27.4.15

Estonia, Park Narodowy Lahemaa

Lecąc do Tallina wiedziałam, że wybiorę się na miejscu na jakąś dodatkową wycieczkę z lokalnego biura podróży. Dość długo zastanawiałam się, którą wybrać. W końcu padło na całodniowy wypad do Parku Narodowego Lahemaa, w kameralnej grupie z przewodnikiem.
Zbiórka rano, usiedliśmy wygodnie w małym busiku i ... okazało się, że z przodu nie ma pasów, więc nie możemy ruszyć. Samochód był po przeglądzie i w warsztacie zapomniano o tym drobnym szczególe. 30 minut czekania na nowy bus, w końcu podjechał. Wsiadamy i...
... jedne drzwi nie chcą się zamknąć. Po wielu próbach w końcu się udało, ale to nie był jeszcze happy end, ponieważ po zamknięciu nie można było ich już otworzyć. Utknęliśmy wszyscy w środku. Ruszyliśmy z 1.5h opóźnieniem.
W ramach zadośćuczynienia podjechaliśmy najpierw do stadniny, w której pracuje na co dzień nasza przewodniczka. Młodziutka, sympatyczna weganka, bardzo kochająca zwierzęta. Przywitała się z każdym koniem.
Mieliśmy tam krótki postój na toaletę i wyruszyliśmy w dalszą podróż. Podziwiałam widoki za oknem, spokojne, malownicze. Estonia zrobiła na mnie bardzo dobre pierwsze wrażenie i po  tym krótkim pobycie wiem, że chciałabym kiedyś wrócić tam na dłużej. Jestem zauroczona :)
  W planie dnia znalazło się kilka punktów, m.in.

* Wodospad Jägala juga
  * Ruiny sowieckiej bazy militarnej
* Lasy i bagna 
* Północne wybrzeże i plaże
 * Wioska Käsmu z Muzeum
Opuszczone radzieckie obiekty wojskowe były dla mnie najmniej przyjemnym punktem dnia. Nie robiłam dużo zdjęć, bo czułam się tam obco. To przygnębiające, ponure miejsce ze złą energią i smutną przeszłością, otoczone wspaniałą przyrodą. Chciałam jak najszybciej uciec.
  Ucieszyłam się, gdy pojechaliśmy dalej, chociaż wtedy jeszcze nie wiedziałam, dokąd. 
Dziś już wiem, że warto było przetrzymać awarię samochodu i kilka mniej ciekawych punktów wycieczki, aby zobaczyć Käsmu z cudowym muzeum Morskim i zjeść lunch.
Więcej na temat tego miejsca było we wpisie Käsmu. Dom Moich Marzeń - zajrzyjcie!
Dziś jeszcze kilka dodatkowych zdjęć, bo zrobiłam ich chyba ze sto i ciągle nie mogę oczu nacieszyć. Ten dom zapadł mi w pamięć na zawsze, jego pokoje, zapach, wiatr buszujący między pomieszczeniami. Nie zapomnę spędzonych tam 2h, przepysznego łososia i widoków.
Szumiące drzewa, mały port, biała latarnia morska. Biegające po podwórku psy, słońce, kamienista plaże i fale rozbijające się o brzeg. Mogłabym zamieszkać tam na tydzień lub dwa.
Wstawać rano, szykować śniadanie w pięknej kuchni, chodzić na długie spacery, czytać książki, przeglądać albumy o morzu, stare mapy. Cieszyć się otaczającą mnie przyrodą, chłonąć atmosferę. Käsmu miało w sobie niezwykły spokój, pewną melancholię. Gdybym mogła wybierać, raczej nie pojechałabym dalej, została tam do końca dnia. Ale trzeba było ruszać. Ciąg dalszy innym razem. Z przyjemnością wracam do tamtych chwil i aż trudno uwierzyć, że to było już niemalże rok temu!

