8.20, gdy zobaczyłam ładny budynek. Ustawiłam się przed drzwiami, wycelowałam w nie obiektyw... a one się otworzyły i stanął w nich mój nauczyciel Jonathan! Nie wiem, które z nas było bardziej zaskoczone! Musiał pomyśleć, że jestem jakąś obłąkaną fanką :)
Naprawdę pokochałam tę poranną aktywność i podziwianie okolicy. Na Malcie szybko poczułam się jak w domu, miałam wrażenie, że jestem u siebie. Myślę sobie, że gdyby podobnie był zorganizowany każdy dzień mojego roku, byłabym szczęśliwym i zrelaksowanym człowiekiem. Do tego potrzeba jednak też tego ciepła i słońca, które Malta oferuje w pakiecie.
Gdybym pracowała w miejscu tak ciepłym i pełnym pozytywnych wibracji chyba bym oszalała z radości. Na wyjeździe nie przestawałam się uśmiechać i wróciłam bardzo spokojna. Bardzo bym chciała kiedyś powtórzyć taki wyjazd, ale na dłużej, najchętniej na miesiąc. To byłby wspaniały czas, na pewno.

10.12.15

Maltalingua - relacja z pobytu na kursie języka angielskiego

Pamiętacie wakacyjny wpis "Język angielski na Malcie? Czemu nie!"? Jak wiecie, na współprace na blogu decyduję się tylko wtedy, gdy mam jakąś wewnętrzną pewność, że dana kampania jest spójna z tym, co chcę Wam przekazywać od ponad pięciu lat istnienia strony. Wizja nauki języka na pięknej wyspie wydała mi się ciekawa, nie chciałam jednak napisać "Tak, rekomenduję!", bo w szkole nie byłam. Zaproponowałam Marcie wywiad, w którym opowiedziała jak zaczęła pracę w St. Julians i odpowiedziała na pytania, które uznałam, że mogą być kluczowe dla przyszłych uczniów, którzy nie mają pojęcia jak to wszystko wygląda.

7.12.15

Wygraj fotokalendarz - świąteczny prezent Last Minute!

WYNIKI KONKURSU 

    Dwa kody na fotokalendarze wędrują do:

Marleny Kawczyńskiej 
K-K Bello 

Proszę o kontakt na ajka_k@wp.pl 

Dziękuję Wam bardzo za udział w konkursie i liczne zgłoszenia!


Macie już komplet prezentów świątecznych? Moja szafka jest już pełna, brakowało mi tylko kilku, dla osób które mają w sumie wszystko i nigdy nie wiem, co mogę im kupić. Z pomocą przyszedł empikfoto.pl oferując możliwość przygotowania własnego fotokalendarza. Pomyślałam, że taka pamiątka z NYC ucieszy osobę, z którą tam byłam. Miałam tak duży problem z wyborem tylko kilkunastu zdjęć, że finalnie wyszła z  tego fotoksiążka, a nie kalendarz, ale jestem nią zachwycona! Jest wysokiej jakości i wygląda przepięknie. Przygotowanie, łącznie z selekcją zdjęć zajęło mi ok. 3.5h, ale kto mnie zna, ten wie, że uwielbiam takie wyzwania i wszelkie kreatywne zajęcia, a spersonalizowane prezenty są jednak najlepsze ze wszystkich!
Oczywiście nie byłabym sobą, gdybym przy okazji nie przygotowała jakieś niespodzianki dla Was! Ja zrobiłam książkę, Wy możecie przygotować swój fotokalendarz na 2016 rok! Jeszcze zdążycie!
 .
  Mam dla Was 2 kody na fotokalendarze 2016.

Konkurs trwa od dziś do środy 9.12.2016 do końca dnia

Aby wygrać jeden z kodów na własny, darmowy kalendarz wystarczy odpowiedzieć na pytanie komu przygotowalibyście taką niespodziankę i o jakiej tematyce? Kalendarz ze zdjęciami dziecka, pamiątka z wakacji, galeria rodziny a może wspomnienie pięknych chwil z przyjaciółmi? Będą sie liczyły wyłącznie komentarze na blogu, można dodać jako "Anonimowy", ale wówczas prośba, aby dopisać też imię, nazwisko i adres e-mail, bym później mogła zweryfikować zwycięzcę. Powodzenia!

