27.5.15

Achill Island - wyspa pełna spokoju

Byłam już w wielu miejscach w Europie, ale do niewielu chciałabym wrócić. Są takie zakątki świata, w których od pierwszej chwili czuję się jak w domu, coś w nich porusza jakieś czułe struny mojej duszy.  Znacie to uczucie? Jakbyście byli tam od zawsze, pomimo, że jesteście dopiero od kilku chwil? Czułam  to do tej pory tylko w trzech miejscach: Portugalii, Szkocji i Irlandii. Niby różne miejsca, ale coś je łączy.

22.5.15

Wiosna w Warszawie

Wiosna w Warszawie. Przez wiele lat jej nie zauważałam - pojawiała się nagle i równie szybko znikała. Praca, dom, obowiązki, spotkania ze znajomymi. Szybkie przejazdy metrem czy autobusem. Czas przelatuje nam często między palcami, dni zlewają się w jedną całość. Nie dostrzegamy ich piękna. W tym roku postanowiłam to zmienić i rozkoszować się rozkwitającą wiosną.
Im jestem starsza, tym bardziej potrzebuję zwolnić lub wręcz zatrzymać się na dłuższą chwilę. Męczy mnie pośpiech, zapchane autobusy, ludzie pędzący przed siebie ze słuchawkami w uszach, wpatrzeni w ekrany telefonów. Wspominałam Wam kiedyś o powrocie z Gdańska do Warszawy po Majówce. Bus wypchany po brzegi, nim zdążył wyruszyć z dworca, większość osób oglądała już filmy lub łapała WI-FI.
Dzień chylił się ku końcowi, ciepłe słońce zalewało pola rzepaku, malując na nich bajeczne cienie, krajobraz za oknem zdawał się płynąć, falować. Coś pięknego. Jedyną osobą, która zwracała na to uwagę była młoda dziewczyna zza granicy, przyklejona do szyby, robiąca zdjęcia i mówiąca do pani obok, że to co widzi jest niesamowite. Czy nie jest tak, że cieszy nas tylko to, co jest gdzieś daleko?
Sama miałam taki czas, że zachwycałam się wszystkimi krajami, poza Polską, która wydawała mi się zupełnie nieciekawa pod każdym względem. Na szczęście dawno przeszłam na jasną stronę mocy, dziś mogę biegać po ulicy z wielkim transparentem KOCHAM POLSKĘ! Nie jest idealna, czasem lubię na nią ponarzekać, ale ma dużo zalet - żyję w kraju wolnym, różnorodnym, ciekawym, ze wspaniałą kuchnią regionalną. Uwielbiam owoce morza, smaki z południa Europy, ale wiosną najchętniej jem na śniadanie jajecznicę ze szczypiorkiem i polskim pieczywem lub biały twarożek z rzodkiewką i solą.
Kiedyś wydawało mi się, że polska kuchnia to tylko bigos (nie lubię) i kluchy. Teraz już wiem, że to też zagrodowe sery, razowe chleby, swojskie wędliny, wędzone ryby, racuchy z jabłkami, ciasta z rabarbarem, sezonowe warzywa i owoce. Wiosna w tym temacie jest wyjątkowa: po długiem zimie pojawiają się młoda kapusta kiszona, ogórki małosolne, zielone szparagi, kalarepka, botwinka, a po chwili dochodzą bób, truskawki, poziomki, maliny i inne pyszności. Można leżeć i jeść, jeść i leżeć.
Wiosna zachwyca zarówno na wsi jak i w mieście. Nie wszędzie pory roku są tak wyraźnie zarysowane jak u nas. Wiele osób opuszczających Polskę twierdzi, że właśnie za tą zmiennością i sezonowością tęskni.
Budzący się do życia świat zachwyca mnie bez końca. Te wszystkie kwiaty, kwiaty, kwiatuszki, zielone pączki na smutnych, zmęczonych zimą gałęziach, pierwsza trawa, moment w którym tryskają fontanny.
W tym roku wiosna pojawiła się wcześnie, już w połowie kwietnia. Magnolie przekwitły jakoś szybko. Dobrze, że na moje spacery po Warszawie zdecydowałam się właśnie wtedy, bo maj nas pogodowo nie rozpieszcza. Słońce czasem świeci, ale jest chłodno, senno, deszczowo. Na szczęście - kolorowo.
Ponieważ miałam co rano sporo czasu, pozwoliłam sobie na podziwianie pojedynczych kwiatów, na siedzenie na ławce z książką. Te spokojne poranki dały mi dużo siły, pozytywnej energii i motywacji. 
Chociaż nienawidzę zimy, myślę sobie, że może gdyby jej nie było, nie umiałabym docenić wiosny?  
   Wyglądam przez okno w biurze, widzę zielone korony drzew, psy biegające wesoło, rowerzystów,
  pieszych, którzy w końcu zrzucili zimowe wdzianka i z lekkością stąpają po chodniku. Fajna jest ta
 wiosna, warto było na nią czekać. Lubicie wiosnę w Polsce? Za co najbardziej? Jestem ciekawa! :)