20.4.15

Essaouira. Kolorowy zawrót głowy

Pierwsza część zdjęć z marokańskiego miasta As-Sawira, u nas bardziej znanego jako Essaouira spotkała się z dużym zainteresowaniem i pozytywnymi komentarzami. Wówczas pokazałam Wam portową część tego bardzo popularnego wśród turystów miasta (Biało-niebieskie oblicze Maroka).
Wspomniałam również, że niewiele brakowało, żebym w ogóle nie miała szansy go zwiedzić! Przyjechaliśmy nad Atlantyk w drodze z Marrakeszu i już po drodze zaczęło się niebezpiecznie chmurzyć. Gdy tylko weszliśmy do portu - zaczęło lać. Po prostu wielka, zimna ściana deszczu. Wiedziałam, że jeśli pogoda się nie poprawi, to od razu po obiedzie wrócimy do Agadiru. Serce by mi chyba pękło z rozpaczy - być tak blisko i ... Na szczęście jednak wyszło piękne słoneczko!
Od razu, niemalże w podskokach, ruszyłam z dziewczynami w kierunku mediny. Lubię podróżować poza ścisłym sezonem, gdy jest mniej odwiedzających i nie ma strasznego tłumu. Tym razem na naszą korzyść działał też deszcz sprzed raptem godziny - dużo osób uciekło pewnie do domów i restauracji.
 Wiele miejsc miałyśmy wyłącznie do swojej dyspozycji, co też chwilami bywało trochę straszne ;)
Wydawało mi się, że układ miasta jest raczej czytelny i łatwy do ogarnięcia, że pójdziemy sobie konkretną, główną ulicą, skręcimy w lewo, dojdziemy do równoległej, skręcimy w prawo itd, by finalnie dojść do wyjścia znajdującego się tuż przy porcie. Taki był plan, wyszło jednak inaczej.
Na początku skupiłyśmy się na sklepach z pamiątkami, ale tak jak się spodziewałyśmy, ceny były znacznie wyższe niż w Agadirze czy Marrakeszu. Jakość niektórych produktów była jednak wyższa. Muszę przyznać, że Maroko jest jednym z nielicznych krajów, z których jakbym miała pustą walizkę oraz worek pieniędzy, przywiozłabym prawdopodobnie (prawie) wszystko, co by mi wpadło w ręce.
Kolorowe talerze, kubki, naczynia tajine, lampiony, pocztówki, zakładki do książek, plecaki, torby, portfele, chusty i szale, wielobarwne baleriny, zestawy do parzenia marokańskiej herbaty, suszone daktyle, figi i morele, miętowe napary, kosmetyki arganowe, olejki jaśminowe.. Długo by wymieniać. Finalnie zrobiłam większe zakupy w Agadirze, chociaż wciąż odczuwam duży niedosyt.
Nie mam natury zbieracza, pamiątki przywożę zazwyczaj praktyczne, ale tej kraj działał na moje zmysły w sposób trudny do opisania. Feeria barw, smaki, zapachy, dźwięki. Coś niesamowitego. 
Taki sweter jak poniżej też bym chciała, najlepiej ten kremowy z brązem i turkusem. Zresztą tak jak mówię - w Maroku przepuściłabym każde pieniądze, nieważne jak dużo bym ich ze sobą miała.
Wracając jednak do naszego spaceru. Szłyśmy główną ulicą, zgodnie z planem skreciłyśmy w lewo, potem w prawo, potem znów w lewo aż nagle okazało się, że jesteśmy w wąskiej, ciemnej, pustej uliczce. Nie wiedziałyśmy, gdzie iść. Poszłyśmy prosto, skręciłyśmy, ale wciąż byłyśmy zupełnie same.
W jednej z kolejnych uliczek pojawiły się pierwsze sklepy, za nimi kolejne i trafiłyśmy na duży souk, gdzie głównie miejscowi robili codzienne zakupy. Nie miałyśmy mapy, wiedziałyśmy już jednak, że to miasto jest większe, niż nam się wydawało. Każda uliczka była inna i każda czymś zaskakiwała.
Zachwyca mnie taka architektura, kolory, miejsca, w których czuć wieloletnie wpływy różnych kultur. Swój ślad zostawili tu m.in. Portugalczycy, Berberowie, Arabowie, Francuzi, przez wiele lat w dzielnicy mellah mieszkało bardzo dużo Żydów. Essaouira jest komercyjna, ale przepiękna.
Na każdym kroku spotykałyśmy koty. Małe, duże, chude, puchate, szare, białe, rude i inne. Miłośnicy kotów nie będą zawiedzeni, bo z luzem i przyzwyczajeniem chętnie pozują do zdjęć.
Essaouira okazała się jeszcze lepsza niż w marzeniach. Chciałam ją zobaczyć od wielu lat, więc długo czekałam na ten dzień. Było warto. Czułam się jak w innym świecie. Chociaż fajnie jest się czasem zgubić, warto mieć jednak ze sobą mapę, by żadnego ciekawego miejsca nie przeoczyć.

