26.9.16

31 lat później

Urodziłam się 26 września. Czyż to nie doskonały czas, żeby przyjść na świat? Wczesna jesień, zazwyczaj ta najpiękniejsza. Wciąż jest ciepło i słonecznie, drzewa są jeszcze pełne liści, które powoli zmieniają kolor z zielonych na żółte, czerwone, brązowe. Za chwile będą już one tylko wspomnieniem. Znów nadejdzie znienawidzona przeze mnie Epoka Smutku, znana powszechnie jako "zima", ale teraz na zewnątrz jest doskonale i chcę się tym cieszyć jak najdłużej. Urodziny to zawsze czas przemyśleń, różnych wniosków, marzeń o przyszłości. Ja tymczasem dziś uciekam myślami w przeszłość i wspominam swoje dzieciństwo.

Blond loczki, szeroki uśmiech i przyklejone do ust słowa "Ja siama!". Cała ja. Dziadek zawsze powtarza, że od kiedy pamięta, byłam bardzo samodzielna i nie chciałam niczyjej pomocy. Wstawałam, upadałam i próbowałam bez końca, nie godząc się łatwo na udział pomocnych rąk. Tak mam do dziś. W ogóle myślę, że byłam taka sama mając lat 6, 16 i 26. Nawet jak patrzę na to zdjęcie na górze to chce mi się śmiać - sukienka w moich ukochanych kolorach, w ulubione paseczki, z kotwicą (kocham motywy marynistyczne), na łonie natury i otoczona kwiatami.

Byłam bardzo żywym dzieckiem. Biegałam, skakałam, ganiałam się z chłopakami, łaziłam po gałęziach wielkiej wiśni i marzyłam o domku na drzewie, bawiłam się w piratów, ale czasami chciałam być kapitanem statku. Pociągało mnie morze, zachwycały łódki, statki, latarnie morskie, plaże i zachody słońca. Godzinami mogłam siedzieć w wodzie albo zbierać muszelki i bursztyny. Już we wczesnym dzieciństwie odkryłam, że lubię spędzać czas sama. Jeździłam z dziadkami na działkę, odwiedzałam na chwilę sąsiadów, a później wypuszczałam się na samodzielne wycieczki. Podziwiałam przyrodę, zbierałam kwiaty, gapiłam się na mrówki i biedronki. Miałam swoje ulubione miejsce - na końcu terenów działkowych była siatka pozbawiona żywopłotu, z idealnym widokiem na pas startowy lotniska na Okęciu. Potrafiłam siedzieć godzinę w krzakach, patrząc na lądujące i startujące samoloty. Wierzyłam, że kiedyś ja też wzbiję się w niebo. Bawiłam się z rodziną mówiąc, że wyjeżdżam i niedługo wrócę. Szłam na spacer, wracałam i opowiadałam - gdzie byłam, jakie przygody mnie spotkały, a na koniec rozdawałam "prezenty".

Miałam bogatą wyobraźnię i często uciekałam w świat fantazji. Kiedy zostawałam sama w domu, zakradałam się do pokoju mamy i przeglądałam niebieski album CUDA ŚWIATA. Marzyłam, aby kiedyś zobaczyć budowlę, która wyglądała jak zamek zrobiony z mokrego piasku (Sagrada Familia w Barcelonie) i drapacze chmur w Nowym Jorku. Kiedy odwiedzałam dziadków, siadałam na podłodze i przeglądałam wielkie pudło pełne pocztówek z Japonii, USA, Węgier, Szwecji i wielu innych krajów. Były takie kolorowe, pełne zachwycających krajobrazów i miast, a ludzie wyglądali na nich zupełnie inaczej niż ci, których mijałam w drodze z przedszkola. Czasami przeglądałam rozpadający się już Atlas Świata mojego dziadka. Gdy trochę podrosłam, mama zabrała mnie na "Króla Lwa". Oglądałam go z otwartą buzią - nie miałam pojęcia, że isnieją na świecie takie miejsca i zwierzęta. Do dziś, gdy oglądam tę bajkę i widzę pierwszą scenę, pamiętam tamte emocje. 

Lubiłam też gotować. To pewnie dzięki mojej babci Zosi, która zawsze włączała mnie w kuchenne zajęcia, nigdy nie przeganiała. Co tydzień piekła jakieś ciasto według przepisu z magazynów Claudia lub Tina. Lepiłyśmy razem pierogi, doprawiałyśmy farsz z kapusty i grzybów, smażyłyśmy naleśniki i zalewałyśmy owoce galeretką. Od zawsze też lubiłam rysować i pisać. Pierwsze opowiadanie napisałam w szkole podstawowej, potem nawet napisałam krótką książkę o księżniczce i złotej kuli (w 16-stronicowym zeszycie). W liceum na każde wypracowanie poświęcałam kilka godzin. Jeszcze przed maturą założyłam dwa pierwsze blogi - jeden o mnie i moim życiu, a drugi opowiadał całkowicie fikcyjną historię. 