14.5.15

Spacer po Tallinie i skansen Rocca al Mare

Ciągle mi mało Tallina! To takie przyjemne miasto, miłe dla oka. Dla mnie bardzo pozytywne zaskoczenie i mam nadzieję, że będę mogła wrócić tam na dłużej pewnego dnia. Mam wielką ochotę na więcej Estonii.
Obserwuję od roku ceny biletów, ale LOT już dawno nie miał tak dobrej promocji jak nasza, tj. w dwie strony za 119 PLN. Kupiłam bilet bardzo spontanicznie, nie wiedząc nawet czy dostanę urlop. Czasem warto zaryzykować przy super ofercie, gdyż może się ona nieprędko powtórzyć!!!
Nie uważam się za specjalistkę ds. tego miasta, bo spędziłam w nim tylko 1.5 dnia (w pozostałe dni wybrałam się do Rygi i do Parku Narodowego Lahemaa) i to zupełnie bez pośpiechu. Już od pierwszej chwili czułam, że to miasto ma w sobie coś, co każe mi zwolnić i włóczyć się bez celu.
Po przekroczeniu murów miasta miałam wrażenie, że jestem na planie jakiegoś średniowiecznego filmu. Niesamowita architektura kamienic, stare mury, baszty, małe sklepy i niewielkie restauracje (oczywiście nie mogło zabraknąć tam McDonald's, ale na szczęście jest też dużo ciekawszych przybytków kulinarnych).
Kameralne kawiarnie na Placu Ratuszowym zachęcają, by na chwilę przysiąść i odpocząć, patrząc na spacerujących ludzi i kolorowe budynki, wyglądające jak przeniesione z bajki dla małych dzieci.
W bocznych uliczkach mnóstwo sklepów z rękodziełem, pięknymi pamiątkami dobrej jakości.
Serce Starego Miasta podobało mi się bardzo, ale jeszcze bardziej przypadły mi do gustu jego nieco bardziej odległe zakątki, szczególnie świeże i zielone, bliskie okolice wzgórza Toompea.
Na samym wzgórzu wielkie wrażenie robi sobór prawosławny Św. Aleksandra Newskiego. W czasie wizyty był w częściowym remoncie, ale i tak prezentował się znakomicie.
Spałyśmy na samej Starówce, ale na lekkim uboczu, na klimatycznej i spokojnej ulicy Uus. W sąsiedztwie znalazłyśmy lokal African Kitchen, z którego pachniało tak pięknie, że musiałyśmy zjeść tam jedną kolację. Jedzenie przepyszne, przygotowane niemalże na naszych oczach w nie do końca zakrytej kuchni. Prosto z płonącej patelni na nasz stół. Porcje duże, od 8 do 10 EUR.
   Poniżej też fragment ulicy Uus, polecam Wam bardzo nasz OldHouse Hostel, świeżo po remoncie.
W dniu wylotu, z samego rana wybrałyśmy się do skansenu Rocca al Mare, położonego tuż za granicami miasta. Padało i było dość szaro, dzięki czemu praktycznie nie było innych turystów.
Skansen zajmuje ponad 70ha powierzchni i prezentuje XIX-wieczną wiejską architekturę lokalną. Są liczne domy, zagrody, młyny, sklepy, wiatraki a nawet kościół. Część budynków jest w pełni wyposażona, w niektórych budynkach (np. sklepie, szkole) można spotkać ubranych w tradycyjne stroje pracowników, co nadaje skansenowi naprawdę fajnego klimatu. Dookoła mnóstwo zieleni.
Od końca kwietnia do końca września bilet dla osoby dorosłej kosztuje 7 EUR + 1 EUR mapa, którą warto kupić - jest szczegółowa i dobrej jakości. Dzieci płacą połowę ceny, są także bilety rodzinne. Spędziłyśmy w skansenie blisko 3h, ale spokojnie mogłabym posiedzieć tam jeszcze kilka kolejnych gdyby była ładniejsza pogoda. Zdecydowanie polecam Wam odwiedzić to miejsce, jeśli nie byliście.