13.4.15

Lublin i lubelska giełda staroci - relacja

Lublin Stare Miasto
Myślę, że nie zgadniecie, który wpis najczęściej czytaliście w minionym roku. Chociaż na blogu pokazywałam piękne kraje jak Portugalia, Włochy, Irlandia, UK, Hiszpania i wiele innych, okazało się, że najwięcej osób przeczytało relację z mojej wizyty w Lublinie i Kazimierzu Dolnym!
Lublin Stare Miasto
Cieszę się niezmiernie, że Polska Was ciekawi. Nasz kraj jest przepiękny i tak mocno niedoceniany. Do Lublina udało mi się wrócić w lutym, na zaproszenie Marleny, z którą spotkałam się w czasie tej jesiennej wizyty. Tym razem dość dużo czasu spędziłyśmy w domu, ale też trochę pospacerowałyśmy.
Zimą, raczej smutną i ponurą, Stare Miasto było spokojne i puste, pozbawione zupełnie tłumów, które pamiętałam. Wszystkie uliczki miałyśmy na wyłączność, mogłam zaglądać w każdą dziurę, w każdy zakamarek, szukać detali i wyjątkowych miejsc. Zabrałam ze sobą nowy aparat kompaktowy, który kupiłam za grube pieniądze po wielu miesiącach poszukiwań i nie jestem niestety zadowolona.
Lublin murale
Być może poświęciłam mu jak dotąd za mało czasu, bo ma mnóstwo funkcji i bajerów, ale mam mu dużo do zarzucenia (spłaszcza kolory, ma dziwny balans bieli, zdjęcia wychodzą nieostre). Za tyle, ile kosztował naprawdę liczyłam na coś więcej, tym bardziej, że przeczytałam mnóstwo świetnych opinii.
Dużo zdjęć z tego weekendu wyszło po prostu żółtych. Najdziwniejsze jest to, że gdy świeciło słońce, lepszej jakości zdjęcia wychodziły w balansie bieli nastawionym na pełne zachmurzenie... 
Lublin Hotel Europa
Czy lubię Lublin? Tak. Już kiedyś pisałam, że ma dla mnie mało oczywisty urok i jest miastem, które zasługuje na o wiele więcej uwagi niż mu się okazuje. W komentarzach pod ostatnim wpisem zdecydowana większość Czytelników napisała, że nigdy tam nie była. Mam nadzieję, że to się zmieni!
Lublin murale graffiti
Lublin zwiedza się przyjemnie, bezstresowo, na nogach... Dworzec PKS, a z niego kilka kroków pod zamek, na Stare Miasto, potem Krakowskie Przedmieście. Dłuższy spacer do ogrodu Saskiego, centrum kultury, skansenu Muzeum Wsi Lubelskiej - to tylko kilka z mnóstwa atrakcji, których nie można pominąć.
Termin pobytu wybrałam przypadkowo (w grudniu pojawiły się tanie bilety, akurat na weekend  21-22 lutego upolowałam busa za 14 zł w dwie strony). Nie wiedziałam jeszcze wówczas, że w  każdą ostatnią niedzielę miesiąca w Lublinie odbywa się Giełda Staroci. Gdy Marlena powiedziała mi o niej, wyobraziłam sobie nieduży bazarek jak ten na Kole w Warszawie. Jak bardzo się myliłam!
Okazało się, że giełda zajmuje calutkie (wcale niemałe!) Stare Miasto i jeszcze okolice placu Wolności. 
Lubelska giełda staroci
    Można na niej kupić niemalże wszystko. Obrazy, plakaty, zdjęcia, starsze i nowsze książki.
Lubelska giełda staroci
 Antyki, piękne zastawy, stare sztućce, świeczniki, różne ozdobne bibeloty do mieszkania.
Lubelska giełda staroci
 Jest trochę punktów z rękodziełem, można upolować coś stylowego i kolorowego. 
Lubelska giełda staroci arcydzieło
 Poza tym stare meble - stoły, krzesła, fotele, szafy, komody, a także lustra czy żyrandole.
Lubelska giełda staroci
Są również płyty winylowe, zabawki, zabytkowe zegary, walizki, afrykańskie maski, ubrania. Koło południa na Starówce było tak tłoczno, że ciężko było przecisnąć się czy zrobić zdjęcie. 
Lubelska giełda staroci
Aż trudno mi było uwierzyć, że zaledwie dzień wcześniej te uliczki były zupełnie puste. Pogoda dopisała, świeciło ciepłe słońce a powietrze pachniało wiosną (cóż, to złudzenie szybko prysło!).
Lubelska giełda staroci
Kręciłam się to tu, to tam, obserwując robiących zakupy, podpytując też o ceny przedmiotów. Kojarzę mniej więcej ile pewne rzeczy kosztują w Warszawie. W Lublinie było taniej, a wybór ogromny, każdy znajdzie tam coś dla siebie. Miałam wrażenie, jakby nagle cofnął się trochę czas.
Lubelska giełda staroci antyki
 Spodziewałam się pozytywnych wrażeń, ale byłam szczerze zaskoczona i zachwycona.
Lubelska giełda staroci
Lublin ma bardzo charakterystyczne, pastelowe kolory budynków i detale, po których łatwo go poznać.
Lublin sklep Proszę Słonia
W Cafe Trybunalska zamówiłyśmy pyszne kawy (cappucino i frappe) i gadałyśmy, słuchając muzyki.
Lublin najlepsza kawa mrożona
Nie bardzo chciało mi się iść na dworzec, by spędzić kilka godzin w dusznym autobusie. Dzień był wyjątkowo przyjemny, nawet ptaki śpiewały. Łagodne i przyjazne oblicze polskiej zimy. 
Lubelska giełda staroci obrazy
U miłego, starszego pana kupiłam sobie za 5 zł jedną z książek Lucy Maud Montgomery. To był fajny weekend, spędzony w miłym towarzystwie. 
Lubelska giełda staroci książki
Jeśli planujecie odwiedzić to miasto w bieżącym roku, warto wybrać termin z  targiem staroci. W 2015 odbędzie się jeszcze: 26.04, 31.05, 28.06, 26.07, 30.08, 27.09, 25.10, 29.11, 20.12. Polecam!
Zamek w Lublinie zimą
TOP