21.7.16

Rodzaje kaw w Portugalii - jak zamówić odpowiednią?

Portugalska kawa galao
Portugalia to wymarzone miejsce dla miłośników dobrego jedzenia. Na blogu pojawiło się kilka wpisów o kuchni portugalskiej, ale ciągle czegoś mi brakowało. Musicie bowiem wiedzieć, że to kraj słynący nie tylko z ryb, pysznych babeczek z Belem, doskonałego wina, ale też... kawy. To właśnie kawa jest w Portugalii najważniejszym akcentem poranka. W tym zakątku nad Atlantykiem każdy kawosz poczuje się jak w raju! Dziś przewodnik po rodzajach kaw, jakie spotkacie w Portugalii.

15.7.16

Ankieta Całe Życie w Podróży - co dalej?

Bardzo dziękuję Wam za udział w ankiecie. Wszystkie odpowiedzi są dla mnie bardzo cenne i na pewno wezmę je pod uwagę. Liczyłam na 30-50 ankiet (wersja optymistyczna), dostałam 108 w zaledwie 3 dni. Chciałabym podzielić się z Wami wynikami. Miałam świadomość, że pojawią się zarówno miłe, jak też niemiłe rzeczy, ale odpowiedzi wielokrotnie mnie zaskoczyły i wzruszyły. Informacje dotyczące metryczki oraz tego, kim jesteście zachowam dla siebie, ale dziękuję za to, że podzieliliście się ze mną swoimi zainteresowaniami. Jesteście gotowi?

Ucieszyłam się wiedząc, że mam tak wielu stałych Czytelników. Zdecydowana większość zagląda tu od 1-3 lat, a ponad 20% od 3 lub więcej, 7.5% od początku, czyli 6 lat! Nowych osób pojawia się mało, co też dało mi w jakiś sposób do myślenia.

        
Najwięcej ankietowanych osób trafiło tutaj z polecenia. To dla mnie wielka radość, że chcecie dzielić się tym, co robię z bliskimi sobie ludźmi. Zaskoczył mnie dobry wynik wyszukiwarki Google, ponieważ pozycjonowanie wpisów nie jest moją mocną stroną. Myślałam, że więcej osób trafia tu przez Facebooka, ale okazuje się, że nie miałam racji. 

                 Wygląda na to, że większość z Was śledzi bloga przez Facebooka. Ogólnie zaglądacie dość często.

                
Bardzo byłam ciekawa odpowiedzi na to pytanie. Czytałam ostatnio książkę, której bardzo popularny autor sugeruje, że powinno się pisać codziennie i to nawet po kilka razy. Według mnie 2-3 wpisy w tygodniu są wersją optymalną i jak widać, Wy też tak uważacie. Dodatkowo, 61% osób wskazało, że jest najlepiej, gdy długie teksty pojawiają się naprzemiennie z krótszymi.


 
              
Odpowiedzi na to pytanie były dla mnie chyba największym zaskoczeniem. Po pierwsze, jestem oszołomiona faktem, że aż 68.2% osób z przyjemnością czyta wpisy bardziej osobiste. 83.2% osób zainteresowanych jest relacjami z mało znanych miejsc, co jest dla mnie dowodem na to, że warto iść za głosem serca i zejść czasem z komercyjnej ścieżki. Relacje z miejsc popularnych, wpisy praktyczne o miejscach i ciekawostki kulinarne cieszą się popularnością i są potrzebne. Ze smutkiem przyjęłam informację, że nie za bardzo interesują Was wywiady (ja uwielbiam poznawać ciekawe osoby, które realizują się w życiu) oraz inspiracje filmowe czy książkowe. Staram się, żeby tematyka wpisów na blogu była zróżnicowana, mam nadzieję, że to się udaje. 

-----------

W kolejnej części ankiety zadałam otwarte, nieobowiązkowe pytanie CZY KORZYSTAŁEŚ/AŚ Z MOJEGO BLOGA PLANUJĄC SWÓJ WYJAZD? Odpowiedziało na nie 86 osób, z czego 30 nie korzystało lub nie pamięta. Pozostałe korzystały i to nawet po kilka razy! Najwięcej osób wskazało Lizbonę  lub Portugalię (23), dalej Lefkadę (7), Szkocję (7), Maltę (7), Wilno (5), Korfu (4), Budapeszt (4), Estonię (4), Majorkę (4), Sztokholm (4), Budapeszt (3), Londyn (3). Ponad to wymieniliście Sycylię, Rodos, Paryż, Barcelonę, Andaluzję, Wyspy Kanaryjskie, Pragę, Rzym, Wrocław i Łowicz oraz ku mojemu zaskoczeniu Wenecję i Kretę, o których z tego co pamiętam, nigdy nie pisałam :) 

