28.12.16

TOP 5 roku 2016

To był najlepszy rok w moim dotychczasowym życiu. Tym, którzy obiecywali, że po 30-tych urodzinach będzie najfajniej, muszę przyznać rację. Już w chwilę po zdmuchnięciu świeczek czułam, że idzie nowe. W styczniu tego roku byłam już tego pewna. To nie był rok samych sukcesów. To był rok walki ze sobą, wychodzenia ze strefy komfortu, wzlotów i upadków, wielu wylanych łez i pięknych niespodzianek na ich otarcie. Ten rok na zawsze pozostanie w mojej pamięci. Dawno nie robiłam podsumowań, ale dziś chcę, aby móc do niego kiedyś wrócić.

NAJLEPSZE W 2016 

ODWAGA żeby ruszyć za głosem serca. Od zawsze miałam marzenia, które spychałam gdzieś głęboko i próbowałam je uciszyć, nie pozwolić im dojść do głosu. Bo nie powinnam, bo mam inne zobowiązania, bo co powiedzą bliscy. Siedziałam więc wepchnięta w niewygodne ramy cudzych oczekiwań, fantazjując o innym i jak mi się wydawało - lepszym życiu. Nadszedł jednak dzień, w którym powiedziałam "Dość! Mam prawo żyć po swojemu, błądzić i próbować". Od decyzji do czynu droga jest krótka, a wiatr w żagle wpada tak szybko, że człowiek gotowy za burtę wypaść z wrażenia... Wyprzedałam pół mieszkania, spakowałam 1 dużą walizkę, pożegnałam się z dotychczasową pracą, kupiłam bilet w 1 stronę na Maltę i poleciałam.

MALTA była czasem niezwykłym. Szkoła życia, jakiej nie dała mi żadna szkoła ;) Lekcja samodzielności, radzenia sobie ze strachem, odnajdywania się w niekomfortowych warunkach codziennego obcowania ze skrajnie różnymi ludźmi z różnych krańców świata. Malta jest wyjątkowa i już zawsze będę ją kochać. Poza niespełnionymi pragnieniami zamieszkania tam i znalezienia pracy, rozbitą umywalką i ogromem rozczarowań różnego typu, ta mała wyspa na Morzu Śródziemnym dała mi kilkanaście ważnych spotkań oraz mnóstwo istotnych wniosków na temat tego jak chcę, a jak nie chcę żyć i w jakie relacje warto się zaangażować, a w jakie nie. 

SPÓJNOŚĆ była moim problemem. A raczej jej brak. Zazdrościłam ludziom, u których wszystko było spójne - to, co mówią, robią, jak wyglądają i jak żyją. Przez wiele lat godziłam się na rozwiązania, które mi nie pasowały, wykonywałam pracę, która kłóciła się z moimi poglądami, spędzałam czas z ludźmi, z którymi w sumie nie miałam ochoty (z przyzwyczajenia lub bo wypadało). Goniłam za czymś, nie wiedząc za bardzo za czym i nie mogłam znaleźć spokoju i satysfakcji. Ten rok pomógł mi wyznaczyć priorytety, ścieżki i wizję przyszłości.

MIŁOŚĆ przyszła nieoczekiwanie. Przez kilka lat się mijaliśmy, żeby w końcu na siebie trafić w najbardziej niepozornych okolicznościach, jakie można sobie wymyślić. Bywałam na wsi u koleżanki raz do roku. To jedyny dzień, w którym nie chciało mi się umalować ani uczesać, siedziałam na tarasie z filiżanką kawy, wtedy na rowerze podjechał on i po 7h już widzieliśmy. Niedługo minie 6 miesięcy. Nie wiem czy w nadchodzącym roku uda nam się razem gdzieś wyjechać, ale dzięki niemu już wiem, że DOM to mieszkanie, w którym ktoś czeka.

PRACA po wielu latach w końcu zmieniona! Cóż mogę dodać. Kto mnie zna, wie doskonale, jak bardzo nie chciałam sprzedawać wakacji All Inclusive, jak bardzo mnie to nudziło, męczyło i irytowało, jak nie mogłam się pogodzić z tym, że moją pasję do poznawania świata zabijają codzienne rozmowy o wielkości basenów, ilości posiłków i odległości hotelu od morza. Moja praca wciąż ma związek ze zwiedzaniem, ale przy tym też z edukacją i moim ukochanym Londynem. Codziennie uczę się czegoś nowego. W końcu.


A CO WAŻNEGO SPOTKAŁO W TYM ROKU WAS?

19.12.16

O której jeść kolację, czyli o urokach wieczornych posiłków

To nie będzie wpis o dietach. Wręcz przeciwnie. Oczywiście wiem, że po 20 nie powinno się jeść ciężkich posiłków i w Polsce staram się tego trzymać. Na południu Europy jest jednak inaczej. Wyjeżdżam do Hiszpanii, Portugalii czy Włoch i automatycznie zmieniam tryb życia - lekkie śniadanie, szybki lunch i solidna kolacja, często trwająca godzinę lub znacznie dłużej. Jeśli do tego odbywa się w miłym towarzystwie, to naprawdę mogłaby nie mieć końca.

Wieczorne jedzenie ma w sobie magię. Tak - magię, bo nie chodzi w nim o to, żeby się najeść, ale o to, żeby być z sobą, tak naprawdę. Po długim dniu pełnym wrażeń i przeżyć, znaleźć czas na celebrowanie wspólnych chwil. BYĆ. Tu i teraz. Duszą i ciałem. Siedzieć, rozmawiać, śmiać się. Podsumować wydarzenia ostatnich godzin, marzyć i planować. Okazywać sobie szacunek. Mówić, ale też z uwagą słuchać. Głośno śmiać się i zapominać o troskach.

Wspomnienia...

Malta. Wiosna 2016. Cudownie było usiąść razem przy wielkim stole nakrytym prostym obrusem, wyjąć z lodówki butelkę wina i rozlać go do zgrabnych kieliszków. Z kuchni dobiegał zapach przygotowywanego jedzenia, a przed biesiadnikami pojawiały się kolejne przekąski - małe kanapki natarte pomidorem, świeże pasty z ciecierzycy i fasoli do smarowania chrupiącego pieczywa, aromatyczne sery, oliwki w oliwie i ziołach czy czosnkowe masło. Część osób krzątało się po kuchni - zagniatając ciasto na pizzę, doprawiając cytryną i tymiankiem kupioną na targu rybę, krojąc kalmary w krążki czy szykując sałaty w wielkich miskach.

Niektórzy przygotowywali dania ze swoich krajów - pojawiały się m.in. bruschetta, makarony i quiche na tysiące sposobów, belgijskie frytki, ravioli w śmietanowym sosie, paluszki grissini owinięte szynką dojrzewającą, ratatouille, ziemniaczana sałatka z cebulą, niemieckie kiełbaski, gęsta zupa rybna, risotto z owocami morza i wiele innych przysmaków. Sama lepiłam czasem pierogi (z soczewicą i kaszą gryczaną, ze szpinakiem lub ruskie, jeśli udało mi się kupić biały ser). Włosi zawsze dziwili się, że podsmażam je na patelni z dodatkiem cebulki, bo podane w ten sposób pierogi były dla nich czymś nowym (podobnie jak to, że zamawiam w restauracji sok pomidorowy - większości z nich nie mieściło się to w głowie). Zdarzało się, że gotowaliśmy cokolwiek, z tego, co zostało na dnie lodówki. Kuchenne improwizacje, bo nie miało znaczenia, co jemy. Miało znaczenie z kim spędzamy ten wieczór. 

Czasami przy stole siedziało siedem, a czasami dwadzieścia siedem osób. Duże grupy i małe podgrupy. Muzyka cicho sącząca się w tle, rozmowa. Zwykle żywa, radosna, pełna pasji. Dużo emocji między ludźmi, dużo wspólnych planów, dyskusji o tym, gdzie możemy wybrać się w weekend i co jeszcze warto na Malcie zwiedzić. Jedzenie szybko znikało z talerzy, a rozmowom i żartom nie było końca. Tematy ważne i błahe, duża dawka inspiracji i kulturowej wymiany. Fakt, że pochodziliśmy z różnych końców świata, miał duże znaczenie, ale z drugiej strony przez większość czasu mieszkałam tylko z Włochami i Francuzami, zawsze ucząc się od nich czegoś nowego. Przede wszystkim - dystansu, braku pośpiechu, większego luzu. Jestem przyzwyczajona do sztywnych ram, punktualności, pewnych zasad i dokładnych planów. Trudno mi było przywyknąć się do tego, że kolacja miała zacząć się o 19 (jadłam więc coś lekkiego ok. 15:30), a w rzeczywistości o tej porze goście powoli zaczynali się schodzić. Około 20 odpalano piekarnik, zaczynano kroić składniki planowanych posiłków. Jak dobrze poszło, główne dania pojawiały się na stole po 21.30. W pewnym momencie przestałam o tym myśleć, analizować, zaczęłam cieszyć się chwilą. Południe Europy rządzi się innymi prawami, żyje zupełnie innych rytmem. Spokojniejszym, chociaż czasami mam wrażenie, że trochę beztroskim.