25.11.15

Gdańsk - miasto, w którym zostawiłam kawałek siebie

 Nie wiem jak to możliwe, że w ciągu pięciu lat istnienia bloga, ani razu nie pojawił się na nim Gdańsk! Może dlatego, że mam bardzo mało zdjęć, pomimo, że byłam w tym mieście już niezliczoną ilość razy? A może dlatego, że mam do niego podejście bardzo sentymentalne, a przez to zupełnie nieturystyczne?
W Gdańsku czuję się jak u siebie, za każdym razem wracam z przyjemnością i dużą tęsknotą. Jeśli jestem w okolicy, staram się wpaść chociaż na krótki spacer po Starówce, ulubionych zakątkach. Niezależnie od pogody, zawsze jest pięknie. Uwielbiam architekturę tego miasta, pastelowe kolory, wyjątkową atmosferę.
Mam tak wiele związanych z nim wspomnień! Z wczesnego dzieciństwa, gdy z tatą jeździliśmy do zoo albo na Stare Miasto, jedliśmy kręcone lody a potem płynęliśmy w rejs na Westerplatte. Z lat nastoletnich, gdy uciekaliśmy z Mikoszewa na zakupy albo do kina Krewetka. Studia i romantyczne popołudnia w Parku Oliwskim. Dorosłość - wizyty w malutkich kawiarniach i Jarmarki Św. Dominika.
Palców u rąk nie starczy, żeby wyliczyć z iloma osobami tam byłam, ile rzeczy robiłam. Pamiętam bułki maślane w kształcie myszek, gofry z bitą śmietaną i jagodami, owocowo-mleczne koktajle i buszowanie po stoiskach z tanimi gazetami i przecenach w Terranovie, rozwiązywanie krzyżówek w parku przy Kanale Raduni i Wielkim Młynie.
Usiadłam dziś do pisania i zaczęłam myśleć o tych minionych latach. Aż trudno uwierzyć, że dla dziewczyny z Warszawy to właśnie Gdańsk był barwnym tłem tak wielu ważnych historii. O czym? O przyjaźni, wolności, zakochaniu, zazdrości, smutku i radości. Od 18 lat staje on stale na mojej drodze.
Czasem jako punkt docelowy, czasem przesiadkowy. Przyjeżdżam, wyjeżdżam, a to miasto ciągle jest, żyje swoim rytmem. Przyznam Wam, że zalała mnie dziś fala kadrów z przeszłości, a ciepło wypełniło moje serce. Na twarzy pojawił się uśmiech, ale musiałam wytrzeć z policzka małą łzę.
Większość osób z którymi spędzałam tam wakacje nie jest już częścią mojego życia. Drogi się rozeszły, każdy poszedł w swoją stronę. Wszystko ma swój czas, nie wierzę w teorię, że jeśli coś się kończy to znaczy, że nigdy nie istniało. Wierzę za to w etapy i w to, że się zmieniamy każdego dnia. To, co wczoraj nas łączyło, dziś może zacząć nas dzielić. Jedno jest pewne - razem spędzonych chwil nie da się wymazać z pamięci. Zresztą nie chcę, gdyż to dzięki nim jestem dziś taka, a nie inna.
Mój Gdańsk to nie zabytki, nie budynki, nie ulice i parki. Mój Gdańsk to spokój, chwile wytchnienia. Smak truskawek kupionych od starszej pani i wyjątkowa rozmowa z Kingą Choszcz, na krótko przed jej ostatnią podróżą. To kolonie z ciężko chorymi dziećmi, które każdego dnia uczyły mnie, co jest ważne. Dworzec Główny, na którym tyle razy witałam lub żegnałam ważnych dla mnie ludzi. Niekończące się wygłupy z Olą i łapanie autostopu z pierwszym chłopakiem. Ławka we flamingi, kłótnie i uściski, małe drożdżówki z serem, wyprzedaże i ukochany autobus 112 dowożący do przeprawy promowej w Świbnie. 
Ola, Arek, Paulina, Monika, Grzesiek, Tomek, Paweł, Kuba, Beata, Aga, Sylwia i wiele innych imion przelatuje mi teraz w głowie. Widzę ich twarze, pamiętam słowa, zdarzenia, sytuacje. Czasem było pozytywnie, czasem nie za bardzo, ale wszystkie te chwile mają w sobie mnóstwo emocji. Nigdy nie było byle jak, zawsze serce w Gdańsku biło jakoś szybciej. Teraz czuję to samo. 
Jeśli ktoś liczył na garść turystycznych porad, pewnie poczuje się rozczarowany. Dla mnie Gdańsk to nie kolejny punkt na podróżniczej mapie. To jedno z miejsc, w których zostawiamy kawałek sobie.
W tym roku nie miałam okazji się tam wybrać, szkoda. Zdjęcia z tego wpisu pochodzą z lata 2014, gdy Gdańsk był przystankiem w drodze do Dębek. Nie sądziłam, że pisząc poczuję aż taką potrzebę powrotu. Może czas zobaczyć morze zimą? A może poczekam do wiosny, ale wrócę na pewno. Gdańsk zawsze wydawał mi się przyjemnym miastem do życia - czy ktoś z Was stamtąd pochodzi i jest w stanie zweryfikować moje wyobrażenia? Czekam niecierpliwie.