Uwielbiałam poznawać nowe miejsca, jeździć z babcią Marysią po Warszawie - do parku, na zmianę warty przy Grobie Nieznanego Źołnierza i na lody do Hortexu. Czas wolny najchętniej spędzałam na podwórku - jeżdżąc na rowerze, zwisając głową w dół z trzepaka i chowając się w kopcach usypanych ze skoszonej trawy. Z koleżankami bawiłyśmy się w podchody, gry miejskie, szukałyśmy Żółwi Ninja w studzienkach ściekowych i zbawiałyśmy ludzkość udając Czarodziejki z Księżyca. Zawsze w ruchu, zawsze w biegu. Uwielbiałam japońskie animacje, bo tyle się w nich działo! Lubiłam książki pełne przygód. Z lektur najbardziej pasował mi "Ten obcy" Ireny Jurgielewiczowej i od czasu do czasu sięgam po nią ponownie.

Miałam fajne dzieciństwo i mocno sprecyzowane zainteresowania, które niewiele się zmieniły przez te wszystkie lata. Charakterek też mam podobny - samodzielny uparciuch ciągle we mnie siedzi. Fascyjnuje mnie to, że tak wcześnie formuje się w nas człowiek, którym w jakimś stopniu zostajemy już na zawsze. Oczywiście nie zawsze, ale bardzo często. Nie chcę dziś myśleć o tym, co będzie (szczególnie, że widzę mnóstwo znaków zapytania), więc zostaję myślami w czasach, gdy byłam małą Agusią i życie było całkowicie pozbawione problemów.

Ps. Przesyłam miliony całusów dla mojej Mamy, która rodziła mnie 18h i zawsze uważała, że w dniu urodzin życzenia też powinny trafiać do rodzicielki. Ma rację. Dziękuję!