Nie jest łatwo przestawić się na południowe życie, ale jeśli w końcu się uda, to życie staje się ... łatwiejsze. Co mi ten południowy rytm dał? Spokój. Mniej stresu i zbędnych nerwów na co dzień, więcej uważności i ciekawości drugiego człowieka. Długie biesiady przy stole zbliżają, cieszą i zostawiają wspomnienia, które zostają w sercu na zawsze.

Teraz...

Doceniam bardziej wspólne posiłki z rodziną i przyjaciółmi. Nie lubię jeść w biegu ani na stojąco, nie chcę się śpieszyć. Nawet jeśli to zwykła kolacja z moim chłopakiem, staram się nakryć do stołu, postawić na nim kieliszki i ozdobne serwetki, młynek z pieprzem i solą, parujące półmiski. Bo tak naprawdę, ta kolacja nigdy nie jest zwykła. Zawsze jest podsumowaniem kolejnego dnia wspólnego życia, o którym warto porozmawiać i wyciągnąć jakieś wnioski. Dla mnie, we wspólnych posiłkach jedzenie jest tylko dodatkiem, smakowitym tłem. Ich podstawą jest obecność, wsłuchanie się w siebie i innych. Wspólne posiłki potrafią burzyć mury i bariery, otwierać nawet najbardziej zamknięte serca. Spróbujcie wyłączyć w czasie ich trwania telewizor, burczące radio pełne reklam, wyciszyć telefon i skupić się na sobie. Naprawdę warto.

11.12.16

Jak wygląda tydzień kursu językowego na Malcie?

Minął ponad rok od kiedy wróciłam z kursu językowego na Malcie (relację opublikowałam tutaj). Jak większość z Was wie, spodobało mi się na tyle, że wróciłam w styczniu na kilka miesięcy. Często piszecie do mnie z pytaniami praktycznymi - jak wygląda sama nauka i lekcje, program tygodniowy, ile jest czasu wolnego itd. Ostatnio odpisywałam Annie i pomyślałam, że warto zrobić osobny wpis na ten temat. Jeśli chcecie lecieć na Maltę, żeby się uczyć* - przeczytajcie koniecznie!

4.12.16

"Nocny pociąg do Lizbony" - książka na zimę

Ciemne, zimowe wieczory nie są takie złe. Można usiąść na kanapie, obłożyć się miękkimi poduszkami i owinąć ciepłym kocem. Na stoliku postawić wielki kubek herbaty z cytryną i mały talerzyk z domowym piernikiem. Zapalić lampkę i poczuć pod palcami szeleszczące kartki ciekawej książki. Czytaliście "Nocny pociąg do Lizbony" Pascala Merciera? Jeśli nie, to warto to nadrobić jeszcze w tym roku!

29.11.16

Bigilla - maltańska pasta do pieczywa

Jeden z moich ulubionych smaków z Malty. Kupowałam tę pastę prawie codziennie, gdyż bez problemu można ją dostać w większości supermarketów. Początkowo myślałam, że zrobiona jest z fasoli maślanej, która na wyspie jest popularna. Oryginalne przepisy podają fasolę Ful Ta-Girba (nie wiem niestety co to jest) lub suszony bób. Nie jest on popularny w Polsce, ale udało mi się kupić paczkę w sklepie ze zdrową żywnością. Na Malcie bigilla jest serwowana z serem i oliwkami do pieczywa lub z krakersami galletti.

11.11.16

Za co lubię Paryż?

Śnił mi się ostatnio Paryż. Spacerowałam jakąś dobrze mi znaną ulicą i nagle zaczął padać deszcz. Próbowałam się schować pod dachem w jednym z podwórek, ale czarna, ozdobna brama była zamknięta. Pobiegłam dalej, weszłam do sklepu, który wyglądał na starą księgarnię i ... obudziłam się. Zaskoczył mnie ten sen, bo niewiele o tym mieście myślę. Byłam kilka razy, podobało mi się, ale mojego serca nie porwało. Jest jednak kilka powodów, dla których naprawdę Paryż lubię. Dziś o tym na blogu.
Targi uliczne w Paryżu

Targi uliczne 


Uwielbiam robić zakupy na wszelkich targach, targowiskach i marketach ulicznych; na bazarkach; w halach targowych czy też na placach, na których swoimi warzywami i owocami rolnicy handlują prosto z samochodu. W dni targowe małe ulice potrafią nagle ożyć, zaczynają tętnić życiem. Robi się gwarno, energetycznie. W Paryżu niemalże każda dzielnica ma swój targ, jedne są większe, drugie mniejsze. Są te lokalne z żywnością- dla miejscowych, takie nastawione bardziej na turystów (produkty są nieco droższe i bardziej "pamiątkowe", jak też targi ze starociami, rękodziełem. Itd. 

Wzgórze Montmartre

Wzgórze Montmartre


Można mówić, że jest kiczowate, turystyczne, drogie i przereklamowane, ale dla mnie to dzielnica jedyna w swoim rodzaju. Jej historia urzeka, uliczki mają wyjątkowy klimat, kawiarnie i uliczni artyści cieszą oczy. Widoki spod bazyliki Sacré-Cœur zapierają dech, niezależnie od pory roku i warunków pogodowych. Uwielbiam mały cmentarz na Montmartre, chyba nawet bardziej niż bardziej znany Père-Lachaise. Montmartre zawsze będzie mi się kojarzyło z musicalem "Moulin Rouge", który bardzo lubię (szczególnie za jego stronę wizualną i soundtrack). 

Kawiarnie paryskie


Kawiarnie paryskie


Gdzieś kiedyś przeczytałam, że 9 na 10 osób kojarzy Paryż z kawiarniami. Nie ma się co dziwić, są one obecne we wszystkich książkach o tym mieście, na pocztówkach, w filmach. Małe stoliki wystawione na zewnątrz i krzesła zwrócone w stronę przechodniów. Urzekło mnie to w czasie pierwszej wizyty, że nie odgradza się na siłę gości lokali od ulicy, a raczej czyni z nich jego ważną część. Kawiarnie paryskie to kolory, pastele, piękne wnętrza i doskonałe słodycze. 

Posiłki nad Sekwaną


Posiłki nad Sekwaną


Jedno z moich najważniejszy wspomnień ze stolicy Francji to właśnie posiłki nad rzeką. Czasem to były śniadania, innym razem małe przystanki w ciągu dnia, czasami kolacje na ławce. Robiłam zakupy w sklepie lub na targu - chrupiąca bagietka, śmierdzące sery, oliwki na wagę, croissanty i małe dżemy albo miniaturki masła, do tego coś do picia - sok, woda lub wino, w zależności od okazji. Sekwana jest ważna w życiu miasta, a posiłki przy jej brzegu to wielka przyjemność.

Ogród Luksemburski Paryż


Ogród Luksemburski


Uwielbiam go! To jeden z moich ulubionych paryskich parków, chociaż tereny zielone tego miasta ogólnie darzę dużą sympatią. Ładnie zagospodarowane, zielone, kwitnące. Bliskie mojemu sercu są również Jardin des Plantes i Parc Monceau (nie mam z niego niestety zbyt wiele zdjęć). U Karoliny z Ethno Passion znajdziecie ciekawy wpis o parkach i ogrodach Paryża.

 Film Amelia


Film "Amelia"


Historia Amelii jest nierozerwalnie związana z Paryżem. Nie wyobrażam sobie tej lekko baśniowej opowieści w żadnym innym europejskim mieście. To jeden z moich ulubionych filmów, do których wracam przynajmniej raz w roku. Kocham jego atmosferę, ścieżkę dźwiękową i te wszystkie małe detale, które tak wyraźnie są akcentowane. Piękne jest w nim miasto, cudownie prezentuje się Montmartre. Znalazłam dwa ciekawe spacery śladami Amelii - zajrzyjcie na Ethno Passion i tutaj.