9.11.15

Sewilla. Ulotne wspomnienia

Bardzo pozytywnie wspominam kilka dni spędzonych w Sewilli wiosną zeszłego roku. Na blogu pojawiły się już wpisy, mam nadzieję, że pamiętacie, ale wciąż mam jeszcze dużo zdjęć.

30.10.15

Halloween w Nowym Jorku

Już blisko dwa tygodnie minęły od naszego powrotu z Nowego Jorku. Kładę się wieczorem do łóżka, a przed oczami przelatują mi różne obrazy - ulice zalane słońcem, żółte taksówki, strzeliste wieżowce, panorama Manhattanu nocą, kolory Central Parku, metalowe schody ewakuacyjne "przyczepione" do ścian budynków i zastanawiam się, czy ja naprawdę tam byłam i to widziałam? A może to był tylko sen? 

21.10.15

Nowy Jork - luźne myśli po powrocie

Bilety do Nowego Jorku kupiłam w styczniu. Miał to być długo wyczekiwany prezent na 30-te urodziny. Aż trudno mi uwierzyć, że już po wszystkim! Tyle tygodni planowania, przygotowań, czytania przewodników, blogów, książek. Miałam zarys programu, wizję, ale też pewność, że w razie czego będę modyfikowała plany na bieżąco. Tak było. Nowy Jork okazał się po części taki, jakim go sobie wyobrażałam, ale bywał też całkiem inny niż obraz, który miałam w głowie po tak wielu obejrzanych zdjęciach i filmach. Dziś garść subiektywnych, pierwszych myśli z tego wyjazdu.

6.10.15

Jeden dzień w szkockim Perth

Są takie dni, gdy bardzo tęsknię za Szkocją. Oglądam wtedy zdjęcia na komputerze albo siadam na kanapie z albumem, który dostałam kiedyś od mojej przyjaciółki. Są w nim tak piękne fotografie, że nie mogę nacieszyć nimi oczu. Szkocja jest magiczna i moje serce bije szybciej na myśl o niej. Dziś chciałabym pokazać Wam kilka zdjęć z miejscowości Perth.

22.9.15

Sztokholm - spacerem po Gamla Stan

Kilka dni temu spacerowałam po warszawskim Starym Mieście, po jednej z bocznych uliczek. Było cicho, pusto, a kolory budynków przypomniały mi ... zeszłoroczny wypad do Sztokholmu. Uświadomiłam sobie, że na blogu nie pokazywałam dotąd żadnych zdjęć z dzielnicy Gamla Stan.
Przyjemnie się złożyło, że miałam je już obrobione i przygotowane od dawna, więc mogły szybko ujrzeć światło dzienne. Bardzo miło wspominam tych kilka dni spędzonych w stolicy Szwecji. Jest to miasto intrygujące, różnorodne, z mnóstwem atrakcji dla każdego - bardzo w moim typie i guście.
Udało nam się znaleźć niedrogi (jak na lokalne warunki!) nocleg w sercu Starego Miasta, więc była okazja spacerować po nim zarówno rano jak i wieczorem. Sporym zaskoczeniem był dla mnie fakt, że w ostatni weekend sierpnia było tak niewielu turystów. Większość restauracji i uliczek była pusta.
Wydaje mi się, że mieszkańcy miasta chętniej spędzają czas w innych dzielnicach, co potęgowało poczucie, że dookoła nic się nie dzieje. Mi to akurat nie przeszkadza, lubię sobie chodzić sama, bez tłumów dookoła. Nawet zdjęcia wówczas lepiej wychodzą i nie trzeba polować na kadr, w środek którego akurat nikt nie wejdzie. Gamla Stan to mnóstwo urokliwych zaułków, detali i ciepłych barw.
To też miłe, ale bardzo drogie lokale, piękne witryny sklepów, placyki i mieszkalne budynki. Jest również kilka sklepów spożywczych, gdzie za rozsądne pieniądze można kupić coś do jedzenia i kawę.
Pogoda trafiła nam się kiepska, bo często padało - może z tego względu było tak niewiele osób? Turyści pewnie wybrali muzea, których w Sztokholmie jest dużo (na Starówce jest np. Muzeum   Nobla, można również zwiedzić Zamek Królewski uważany za jeden z największych w Europie).
Stare Miasto położone jest na trzech wyspach (Riddarholmen, Helgeandsholmen, Strömsborg) i jest, jak sama nazwa wskazuje, najstarszą częścią stolicy. Ma fenomenalny,  kameralny klimat, szczególnie okolice głównego rynku.
Włóczyłam się bez końca, zaglądając w każdą dziurę, tak jak lubię najbardziej :)
Z jednej strony jest tam podobnie do wielu innych europejskich Starówek, a z drugiej jednak wyjątkowa.
Sztokholm ma pewien specyficzny, trudny do uchwycenia styl i różne drobiazgi tworzą jego wizerunek.
    Jest ciepło, pastelowo, radośnie a zarazem nie odnosi się wrażenia, że czegoś może być za dużo.
Bardzo podobały mi się niektóre boczne uliczki - super wąskie, ze schodkami, kwiatami w doniczkach.
Mieszkanie w tym miejscu miało dużo zalet i myślę, że chętnie bym to kiedyś powtórzyła. Dobra komunikacja z innymi częściami miasta, mnóstwo atrakcji w odległości niezbyt długiego spaceru, a przede wszystkim możliwość obserwowania jak Stare Miasto się zmienia w zależności od pory dnia.
Sztokholm zrobił na mnie duże wrażenie - jest ładnym, uporządkowanym miastem, zróżnicowanym pod względem zabudowy. Czyste powietrze, bliskość wody to jego ogromne atuty. Jest mnóstwo powodów, aby tam pojechać, a możliwość spaceru po Gamla Stan to jeden z nich. Byliście już? :)