10.5.15

Wakacyjne inspiracje - Wrocław latem

Wiosna w pełni, lato coraz bliżej. Za kilka tygodni zaczynają się wakacje! Od dawna mam zasadę, że w wakacje nie jeżdżę za granicę, tylko odwiedzam różne miejsca w Polsce. To czas idealny, bo pogoda w rozkwicie, słoneczko świeci, dużo imprez plenerowych i innych wydarzeń towarzyszących.   Lubię miasta w upalne dni. Taka mała, może trochę dziwna słabość. 

8.5.15

"Miasto moje, a w nim"... czyli warszawskie sentymenty

Warszawa. Urodziłam się w niej i spędziłam całe życie. Nasza relacja przeżywała wzloty i upadki, ale im jestem starsza, tym bardziej ją lubię. Staram się znaleźć jej jasne strony. Tej wiosny postanowiłam: "Codziennie wstaję 2h wcześniej niż dotychczas i ruszam w miasto, aby odkryć je na nowo i zacząć dzień inaczej niż dotychczas, nie mając poczucia, że cały dzień spędzam od rana do wieczora w pracy". Zaopatrzyłam się w Spacerownik Warszawski, zastanowiłam się gdzie nie byłam nigdy lub gdzie nie byłam już od dawna. Nie było moim celem odwiedzenie dużej ilości ulic, a raczej powolne i uważne zwiedzanie małych fragmentów Warszawy. 

W niektóre dni myślałam, że uda mi się przejść dłuższą trasę, ale gdy zaczynałam zaglądać w każdą bramę i dziurę, to okazywało się, że robiłam zaledwie 1/3 trasy założonej. Na szczęście to nie wyścig i nie konkurs. Jakie efekty widzę po 10 dniach roboczych? Zaczęłam wcześniej się budzić i wcześniej się kładę. Dzień wydaje się dłuższy, a praca to jedynie przystanek w dniu pełnym wrażeń, więc czas mija mi szybciej i jakby wydajniej. Mniej się śpieszę. Z zainteresowaniem czytam o Warszawie, nie mogę się doczekać kolejnych spacerów. Czasami odczuwam taką ekscytację, jakbym jechała na drugi koniec świata, a nie na drugi koniec miasta. Fajnie jest poczuć się turystką, miło, gdy ktoś oferuje pomoc, gdy błąkam się bez celu z przewodnikiem i aparatem w dłoni. Odżyło też dużo wspomnień. Poranki na mieście są fantastyczne, bo jest mało ludzi, słonko świeci, kwiaty pachną, knajpy puste. 

Powiem Wam jedno - Polska jest fantastyczna, nawet jeśli czasem wypada blado na tle zachodu. Jaramy się tanimi biletami w różne krańce Europy, zupełnie zapominając co mamy na wyciągnięcie ręki. Zapraszam do siebie wiele osób, ale większość nie korzysta z zaproszenia, a jak skorzysta to po przejściu pięciu ulic na krzyż mówią, że brzydkie to miasto. Nie jest brzydkie, ale wymaga czasu. Dziś, w wielkim skrócie, zaprezentuję Wam 10 pierwszych spacerów, każdy z nich trwał ok. 1.5-2h.