Lubicie Paryż? Wiem, że to dość kontrowersyjne miasto, przez wielu nielubiane.

21.10.16

Najładniejsze parki i ogrody w Warszawie

W czerwcu postanowiłam zobaczyć wszystkie parki, ogrody i tereny zieleni w Warszawie, aby wybrać te według mnie najładniejsze. Zamiast umawiać się na kawę czy obiad, odwiedzałam ze znajomymi parki w Śródmieściu, na Żoliborzu, na Pradze, na Mokotowie, na Woli i w innych zakątkach miasta, robiłam zdjęcia i wybierałam te najpiękniejsze. Jesienią kolory parków są już inne, ale wciąż warto się do nich wybrać. Wpis powstawał bardzo długo, ale w końcu jest. Zapraszam Was na wspólne odkrywanie zielonego oblicza stolicy.

5.10.16

Kazimierz Dolny jesienią - jaki jest?

Kazimierz Dolny jesienią Kazimierz Dolny uliczka
Kazimierz Dolny od lat znany jest jako popularny kierunek weekendowych i jednodniowych wypadów mieszkańców Lublina i Warszawy. Sama byłam tam wiele razy, praktycznie o każdej porze roku. Relacje na blogu pojawiły się już we wpisach "Sielski i pełen słońca weekend" oraz "Kazimierz Dolny zimą - czy warto?". Ostatnio dość często bywam w okolicy i miałam okazję podziwiać miasteczko jesienią. Jakie wówczas jest?

26.9.16

31 lat później

Urodziłam się 26 września. Czyż to nie doskonały czas, żeby przyjść na świat? Wczesna jesień, zazwyczaj ta najpiękniejsza. Wciąż jest ciepło i słonecznie, drzewa są jeszcze pełne liści, które powoli zmieniają kolor z zielonych na żółte, czerwone, brązowe. Za chwile będą już one tylko wspomnieniem. Znów nadejdzie znienawidzona przeze mnie Epoka Smutku, znana powszechnie jako "zima", ale teraz na zewnątrz jest doskonale i chcę się tym cieszyć jak najdłużej. Urodziny to zawsze czas przemyśleń, różnych wniosków, marzeń o przyszłości. Ja tymczasem dziś uciekam myślami w przeszłość i wspominam swoje dzieciństwo.

Blond loczki, szeroki uśmiech i przyklejone do ust słowa "Ja siama!". Cała ja. Dziadek zawsze powtarza, że od kiedy pamięta, byłam bardzo samodzielna i nie chciałam niczyjej pomocy. Wstawałam, upadałam i próbowałam bez końca, nie godząc się łatwo na udział pomocnych rąk. Tak mam do dziś. W ogóle myślę, że byłam taka sama mając lat 6, 16 i 26. Nawet jak patrzę na to zdjęcie na górze to chce mi się śmiać - sukienka w moich ukochanych kolorach, w ulubione paseczki, z kotwicą (kocham motywy marynistyczne), na łonie natury i otoczona kwiatami.

Byłam bardzo żywym dzieckiem. Biegałam, skakałam, ganiałam się z chłopakami, łaziłam po gałęziach wielkiej wiśni i marzyłam o domku na drzewie, bawiłam się w piratów, ale czasami chciałam być kapitanem statku. Pociągało mnie morze, zachwycały łódki, statki, latarnie morskie, plaże i zachody słońca. Godzinami mogłam siedzieć w wodzie albo zbierać muszelki i bursztyny. Już we wczesnym dzieciństwie odkryłam, że lubię spędzać czas sama. Jeździłam z dziadkami na działkę, odwiedzałam na chwilę sąsiadów, a później wypuszczałam się na samodzielne wycieczki. Podziwiałam przyrodę, zbierałam kwiaty, gapiłam się na mrówki i biedronki. Miałam swoje ulubione miejsce - na końcu terenów działkowych była siatka pozbawiona żywopłotu, z idealnym widokiem na pas startowy lotniska na Okęciu. Potrafiłam siedzieć godzinę w krzakach, patrząc na lądujące i startujące samoloty. Wierzyłam, że kiedyś ja też wzbiję się w niebo. Bawiłam się z rodziną mówiąc, że wyjeżdżam i niedługo wrócę. Szłam na spacer, wracałam i opowiadałam - gdzie byłam, jakie przygody mnie spotkały, a na koniec rozdawałam "prezenty".

Miałam bogatą wyobraźnię i często uciekałam w świat fantazji. Kiedy zostawałam sama w domu, zakradałam się do pokoju mamy i przeglądałam niebieski album CUDA ŚWIATA. Marzyłam, aby kiedyś zobaczyć budowlę, która wyglądała jak zamek zrobiony z mokrego piasku (Sagrada Familia w Barcelonie) i drapacze chmur w Nowym Jorku. Kiedy odwiedzałam dziadków, siadałam na podłodze i przeglądałam wielkie pudło pełne pocztówek z Japonii, USA, Węgier, Szwecji i wielu innych krajów. Były takie kolorowe, pełne zachwycających krajobrazów i miast, a ludzie wyglądali na nich zupełnie inaczej niż ci, których mijałam w drodze z przedszkola. Czasami przeglądałam rozpadający się już Atlas Świata mojego dziadka. Gdy trochę podrosłam, mama zabrała mnie na "Króla Lwa". Oglądałam go z otwartą buzią - nie miałam pojęcia, że isnieją na świecie takie miejsca i zwierzęta. Do dziś, gdy oglądam tę bajkę i widzę pierwszą scenę, pamiętam tamte emocje. 

Lubiłam też gotować. To pewnie dzięki mojej babci Zosi, która zawsze włączała mnie w kuchenne zajęcia, nigdy nie przeganiała. Co tydzień piekła jakieś ciasto według przepisu z magazynów Claudia lub Tina. Lepiłyśmy razem pierogi, doprawiałyśmy farsz z kapusty i grzybów, smażyłyśmy naleśniki i zalewałyśmy owoce galeretką. Od zawsze też lubiłam rysować i pisać. Pierwsze opowiadanie napisałam w szkole podstawowej, potem nawet napisałam krótką książkę o księżniczce i złotej kuli (w 16-stronicowym zeszycie). W liceum na każde wypracowanie poświęcałam kilka godzin. Jeszcze przed maturą założyłam dwa pierwsze blogi - jeden o mnie i moim życiu, a drugi opowiadał całkowicie fikcyjną historię. 

Uwielbiałam poznawać nowe miejsca, jeździć z babcią Marysią po Warszawie - do parku, na zmianę warty przy Grobie Nieznanego Źołnierza i na lody do Hortexu. Czas wolny najchętniej spędzałam na podwórku - jeżdżąc na rowerze, zwisając głową w dół z trzepaka i chowając się w kopcach usypanych ze skoszonej trawy. Z koleżankami bawiłyśmy się w podchody, gry miejskie, szukałyśmy Żółwi Ninja w studzienkach ściekowych i zbawiałyśmy ludzkość udając Czarodziejki z Księżyca. Zawsze w ruchu, zawsze w biegu. Uwielbiałam japońskie animacje, bo tyle się w nich działo! Lubiłam książki pełne przygód. Z lektur najbardziej pasował mi "Ten obcy" Ireny Jurgielewiczowej i od czasu do czasu sięgam po nią ponownie.

Miałam fajne dzieciństwo i mocno sprecyzowane zainteresowania, które niewiele się zmieniły przez te wszystkie lata. Charakterek też mam podobny - samodzielny uparciuch ciągle we mnie siedzi. Fascyjnuje mnie to, że tak wcześnie formuje się w nas człowiek, którym w jakimś stopniu zostajemy już na zawsze. Oczywiście nie zawsze, ale bardzo często. Nie chcę dziś myśleć o tym, co będzie (szczególnie, że widzę mnóstwo znaków zapytania), więc zostaję myślami w czasach, gdy byłam małą Agusią i życie było całkowicie pozbawione problemów.

Ps. Przesyłam miliony całusów dla mojej Mamy, która rodziła mnie 18h i zawsze uważała, że w dniu urodzin życzenia też powinny trafiać do rodzicielki. Ma rację. Dziękuję!