13.9.15

Relacja z konferencji "Zmiany w Życiu - pierwszy krok"

Miałam dziś opublikować wpis ze Sztokholmu, który napisałam w zeszłym tygodniu, ale poczułam potrzebę, aby opowiedzieć Wam jak spędziłam minioną sobotę. Pewnie wiecie, że opublikowałam kilkanaście artykułów na portalu Zmiany w Życiu. Anna Węgrzyn, redaktor naczelna, zorganizowała konferencję "Zmiany w życiu - pierwszy krok" i zostałam na nią zaproszona. Było to bardzo ciekawe wydarzenie, bardzo potrzebne mi na etapie, na którym aktualnie jestem. Takie konferencje i szkolenia mają to do siebie, że każdy może z nich wynieść coś innego (z tej konkretnej dwie osoby wyniosły drukarkę OKI ;)), więc chcę tutaj podsumować wszystko, co mi się udało przygarnąć. Towarzyszyła mi kochana Ewa z bloga Life Good Morning i jestem bardzo ciekawa czy też coś napisze.

Sięgam do moich notatek chcąc je uporządkować, móc wracać do tych prostych, chociaż tak ważnych wniosków. Uświadomiłam sobie pewne kwestie i mam kolejne sprawy do przemyślenia. Duuuużo tego!
Jako pierwsza wystąpiła Agnieszka Brukszo, coach i właścicielka firmy BrandU. Opowiadała o tym, że warto budować markę o nazwie "Ja" (na portalu możecie również przeczytać wiele jej artykułów o tej tematyce). Było o unikalnym kodzie osobistym, o tym, że każdy z nas jest dobry w czymś innym, więc nie można oceniać ryby po tym, jak wspina się na drzewo. Pojawiło się pojęcie spójności, które było dla mnie motywem przewodnim całej konferencji i mocno mnie poruszyło, bo zrozumiałam, jak duży mam z  tym w życiu problem. Moja głowa i moje myśli żyją inaczej niż moje ciało, godzę się na różne rzeczy i nie umiem dopuścić do głosu mojej tożsamości, która wpływa na wizerunek i finalnie buduje jakąś reputację. Nigdy nie myślałam o tym, że tak naprawdę powinniśmy budować siebie od wewnątrz do zewnątrz i że tak wiele osób prezentuje nam swoją maskę zamiast swojej marki. Zadałam sobie pytanie, kto jest dla mnie wzorem i mi imponuje. Wypisałam kilka nazwisk i dostrzegłam, że wszystkie łączy jedno - są to ludzie, w których wszystko jest spójne. To co mówią, to co robią, to jak wyglądają i to, jak żyją. W zgodzie ze sobą.

Jako druga wystąpiła uwielbiana przeze mnie od dawna Katarzyna Miller i wielką radością była szansa wysłuchania Jej na żywo. Wspaniała kobieta, pełna spokoju i pewności tego, co mówi. Opowiedziała nam o kobietach, które chodziły na terapię i o ich przemianie. Znów pojawiła się tematyka spójności, tego co w w środku, a co na zewnątrz. Lekko zaskoczyło mnie stwierdzenie "zmiana - stać się tym, kim się jest", ale chyba dokładnie o to chodzi. Każdy z nas ma tożsamość, o której mówiła wcześniej Agnieszka Brukszo, ale bywa ona tłumiona i na zewnątrz dzieją się rzeczy, które dziać się nie powinny. Bo tego się od nas wymaga,  tak należy, tak się powinno, tak wypada. Nasze marzenia, aspiracje, potrzeby spychamy na dalszy plan, zakładamy maskę uśmiechu, a w środku prawdziwe "JA" krzyczy i płacze, chce się wydostać, ale nie może. Nigdy nie myślałam o zmianie jako o "wyciąganiu na zewnątrz wszystkiego, co jest w środku". To jest dla mnie naprawdę duży krok.