DZIEŃ 1 


Stary Żoliborz. Piękny, modny i dostojny. Gdy byłam mała, często przyjeżdżałam z Mamą na plac Wilsona, do parku im. Stefana Żeromskiego. Przy placu Inwalidów kupiłam pierwsze okulary, gdy podrosłam zaczęłam odwiedzać Kino Wisła, Teatr Komedia, jeździć rowerem po okolicy. Do dziś bywam często w tej dzielnicy. Lubię klimat jej starych osiedli, kawiarnię Secret Life Cafe, mnóstwo zieleni, kościół św. Stanisława Kostki. Tęsknię za Klubem Podróżnika, którego niestety już nie ma :(


DZIEŃ 2 


Mariensztat. Jedno z tych miejsc, do których lubię wracać. Niby nie ma tam nic szczególnego, a moje serce bije mocniej za każdym razem. Bywałam tam regularnie jako nastolatka, w drodze do przychodni ortodontycznej na ulicy Nowy Zjazd, gdzie męczono mnie aparatem na zęby. Wiele lat później, przez blisko rok pracowałam na Powiślu - wysiadałam z tramwaju przy Mariensztacie i szłam dalej piechotą, a czasami umawiałam się z kimś w nieistniejącej już kawiarni Ogrody. Ze smutkiem odkryłam w czasie tego spaceru, że ścięto moją ukochaną wierzbę płaczącą. Zrobiło się bez niej jakoś strasznie pusto i przykro.


DZIEŃ 3

Stare Miasto. Wiele osób narzeka na warszawską Starówkę. Że nieprawdziwa, że odbudowana, że taka kiczowata... Ja ją lubię i bywam raczej często. Byłam zaskoczona, jak wspaniała jest o poranku, gdy nie ma jeszcze turystów! Chodziłam po niej ponad 1.5h, zachwycając się pustymi uliczkami, grą barw i cieni. Odkryłam ją na nowo. W wiosennej szacie wydała mi się bardzo europejska. TAK, jestem z niej dumna.


DZIEŃ 4

Stare Bielany. Dzielnica, w której dawno temu moje serce zostało już na zawsze. Tam się wychowałam. Myślę, że pokuszę się kiedyś o prawdziwie wspominkowy wpis, dziś tylko kilka szybkich myśli. Wracam tam bez końca, na szczęście mieszkam bardzo blisko. To inny świat, zupełnie inna Warszawa, przez wielu turystów na pewno pomijana. Zielona, nastrojowa, cudowna. Architektura małych domków, brukowane uliczki, duże kasztanowce, gazowe latarnie w cieniu szarych bloków, domu dziecka, pierwszej linii metra. Tak blisko stąd na AWF czy do Lasku Bielańskiego. Dla mnie to kraina dorastania, z mnóstwem wspomnień.


DZIEŃ 5

Ogród Saski i ulica Senatorska. Zielony raj w samym centrum głośnego miasta. Gdy byłam malutka, co weekend Babcia zabierała mnie na uroczystą zmianę warty przy Grobie Nieznanego Żołnierza a potem na lody z bitą śmietaną i owocami do Hortexu. Bywam w okolicy często, ale zawsze w biegu. Tego dnia było inaczej. Spacerowałam w ciszy i skupieniu, przyglądałam się ludziom pędzącym do pracy, fotografowałam kolorowe tulipany i podziwiałam świeżą, soczystą zieleń drzew. Usiadłam na ławce i wyciągnęłam książkę.


DZIEŃ 6

Zaczęłam go przy ulicy Zakroczymskiej, w okolicach Fortecy. Smutno mi, bo od ponad roku nie mogę tu wpadać co środę po wspaniałe warzywa i zieleninę od Pana Ziółko, po ryby od Pana Sandacza, miody z małej pasieki. Ehhh. Ruszyłam dalej w kierunku rynku Nowego Miasta i ulicy Freta. Uwielbiam to miejsce, myślę, że nawet bardziej niż Stare Miasto. Włóczyłam się zacienionymi uliczkami, odwiedziłam fontanny, aby powspominać boskie pikniki na trawie, które organizowałam z koleżanką i jej małą wówczas córcią. Czasem chodziłyśmy do Fundacji Sto Pociech na ukrytym między kamienicami i drzewami placyku, gdzie zamawiałyśmy kawę i ciastko, gdy młoda bawiła się z innymi dziećmi na wielkim, zielonym placu zabaw.