16.9.16

Bergamo - Brescia - Wenecja, czyli moje włoskie dolce vita

Tegoroczne wakacje były bardzo pracowite. Już w czerwcu wiedziałam, że będzie ciężko i że pod koniec sierpnia będę zupełnie bez sił. Nie było łatwo wstawać co rano z łóżka, jechać do sezonowej pracy i wracać w środku nocy z uśmiechem. W ramach motywacji postanowiłam kupić bilety lotnicze na jakiś krótki wyjazd na początku września. Ostatnim dniem pracy był 31.08, a ja już 01.09 o świcie byłam na lotnisku, czekając na samolot do Bergamo. 4 dni we Włoszech to mało, ale zarazem wystarczająco długo, aby odwiedzić kilka pięknych miejsc, zjeść coś smacznego i co najważniejsze - spotkać osoby, za którymi tęskniłam.
Był to mój pierwszy samotny wyjazd od kiedy jestem z kimś związana. Byłam pewna, że w ogóle tego nie odczuję, tym bardziej, że nie mam mojego M. w Warszawie na co dzień. Muszę jednak przyznać, że się myliłam. Od chwili lądowania myślałam o tym, jak byłoby fajnie, gdyby był ze mną. Zastanawiałam się gdzie poszlibyśmy na kawę, o czym byśmy rozmawiali, jak chciałby spędzać czas i czy podobałoby mu się to, co widzi. Te myśli zaskoczyły nawet mnie samą, bo byłam dotąd samotnikiem, któremu nie potrzeba było towarzystwa. Coś się jednak zmieniło, a te piękne chwile chciałabym dzielić właśnie z Nim i we Włoszech postanowiłam, że w kolejną podróż pojedziemy już razem.
Wylądowałam w Bergamo tuż po 8 rano. Ponieważ byłam już w tym mieście (wpisy znajdziecie tutaj) to uznałam, że pójdę jedynie na krótki spacer po Città Alta, wypiję kawę i głównymi ulicami dolnego Città Bassa udam się na dworzec kolejowy, z którego w południe miałam pociąg do miasta Brescia. Podróż trwa godzinę, a bilet w 2 klasie kosztuje 4,80EUR.
O Brescia nie słyszałam wcześniej zbyt wiele, przewodniki jedynie coś wspominają, raczej symbolicznie. To jedno z większych miast Lombardii, drugie pod względem zaludnienia po Mediolanie, chociaż ma zdecydowanie inną atmosferę. Mieszka tam moja koleżanka Carolina, którą poznałam w czasie pobytu na Malcie. Spędziłyśmy razem 4 tygodni, pełne wrażeń i emocji. Byłyśmy ze sobą blisko, pomimo sporej różnicy wieku (jestem od niej o 7 lat starsza).
Po powrocie do Włoch postanowiła, że we wrześniu wyjedzie na rok do Australii, miałam więc okazję się z nią pożegnać. W ciągu 7 godzin udało nam się pośmiać, powspominać, zrobić kilka wspólnych zdjęć i nacieszyć swoim towarzystwem. Carolina zabrała mnie na spacer po swoim mieście - zobaczyłam m.in. zamek położony na wzgórzu, nową i starą katedrę, Pizza della Loggia z piękną wieżą zegarową i imponującym budynkiem ratusza. Najbardziej mnie chyba zaskoczył widoczny powyżej plac Piazza della Vittoria, ze swoją jakże charakterystyczną architekturą. 
Po lunchu w postaci najlepszej pizzy marinara jaką jadłam kiedykolwiek oraz karafki wyśmienitego wina, wsiadłyśmy do samochodu i pojechałyśmy nad jezioro Iseo. Pięknie wkomponowane w górski krajobraz, kameralne i pełne uroku, zrobiło na mnie bardzo pozytywne wrażenie. W środku tygodnia było pusto, spacerowałyśmy zupełnie same, ciesząc się słońcem. 
To jezioro możecie kojarzyć z "pływającym molo", które było wielką atrakcją tego lata i odwiedziło je setki tysięcy mieszkańców regionu oraz turystów. Z ciasno tkanego, żółtego nylonu, powstała kładka o długości ponad 4.5km łączącąca miejscowość Sulzano z wyspami Monte Isola i San Paolo. 
Trudno było nam się rozstać. Carolina to niezwykle zdolna i pozytywna dziewczyna (projektuje i szyje ubrania, to jej wielka pasja). Mam nadzieję, że wyjazd do Australii spełni jej oczekiwania, uda jej się znaleźć wymarzoną pracę, nauczyć perfekcyjnie języka angielskiego i przeżyć wielką przygodę. Pożegnałyśmy się i musiałam jechać dalej, do Wenecji. 
Bilet na pociąg ekspresowy kupiony z wyprzedzeniem kosztował zaledwie 9,90 EUR, a podróż trwała 1h23min (do dworca Venezia Mestre, skąd za 1,20EUR dojechałam w 12 minut na dworzec Santa Lucia). Wszystkie bilety kupowałam on-line jeszcze przed wyjazdem, więc nie musiałam się martwić, że nie zdążę na przesiadkę (miałam 7 minut, aby zmienić perony). 
Wysiadłam z pociągu i łzy wzruszenia stanęły mi w oczach, gdy zobaczyłam wyłaniającą się z ciemności znaną mi sylwetkę. Kasztanowe włosy, zgrabne nogi, krótka sukienka i duże okulary na nosie - to była Lara, którą poznałam na Malcie w grudniu i z którą ogromnie polubiłam się od pierwszej minuty. Byłyśmy w jednej grupie i trochę instynktownie usiadłyśmy obok siebie w ławce. Szybko się okazało, że nadajemy na tych samach falach i dużo nas łączy, chociaż też wiele dzieli. Spędziłyśmy wiele godzin rozmawiając i pijąc czerwone wino prosto z butelki, śmiejąc się i marząc o lepszej przyszłości.
Ostatniej nocy, siedząc na plaży w Paceville, obiecałam jej, że się spotkamy we Włoszech do końca przyszłego roku. Udało mi się dotrzymać słowa. Okazało się, że Lara mieszka w samym sercu Wenecji, o czym wcześniej nie wiedziałam, więc dotarłyśmy do domu w ciągu zaledwie 5 minut.
To były intensywne dni. Na codzień Lara pracuje jako tour leader - zajmuje się opieką nad uczestnikami wycieczek z całego świata w czasie ich pobytu w Wenecji. Zna to miasto świetnie, wieczorami jest też przewodnikiem po najstarszym na świecie żydowskim getcie.
Pierwszego dnia wybrałyśmy się na sąsiednie wyspy. Zaczęłyśmy od Murano, słynącej z produkcji wyrobów ze szkła. Każdy może wybrać się na darmowy pokaz ich tworzenia w jednym z licznych sklepów z pamiątkami. Figurki, misy, szklanki, kieliszki, wazony są naprawdę piękne, niezwykle kolorowe. Jeśli ktoś lubi takie dekoracje, na pewno będzie zachwycony, ale musi liczyć się z wysokimi kosztami. 
Następnie popłynęłyśmy promem na wyspę Burano, chyba najbardziej znaną w Weneckiej Lagunie. To ta słynna wysepka, pełna kolorowych budynków. Od ilości i pomieszania intensywnych odcieni aż kręci się w głowie! Kiedy oglądałam ją na zdjęciach na wielu blogach i w różnych artykułach, wydawała mi się bardzo sztuczna, stworzona wyłącznie pod turystów. Miałam szczęście, bo Lara pokazała mi bardzo lokalne zakątki.
Zabrała mnie też na tradycyjne ciastka z wyspy Burano. Proste, zwyczajne, a zarazem pyszne. Idealnie kruche, nie za słodkie, bardzo maślane. Chłopak Lary twierdzi, że tylko jedna cukiernia robi je jak należy, chociaż pozostałe też są podobno smaczne. 
W czasie spaceru barwnymi uliczkami trafiłyśmy na starszą panią, która siedząc na krześle zajmowała się robótkami ręcznymi. Musicie wiedzieć, że Burano słynie z koronek. Lara zaczepiła panią i wdałyśmy się w dyskusję. Staruszka poszła do domu, przyniosła pudełko pełne swoich wyrobów, zawołała też dwie koleżanki. Żar lał się z nieba, a my rozmawiałyśmy o historii koronkarstwa na wyspie. Dowiedziałyśmy się, że niewielkiego motylka z koronki robi przez kilka dni pięć osób (każda specjalizuje się w innym ściegu). Oryginalne produkty są drogie, gdyż ich tworzenie jest bardzo czasochłonne, a w sklepach przeważają chińskie podróbki. Niestety tradycja powoli wymiera, po śmierci tych pań (miały około 75 lat) nie będzie już komu się tym zajmować, gdyż młode dziewczyny nie chcą się uczyć. Lara kupiła maleńkie kolczyki, będące połączeniem szkła z Murano (biało-niebieska kuleczka) z koronką z Burano (w formie kwiatka okalającego kulkę), pożegnałyśmy się i ruszyłyśmy dalej. Bardzo cenię takie spotkania.
Ostatnim punktem tego dnia była maleńka wyspa Torcello, do której płynęłyśmy mniej niż 10 minut. Mieszka na niej na stałe kilkanaście osób, jest najbardziej dzika i spokojna. Znajduje się tu kilka restauracji otoczonych ogrodami, w których odbywają się np. kameralne wesela. Turyści pragną jednak zobaczyć Most Diabła i katedrę będącą przykładem architektury wenecko-bizantyjskiej. Spędziłyśmy tam godzinę i ruszyłyśmy w drogę powrotną do Wenecji (z przesiadką na Murano).
W sobotę miałam kilka godzin tylko dla siebie. Wstałam wcześnie rano, aby przepłynąć się Canale Grande. Później mogłam spacerować, gubić się w weneckich uliczkach, poznawać kolejne mosty, błądzić, aby odnaleźć się w zupełnie zaskakujących miejscach. Poszłam na Plac Świętego Marka, ale szybko uciekłam.
To nie była moja pierwsza wizyta w tym mieście. Najbardziej znane punkty zaliczyłam wiele lat temu, więc mogłam z czystym sumieniem ominąć tłumy turystów. Nie było to trudne, bo wystarczy minimalnie zejść z popularnej trasy, aby odnaleźć spokój i ciszę. 
Jaka jest Wenecja? Dla mnie zachwycająca i nigdy nie zrozumiem jak można powiedzieć, że jest brzydka (a znam wiele osób, które tak twierdzą). Jest turystyczna i zatłoczona, to bezdyskusyjny fakt, ale tylko w pewnym stopniu. Bez problemu można znaleźć zakątki, które nawet w sobotę bywają puste. 
Wenecja jest romantyczna, kolorowa, trochę bajkowa. Jedyna w swoim rodzaju, trudna do podrobienia. Pięknie wygląda, doskonale smakuje i pachnie całkiem przyjemnie. W niedzielę miałam lot powrotny z Treviso, więc moja krótka przygoda dobiegła końca. Spędziłam we Włoszech cudowny czas, spotkałam dwie ważne osoby i uświadomiłam sobie, że nie chcę już podróżować sama. Wierzę, że  z Nim może być jeszcze fajniej. 