Kolejne pytanie brzmiało CZY MÓJ BLOG ZAINSPIROWAŁ CIĘ DO WYJAZDU W MIEJSCE, O KTÓRYM WCZEŚNIEJ NIE MYŚLAŁEŚ/AŚ? Aż 60% osób odpowiedziało TAK. Gdzie udało mi się Was wysłać (lub jest to w sferze planów)? Nie byłam zaskoczona wynikami, bo wskazaliście miejsca najbliższe mojemu sercu (co zapewne oznacza, że piszę o nich w najbardziej zachęcający sposób): Portugalia (15), Malta (15), Lefkada (10), Wilno (6), Estonia (4) a także Bergamo, Londyn, Praga, Ryga, Kowno, Paryż, wyspa Symi, Sycylia, Budapeszt, Nowy Jork i Gdańsk.

        
Ten wynik również mnie bardzo cieszy. Staram się inspirować do podróżowania, zarówno blisko jak też nieco dalej, pokazywać jak piękna jest Europa. Ale nie tylko - staram się też inspirować do odpowiedzialnego życia i podróżowania oraz do spełniania marzeń, nie poddawania się i szukania swojej drogi. 2 kolejne pytania pokazały, jakie jest Wasze zdanie na ten temat. 


CO CI W BLOGU PRZESZKADZA LUB CO POWINNAM ZMIENIĆ?


Trochę się bałam tego pytania - nikt nie lubi krytyki, ale byłam gotowa przyjąć wszystko z pokorą. Odpowiedzi udzieliło 69 osób, z czego 25 osób napisało, że nie przeszkadza im nic i nie mają żadnych uwag.

Na początku pojawiły się głosy, że za dużo marudzę, narzekam, odgrzewam stare kotlety i nie mam już za bardzo o czym pisać, że się skończyłam, a przy tym jestem nachalna (nie wiem jednak w jakim sensie). W kolejnych pojawiły się zarzuty, że wpisy są zbyt osobiste, "poetyckie" i że po maltańskim cyklu wiele osób przestało mnie czytać. "Więcej jeżdżenia, mniej jęczenia". Faktycznie, mam świadomość, że moje posty z Malty nie tryskały optymizmem, bo to był z kilku względów ciężki dla mnie czas i ważna lekcja życia. Nie umiem udawać, że jest OK, jeśli nie jest. Dziękuję tym, którzy zostali i mnie wspierali. Ktoś napisał, że na blogu podróżniczym nie szuka rozterek życiowych - ten blog od dawna nie jest wyłącznie podróżniczy i to się nie zmieni. 

Zaskoczyło mnie, że aż 6 osób napisało, że chciałoby więcej długich tekstów podobnych do "Wszystkie twarze Malty", z rysem psychologicznym poznanych osób. Ten wpis był eksperymentalny i nie spodziewałam się, że zostanie tak dobrze przyjęty. Niektórzy pisali, że to ich ulubiony post w historii bloga.

Kilkanaście osób napisało, że nie lubi kolaży z więcej niż 2 zdjęć, bo stają się one wtedy nieczytelne. Będę to miała na uwadze i ograniczę je do minimum. Kilka osób napisało, że zdjęcia na blogu są słabe i złej jakości - mam 10-letni aparat i robię zdjęcia na trybie automatycznym, to fakt. Nie są świetne technicznie, ale są bardzo "moje". Póki co nie mogę sobie pozwolić na lepszy sprzęt czy kurs obsługi aparatu, więc staram się nadrabiać kadrami i dobrym okiem.

2 osoby napisały, że layout jest przestarzały. Powiem tak - jestem minimalistką i dla mnie nowoczesne szablony są w większości nie do czytania. Kiedy wchodzę na bloga i widzę 20 zakładek, migające zdjęcia, wyskakujące okienko o newsletterze, 10 proponowanych wpisów, 5 ostatnich i listę tych, które mają najwięcej komentarzy, to dostaję nerwicy. Wiele z nich jednak czytam, bo cenię treść i myślę, że blog jest trochę jak dom - przychodzę z wizytą do jego mieszkańców, a nie mebli czy wystroju. Uważam, że to co najważniejsze można u mnie szybko i łatwo znaleźć, podoba mi się i nie planuję na tę chwilę żadnych zmian związanych z układem. Aż 15 osób uważa jednak, że coś jest nie tak z czcionką (za duża / za mała / za jasna / dziwna / źle się czyta) i to wezmę pod uwagę, będę wkrótce testowała nowe, pomimo, że tę bardzo lubię.