Po przerwie wysłuchaliśmy Maćka Cichockiego i Norberta Grzybka, właścicieli firmy szkoleniowej "Mogę Móc". Znów 30 minut pełne odkryć. Bardzo lubię ich artykuły dla portalu, bo mają ciekawe, świeże i niestandardowe podejście do wielu tematów. Od Norberta po raz pierwszy usłyszałam o coachingu prowokatywnym i przypadł mi on do gustu. Panowie zadali kluczowe pytanie "Nie mogę czy nie chcę?" i znów trafili w samo sedno. Przez całą konferencję miałam wrażenie, że Ania chyba wiedziała czego potrzebuję i postanowiła mi to sprezentować. Idealnie wstrzeliła się tematycznie! Norbert i Maciek poruszyli ważną kwestię lęku przed tym, co zmiana może nam właściwie dać. Faktycznie często jest tak, że działamy według schematu - oczekuję natychmiastowych efektów oraz gwarancji sukcesu a skoro jej nigdy nie mam, to po co się starać? Po co próbować, o co walczyć? Lepiej nic nie zmieniać, szukać w otoczeniu winnych naszych niepowodzeń niż wziąć odpowiedzialność za własne szczęście. Czyż czasami nie jest tak, że nie boimy się samego procesu zmiany a paraliżuje nas strach przed konsekwencjami? Jeszcze przypadkiem się uda i co wtedy? Może trzeba się będzie bardziej otworzyć, może przyjdą nowe szanse i wyzwania, może pociągnie to za sobą lawinę zmian, doświadczeń, a przecież teraz jest  "kiepsko, ale stabilnie"?
Kolejnym prelegentem był Patryk Zamorski, specjalizujący się w biznesowym zastosowaniu neuronauk w psychologii behawioralnej. Ufff, brzmi trochę strasznie :) Poza bardzo osobistą historią jego życia, mieliśmy okazję dowiedzieć się trochę o roli mózgu w procesie zmiany. O systemie budowania nawyków, nagradzaniu sukcesów, o sile woli. Warto wiedzieć, że to policzalna jednostka, której zasoby wyczerpujemy w ciągu dnia.

Adam Klein z portalu Biegaj.pl opowiedział trochę o tym, jak zacząć biegać i że naprawdę każdy może.

O tym, że Dominik Włoch wyruszył pieszo do Jerozolimy (4500km!) wiedziałam już zjego artykułu dla portalu i byłam pod wrażeniem. Opowiedział o tym, co się wydarzyło w jego życiu, że zdecydował się na taki krok. Opowiedział też o małych-dużych cudach, które spotkały go w czasie Drogi. Siedząca przede mną pani co chwila powtarzała, że w to nie wierzy. Smutno być człowiekiem małej wiary. Ja wierzę w to, że nawet najbardziej niewiarygodne rzeczy dzieją się nie tylko w filmach, ale też w życiu. Jeśli wiemy, dokąd zmierzamy, to Wszechświat nam sprzyja. Jeśli ze spokojem i uważnością szukamy odpowiedzi, to one przyjdą. Wierzę w znaki. Wierzę, że jest na tym świecie Siła duża i nieuchwytna, właśnie dlatego uwierzyłam Dominikowi.

Po przerwie obiadowej na scenie pojawiła się Ilona Adamska, kobieta sukcesu z ciekawym życiorysem. Do wszystkiego w życiu doszła sama, pomimo, że wiele osób w nią nie wierzyło. Powiedziała też coś, co myślę od dawna - prawdziwych przyjaciół poznaje się nie tylko w biedzie, ale też wtedy, gdy odnosi się sukces. Gdy nam się nie udaje, zawsze się znajdą ludzie, którzy poklepią nas po plecach, pogłaszczą po głowie, ciesząc się w myślach, że mają lepiej. Gdy nam się udaje, wielu nie jest w stanie tego przełknąć. Mówiła o wytrwałości, odwadze, wierze w siebie i tym, że warto się otaczać ludźmi, którzy ciągną nas do góry.