31.8.16

12 miesięcy zmian. Co mi dały?

Dzisiejszy dzień, 31 sierpnia jest dla mnie bardzo symboliczny. Dokładnie rok temu, ostatniego dnia wakacji, leżałam na łóżku patrząc w sufit. W głowie miałam tysiące myśli, a gdy zadzwoniła do mnie koleżanka, wybuchnęłam płaczem. Był to poniedziałek, a poprzedzajcy go weekend spędziłam nad morzem, ze znajomymi znajomych. Nigdy wcześniej nie czułam się tak samotna wśród ludzi jak wtedy. Byli sympatyczni, ale miałam wrażenie, że tam nie pasuję, nie umiem znaleźć sobie miejsca, nie udało mi się w życiu zbudować nic stałego przez ciągłe podróże, pośpiech i wiecznie napięty grafik. Zaczęłam myśleć o moim życiu, zbliżającej się 30-stce i poczułam, że jeśli natychmiast czegoś nie zmienię, to oszaleję.
Kryzysy zdarzają się chyba każdemu. Czasem są to jakieś magiczne daty (np. Sylwester lub urodziny), innym razem nagłe wydarzenie lub po prostu natłok myśli. U mnie zbierało się to już od dawna i w końcu coś pękło. Takie momenty są potrzebne, ważne tylko, aby odpowiednio nimi pokierować. Wypłakać się, a potem otrzepać i ruszyć przed siebie. Ja ruszyłam na 10-kilometrowy spacer, który zapoczątkował czas, który dał mi mnóstwo siły i pozytywnej energii. Nowy Rok przywitałam uśmiechnięta i zadowolona, postanawiając, że postawię wszystko na jedną kartę - zwolnię się z pracy, kupię bilet na Maltę, pouczę języka angielskiego, poszukam tam pracy. Chciałam ucieć od miasta, którego nie lubiłam, wszystkich problemów i codziennej rutyny. Malta była bezpiecznym portem - znałam tam trochę ludzi, nie miałam problemów językowych i kulturowych, było też dość blisko. To był bardzo burzliwy czas, prawdziwa szkoła życia. Nauczyłam się dużo o sobie, przekonałam na kim mogę polegać, a które znajomości (także w kraju) nie są warte dalszej uwagi. Patrząc na to, jak żyje wiele osób, zrozumiałam czego bardzo nie chcę w przyszłości. Dorosłam, zmieniłam priorytety. Bardzo nie chciałam wracać do Polski, chyba bardziej niż chciałam tam zostać. Miałam poczucie, że nie czeka tu na mnie nic fajnego. Los zrobił mi wtedy psikusa, podsyłając szklaną szybę, która oznaczała Koniec maltańskie przygody.
Nie żałuję, bo mniej więcej w tym czasie poznałam kilka osób, które pozwoliły mi spojrzeć na to, co mam, z innej perspektywy. Docenić i być wdzięczną za wszystko, co zostawiłam za sobą - pisałam o tym we wpisie Czy istnieje życie po Malcie? Czułam, że ten powrót ma sens, że to nie koniec, tylko początek, bo ja już jestem trochę innym człowiekiem. Zaczęło mnie cieszyć proste życie, zwykłe chwile w mieszkaniu, w którym kiedyś źle się czułam. Postanowiłam trochę w nim zmienić, aby było bardziej "moje". Zdecydowałam się na sezonową pracę, do której jeszcze w kwietniu nie wyobrażałam sobie wrócić. To był ciężki fizycznie sezon, pracowałam daleko od domu, w bardzo nieatrakcyjnych godzinach, po sześć dni w tygodniu. Nie miałam czasu na przyjemności, spotkania ze znajomymi, aktywność fizyczną, a nawet na gotowanie. Gdzieś pod skórą czułam jednak, że To będzie dobre lato! Byłam pozytywnie nastawiona, a w sercu miałam wiarę, że te letnie miesiące coś mi przyniosą. Przyniosły. Kogoś.
W lipcu miałam tylko jeden wolny weekend. Pojechałam w sobotę do Lublina odwiedzić koleżankę, a w niedzielę miałam się spotkać na Starówce z drugą znajomą. Zaproponowała jednak, żebym przyjechała do niej na wieś, bo nie byłam już od roku. Tak zrobiłam. Niewyspana, na lekkim kacu, bez makijażu, rozczochrana, w niemiłosiernie pogniecionych szortach i niewyprasowanej koszulce. W końcu chwila oddechu pośród łąk i pól, nie trzeba się stroić. Piłyśmy kawę na zewnątrz, gdy ktoś podjechał rowerem pod bramę. Pies zaczął szczekać, a synek koleżanki krzyknął, że trzeba uciekać. Podszedł się przywitać - z gburowatą miną, w kanarkowej koszulce i z brudną ręką, której postanowił mi nie podać. Był całkiem przystojny, ale pierwsze wrażenie było średnie. Zaczęliśmy rozmawiać i  ... minęło ponad 6h, nikt nie wie do końca kiedy. Rozumieliśmy się bez słów i wydawało mi się, że znam go od zawsze. Podobno już wtedy koleżanka, cała jej rodzina, a nawet ten pyskaty pies zorientowali się, co się święci. Ja nie. Wsiadłam do busa w Kazimierzu Dolnym, odpaliłam muzykę, zamknęłam oczy i ... nagle poczułam skurcz żołądka. "Taki fajny chłopak! A co, jeśli nigdy się do mnie nie odezwie?". Odezwał się jednak - szybciej niż sądziłam i o wiele piękniej niż mogłam sobie wymarzyć.
W kompletnym niedoczasie udawało mi się wygospodarować godziny na rozmowy przez telefon i dni, których prawie nie miałam na spotkania. Ujął mnie tym, że zawsze dotrzymywał słowa, nawet w mało ważnych kwestiach. Okazało się, że mamy identyczne poglądy na prawie wszystko, podobne przyzwyczajenia i zupełnie różne zainteresowania, dzięki czemu możemy się stale od siebie uczyć. Trochę wygląda na to, że zakochaliśmy się w sobie od pierwszej wymiany zdań, a kolejne tygodnie tylko nas utwierdzały w tym, że stało się niemożliwe. Po latach rozczarowań, poszukiwań i podróży, mijania się na imprezach u mojej koleżanki, wpadliśmy na siebie gdzieś pośrodku niczego, na drewnianym tarasie beżowego domu. Narobił mi nieporządku w moim chaosie, zabrał resztki wolnego czasu, zburzył wiele murów, które budowałam przez lata, a nawet udowodnił, że można się kręcić bezkarnie po mojej kuchni, nie wywołując we mnie złości.
Jak będzie dalej, nie wie nikt. Dużo przeszkód przede mną i przed nami, niezależnie jednak jak wszystko się potoczy, mogę powiedzieć, że dawno nie byłam tak szczęśliwa i spokojna jak teraz. Dzieliłam się z Wami wieloma przykrymi historiami, więc uznałam, że podzielę się też dobrą. Historią zmiany, na którą pracowałam równy rok, walcząc z przeciwnościami, zmieniając krok po kroku nastawienie, spojrzenie na świat i system wartości. Rok temu podjęłam decyzję, że chcę wziąć sprawy we własne ręce i zawalczyć o lepszą przyszłość. Cieszę się, że znalazłam w sobie odwagę do działania, zamiast czekać na niespodzianki od losu. Wierzę też, że kolejne 12 miesięcy będzie jeszcze lepsze!