16.9.16

Bergamo - Brescia - Wenecja, czyli moje włoskie dolce vita

Tegoroczne wakacje były bardzo pracowite. Już w czerwcu wiedziałam, że będzie ciężko i że pod koniec sierpnia będę zupełnie bez sił. Nie było łatwo wstawać co rano z łóżka, jechać do sezonowej pracy i wracać w środku nocy z uśmiechem. W ramach motywacji postanowiłam kupić bilety lotnicze na jakiś krótki wyjazd na początku września. Ostatnim dniem pracy był 31.08, a ja już 01.09 o świcie byłam na lotnisku, czekając na samolot do Bergamo. 4 dni we Włoszech to mało, ale zarazem wystarczająco długo, aby odwiedzić kilka pięknych miejsc, zjeść coś smacznego i co najważniejsze - spotkać osoby, za którymi tęskniłam.
Był to mój pierwszy samotny wyjazd od kiedy jestem z kimś związana. Byłam pewna, że w ogóle tego nie odczuję, tym bardziej, że nie mam mojego M. w Warszawie na co dzień. Muszę jednak przyznać, że się myliłam. Od chwili lądowania myślałam o tym, jak byłoby fajnie, gdyby był ze mną. Zastanawiałam się gdzie poszlibyśmy na kawę, o czym byśmy rozmawiali, jak chciałby spędzać czas i czy podobałoby mu się to, co widzi. Te myśli zaskoczyły nawet mnie samą, bo byłam dotąd samotnikiem, któremu nie potrzeba było towarzystwa. Coś się jednak zmieniło, a te piękne chwile chciałabym dzielić właśnie z Nim i we Włoszech postanowiłam, że w kolejną podróż pojedziemy już razem.
Wylądowałam w Bergamo tuż po 8 rano. Ponieważ byłam już w tym mieście (wpisy znajdziecie tutaj) to uznałam, że pójdę jedynie na krótki spacer po Città Alta, wypiję kawę i głównymi ulicami dolnego Città Bassa udam się na dworzec kolejowy, z którego w południe miałam pociąg do miasta Brescia. Podróż trwa godzinę, a bilet w 2 klasie kosztuje 4,80EUR.
O Brescia nie słyszałam wcześniej zbyt wiele, przewodniki jedynie coś wspominają, raczej symbolicznie. To jedno z większych miast Lombardii, drugie pod względem zaludnienia po Mediolanie, chociaż ma zdecydowanie inną atmosferę. Mieszka tam moja koleżanka Carolina, którą poznałam w czasie pobytu na Malcie. Spędziłyśmy razem 4 tygodni, pełne wrażeń i emocji. Byłyśmy ze sobą blisko, pomimo sporej różnicy wieku (jestem od niej o 7 lat starsza).
Po powrocie do Włoch postanowiła, że we wrześniu wyjedzie na rok do Australii, miałam więc okazję się z nią pożegnać. W ciągu 7 godzin udało nam się pośmiać, powspominać, zrobić kilka wspólnych zdjęć i nacieszyć swoim towarzystwem. Carolina zabrała mnie na spacer po swoim mieście - zobaczyłam m.in. zamek położony na wzgórzu, nową i starą katedrę, Pizza della Loggia z piękną wieżą zegarową i imponującym budynkiem ratusza. Najbardziej mnie chyba zaskoczył widoczny powyżej plac Piazza della Vittoria, ze swoją jakże charakterystyczną architekturą. 
Po lunchu w postaci najlepszej pizzy marinara jaką jadłam kiedykolwiek oraz karafki wyśmienitego wina, wsiadłyśmy do samochodu i pojechałyśmy nad jezioro Iseo. Pięknie wkomponowane w górski krajobraz, kameralne i pełne uroku, zrobiło na mnie bardzo pozytywne wrażenie. W środku tygodnia było pusto, spacerowałyśmy zupełnie same, ciesząc się słońcem. 
To jezioro możecie kojarzyć z "pływającym molo", które było wielką atrakcją tego lata i odwiedziło je setki tysięcy mieszkańców regionu oraz turystów. Z ciasno tkanego, żółtego nylonu, powstała kładka o długości ponad 4.5km łączącąca miejscowość Sulzano z wyspami Monte Isola i San Paolo. 
Trudno było nam się rozstać. Carolina to niezwykle zdolna i pozytywna dziewczyna (projektuje i szyje ubrania, to jej wielka pasja). Mam nadzieję, że wyjazd do Australii spełni jej oczekiwania, uda jej się znaleźć wymarzoną pracę, nauczyć perfekcyjnie języka angielskiego i przeżyć wielką przygodę. Pożegnałyśmy się i musiałam jechać dalej, do Wenecji. 
Bilet na pociąg ekspresowy kupiony z wyprzedzeniem kosztował zaledwie 9,90 EUR, a podróż trwała 1h23min (do dworca Venezia Mestre, skąd za 1,20EUR dojechałam w 12 minut na dworzec Santa Lucia). Wszystkie bilety kupowałam on-line jeszcze przed wyjazdem, więc nie musiałam się martwić, że nie zdążę na przesiadkę (miałam 7 minut, aby zmienić perony). 
Wysiadłam z pociągu i łzy wzruszenia stanęły mi w oczach, gdy zobaczyłam wyłaniającą się z ciemności znaną mi sylwetkę. Kasztanowe włosy, zgrabne nogi, krótka sukienka i duże okulary na nosie - to była Lara, którą poznałam na Malcie w grudniu i z którą ogromnie polubiłam się od pierwszej minuty. Byłyśmy w jednej grupie i trochę instynktownie usiadłyśmy obok siebie w ławce. Szybko się okazało, że nadajemy na tych samach falach i dużo nas łączy, chociaż też wiele dzieli. Spędziłyśmy wiele godzin rozmawiając i pijąc czerwone wino prosto z butelki, śmiejąc się i marząc o lepszej przyszłości.