Absolutnym hitem popołudnia okazał się Paweł Fortuna, psycholog biznesu, autor książek i kompozytor. Dawno nie miałam okazji wysłuchać tak charyzmatycznej i pełnej dobrej energii osoby. W sposób zabawny i lekki umie on poruszyć bardzo poważne tematy, sypie z rękawa anegdotami i trafnymi cytatami. Mówił o lęku przed zmianą, zastanawiając się czy jest on naszym przyjacielem czy wrogiem. Spodobało mi się, jak powiedział, że podcinają nam skrzydła ludzie, którzy sami są zbudowani z lęku i nie mają odwagi spełnić swoich marzeń. Czy ktoś, kto odniósł sukces powie kiedykolwiek do kogokolwiek "Bój się. Nie rób tego. Nie ryzykuj. Nie próbuj. Nie warto"? Coś jest w tym, że często robimy duuużo zamieszania dookoła dążenia do celu, mówiąc o nim miesiącami lub latami, a na poziomie jego realizacji jest raczej słabiutko. "Jeszcze tylko posprzątam pustynię i już się biorę za realizację zadania" :) Znacie to może z życia? Prostym zadaniem (skakanie na lewej nodze) pokazał nam, że zazwyczaj wieszamy sobie dość nisko poprzeczkę, aby mieć gwarancję braku porażki. Lęk nie jest zły, trzeba go tylko poznać i oswoić, bo boimy się tego, czego nie znamy. Dostaliśmy również ćwiczenie do zrobienia na sali oraz pracę domową. Jedno i drugie dało mi naprawdę dużo siły.
Magda Bielak-Kościńska, głucha od urodzenia psycholog mówiła o tym, że ograniczenia są tylko w naszej głowie.

Jako ostatnia wystąpiła Urszula Dudziak, kobieta, której chyba nie trzeba przedstawiać i rzuciła publiczność na kolana. Kobieta piękna, mądra i spełniona. 72-latka (!!!) wyglądająca na nie więcej niż 60 lat, zakochana i zaręczona. Niezwykły życiorys, niesamowita kariera, liczne wzloty, ale też bolesne upadki. Mówi wprost "Co sobie wymyślimy, taki mamy los. To, nad czym się skupisz, urośnie". Jej rady na dobre życie? Zawsze być dobrej myśli i jeść tylko wartościowe jedzenie, bo to, co wkładamy do ust ma znaczenie nie tylko dla wyglądu, ale też samopoczucia. Mówiła również o pewności siebie, o tym, że nikt w nas nie uwierzy, jeśli sami w siebie wierzyć nie będziemy. Na zmiany nigdy nie jest za późno i nie można przegapić momentu, w którym nasza głowa i ciało mówi "Już czas!"

To był baaardzo wartościowy czas, aż żałowałam, gdy wybiła godzina 18. Anna Węgrzyn prowadziła spotkanie,  dodawała po każdym z wystąpień coś od siebie. Ta konferencja wiele dla niej znaczyła, była jednym z kolejnych spełnionych marzeń. Ania jest dla mnie wiarygodna, bo sama wprowadziła w swoje życie ogromne zmiany, gdy poczuła, że jej stabilne i spokojne życie zaczyna uwierać, że serce pragnie jednak czegoś więcej. Skoczyła na głęboką wodę, z wiarą i nadzieją. Droga do sukcesu była kręta, ale nie poddała się. Nieważne, ile razy upadamy, ważne, aby podnieść się, otrzepać i próbować dalej. By wygrać ze słabością i zrobić pierwszy krok, a za nim kolejne.