DZIEŃ 7

Wybrałam się na spacer ulicą Emilii Plater, odchodzącymi od niej Wilczą i Hożą aż do Koszykowej. Nie byłam tam od dawna, sporo się zmieniło. Niektóre budynki odremontowano, otworzyły się nowe lokale. Starałam się wyłapywać detale, poświęcić chwilę każdej kamienicy, zaglądać w podwórka. To mały fragment miasta, ale razem z Poznańską i Nowogrodzką spędziłam tam sporo ponad godzinę.


DZIEŃ 8

To był najkrótszy spacer, zaledwie godzinny, ale pełen zaskoczeń. Żelazna, Krochmalna, Waliców, Chłodna, Ciepła, Skwer Św. Jana Popiełuszki z kościołem Św. Andrzeja Apostoła. Odkryłam kilka miłych knajpek, kapliczki w brudnych podwórkach, nową kwiaciarnię, starą cukiernię. Uwierzycie, że pracując od ponad roku po sąsiedzku, miałam wrażenie, że odkrywam nieznane lądy? To niesamowite!


DZIEŃ 9

Bardzo lokalne klimaty. Osiedle Przyjaźń na Bemowie mijam od lat, niemalże codziennie. Mieszkam tylko kilka przystanków dalej, ale jakoś ciągle było mi nie po drodze. Postanowiłam to więc zmienić! Osiedle powstało w 1952 roku, dla radzieckich budowniczych Pałacu Kultury i Nauki. Był to teren zamknięty, ze stołówką, biblioteką, pocztą, klubem itd. W jego skład wchodziły niskie, duże baraki dla rodzin robotniczych i domki jednorodzinne dla kadry. Dziś jest to osiedle studenckie, duże domy i nowe, murowane bloki to akademiki, mniejsze domki zamieszkują osoby prywatne. Jest biblioteka, siłownia, sala zabaw dla dzieci, są sklepiki, punkty usługowe, legendarny Klub Karuzela (na tę chwilę chyba w wersji bardziej artystyczno-kulturowej, po zmianach minionej jesieni). W sąsiedztwie Ratusz Bemowo, a osiedle tonie w zieleni i ciszy, dzięki odrodzeniu ekranami akustycznymi od Górczewskiej.


Dzień 10

Samo centrum. Ruszyłam z Ronda de Gaulle'a, przez małe podwórka ulicy Chmielnej. Myślałam, że uda mi się przejść Chmielną, Bracką, Pasaż Wiecha, Złotą, Plac Powstańców Warszawy w pół godziny, a po dołączeniu Jasnej, Kredytowej i placu Dąbrowskiego zajęło mi to 75 minut! Po raz kolejny, to tylko kilka ulic, ale jeśli dodamy wszystkie podwórka, uważne czytanie tablic pamiątkowych, patrzenie na detale itd. to okazuje się, że trudno się oderwać. Odkryłam, że zamknęli Sheesha Lounge na ul. Sienkiewicza, że w centrum powstały nowe, liczne lokale. Odwiedziłam kilka budynków, które kiedyś coś dla mnie znaczyły.

To był dla mnie wartościowy czas. Mam już opracowanych kilka kolejnych tras, będę zwiedzać dalej.