Czego Wam na blogu brakuje: moich uśmiechniętych zdjęć i mojej wiary w siebie (7 osób), większej ilości wpisów o Warszawie, w której mieszkam, przykładowych cen hoteli i jedzenia na wszystkich kierunkach, a nie tylko wybranych (zaczęłam to wprowadzać mniej więcej 2 lata temu i starsze wpisy faktycznie o tym nie wspominają). Kilka osób prosi też o więcej informacji o tym, jak ciąć koszty wyjazdów do minimum. Nie da rady, bo przestałam oszczędzać na wszystkim. Wolę mniej, a lepiej. Nie szastam gotówką, ale wybieram rozwiązania optymalne, a nie te najtańsze - nie śpię już na lotniskach i nie czekam kilku godzin na przesiadkę, aby zaoszczędzić 50 zł. Chcę spać w warunkach przyzwoitych, a nie jakichkolwiek z robakami pod poduszką itd. W bardzo tanim podróżowaniu za przysłowiowy grosz specjalizują się inni. Ja na tym etapie życia jestem teraz gdzieś po środku.


DLACZEGO CZYTASZ MOJEGO BLOGA? 


Na pytanie (nieobowiązkowe) odpowiedziało 88 osób. Wśród krótkich odpowiedzi pojawiły się "Za całokształt", "Za pasję i emocje" (dużo osób), "Za ciekawostki i porady podróżnicze" (12 osób),"Za inspirację", "Za piękne zdjęcia" (20 osób), "Za lekkie pióro" (dużo osób) "Romantyczne spojrzenie na świat", "Za zmysł estetyczny", "Wydajesz się bardzo normalna", "Nie masz spiny", "Lubię Autorkę" (kilka osób). Ponad 25 osób napisało "szczerość, naturalność, autentyczność", a kilkanaście "Za przemyślenia". To dla mnie ciekawa sprawa, bo okazuje się, że blog z pozoru podróżniczy lubicie mniej za podróże same w sobie, a bardziej za mój sposób widzenia świata. To dla mnie cenne, ponieważ powoli zaczynam czuć w jakim chcę iść kierunku (nie mam na myśli tylko bloga) i wynik tej ankiety bardzo mnie satysfakcjonuje. Poniżej niektóre dłuższe komentarze:

"Naturalność, ciepło i niemal intymny kontakt z czytelnikiem. Jest interesujący i dobrze pisany"

"Za opis podróży - praktyczny, a jednocześnie pełen emocji i przeżyć"

"Bardzo fajnie, że nie są to suche informacje o danych miejscach, ale prawdziwe przeżycia"

"Ponieważ uzyskuję najbardziej trafne i cenne opinie, podpowiedzi. Jest też wiele informacji innych niż w przewodnikach"

"Za cudowne opisy, cudowne zdjęcia, w magiczny sposób przenoszę się myślami w te kolorowe zakątki. Za psy i koty uchwycone w momentach błogiego odpoczynku, za smakowite dania na talerzach, za promienie słońca przemykające między uliczkami. Za miłe chwile w smutne dni"

"Inspiruje mnie i pokazuje, że można spełnić marzenia! Trzeba się tylko odważyć

"Szczerość! W czasach, gdy z blogów, Instagramów i Snapchatów leje się miód z orzechami, wszyscy są piękni, bogaci i zawsze szczęśliwi, masz odwagę powiedzieć, że życie ma wzloty i upadki, ale trzeba iść do przodu"

"Nie ma nic lepszego w pochmurny dzień od oglądania świata Twoimi oczami. 
Podoba mi się, że opisujesz każde miejsce z pasją, nie koloryzujesz rzeczywistości"

"Udowadnia, że można dzielić się swoją pasją i dawać innym radość :)"

"Nieszablonowe podejście, takie bardzo od siebie - co czujesz, widzisz, poznajesz"

"Masz w sobie coś z Ani z Zielonego Wzgórza - jej melancholię, powagę i upór,
 a zarazem niezwykłą umiejętność dostrzegania piękna we wszystkim

"Poznałam Cię osobiście i nie kreujesz się na kogoś innego w sieci"

"Bo jesteś szczera, mądra i masz zawsze własne zdanie"