24.8.15

Pieniny - tam, gdzie moja dusza śpiewa


Czekałam na ten moment 15 lat, czyli dokładnie połowę życia. Niby tak blisko, ale ciągle za daleko. Niby można pojechać w każdej chwili, ale zawsze nie po drodze i nigdy nie było czasu, by wrócić w Pieniny. A tak bardzo chciałam i tak mocno tęskniłam! Tyle miałam wspomnień, już nieco zatartych...
Pieniny to mała plamka na mapie Polski, pasmo górskie w łańcuchu Karpat, na południu Polski i na północy Słowacji. Dla mnie region absolutnie magiczny, przepiękny i wyjątkowo bliski mojemu sercu.
Jako dziecko jeździłam tam z Dziadkami, zarówno latem jak i zimą. Chodziliśmy po górach, dużo zwiedzaliśmy, uczyłam się jeździć na nartach. Cudowne to były czasy. Calutkie dni na powietrzu, tyle godzin spędzanych razem - na zabawach z bratem, czytaniu książek z dziadkiem, grach z babcią. Pamiętam zapach drewnianych pokoi, rozpuszczoną czekoladę w plecaku, słoną wodę ze źródła, smak chłodnika jagodowego, gorących gofrów z bitą śmietaną i borówkami, ruskich pierogów w wykonaniu naszej gospodyni. Spalone słońcem polany, chłodne lasy dające schronienie w ciepły dzień i burze.
Pamiętam owce w Małych Pieninach, rydze w drodze z Wysokiej, mokre kamienie w Wąwozie Homole, bieganie pomiędzy snopami siana, gęsi w Sromowcach Niżnych, zmęczenie i radość po zdobyciu szczytu. Pieniny nie mają ciężkich szlaków, ale dla dziecka to jednak jest wyzwanie (od razu przypominają mi się klienci, którzy mówią, że hotel nie może być położony 250m od plaży, bo "dla dziecka to jest za daleko").
Czasami wyjmujemy z dziadkami albumy i oglądamy je po niedzielnym obiedzie, wspominamy te niezwykłe miejsca, sielskie i pełne radości chwile. Chciałam pożyczyć album, aby zeskanować kilka zdjęć, ale babcia chyba się boi, że zgubię lub nie oddam :) Może kiedyś mi się uda Wam je pokazać.
Już na początku tego roku wiedziałam, że właśnie w 2015 muszę tam wrócić. Ciągnęło mnie tak bardzo, że już od stycznia nie mogłam się doczekać. Termin wyszedł dość spontanicznie, gdy poczułam, że albo na kilka dni gdzieś wyjadę albo zwariuję. Wrzuciłyśmy z koleżanką torby do bagażnika i ruszyłyśmy w podróż przez Polskę. Podróż do przeszłości (dziękuję S. za to, że mnie wygodnie i bezpiecznie przewiozła, bo ja niestety kierowcą jestem marnym i ... niejeżdżącym). 
Przyjechałyśmy do Krościenka nad Dunajcem w sobotę przed południem, mając przed sobą pięć  wolnych dni. Szukałam noclegu przed wyjazdem i okazało się to sporym wyzwaniem - większość osób przyjmuje turystów wyłącznie na tydzień. Na szczęście znalazłam sympatyczną kwaterę, w spokojnym miejscu, przy jednej z moich ulubionych ulic  - Pienińskiej. Dawno temu był na niej bar z bilardem, do którego chodziliśmy na obiady po zejściu z gór i droga prowadząca do stoku, na którym zaczęłam swoją przygodę z jazdą na nartach. Cisza, którą zakłócają tylko setki cykad.
Grafik miałyśmy napięty a plany raczej ambitne. Pieniny są idealną bazą wypadową zarówno
  na chodzenie po górach jak też na zwiedzanie, więc można tam spędzić kilka tygodni wcale się
   nie nudząc. Szlaków jest dużo, o różnych stopniach trudności, ale każdy znajdzie coś dla siebie.
 Do tego mamy rezerwaty: Biała Woda i Wysokie Skałki, malownicze pasmo Małych Pienin,
 klimatyczne uzdrowisko w Szczawnicy z kolejką na Palenicę, zamki w Czorsztynie i Niedzicy
   położone nad Jeziorem Czorsztyńskim, po którym pływają turystyczne statki i nieduże gondole.
Jest spływ Dunajcem, bezdyskusyjnie jedna z najpiękniejszych atrakcji całego naszego kraju, a dla odważnych rafting. W Krościenku funkcjonuje fantastyczny, duży park linowy, można też wypożyczyć rowery, bo ścieżek jest już coraz więcej. Chętni mogą ruszyć Szlakiem Architektury Drewnianej (zabudowa w Szczawnicy i Krościenku, kościoły w Grywałdzie, Dębnie i Sromowcach Niżnych, spichlerz w Niedzicy i inne obiekty), odwiedzić dwa punkty ze Szlaku Oscypkowego (Bacówka Wojciecha Komperdy w Czorsztynie i Bacówka Wojciecha Gromady w Jaworkach). Na  mapie Szlaku Tradycyjnego Rzemiosła znajdziemy też kilka punktów w Krościenku, Szczawnicy  i Sromowcach Wyżnych. Blisko stąd również na Słowację, można korzystać zatem z jej uroków.