Ostatniej nocy, siedząc na plaży w Paceville, obiecałam jej, że się spotkamy we Włoszech do końca przyszłego roku. Udało mi się dotrzymać słowa. Okazało się, że Lara mieszka w samym sercu Wenecji, o czym wcześniej nie wiedziałam, więc dotarłyśmy do domu w ciągu zaledwie 5 minut.
To były intensywne dni. Na codzień Lara pracuje jako tour leader - zajmuje się opieką nad uczestnikami wycieczek z całego świata w czasie ich pobytu w Wenecji. Zna to miasto świetnie, wieczorami jest też przewodnikiem po najstarszym na świecie żydowskim getcie.
Pierwszego dnia wybrałyśmy się na sąsiednie wyspy. Zaczęłyśmy od Murano, słynącej z produkcji wyrobów ze szkła. Każdy może wybrać się na darmowy pokaz ich tworzenia w jednym z licznych sklepów z pamiątkami. Figurki, misy, szklanki, kieliszki, wazony są naprawdę piękne, niezwykle kolorowe. Jeśli ktoś lubi takie dekoracje, na pewno będzie zachwycony, ale musi liczyć się z wysokimi kosztami. 
Następnie popłynęłyśmy promem na wyspę Burano, chyba najbardziej znaną w Weneckiej Lagunie. To ta słynna wysepka, pełna kolorowych budynków. Od ilości i pomieszania intensywnych odcieni aż kręci się w głowie! Kiedy oglądałam ją na zdjęciach na wielu blogach i w różnych artykułach, wydawała mi się bardzo sztuczna, stworzona wyłącznie pod turystów. Miałam szczęście, bo Lara pokazała mi bardzo lokalne zakątki.
Zabrała mnie też na tradycyjne ciastka z wyspy Burano. Proste, zwyczajne, a zarazem pyszne. Idealnie kruche, nie za słodkie, bardzo maślane. Chłopak Lary twierdzi, że tylko jedna cukiernia robi je jak należy, chociaż pozostałe też są podobno smaczne. 
W czasie spaceru barwnymi uliczkami trafiłyśmy na starszą panią, która siedząc na krześle zajmowała się robótkami ręcznymi. Musicie wiedzieć, że Burano słynie z koronek. Lara zaczepiła panią i wdałyśmy się w dyskusję. Staruszka poszła do domu, przyniosła pudełko pełne swoich wyrobów, zawołała też dwie koleżanki. Żar lał się z nieba, a my rozmawiałyśmy o historii koronkarstwa na wyspie. Dowiedziałyśmy się, że niewielkiego motylka z koronki robi przez kilka dni pięć osób (każda specjalizuje się w innym ściegu). Oryginalne produkty są drogie, gdyż ich tworzenie jest bardzo czasochłonne, a w sklepach przeważają chińskie podróbki. Niestety tradycja powoli wymiera, po śmierci tych pań (miały około 75 lat) nie będzie już komu się tym zajmować, gdyż młode dziewczyny nie chcą się uczyć. Lara kupiła maleńkie kolczyki, będące połączeniem szkła z Murano (biało-niebieska kuleczka) z koronką z Burano (w formie kwiatka okalającego kulkę), pożegnałyśmy się i ruszyłyśmy dalej. Bardzo cenię takie spotkania.
Ostatnim punktem tego dnia była maleńka wyspa Torcello, do której płynęłyśmy mniej niż 10 minut. Mieszka na niej na stałe kilkanaście osób, jest najbardziej dzika i spokojna. Znajduje się tu kilka restauracji otoczonych ogrodami, w których odbywają się np. kameralne wesela. Turyści pragną jednak zobaczyć Most Diabła i katedrę będącą przykładem architektury wenecko-bizantyjskiej. Spędziłyśmy tam godzinę i ruszyłyśmy w drogę powrotną do Wenecji (z przesiadką na Murano).
W sobotę miałam kilka godzin tylko dla siebie. Wstałam wcześnie rano, aby przepłynąć się Canale Grande. Później mogłam spacerować, gubić się w weneckich uliczkach, poznawać kolejne mosty, błądzić, aby odnaleźć się w zupełnie zaskakujących miejscach. Poszłam na Plac Świętego Marka, ale szybko uciekłam.
To nie była moja pierwsza wizyta w tym mieście. Najbardziej znane punkty zaliczyłam wiele lat temu, więc mogłam z czystym sumieniem ominąć tłumy turystów. Nie było to trudne, bo wystarczy minimalnie zejść z popularnej trasy, aby odnaleźć spokój i ciszę. 
Jaka jest Wenecja? Dla mnie zachwycająca i nigdy nie zrozumiem jak można powiedzieć, że jest brzydka (a znam wiele osób, które tak twierdzą). Jest turystyczna i zatłoczona, to bezdyskusyjny fakt, ale tylko w pewnym stopniu. Bez problemu można znaleźć zakątki, które nawet w sobotę bywają puste. 
Wenecja jest romantyczna, kolorowa, trochę bajkowa. Jedyna w swoim rodzaju, trudna do podrobienia. Pięknie wygląda, doskonale smakuje i pachnie całkiem przyjemnie. W niedzielę miałam lot powrotny z Treviso, więc moja krótka przygoda dobiegła końca. Spędziłam we Włoszech cudowny czas, spotkałam dwie ważne osoby i uświadomiłam sobie, że nie chcę już podróżować sama. Wierzę, że  z Nim może być jeszcze fajniej. 
TOP