"Dziękuję za wszystkie wpisy, które dostarczają mi wielu inspiracji i często są natchnieniem do zatrzymania się na chwilę i zastanowienia nad różnymi aspektami życia. Jestem pod wrażeniem tego, jak można cieszyć się z małych rzeczy, co wielokrotnie pokazujesz we wpisach na blogu i chyba poniekąd szczerze Ci tego zazdroszczę

"Nigdy się nie poddawaj, bo to co robisz i jaka jesteś (w tym świecie) jest bardzo cenne! 
Cenię Twoją prawdziwość i autentyczność"

"Twój blog jest mi szczególnie bliski, ponieważ podróżujesz w podobnym do mojego stylu, bez ekstremalnego oszczędzania, ale też z rozsądkiem przy wydawaniu pieniędzy, bez obsesji na punkcie odhaczania kolejnych punktów z przewodnika, ale też aktywnie, poznając możliwie jak najlepiej odwiedzane miejsca"

"Na blog trafiłam przypadkiem, skuszona pięknymi widokami Portugalii, przy okazji popularnego programu kulinarno - podróżniczego. Po prostu wpisałam w Google Portugalia podróże i znalazłam się na całeżyciewpodróży. To był dobry wybór. Nie wyobrażam sobie tego, że przestanie ten blog istnieć. A jeśli ktoś ma taki dar do opisywania miejsc, że czytający człowiek czuje ten powiew wiatru, to słońce, smak tych potraw, no to takiego daru nie można zmarnować"



To pytanie było dla mnie jednym z najważniejszych. Od początku stawiam na uczciwość relacji, nigdy nie publikuję nic niezgodnego z moimi przekonaniami. Cieszę się, że pomimo wielu krytycznych słów, wszyscy bez wyjątku kliknęli "TAK, JESTEŚ WIARYGODNA".



Pieniądze - to jest zawsze kontrowersyjny temat. Akceptujemy reklamę w telewizji, radiu, gazetach i portalach, nawet jeśli jej nie lubimy, bo dzięki temu mamy darmowy dostęp do informacji. Czerpiemy wiedzę z różnych źródeł (często są to komercyjne i niedokładne treści), mając świadomość, że ich autorzy nie pracują za darmo. Przygotowanie wpisów na bloga podróżniczego, to przede wszystkim wysokie koszty samych podróży, jak też ogrom pracy i poświęconego czasu. Chcę się dzielić z Wami swoją wiedzą i przemyśleniami, polecać miejsca, które mnie urzekły. Pomagam Wam, odpowiadam na maile, wiadomości i komentarze. Kocham pisać i wiele osób mówi, że jestem w tym dobra, więc chciałabym móc w ten sposób zarabiać. Najbardziej mnie cieszą zewnętrzne współprace, w ramach których piszę artykuły dla różnych firm i portali (które znajdują mnie dzięki blogowi).

Przez 6 lat na blogu pojawiło się kilkanaście współprac. To niewiele. Wszystkie, bez wyjątku, były oznaczone etykietą "WSPÓŁPRACA". Kilka osób zarzuciło mi w ankiecie, że "Widać, że to reklama" i że "lepiej byłoby to przemycić gdzieś w tekście". Otóż nie, nie byłoby lepiej. Prawdopodobnie dlatego, że tego nie robię, 100% osób napisało "Ufam Twoim rekomendacjom". 

Ogólnie nie wyrażaliście się o reklamach na moim blogu źle. Uważacie, że są przemyślane, zgodne z profilem bloga, nie są nachalne. Mówicie, że są dobrze wkomponowane, nie ma ich za dużo, a moje opinie są subiektywne i nie ukrywam wad opisywanych usług lub miejsc. Większość osób wyraziła radość, że mogę zarabiać na mojej pasji i dopóki robię to w ten sposób, co dotychczas, to zostaną ze mną. 

