31.8.16

12 miesięcy zmian. Co mi dały?

Dzisiejszy dzień, 31 sierpnia jest dla mnie bardzo symboliczny. Dokładnie rok temu, ostatniego dnia wakacji, leżałam na łóżku patrząc w sufit. W głowie miałam tysiące myśli, a gdy zadzwoniła do mnie koleżanka, wybuchnęłam płaczem. Był to poniedziałek, a poprzedzajcy go weekend spędziłam nad morzem, ze znajomymi znajomych. Nigdy wcześniej nie czułam się tak samotna wśród ludzi jak wtedy. Byli sympatyczni, ale miałam wrażenie, że tam nie pasuję, nie umiem znaleźć sobie miejsca, nie udało mi się w życiu zbudować nic stałego przez ciągłe podróże, pośpiech i wiecznie napięty grafik. Zaczęłam myśleć o moim życiu, zbliżającej się 30-stce i poczułam, że jeśli natychmiast czegoś nie zmienię, to oszaleję.
Kryzysy zdarzają się chyba każdemu. Czasem są to jakieś magiczne daty (np. Sylwester lub urodziny), innym razem nagłe wydarzenie lub po prostu natłok myśli. U mnie zbierało się to już od dawna i w końcu coś pękło. Takie momenty są potrzebne, ważne tylko, aby odpowiednio nimi pokierować. Wypłakać się, a potem otrzepać i ruszyć przed siebie. Ja ruszyłam na 10-kilometrowy spacer, który zapoczątkował czas, który dał mi mnóstwo siły i pozytywnej energii. Nowy Rok przywitałam uśmiechnięta i zadowolona, postanawiając, że postawię wszystko na jedną kartę - zwolnię się z pracy, kupię bilet na Maltę, pouczę języka angielskiego, poszukam tam pracy. Chciałam ucieć od miasta, którego nie lubiłam, wszystkich problemów i codziennej rutyny. Malta była bezpiecznym portem - znałam tam trochę ludzi, nie miałam problemów językowych i kulturowych, było też dość blisko. To był bardzo burzliwy czas, prawdziwa szkoła życia. Nauczyłam się dużo o sobie, przekonałam na kim mogę polegać, a które znajomości (także w kraju) nie są warte dalszej uwagi. Patrząc na to, jak żyje wiele osób, zrozumiałam czego bardzo nie chcę w przyszłości. Dorosłam, zmieniłam priorytety. Bardzo nie chciałam wracać do Polski, chyba bardziej niż chciałam tam zostać. Miałam poczucie, że nie czeka tu na mnie nic fajnego. Los zrobił mi wtedy psikusa, podsyłając szklaną szybę, która oznaczała Koniec maltańskie przygody.
Nie żałuję, bo mniej więcej w tym czasie poznałam kilka osób, które pozwoliły mi spojrzeć na to, co mam, z innej perspektywy. Docenić i być wdzięczną za wszystko, co zostawiłam za sobą - pisałam o tym we wpisie Czy istnieje życie po Malcie? Czułam, że ten powrót ma sens, że to nie koniec, tylko początek, bo ja już jestem trochę innym człowiekiem. Zaczęło mnie cieszyć proste życie, zwykłe chwile w mieszkaniu, w którym kiedyś źle się czułam. Postanowiłam trochę w nim zmienić, aby było bardziej "moje". Zdecydowałam się na sezonową pracę, do której jeszcze w kwietniu nie wyobrażałam sobie wrócić. To był ciężki fizycznie sezon, pracowałam daleko od domu, w bardzo nieatrakcyjnych godzinach, po sześć dni w tygodniu. Nie miałam czasu na przyjemności, spotkania ze znajomymi, aktywność fizyczną, a nawet na gotowanie. Gdzieś pod skórą czułam jednak, że To będzie dobre lato! Byłam pozytywnie nastawiona, a w sercu miałam wiarę, że te letnie miesiące coś mi przyniosą. Przyniosły. Kogoś.
W lipcu miałam tylko jeden wolny weekend. Pojechałam w sobotę do Lublina odwiedzić koleżankę, a w niedzielę miałam się spotkać na Starówce z drugą znajomą. Zaproponowała jednak, żebym przyjechała do niej na wieś, bo nie byłam już od roku. Tak zrobiłam. Niewyspana, na lekkim kacu, bez makijażu, rozczochrana, w niemiłosiernie pogniecionych szortach i niewyprasowanej koszulce. W końcu chwila oddechu pośród łąk i pól, nie trzeba się stroić. Piłyśmy kawę na zewnątrz, gdy ktoś podjechał rowerem pod bramę. Pies zaczął szczekać, a synek koleżanki krzyknął, że trzeba uciekać. Podszedł się przywitać - z gburowatą miną, w kanarkowej koszulce i z brudną ręką, której postanowił mi nie podać. Był całkiem przystojny, ale pierwsze wrażenie było średnie. Zaczęliśmy rozmawiać i  ... minęło ponad 6h, nikt nie wie do końca kiedy. Rozumieliśmy się bez słów i wydawało mi się, że znam go od zawsze. Podobno już wtedy koleżanka, cała jej rodzina, a nawet ten pyskaty pies zorientowali się, co się święci. Ja nie. Wsiadłam do busa w Kazimierzu Dolnym, odpaliłam muzykę, zamknęłam oczy i ... nagle poczułam skurcz żołądka. "Taki fajny chłopak! A co, jeśli nigdy się do mnie nie odezwie?". Odezwał się jednak - szybciej niż sądziłam i o wiele piękniej niż mogłam sobie wymarzyć.
W kompletnym niedoczasie udawało mi się wygospodarować godziny na rozmowy przez telefon i dni, których prawie nie miałam na spotkania. Ujął mnie tym, że zawsze dotrzymywał słowa, nawet w mało ważnych kwestiach. Okazało się, że mamy identyczne poglądy na prawie wszystko, podobne przyzwyczajenia i zupełnie różne zainteresowania, dzięki czemu możemy się stale od siebie uczyć. Trochę wygląda na to, że zakochaliśmy się w sobie od pierwszej wymiany zdań, a kolejne tygodnie tylko nas utwierdzały w tym, że stało się niemożliwe. Po latach rozczarowań, poszukiwań i podróży, mijania się na imprezach u mojej koleżanki, wpadliśmy na siebie gdzieś pośrodku niczego, na drewnianym tarasie beżowego domu. Narobił mi nieporządku w moim chaosie, zabrał resztki wolnego czasu, zburzył wiele murów, które budowałam przez lata, a nawet udowodnił, że można się kręcić bezkarnie po mojej kuchni, nie wywołując we mnie złości.
Jak będzie dalej, nie wie nikt. Dużo przeszkód przede mną i przed nami, niezależnie jednak jak wszystko się potoczy, mogę powiedzieć, że dawno nie byłam tak szczęśliwa i spokojna jak teraz. Dzieliłam się z Wami wieloma przykrymi historiami, więc uznałam, że podzielę się też dobrą. Historią zmiany, na którą pracowałam równy rok, walcząc z przeciwnościami, zmieniając krok po kroku nastawienie, spojrzenie na świat i system wartości. Rok temu podjęłam decyzję, że chcę wziąć sprawy we własne ręce i zawalczyć o lepszą przyszłość. Cieszę się, że znalazłam w sobie odwagę do działania, zamiast czekać na niespodzianki od losu. Wierzę też, że kolejne 12 miesięcy będzie jeszcze lepsze!