4.5.15

W Krainie Tulipanów, czyli ogród Keukenhof

Tulipany. Moje ukochane kwiaty od wielu lat. Konkurować mogą z nimi jedynie słoneczniki, więc jeśli usłyszycie, że ktoś planuje mi się oświadczyć, możecie od razu wybić mu z głowy bukiet róż ;) Tulipany są delikatne i subtelne. Lubię ich zielone łodygi i długie liście. Mają w sobie tak dużo uroku.
Marzyłam od dawna, by zobaczyć pola tulipanów w Holandii. Tysiące tych cudownych kwiatów w jednym miejscu, to musi robić wrażenie! Tak myślałam. W miniony weekend miałam okazję się przekonać, że rzeczywistość potrafi być znacznie wspanialsza od wyobrażeń. Zapraszam na spacer!
Do ogrodu Keukenhof dotarliśmy tuż przed 8 rano, na chwilę przed otwarciem bramy. Już na wstępie zaznaczę, że był to strzał w dziesiątkę! Zaledwie trzy autokary, kilkadziesiąt osób, więc na ponad 32h terenu szybko rozeszliśmy się każdy w inną stronę. Było cicho, pusto, malowniczo.
Ogród położony jest między Amsterdamem a Hagą, w Lisse, niecałą godzinę jazdy od stolicy kraju. Czynny jedynie wiosną, przez 2 miesiące - w tym roku od  20 marca do 17 maja, więc jest szansa tam jeszcze dotrzeć. By prezentował się tak dostojnie, ponad 30 ogrodników pracuje w nim przez cały rok.
Bilet wstępu kosztuje 16 EUR (dzieci do lat 11 płacą 8 EUR), ale uważam, że naprawdę ogród jest wart takiej ceny. Wejściówki można kupić przez Internet, co jest przydatne, jeśli planujecie tam dotrzeć bliżej południa (kolejki do kasy są koszmarnie długie, można je więc w ten sposób ominąć). Można również wykupić bilet połączony od razu z transferem z Amsterdamu lub lotniska Schiphol.
Wizyta w Keukenhof to takie oficjalnie rozpoczęcie wiosny, za którą tak mocno tęskniłam! Długa ta zima była, smutna, szara... 7 milionów cebulek kwiatów rozkwitło, by ukoić moje  wymęczone zimnem serce, nacieszyć oczy, wyciszyć. Ah, cóż to były za emocje i wrażenia!
Powiem szczerze. Weszłyśmy do ogrodu i dostałyśmy oczopląsu, wpadłyśmy z miejsca w lekki amok, biegałyśmy z aparatami jak oszalałe, nie wiedząc, w którą stronę iść, w którą stronę patrzeć.
800 (o s i e m s e t!!!) gatunków tulipanów. Nie miałam pojęcia, że aż tyle może ich istnieć!   Tak wiele kształtów, kolorów, wzorów. 
W pięknych kombinacjach, połączeniach z innymi kwiatami takimi jak żonkile, narcyzy, hiacynty i inne. Efekt zapierający dech. A do tego ten obłędny zapach!
Hiacynty mocno mnie uczulają, ale nie mogłam sobie odmówić przyjemności ich wąchania, więc dość szybko zaczęło mnie kręcić w nosie. No trudno, nie umiałabym przejść wobec nich obojętnie.
Ogród jest bardzo starannie zaplanowany, z dużym wyprzedzeniem. Otwarty jest przez blisko 8 tygodni i w tym czasie jedne kwiaty przekwitają, by za chwilę mogły rozkwitnąć kolejne, dzięki czemu zawsze jest kolorowo na rabatkach (np. nam w maju nie udało się już zobaczyć krokusów).
 Każdego roku jest inny motyw przewodni - w tym roku była to twórczość Vincenta van Gogha.
Na terenie ogrodu znajduje się mnóstwo kwiatów na otwartej przestrzeni, bardzo duży holenderski wiatrak, kanałki, fontanny, klimatyczne parki tematyczne a także pawilony z wystawami czasowymi.
W jednym zgromadzono liczne gatunki orchidei we wszystkich kolorach tęczy, a w największym pawilonie, Willhelm-Alexander miałam szansę obejrzeć bajeczne, pachnące okazy lilii. Cudne! 
Spędziłyśmy w ogrodzie ponad 3h. Poza podziwianiem roślin, usiadłyśmy w jednej z kilku kawiarni na coś do picia, zajrzałyśmy do sklepików z pamiątkami, by kupić jakieś drobiazgi. Chodziłyśmy bez mapy, bo i tak nie da się chyba zajrzeć w każdy zakątek, ścieżki są niereglarne i trochę poplątane.
Warto wiedzieć, że od jakiegoś czasu w parku pojawiła się dodatkowa atrakcja - rejs cichą łodzią wśród okolicznych pól tulipanów. Kosztuje 8EUR i może być bardzo atrakcyjny, jeśli pola są pełne kwiatów (akurat w czasie naszej wizyty, większość pól w bezpośrednim sąsiedztwie była już pusta).
To był bardzo udany czas. Wrażenia i wspomnienia, które już na zawsze zostaną w pamięci. Przyroda i natura zachwycają, nawet jeśli człowiek musiał im nieco pomóc. Miejsce idealne.
TOP