13.7.16

Jarmark Jagielloński w Sandomierzu - relacja

Sandomierz Jarmark Jagielloński relacja
To położone na siedmiu wzgórzach, pełne uroku miasto chciałam odwiedzić od dawna. W końcu udało się w minioną niedzielę. Termin wybrałam nieprzypadkowo - w weekend odbywał się tam Jarmark Jagielloński. Chciałam go porównać z tym, który widziałam kiedyś w Lublinie a poza tym, zawsze jest fajniej jak coś się dzieje. Zapraszam na relację!
Sandomierz Jarmark Jagielloński relacja
Z czym kojarzy mi się Sandomierz? Oczywiście z serialem "Ojciec Mateusz". W dobie popularności "Gry o tron" to pewnie obciach przyznać, że zdarza mi się włączyć przygody księdza-detektywa jeżdżącego wszędzie na rowerze i zbawiającego świat, ale wspaniale mi się przy nim gotuje i prasuje, więc czasami leci w tle. Bardziej jednak słucham z oddali niż oglądam, więc samego miasta nie widuję w nim wiele.
Sandomierz Jarmark Jagielloński relacja
Sandomierz serialem żyje, to na pewno. W Internecie można znaleźć mapy "Śladami Ojca Mateusza", na miejscu można kupić pamiątki (pocztówki, breloczki, kubki, koszulki a nawet słodycze) z jego wizerunkiem czy książki kucharskie Natalii Borowik, która na ekranie gotuje i opiekuje się plebanią. Ja aż taką fanką nie jestem, ale widziałam sporo osób podążających tymi szlakami.
Sandomierz Jarmark Jagielloński relacja
Śmieję się czasami, że przestępczość i poziom grzechów wszelakich musiał w tym mieście sięgnąć bardzo niebezpiecznego progu - ciągle ktoś zostaje pobity / porwany / zamordowany lub okradziony. Tragedia goni tragedię, a to takie miłe i niepozorne miejsce ;) Opuśćmy jednak serialową fikcję i przejdźmy do konkretów.
Sandomierz Jarmark Jagielloński relacja
Kilka osób pytało mnie na facebooku, jak tam dojechałam. Od niedawna z Warszawy do Sandomierza jeździ czerwony autobus z białym bocianem, przez Radom i Ostrowiec Świętokrzyski. Podróż trwa 3.40h, co jest miłą odmianą po PKS-ie, który jechał 5.50h. Bilet kupiłam w promocji za 16zł, na miejsce dojechałam o 12.40 i miałam czas do 18.20. Autobusy stają w dzielnicy domków jednorodzinnych, około 10 minut spacerem od Rynku.
Sandomierz Jarmark Jagielloński relacja
Pierwsze wrażenie - świetne oznakowanie. Od razu czekały na mnie tabliczki informujące, gdzie dojdę skręcając w daną ulicę. Spacer do Rynku jest relaksujący - okolica jest cicha, mijałam piękne domy z pełnymi kwiatów ogródkami.
Cydr Sandomierski
Kiedy doszłam w okolice Bramy Opatowskiej, zamarzyłam o wizycie w toalecie. Podeszłam do ogromnej mapy miasta z nadzieją, że jakąś tam znajdę i wtedy podszedł do mnie przewodnik. Myślałam, że chce zaoferować swoje usługi wspólnego zwiedzania, ale okazało się, że pełni bezpłatny dyżur dla turystów. Kolejna pozytywna niespodzianka. Od razu wskazał mi najbliższą toaletę (zaledwie 100 m dalej), w której spotkałam się z niezwykle miłą obsługą (może dziwnie to brzmi w kontekście szaletów miejskich, ale jak ktoś z uśmiechem podaje mi kawałek papierowego ręcznika życząc miłego dnia, to od razu robi się przyjemniej).
Sandomierz Jarmark Jagielloński relacja
Po tym oto pozytywnym akcencie mogłam wyruszyć w miasto, aby ponownie napełnić pęcherz. Na dobry początek zdecydowałam się na bezalkoholowy Cydr Sandomierski (6zł) sprzedawany na jednym ze straganów. Był jak dla mnie trochę za mało wyrazisty w smaku, ale smaczny. Później kupiłam lodowaty, domowy podpiwek (4zł za 400 ml) i to był strzał w dziesiątkę! Przepyszny.