21.8.16

Targ w Marsaxlokk i kulinarne wspomnienia

Marsaxlokk łódki w porcie
Są takie dni, gdy tęsknię za Maltą. Trudno wyrzucić z pamięci spędzone tam miesiące, zresztą nawet nie będę próbowała. Tym, czego bardzo mi brakuje, są spacery z Marsascala do Marsaxlokk, połączone z zakupami na targu. Wiele osób uważa to miejsce za komercyjne i nieciekawe. Zapraszam Was dziś na relację z niedzielnego marketu w Marsaxlokk, postaram się Was przekonać, że jest godny uwagi!

11.8.16

Ogród w Wilanowie letnią porą

Wilanów był dla mnie zawsze nieco nieokrytym lądem. Mieszkam dość daleko, po przeciwnej stronie Warszawy i byłam tam może raz lub dwa. Zupełnie nieoczekiwanie los rzucił mnie w te okolice na wakacje - pracuję w biurze położonym 15 minut rowerem od Muzeum Pałacu Jana III Sobieskiego.

3.8.16

Czy istnieje życie po Malcie?

Czytałam ostatnio przed snem magazyn Lente. Jeden, zupełnie niepozorny artykuł ozdobiony burymi zdjęciami, ujął mnie szczególnie. Tak bliski mojemu sercu, że miałam wrażenie, iż czytam o sobie. Autorka opowiadała w nim o czasie, który spędziła kiedyś w Neapolu. A może raczej o tym, jak zaczęła odbierać swoje rodzinne miasto wtedy, gdy z niego wróciła.

W Neapolu nie do końca jej wyszło. Doskwierały samotność, brak pracy, lekkie poczucie wyobcowania. Jak sama mówi, wróciła do Polski ze wstydem przeplatanym ulgą. Nigdy nie lubiła Warszawy, źle się w niej czuła i chciała wyjechać na południe Europy. Dopiero będąc daleko od domu poczuła, że ma za czym tęsknić - za Wisłą, stoiskami z tanimi książkami, ofertą kulturalną, ulubionymi knajpami, przyjaciółmi i rodziną. Po włoskim chaosie potrzebowała stabilizacji, którą Polska mogła jej zaoferować.