21.8.16

Targ w Marsaxlokk i kulinarne wspomnienia

Marsaxlokk łódki w porcie
Są takie dni, gdy tęsknię za Maltą. Trudno wyrzucić z pamięci spędzone tam miesiące, zresztą nawet nie będę próbowała. Tym, czego bardzo mi brakuje, są spacery z Marsascala do Marsaxlokk, połączone z zakupami na targu. Wiele osób uważa to miejsce za komercyjne i nieciekawe. Zapraszam Was dziś na relację z niedzielnego marketu w Marsaxlokk, postaram się Was przekonać, że jest godny uwagi!

11.8.16

Ogród w Wilanowie letnią porą

Wilanów był dla mnie zawsze nieco nieokrytym lądem. Mieszkam dość daleko, po przeciwnej stronie Warszawy i byłam tam może raz lub dwa. Zupełnie nieoczekiwanie los rzucił mnie w te okolice na wakacje - pracuję w biurze położonym 15 minut rowerem od Muzeum Pałacu Jana III Sobieskiego.

3.8.16

Czy istnieje życie po Malcie?

Czytałam ostatnio przed snem magazyn Lente. Jeden, zupełnie niepozorny artykuł ozdobiony burymi zdjęciami, ujął mnie szczególnie. Tak bliski mojemu sercu, że miałam wrażenie, iż czytam o sobie. Autorka opowiadała w nim o czasie, który spędziła kiedyś w Neapolu. A może raczej o tym, jak zaczęła odbierać swoje rodzinne miasto wtedy, gdy z niego wróciła.

W Neapolu nie do końca jej wyszło. Doskwierały samotność, brak pracy, lekkie poczucie wyobcowania. Jak sama mówi, wróciła do Polski ze wstydem przeplatanym ulgą. Nigdy nie lubiła Warszawy, źle się w niej czuła i chciała wyjechać na południe Europy. Dopiero będąc daleko od domu poczuła, że ma za czym tęsknić - za Wisłą, stoiskami z tanimi książkami, ofertą kulturalną, ulubionymi knajpami, przyjaciółmi i rodziną. Po włoskim chaosie potrzebowała stabilizacji, którą Polska mogła jej zaoferować.

U mnie było podobnie. Przed wyjazdem na Maltę marzyłam, żeby wyjechać z Polski. Irytowało mnie tutaj dosłownie wszystko. Warszawę lubiłam, ale bez większego sentymentu. U sąsiada trawa była zawsze bardziej zielona, a za granicą lepiej i ciekawiej. Uciekałam z mojego mieszkania jak najczęściej, bo nie było takie jak chciałam, a przebywanie w nim przepełniało mnie smutkiem. Goniłam za innym, nieznanym. Ciągle w rozkroku pomiędzy teraźniejszością, a przyszłością, przy okazji nieco zablokowna przeszłością. Zawieszona między tym, co jest, a tym, czego bym chciała. W grudniu minionego roku byłam na skraju wytrzymałości. Czułam, że jeśli natychmiast nie wyjadę, to rozsypię się na miliony kawałków.

Spakowałam dotychczasowe życie w dwie walizki - jedna poleciała ze mną na Maltę, drugą zostawiłam w mieszkaniu. Zamknęłam za sobą drzwi. Nawet nie spojrzałam na puste szafy, komody i półki. Miałam nadzieję, że nie wrócę. Patrząc na to z perspektywy czasu wiem jednak, że nie chodziło o to, żeby tam zostać, ale żeby nie musieć wracać do starego życia. Kiedy leciałam do Polski po dwóch miesiącach, przepłakałam całą podróż. Nie z tęsknoty za wyspą, ale na samą myśl o Warszawie. Kolejny miesiąc był straszny - nie chciałam być tutaj, obsesyjnie szukałam na Malcie pracy, nie wiedziałam co ze sobą zrobić. W maju znowu spakowałam walizkę i poleciałam. Co było dalej, wie większość z Was (a kto nie wie, wciąż może przeczytać ten wpis).

Uważam, że te ostatnie tygodnie spędzone w Sliemie były bardzo oczyszczające. Kilka bardzo ważnych rozmów i zdarzeń, które pozwoliły mi docenić to, czego wcześniej nie umiałam dostrzec. Wracałam do domu szczęśliwa, bez poczucia porażki. Cieszyłam się na spotkanie ze wszystkimi, którzy wcześniej doprowadzali mnie do szału. Zaplanowałam remont mieszkania, aby stało się bardziej "moje" i dawało mi więcej komfortu na co dzień. Zadałam sobie pytanie, które znajomości dają mi siłę, a które podcinają skrzydła i mocno te ostatnie ograniczyłam. W marcu na myśl o powrocie do biura podróży dostawałam z nerwów rozstroju żołądka, a w czerwcu zgodziłam się popracować w jednym przez wakacje. Okazało się, że z lepszym nastawieniem mogę zrobić obrót jakiego nie widziałam od lat, a klienci są w sumie fajnymi ludźmi. Dojeżdżam do pracy 2h, spędzam w niej 10h i 2h wracam. Wcześniej bym się nawet na to nie zgodziła, a teraz mimo zmęczenia, traktuję to jak stan przejściowy. Staram się dobrze wykorzystać każdą wolną sekundę, jestem spokojniejsza. Mam więcej odwagi, przestałam się biczować za różne niepowodzenia i słabości. O wiele łatwiej znoszę rozczarowania, traktując je jako normalny element życia. Jakby tego, co dobre było mało, to... pokochałam Warszawę. Oszalałam na jej punkcie. Wychodzę rano, jadę do pracy i myślę "Ale mam szczęście". Za oknami autobusu widzę Ogród Saski, Grób Nieznanego Żołnierza, przepiękne Krakowskie Przedmieście i Nowy Świat, Plac Trzech Krzyży, Łazienki, pałac w Wilanowie. Czasem wstaję wcześniej, żeby przejść się jeszcze po parkach czy ulicach, trochę zresetować głowę i myśli. Zachwyca mnie wszystko.

Piszecie do mnie często, że chcecie coś zmienić, ale nie wiecie jak. Pytacie jak znaleźć siłę i moc, aby zrobić ten pierwszy krok. Nie wiem. Ja zrobiłam go w chwili, w której straciłam całą energię. Po prostu czułam, że walę głową w mur i nie mogę przebić, więc go przeskoczę albo zostanę pod nim na zawsze, a tego bym nie zniosła. Ryzykowałam bardzo dużo, wciąż w sumie nie mam pewności co będzie dalej. Myślę, że jednak zawsze warto spróbować. Kto ma pewność dokąd ta droga nas zaprowadzi? Nikt. Ja wiem jednak, że mimo, że nic nie wyszło tak, jak planowałam to jestem dziś szczęśliwsza niż kiedykolwiek wcześniej. Życie po Malcie istnieje, a ona powoli staje się nieco wyblakłym kadrem z przeszłości. 

21.7.16

Rodzaje kaw w Portugalii - jak zamówić odpowiednią?