Sandomierz Jarmark Jagielloński relacja
Rynek w Sandomierzu jest bardzo czysty i dopieszczony. Jarmark oznacza mnóstwo ludzi przez cały dzień, a praktycznie nie widziałam śmieci leżących na ulicy (pomimo przepełnionych koszy). Budynki są zadbane, a na zwiedzających czeka bardzo duży wybór lokali gastronomicznych (różnego typu). Rekordy biją lodziarnie - takiej ilości na m2 nie widziałam nawet we Włoszech! Są też małe cukiernie, restauracje, knajpy z piwem. Koleżanka polecała mi jedno miejsce z pierogami, ale niestety ok. 16 nie było już prawie żadnych.
Sandomierz Jarmark Jagielloński relacja
Jarmark nie był bardzo duży, ale fajnie zorganizowany. Duży wybór przysmaków z różnych regionów Polski i nie tylko (góralskie sery, wędliny z Mazur, kiełbasy i smalec z Litwy, miody z lokalnych pasiek, przyprawy, grecka chałwa), do tego rękodzieło, biżuteria z krzemieniem pasiastym (kamień szlachetny wydobywany w tych okolicach) wiklinowe koszyki i inne szpargały. Ceny raczej przystępne. W wielu miejscach można też kupić krówki sandomierskie o idealnej konsystencji.
Ponieważ jestem bardzo zmęczona rytmem wakacyjnej pracy (czas wolny to dla mnie teraz pojęcie abstrakcyjne), postanowiłam, że nie będę biegać z wywieszonym językiem po całym mieście w swój jedyny wolny dzień w tygodniu i odpuszczę Góry Pieprzowe (chociaż z pewnym żalem).
Wybrałam się do Starego Portu i nad rzekę. Z tego miejsca odpływają statki, które zabierają pasażerów w rejs po Wiśle. 30-minutowy kosztuje 13zł (dzieci 9zł), a godzinny 25zł (dzieci 18zł).
Prosto stamtąd udałam się do lessowego Wąwozu Królowej Jadwigi. Ma on 500m długości i w najwyższych miejscach 10m wysokości. Jest zielony i przyjemnie chłodny, szczególnie w upalny dzień. Podejście pod górę jest łatwe, nie sprawia żadnych trudności nawet dzieciom.
Schodząc następnie w dół ulicą Staromiejską, doszłam do Klasztoru Ojców Dominikanów przy którym znajduje się malownicza winnica Św. Jakuba i kawiarenka "Dominikańskie smaki" serwująca m.in. kawę, lody, ciasta, żurek i bigos. Kilka kroków stąd położony jest Zamek Królewski i bazylika katedralna Narodzenia NMP (warto wejść do środka, bardzo piękne wnętrze).
Spacerowałam okolicznymi uliczkami, spędziłam też dużo czasu na samym Rynku, oglądając występy śpiewu i tańca (odganiając przy tym gigantyczne, latające mrówki!). Szukając informacji, gdzie mogę coś zjeść, znalazłam opis Starej Piekarni i postanowiłam się do niej wybrać. Miejsce ma niesamowity klimat, możecie zobaczyć zdjęcia tutaj. Finalnie kupiłam tylko chleb żytni (przepyszny!), ale jeśli ktoś lubi cięższe smaki (gulasz, zupa mięsna, zalewajka, żur) i nietuzinkowy wystrój, na pewno będzie zadowolony.
Na miejscu spędziłam 5h, raczej na luzie. Nie miałam siły ustawiać się w bardzo długiej kolejce do punktu widokowego na szczycie Bramy Opatowskiej a podziemne piwnice nie są w moim guście. Włóczyłam się tu i tak, opalałam i korzystałam z cudownego zraszacza ustawionego koło budynku Poczty Polskiej. To był bardzo przyjemny dzień, cieszę się, że się zmobilizowałam, żeby rano wstać, zamiast odsypiać zmęczenie. Zdrzemnęłam się po drodze i naładowałam baterie na kolejny tydzień.