U mnie było podobnie. Przed wyjazdem na Maltę marzyłam, żeby wyjechać z Polski. Irytowało mnie tutaj dosłownie wszystko. Warszawę lubiłam, ale bez większego sentymentu. U sąsiada trawa była zawsze bardziej zielona, a za granicą lepiej i ciekawiej. Uciekałam z mojego mieszkania jak najczęściej, bo nie było takie jak chciałam, a przebywanie w nim przepełniało mnie smutkiem. Goniłam za innym, nieznanym. Ciągle w rozkroku pomiędzy teraźniejszością, a przyszłością, przy okazji nieco zablokowna przeszłością. Zawieszona między tym, co jest, a tym, czego bym chciała. W grudniu minionego roku byłam na skraju wytrzymałości. Czułam, że jeśli natychmiast nie wyjadę, to rozsypię się na miliony kawałków.

Spakowałam dotychczasowe życie w dwie walizki - jedna poleciała ze mną na Maltę, drugą zostawiłam w mieszkaniu. Zamknęłam za sobą drzwi. Nawet nie spojrzałam na puste szafy, komody i półki. Miałam nadzieję, że nie wrócę. Patrząc na to z perspektywy czasu wiem jednak, że nie chodziło o to, żeby tam zostać, ale żeby nie musieć wracać do starego życia. Kiedy leciałam do Polski po dwóch miesiącach, przepłakałam całą podróż. Nie z tęsknoty za wyspą, ale na samą myśl o Warszawie. Kolejny miesiąc był straszny - nie chciałam być tutaj, obsesyjnie szukałam na Malcie pracy, nie wiedziałam co ze sobą zrobić. W maju znowu spakowałam walizkę i poleciałam. Co było dalej, wie większość z Was (a kto nie wie, wciąż może przeczytać ten wpis).

Uważam, że te ostatnie tygodnie spędzone w Sliemie były bardzo oczyszczające. Kilka bardzo ważnych rozmów i zdarzeń, które pozwoliły mi docenić to, czego wcześniej nie umiałam dostrzec. Wracałam do domu szczęśliwa, bez poczucia porażki. Cieszyłam się na spotkanie ze wszystkimi, którzy wcześniej doprowadzali mnie do szału. Zaplanowałam remont mieszkania, aby stało się bardziej "moje" i dawało mi więcej komfortu na co dzień. Zadałam sobie pytanie, które znajomości dają mi siłę, a które podcinają skrzydła i mocno te ostatnie ograniczyłam. W marcu na myśl o powrocie do biura podróży dostawałam z nerwów rozstroju żołądka, a w czerwcu zgodziłam się popracować w jednym przez wakacje. Okazało się, że z lepszym nastawieniem mogę zrobić obrót jakiego nie widziałam od lat, a klienci są w sumie fajnymi ludźmi. Dojeżdżam do pracy 2h, spędzam w niej 10h i 2h wracam. Wcześniej bym się nawet na to nie zgodziła, a teraz mimo zmęczenia, traktuję to jak stan przejściowy. Staram się dobrze wykorzystać każdą wolną sekundę, jestem spokojniejsza. Mam więcej odwagi, przestałam się biczować za różne niepowodzenia i słabości. O wiele łatwiej znoszę rozczarowania, traktując je jako normalny element życia. Jakby tego, co dobre było mało, to... pokochałam Warszawę. Oszalałam na jej punkcie. Wychodzę rano, jadę do pracy i myślę "Ale mam szczęście". Za oknami autobusu widzę Ogród Saski, Grób Nieznanego Żołnierza, przepiękne Krakowskie Przedmieście i Nowy Świat, Plac Trzech Krzyży, Łazienki, pałac w Wilanowie. Czasem wstaję wcześniej, żeby przejść się jeszcze po parkach czy ulicach, trochę zresetować głowę i myśli. Zachwyca mnie wszystko.

Piszecie do mnie często, że chcecie coś zmienić, ale nie wiecie jak. Pytacie jak znaleźć siłę i moc, aby zrobić ten pierwszy krok. Nie wiem. Ja zrobiłam go w chwili, w której straciłam całą energię. Po prostu czułam, że walę głową w mur i nie mogę przebić, więc go przeskoczę albo zostanę pod nim na zawsze, a tego bym nie zniosła. Ryzykowałam bardzo dużo, wciąż w sumie nie mam pewności co będzie dalej. Myślę, że jednak zawsze warto spróbować. Kto ma pewność dokąd ta droga nas zaprowadzi? Nikt. Ja wiem jednak, że mimo, że nic nie wyszło tak, jak planowałam to jestem dziś szczęśliwsza niż kiedykolwiek wcześniej. Życie po Malcie istnieje, a ona powoli staje się nieco wyblakłym kadrem z przeszłości. 
TOP