Portugalska kawa galao
Portugalia to wymarzone miejsce dla miłośników dobrego jedzenia. Na blogu pojawiło się kilka wpisów o kuchni portugalskiej, ale ciągle czegoś mi brakowało. Musicie bowiem wiedzieć, że to kraj słynący nie tylko z ryb, pysznych babeczek z Belem, doskonałego wina, ale też... kawy. To właśnie kawa jest w Portugalii najważniejszym akcentem poranka. W tym zakątku nad Atlantykiem każdy kawosz poczuje się jak w raju! Dziś przewodnik po rodzajach kaw, jakie spotkacie w Portugalii.

15.7.16

Ankieta Całe Życie w Podróży - co dalej?

Bardzo dziękuję Wam za udział w ankiecie. Wszystkie odpowiedzi są dla mnie bardzo cenne i na pewno wezmę je pod uwagę. Liczyłam na 30-50 ankiet (wersja optymistyczna), dostałam 108 w zaledwie 3 dni. Chciałabym podzielić się z Wami wynikami. Miałam świadomość, że pojawią się zarówno miłe, jak też niemiłe rzeczy, ale odpowiedzi wielokrotnie mnie zaskoczyły i wzruszyły. Informacje dotyczące metryczki oraz tego, kim jesteście zachowam dla siebie, ale dziękuję za to, że podzieliliście się ze mną swoimi zainteresowaniami. Jesteście gotowi?

Ucieszyłam się wiedząc, że mam tak wielu stałych Czytelników. Zdecydowana większość zagląda tu od 1-3 lat, a ponad 20% od 3 lub więcej, 7.5% od początku, czyli 6 lat! Nowych osób pojawia się mało, co też dało mi w jakiś sposób do myślenia.

        
Najwięcej ankietowanych osób trafiło tutaj z polecenia. To dla mnie wielka radość, że chcecie dzielić się tym, co robię z bliskimi sobie ludźmi. Zaskoczył mnie dobry wynik wyszukiwarki Google, ponieważ pozycjonowanie wpisów nie jest moją mocną stroną. Myślałam, że więcej osób trafia tu przez Facebooka, ale okazuje się, że nie miałam racji. 

                 Wygląda na to, że większość z Was śledzi bloga przez Facebooka. Ogólnie zaglądacie dość często.

                
Bardzo byłam ciekawa odpowiedzi na to pytanie. Czytałam ostatnio książkę, której bardzo popularny autor sugeruje, że powinno się pisać codziennie i to nawet po kilka razy. Według mnie 2-3 wpisy w tygodniu są wersją optymalną i jak widać, Wy też tak uważacie. Dodatkowo, 61% osób wskazało, że jest najlepiej, gdy długie teksty pojawiają się naprzemiennie z krótszymi.


 
              
Odpowiedzi na to pytanie były dla mnie chyba największym zaskoczeniem. Po pierwsze, jestem oszołomiona faktem, że aż 68.2% osób z przyjemnością czyta wpisy bardziej osobiste. 83.2% osób zainteresowanych jest relacjami z mało znanych miejsc, co jest dla mnie dowodem na to, że warto iść za głosem serca i zejść czasem z komercyjnej ścieżki. Relacje z miejsc popularnych, wpisy praktyczne o miejscach i ciekawostki kulinarne cieszą się popularnością i są potrzebne. Ze smutkiem przyjęłam informację, że nie za bardzo interesują Was wywiady (ja uwielbiam poznawać ciekawe osoby, które realizują się w życiu) oraz inspiracje filmowe czy książkowe. Staram się, żeby tematyka wpisów na blogu była zróżnicowana, mam nadzieję, że to się udaje. 

-----------

W kolejnej części ankiety zadałam otwarte, nieobowiązkowe pytanie CZY KORZYSTAŁEŚ/AŚ Z MOJEGO BLOGA PLANUJĄC SWÓJ WYJAZD? Odpowiedziało na nie 86 osób, z czego 30 nie korzystało lub nie pamięta. Pozostałe korzystały i to nawet po kilka razy! Najwięcej osób wskazało Lizbonę  lub Portugalię (23), dalej Lefkadę (7), Szkocję (7), Maltę (7), Wilno (5), Korfu (4), Budapeszt (4), Estonię (4), Majorkę (4), Sztokholm (4), Budapeszt (3), Londyn (3). Ponad to wymieniliście Sycylię, Rodos, Paryż, Barcelonę, Andaluzję, Wyspy Kanaryjskie, Pragę, Rzym, Wrocław i Łowicz oraz ku mojemu zaskoczeniu Wenecję i Kretę, o których z tego co pamiętam, nigdy nie pisałam :) 

Kolejne pytanie brzmiało CZY MÓJ BLOG ZAINSPIROWAŁ CIĘ DO WYJAZDU W MIEJSCE, O KTÓRYM WCZEŚNIEJ NIE MYŚLAŁEŚ/AŚ? Aż 60% osób odpowiedziało TAK. Gdzie udało mi się Was wysłać (lub jest to w sferze planów)? Nie byłam zaskoczona wynikami, bo wskazaliście miejsca najbliższe mojemu sercu (co zapewne oznacza, że piszę o nich w najbardziej zachęcający sposób): Portugalia (15), Malta (15), Lefkada (10), Wilno (6), Estonia (4) a także Bergamo, Londyn, Praga, Ryga, Kowno, Paryż, wyspa Symi, Sycylia, Budapeszt, Nowy Jork i Gdańsk.

        
Ten wynik również mnie bardzo cieszy. Staram się inspirować do podróżowania, zarówno blisko jak też nieco dalej, pokazywać jak piękna jest Europa. Ale nie tylko - staram się też inspirować do odpowiedzialnego życia i podróżowania oraz do spełniania marzeń, nie poddawania się i szukania swojej drogi. 2 kolejne pytania pokazały, jakie jest Wasze zdanie na ten temat. 


CO CI W BLOGU PRZESZKADZA LUB CO POWINNAM ZMIENIĆ?


Trochę się bałam tego pytania - nikt nie lubi krytyki, ale byłam gotowa przyjąć wszystko z pokorą. Odpowiedzi udzieliło 69 osób, z czego 25 osób napisało, że nie przeszkadza im nic i nie mają żadnych uwag.

Na początku pojawiły się głosy, że za dużo marudzę, narzekam, odgrzewam stare kotlety i nie mam już za bardzo o czym pisać, że się skończyłam, a przy tym jestem nachalna (nie wiem jednak w jakim sensie). W kolejnych pojawiły się zarzuty, że wpisy są zbyt osobiste, "poetyckie" i że po maltańskim cyklu wiele osób przestało mnie czytać. "Więcej jeżdżenia, mniej jęczenia". Faktycznie, mam świadomość, że moje posty z Malty nie tryskały optymizmem, bo to był z kilku względów ciężki dla mnie czas i ważna lekcja życia. Nie umiem udawać, że jest OK, jeśli nie jest. Dziękuję tym, którzy zostali i mnie wspierali. Ktoś napisał, że na blogu podróżniczym nie szuka rozterek życiowych - ten blog od dawna nie jest wyłącznie podróżniczy i to się nie zmieni. 

Zaskoczyło mnie, że aż 6 osób napisało, że chciałoby więcej długich tekstów podobnych do "Wszystkie twarze Malty", z rysem psychologicznym poznanych osób. Ten wpis był eksperymentalny i nie spodziewałam się, że zostanie tak dobrze przyjęty. Niektórzy pisali, że to ich ulubiony post w historii bloga.

Kilkanaście osób napisało, że nie lubi kolaży z więcej niż 2 zdjęć, bo stają się one wtedy nieczytelne. Będę to miała na uwadze i ograniczę je do minimum. Kilka osób napisało, że zdjęcia na blogu są słabe i złej jakości - mam 10-letni aparat i robię zdjęcia na trybie automatycznym, to fakt. Nie są świetne technicznie, ale są bardzo "moje". Póki co nie mogę sobie pozwolić na lepszy sprzęt czy kurs obsługi aparatu, więc staram się nadrabiać kadrami i dobrym okiem.