7.7.16

Ogród różany w Parku Skaryszewskim

Warszawa jest fantastyczna i zaskakuje mnie coraz bardziej. To miasto zmienia się w takim tempie, że trudno za nim nadążyć. Mieszkam tu ponad 30 lat, a ciągle mam wrażenie, że za mało ją znam, szczególnie po praskiej stronie Wisły. W minioną niedzielę, po raz chyba drugi w życiu wybrałam się do Parku Skaryszewskiego. Zachwycałam się londyńskim Regent's Park i jego różanym ogrodem, a nie miałam pojęcia, że równie piękny mam dosłownie na wyciągnięcie ręki! Cudze chwalicie...
... a swego nie znacie. To był upalny dzień. Żar lał się z nieba od wczesnego poranka, więc postanowiłyśmy wyjść z mamą z domu tuż po 8. Mieszkam na warszawskim Bemowie, więc w okolice Ronda Waszyngtona mogę dojechać w około 35-40 minut bezpośrednim tramwajem 24. Co ciekawe, kiedyś nawet pracowałam przez rok w tej okolicy, a jakoś nigdy nie było mi do parku po drodze. Wielka szkoda!
Park Różany w ogrodzie skaryszewskim
Prawdopodobnie ze względu na pogodę, a może wczesną godzinę, Skaryszewski był prawie pusty, co jeszcze dodało mu uroku. Co jakiś czas mijałyśmy matki spacerujące z wózkami, wesołe psy z opiekunami albo rowerzystów, ale to naprawdę sporadycznie. 
Róże w Parku Skaryszewskim
Myślałam, że godzina nam wystarczy, aby obejść cały teren, ale byłam w błędzie. Ma on powierzchnię ponad 58 ha i spędziłyśmy w nim blisko 2.5h i to bez dłuższego odpoczynku. Zrobiłyśmy jedynie mały przystanek w ogrodzie różanym, żeby usiąść na ławce i zjeść przywieziony z domu pojemnik gotowanego, młodego bobu, który jest jednym z moich ulubionych smaków lata.
Róże w Parku Skaryszewskim
Ten różany zakątek ma już ponad 90 lat (został założony w 1926 roku) i zachwyca mnóstwem gatunków róż. Uwielbiam te kwiaty!  Białe, różowe, czerwone, w kolorze fuksji, herbaciane i żółte, gładkie lub z delikatnie cieniowanymi płatkami. Piękne i dostojne, szalenie romantyczne.
Róże i park różany w Parku Skaryszewskim
Podobno w maju kwitną tu magnolie. Będę musiała sprawdzić przyszłą wiosną, bo zamierzam odwiedzać to miejsce częściej. Obydwie z mamą bardzo lubimy fotografować rośliny (ok, mama w szczególności!), więc byłyśmy w swoim żywiole.
Róże w Parku Skaryszewskim
Później zostałam ustawiona pod krzakami i musiałam pozować do zdjęć, chociaż nie ukrywam, że z przyjemnością. Czułam się prawie (ekhm) jak piękna Bar  Rafaeli w słynnej sesji dla Escady ;) 
Róże w Parku Skaryszewskim
W ogrodzie, poza przyrodą, można też podziwiać wspaniałą rzeźbę Stanisława Jackowskiego "Tancerka". Pojawiła się ona tam w 1927 roku, a wcześniej podobno spotkała się z pozytywnym odbiorem publiczności na wystawie w Paryżu. Jest naprawdę ciekawa - pełna ruchu, emocji i pozytywnej energii. Kojarzy mi się z lekkością, oderwaniem od problemów codzienności, chwilą zapomnienia w ekspresyjnym tańcu. 
Róże w Parku Skaryszewskim
Ogród Skaryszewski pojawi się jeszcze na blogu w te wakacje, w związku z pewnym wyzwaniem, które postanowiłam podjąć. Mam nadzieję pisać więcej o Warszawie tego lata, miałam trochę pomysłów już w poprzednich latach, ale nie wypaliły. Mam niemalże gotowe plany postów, muszę je jednak uporządkować i zrobić do nich więcej zdjęć. Mam bardzo mało czasu, ale spróbuję. Może się uda?
Róże w Parku Skaryszewskim

3.7.16

Ile poświęcisz dla dobrego ujęcia?

Nie planowałam tego posta. Miałam w głowie luźne przemyślenia, czasem omawiałam je w wąskim gronie znajomych, ale dzisiaj coś we mnie pękło. Przeczytałam rano informację o pewnym incydencie, który miał miejsce w Lizbonie i postanowiłam o tym napisać. O co chodzi? O wypadki i nieprzyjemne zdarzenia związane z ... robieniem zdjęć typu selfie i kręceniem filmów. Ich ilość rośnie w zastraszającym tempie a ja za każdym razem jestem coraz bardziej zdumiona. Czy naprawdę dla dobrego ujęcia jesteśmy w stanie zrobić wszystko, nie licząc się z nikim i niczym?

Moherowe Klify w Irlandii, klify Dingli i okolice Blue Grotto na Malcie, przylądki Roca i Św. Wincentego w Portugalii. W każdym z tych miejsc widziałam ludzi, którzy ryzykowali bardzo dużo, aby zrobić jak najbardziej widowiskowe zdjęcie. Siedzieli, leżeli lub stali przy samym urwisku, zwisali ze skałek. Robili rzeczy, które pozwalały mi przypuszczać, że postradali zmysły. W Internecie można znaleźć mnóstwo niebezpiecznych ujęć, którymi chwalą się turyści, którzy odwiedzili norweskie fiordy czy Wielki Kanion w USA. Nie wspominam nawet o zdjęciach, na których ludzie pozują na krawędziach mostów, wysokich budynków i dachach. O wypadkach śmiertelnych słyszy się coraz częściej, także z udziałem Polaków.