U naszych sąsiadów warto zjeść tradycyjne dania, odwiedzić Czerwony Klasztor, Zamek Spiski w Popradzie i Jaskinę Lodową (dla chętnych również aquapark), Słowacki Raj, zamek lubowelski. 
Nam się udało trafić na ostatnie dni Biesiady Pienińskiej i obejrzeć występy taneczno-wokalne
 lokalnych zespołów, także dziecięcych. Muszę przyznać, że było wesoło i bawiłyśmy się świetnie.
 Pogoda trafiła nam się w kratkę. Czasem słońce, czasem deszcz. Ulewa prosto z nieba w chwilę
 po upalnym popołudniu. Niebieskie niebo w kilka minut potrafiło zrobić się złowrogie, ciemne.
    Chodziłyśmy na długie spacery, podziwiałyśmy jarzębinę i szukałyśmy motyla, Niepylaka
     Apollo, ale on i jego kumple musieli się dobrze schować. Krościenko się zmieniło, powstały
     promenady nad Dunajcem, nowe obiekty noclegowe, place zabaw, odnowiono stare domy.
Zniknął niestety basen na ulicy Leśnej, z lodowatą, górską wodą i przepyszne gofry z małej
  budki na ulicy Jagiellońskiej, tuż przed skrętem na szlak w kierunku Trzech Koron i Sokolicy.
  Nie ma też placu zabaw, na który chodziłam z dziadkami i płakałam, widząc rozjechane żaby
   przy drodze. Ujęcie wody "Maria" jest jeszcze ładniejsze niż było kiedyś, wiele sklepików jest
     wciąż na swoim miejscu. Pamiętam te domy, ulice, sklep papierniczy z kolorowymi naklejkami,
      cotygodniowy targ przy potoku Krośnica, bardzo blisko nowego kościoła oraz Karczmę u Walusia. 
Wiele punktów z mojej dziecinnej pamięci wciąż jest aktualnych, na szczęście! U Walusia karmią
 pysznie, jadłyśmy świeże pstrągi i placki ziemniaczane po zbójnicku albo z serem i bryndzą. Mniam!
Słynne "Lody u Marysi" (do kupienia także w Krakowie!) mają już kilka oddziałów, w tym
  jeden przy samym Dunajcu. Chodziłyśmy tam co rano, na kawę lub gofra "z widokiem" gratis.
Po górach nie planowałyśmy chodzić, ale nogi same zaniosły nas na Trzy Korony. Warto było,
pomimo późniejszych Pięciu Zakwasów :) Kondycja nie ta, długie godziny przed komputerem
  dają się mocno we znaki i zamierzam coś z tym zrobić w najbliższym czasie. Trzymajcie kciuki!
Byłyśmy w rezerwacie Biała Woda, widziałyśmy sławną Muzyczną Owczarnię w uroczych
 Jaworkach, idąc wąwozem Homole doszłyśmy na wielką polanę z szałasem Bukowinki, gdzie
  zjadłyśmy grillowane serki z żurawiną i zobaczyłyśmy stado owiec schodzące o 14 z Wysokiej.
 Wybrałyśmy się do Czarosztyna, gdzie akurat przebywał mój tata z żoną Martą i moim
   mini-bratem Janem (no dobra, już nie takim mini, zaraz minie 8 lat od kiedy jest z nami).
   Zwiedziliśmy zamki w Czorsztynie i Niedzicy, przepłynęłyśmy się taksówką wodną, a potem
    spędziliśmy miło czas na ich tarasie z zabójczym widokiem na Niedzicę i Zalew Czorsztyński.
   Zdobyłyśmy Palenicę (oczywiście siedząc pupą na wyciągu) i w nagrodę zjadłyśmy deser w 
 Szczawnicy. Zostałyśmy za to srogo ukarane szklanką wody Józef w Pijalni Wód Leczniczych.
  Uzdrowisko Szczawnica, ta główna część z Muzeum, Sanatorium, Inhalatorium i Parkiem
  Górnym zrobiło na mnie duże, pozytywne wrażenie. Park Dolny też jest czysty i wspaniały.
Dla mnie to jedno z tych miejsc, w których czuję, że Polska wcale nie odstaje poziomem od 
Europy i jestem z niej bardzo dumna, chcę się nią chwalić i krzyczeć głośno " To mój kraj!"
Podobała mi się wystawa "Ludzie Pienin", przedstawiająca bardzo krótkie wywiady z ważnymi
dla regionu osobami (wśród nich m.in. Jasiek Kubik - tancerz i śpiewak, Zbigniew Urbański - 
twórca makiet obiektów pienińskich, Krystyna Aleksander - malarka i poetka, Jan Sienkiewicz -
prezes Polskiego Stowarzyszenia Flisaków na rzece Dunajec, Anna Madeja malująca na szkle).
    Spłynęłyśmy razem z deszczem Dunajcem, spotkałyśmy wielu serdecznych ludzi. Było idealnie.
Jak zwykle za krótko :) Ostatnie podrygi wakacji, początek babiego lata w powietrzu. Nawet ten
deszcz nie martwił tak bardzo. Codziennie o 6.15 rano z kościoła wpadała przez okno melodia 
 "Kiedy ranne wstają zorze" ;) O 7 byłyśmy już po prysznicu, ale chodziłyśmy spać tuż po zmroku.
  Wypoczęłam i odświeżyłam wspomnienia. Tęsknię już za Pieninami - są naprawdę Cudowne!!!
TOP