2 osoby napisały, że layout jest przestarzały. Powiem tak - jestem minimalistką i dla mnie nowoczesne szablony są w większości nie do czytania. Kiedy wchodzę na bloga i widzę 20 zakładek, migające zdjęcia, wyskakujące okienko o newsletterze, 10 proponowanych wpisów, 5 ostatnich i listę tych, które mają najwięcej komentarzy, to dostaję nerwicy. Wiele z nich jednak czytam, bo cenię treść i myślę, że blog jest trochę jak dom - przychodzę z wizytą do jego mieszkańców, a nie mebli czy wystroju. Uważam, że to co najważniejsze można u mnie szybko i łatwo znaleźć, podoba mi się i nie planuję na tę chwilę żadnych zmian związanych z układem. Aż 15 osób uważa jednak, że coś jest nie tak z czcionką (za duża / za mała / za jasna / dziwna / źle się czyta) i to wezmę pod uwagę, będę wkrótce testowała nowe, pomimo, że tę bardzo lubię.

Czego Wam na blogu brakuje: moich uśmiechniętych zdjęć i mojej wiary w siebie (7 osób), większej ilości wpisów o Warszawie, w której mieszkam, przykładowych cen hoteli i jedzenia na wszystkich kierunkach, a nie tylko wybranych (zaczęłam to wprowadzać mniej więcej 2 lata temu i starsze wpisy faktycznie o tym nie wspominają). Kilka osób prosi też o więcej informacji o tym, jak ciąć koszty wyjazdów do minimum. Nie da rady, bo przestałam oszczędzać na wszystkim. Wolę mniej, a lepiej. Nie szastam gotówką, ale wybieram rozwiązania optymalne, a nie te najtańsze - nie śpię już na lotniskach i nie czekam kilku godzin na przesiadkę, aby zaoszczędzić 50 zł. Chcę spać w warunkach przyzwoitych, a nie jakichkolwiek z robakami pod poduszką itd. W bardzo tanim podróżowaniu za przysłowiowy grosz specjalizują się inni. Ja na tym etapie życia jestem teraz gdzieś po środku.


DLACZEGO CZYTASZ MOJEGO BLOGA? 


Na pytanie (nieobowiązkowe) odpowiedziało 88 osób. Wśród krótkich odpowiedzi pojawiły się "Za całokształt", "Za pasję i emocje" (dużo osób), "Za ciekawostki i porady podróżnicze" (12 osób),"Za inspirację", "Za piękne zdjęcia" (20 osób), "Za lekkie pióro" (dużo osób) "Romantyczne spojrzenie na świat", "Za zmysł estetyczny", "Wydajesz się bardzo normalna", "Nie masz spiny", "Lubię Autorkę" (kilka osób). Ponad 25 osób napisało "szczerość, naturalność, autentyczność", a kilkanaście "Za przemyślenia". To dla mnie ciekawa sprawa, bo okazuje się, że blog z pozoru podróżniczy lubicie mniej za podróże same w sobie, a bardziej za mój sposób widzenia świata. To dla mnie cenne, ponieważ powoli zaczynam czuć w jakim chcę iść kierunku (nie mam na myśli tylko bloga) i wynik tej ankiety bardzo mnie satysfakcjonuje. Poniżej niektóre dłuższe komentarze:

"Naturalność, ciepło i niemal intymny kontakt z czytelnikiem. Jest interesujący i dobrze pisany"

"Za opis podróży - praktyczny, a jednocześnie pełen emocji i przeżyć"

"Bardzo fajnie, że nie są to suche informacje o danych miejscach, ale prawdziwe przeżycia"

"Ponieważ uzyskuję najbardziej trafne i cenne opinie, podpowiedzi. Jest też wiele informacji innych niż w przewodnikach"

"Za cudowne opisy, cudowne zdjęcia, w magiczny sposób przenoszę się myślami w te kolorowe zakątki. Za psy i koty uchwycone w momentach błogiego odpoczynku, za smakowite dania na talerzach, za promienie słońca przemykające między uliczkami. Za miłe chwile w smutne dni"

"Inspiruje mnie i pokazuje, że można spełnić marzenia! Trzeba się tylko odważyć

"Szczerość! W czasach, gdy z blogów, Instagramów i Snapchatów leje się miód z orzechami, wszyscy są piękni, bogaci i zawsze szczęśliwi, masz odwagę powiedzieć, że życie ma wzloty i upadki, ale trzeba iść do przodu"

"Nie ma nic lepszego w pochmurny dzień od oglądania świata Twoimi oczami. 
Podoba mi się, że opisujesz każde miejsce z pasją, nie koloryzujesz rzeczywistości"

"Udowadnia, że można dzielić się swoją pasją i dawać innym radość :)"

"Nieszablonowe podejście, takie bardzo od siebie - co czujesz, widzisz, poznajesz"

"Masz w sobie coś z Ani z Zielonego Wzgórza - jej melancholię, powagę i upór,
 a zarazem niezwykłą umiejętność dostrzegania piękna we wszystkim

"Poznałam Cię osobiście i nie kreujesz się na kogoś innego w sieci"

"Bo jesteś szczera, mądra i masz zawsze własne zdanie"

"Dziękuję za wszystkie wpisy, które dostarczają mi wielu inspiracji i często są natchnieniem do zatrzymania się na chwilę i zastanowienia nad różnymi aspektami życia. Jestem pod wrażeniem tego, jak można cieszyć się z małych rzeczy, co wielokrotnie pokazujesz we wpisach na blogu i chyba poniekąd szczerze Ci tego zazdroszczę

"Nigdy się nie poddawaj, bo to co robisz i jaka jesteś (w tym świecie) jest bardzo cenne! 
Cenię Twoją prawdziwość i autentyczność"

"Twój blog jest mi szczególnie bliski, ponieważ podróżujesz w podobnym do mojego stylu, bez ekstremalnego oszczędzania, ale też z rozsądkiem przy wydawaniu pieniędzy, bez obsesji na punkcie odhaczania kolejnych punktów z przewodnika, ale też aktywnie, poznając możliwie jak najlepiej odwiedzane miejsca"

"Na blog trafiłam przypadkiem, skuszona pięknymi widokami Portugalii, przy okazji popularnego programu kulinarno - podróżniczego. Po prostu wpisałam w Google Portugalia podróże i znalazłam się na całeżyciewpodróży. To był dobry wybór. Nie wyobrażam sobie tego, że przestanie ten blog istnieć. A jeśli ktoś ma taki dar do opisywania miejsc, że czytający człowiek czuje ten powiew wiatru, to słońce, smak tych potraw, no to takiego daru nie można zmarnować"



To pytanie było dla mnie jednym z najważniejszych. Od początku stawiam na uczciwość relacji, nigdy nie publikuję nic niezgodnego z moimi przekonaniami. Cieszę się, że pomimo wielu krytycznych słów, wszyscy bez wyjątku kliknęli "TAK, JESTEŚ WIARYGODNA".



Pieniądze - to jest zawsze kontrowersyjny temat. Akceptujemy reklamę w telewizji, radiu, gazetach i portalach, nawet jeśli jej nie lubimy, bo dzięki temu mamy darmowy dostęp do informacji. Czerpiemy wiedzę z różnych źródeł (często są to komercyjne i niedokładne treści), mając świadomość, że ich autorzy nie pracują za darmo. Przygotowanie wpisów na bloga podróżniczego, to przede wszystkim wysokie koszty samych podróży, jak też ogrom pracy i poświęconego czasu. Chcę się dzielić z Wami swoją wiedzą i przemyśleniami, polecać miejsca, które mnie urzekły. Pomagam Wam, odpowiadam na maile, wiadomości i komentarze. Kocham pisać i wiele osób mówi, że jestem w tym dobra, więc chciałabym móc w ten sposób zarabiać. Najbardziej mnie cieszą zewnętrzne współprace, w ramach których piszę artykuły dla różnych firm i portali (które znajdują mnie dzięki blogowi).

Przez 6 lat na blogu pojawiło się kilkanaście współprac. To niewiele. Wszystkie, bez wyjątku, były oznaczone etykietą "WSPÓŁPRACA". Kilka osób zarzuciło mi w ankiecie, że "Widać, że to reklama" i że "lepiej byłoby to przemycić gdzieś w tekście". Otóż nie, nie byłoby lepiej. Prawdopodobnie dlatego, że tego nie robię, 100% osób napisało "Ufam Twoim rekomendacjom". 

Ogólnie nie wyrażaliście się o reklamach na moim blogu źle. Uważacie, że są przemyślane, zgodne z profilem bloga, nie są nachalne. Mówicie, że są dobrze wkomponowane, nie ma ich za dużo, a moje opinie są subiektywne i nie ukrywam wad opisywanych usług lub miejsc. Większość osób wyraziła radość, że mogę zarabiać na mojej pasji i dopóki robię to w ten sposób, co dotychczas, to zostaną ze mną. 
TOP