Niedawno w mediach było głośno o młodym delfinie, który zdechł z przegrzania na jednej z plaż w Argentynie. Turyści wyciągnęli biedaka z wody i zaczęli podawać sobie z rąk do rąk, aby zrobić zdjęcie. Podobna sytacja miała miejsce w Libanie - plażowicze dostrzegli dużego żółwia i otoczyli go, aby robić zdjęcia. Rodzice stawiali dzieci na jego skorupie, a kiedy przestraszony chciał się w niej schować, zaczęli go bić! Na szczęście, ktoś przytomny zareagował na czas i udało się uratować rannego gada. Jesienią zeszłego roku, w Kostaryce, grupa turystów zapragnęła zdjęcia z ciężarnymi żółwicami, które chciały założyć gniazda na plaży w rezerwacie. Samice były podnoszone, dotykane, głaskane, a złożone już przez nie jaja tratowane przez aspirujących "reporterów". Problemowa staje się też sytuacja żółwi Carreta-carreta na greckiej wyspie Zakynthos i w Turcji Egejskiej (Dalyan), gdzie zaczyna się organizować zbiorowe sesje zdjęciowe w okresie lęgowym. W Macedonii pewna kobieta chciała zrobić sobie zdjęcie z łabędziem - trzymała go siłą, kiedy próbował się wyrwać. Podobno ptak nie przeżył. Za przyzwoleniem turystów wykorzystywane (do zdjęć!) są również m.in. kozy w Maroku, delfiny, lamy, małpy i węże, o czym z kilkoma blogerami pisaliśmy w poście Zwierzęta w turystyce. Lista nieetycznych atrakcji.

Coraz więcej muzeów wprowadza zakaz robienia zdjęć z użyciem "kijków" do selfie, ponieważ nieuważni turyści niszczą wartościowe eksponaty. Np. w Mediolanie student wpadł na XIX-wieczną statuę, a dziś Aleksandra z Duże Podróże udostępniła informację o zniszczonej rzeźbie na dworcu Rossio w Lizbonie. Takich sytuacji jest znacznie więcej, sama byłam świadkiem kilku mniejszych wypadków w czasie robienia zdjęć, ale na szczęście obyło się bez większych uszkodzeń.

Już kilka razy podawano w mediach informacje o tym, że lotnisko im. Fryderyka Chopina w Warszawie zmuszone było wstrzymać ruch samolotowy z powodu dronów, które latały w okolicy płyty.

Naprawdę szokują mnie sytuacje, w których ludzie robią zdjęcia lub kręcą filmy, zamiast reagować, gdy komuś się dzieje krzywda lub chwilę po wypadku. Kiedy byłam na Malcie i późnym wieczorem urwał się balkon w jednej z restauracji (dwie osoby wpadły do wody), ekipa ratunkowała miała utrudnioną pracę przez ogromny tłum gapiów z telefonami.

Półtora roku temu wybrałam się na koncert. Nie jestem miłośniczką tego typu wydarzeń, odczuwam lęk przed zatłoczonymi, zamkniętymi pomieszczeniami. Chciałam jednak zobaczyć na żywo zespół OneRepublic, więc jakoś się przemogłam. Co widziałam przez blisko 2h? Morze rąk i telefonów, które zasłaniały mi calutką scenę. Wszyscy kręcili filmy i robili zdjęcia. Niby drobiazg, ale miałam wrażenie, że nikt nie cieszy się tym, co tu i teraz. 

W ostatnim wpisie pisałam o wywoływaniu zdjęć i o tym, że robię ich z roku na rok coraz mniej. Staram się, aby nie krzywdziły one innych ludzi, zwierząt czy przyrody. Szanuję cudzą prywatność, nie robię zdjęć, które mogłyby kogokolwiek obrazić (na Facebooku mnóstwo jest profili, na których kpi się z ubioru lub wyglądu osób spotkanych w komunikacji miejskiej czy na plaży). Widząc na Malcie bardzo oryginalny pogrzeb czy muzułmanina modlącego się na skałkach w Sliemie też nie wyjmowałam aparatu, bo czułam, że to dla nich intymne chwile. Nie zmuszam zwierząt, aby pozowały mi do zdjęć, jeśli sobie tego nie życzą. Jeśli komuś dzieje się krzywda - reaguję, a telefon wyjmuję, jeśli trzeba zadzwonić po pogotowie lub policję. Jeśli jestem świadkiem wypadku, pytam czy mogę jakoś pomóc. Nigdy nie narażam swojego życia dla zdjęcia, bo jest dla mnie ono cenniejsze niż kilkadziesiąt polubień opublikowanego ujęcia. Szanujmy siebie i świat, który nas otacza, niech coś jeszcze zostanie dla kolejnych pokoleń.
TOP