19.12.17

Nasze kocie Święta

Jesteśmy wszyscy w środku gorączki przedświątecznych przygotowań. Świat wariuje, ze sklepów wylewają się tłumy, a mi w oczy ciągle rzucają się teksty o tym, jak przeżyć święta. Co chwila ktoś marudzi ile musi jeszcze posprzątać, ugotować, zrobić. Jakby od tego zależały udane lub nieudane Święta. U nas jest inaczej. Wolniej. 

1. Nie umyję w tym roku żadnych okien. I tak za chwilę będą brudne. 
2. Ulepię pierogi z kapustą i grzybami. Bo lubię i sprawia mi to przyjemność.
3. Nie biegam po sklepach, bo skromne i praktyczne prezenty starałam się kompletować cały rok.
4. Odbiorę z naprawy stary gramofon babci. Wiem, że płyty z lat młodości są tym, za czym tęskni.
5. Zrezygnowałam z choinki. Na ulicach jest tyle świątecznych ozdób, że odczuwam lekki przesyt. 
6. Pierwszy raz kupiłam prezent sobie. Taki, o jakim marzyłam od dawna i ciągle żałowałam pieniędzy.
7. Święta będą skromne. Bez 12 potraw, bez większych szaleństw w kuchni. Zdecydowanie kameralne. 
8. Na jeden dzień zaszyjemy się w domu i będziemy robić NIC. Totalnie nic. I to będzie fantastyczne. 
9. Adoptowaliśmy kota. I to było najlepsze z możliwych zakończenie tego średnio udanego roku. 

Wilhelmina jest z nami od 5 dni. Początki nie są łatwe, ale się staramy. Procedura adopcyjna trwała blisko miesiąc, a zaczęło się tak niewinnie... Ola Makulska (ta od Luśki!) napisała, że taki jeden Wafel szuka domu tymczasowego. Wafel to pies, a ja akurat miałam być 2 tygodnie w domu. Po operacji, więc po zastanowieniu uznałam, że mogę nie dać rady. Zaczęliśmy wtedy rozmawiać z Markiem o zwierzaku. On uwielbia wszystkie czworonogi. Z wzajemnością. Przy naszym trybie życia w grę wchodził tylko kot. Zawsze lubiliśmy szare, krótkowłose dachowce. Z taką intencją zajrzałam na strony fundacji i schronisk. I wtedy zobaczyłam JĄ. 

Tak już w życiu mam, że albo zakocham się od razu albo nie zakocham się wcale. Tak było z Portugalią, z Markiem i z Wilhelminą też. W pierwszej chwili pomyślałam, że pewnie już trwają jakieś rozmowy, że pewnie się nie uda. Odłożyłam sprawę na tydzień, ale myślałam o niej codziennie. Po 7 dniach wciąż tam była i czekała. Zadzwoniłam. I tak się zaczęło. To zdjęcie z lewej strony to jej pierwsze minuty w domu. Totalna dezorientacja. Była tak biedna i przestraszona, że się w sobotę popłakałam patrząc na jej minkę. Siedziała skulona pod szafką w przedpokoju, na Marka zimowych butach i sobie cichutko kwiliła. W niedzielę dała się pogłaskać. W poniedziałek przyszła do nas do pokoju (na krzesło pod obrusem, ale zawsze). Dziś dała się wyszczotkować i rozgościła się na kanapie. Kończymy rok wchodząc w coś zupełnie nowego. Daje mi to dziwny spokój w sercu. 

Nie zmęczcie się w te Święta. Cieszcie się chwilą. Odpocznijcie. Najlepszego!

7.12.17

Czy jechać nad morze gdy pada deszcz?

Jak dotąd nie miałam okazji napisać ani słowa na temat naszego wrześniowego urlopu nad morzem. Co prawda wrzesień to już nie do końca lato, ale z tego co wiem z opowieści znajomych, to całe minione wakacje nad Bałtykiem nie zachwycały piękną pogodą. Większość czasu wiało, padało i było chłodno. Tylko nielicznym szczęśliwcom udało się skorzystać z uroków plaży i morza. Tak już jest i nic na klimat nie możemy poradzić.
Decydując się na urlop nad polskim morzem trzeba być przygotowanym na wszystko. Gwarancji upału i słońca nie ma nigdy, pogoda barowa zdarza się często, a ceny w popularniejszych miejscowościach powoli doganiają te z europejskich kurortów. Muszę jednak przyznać, że kocham Bałtyk miłością absolutną i to się nie zmieni nigdy. 
Nawet gdy sztorm porywa połowę plaży, wielkie krople deszczu uderzają o parapet przez całą noc, a za dnia nie dają od siebie nawet na chwilę odpocząć. Nic nie może się równać z zapachem morza, krzykiem mew, smakiem smażonej ryby i gofrów z bitą śmietaną, parawanami rozstawionymi jeden przy drugim w ładniejsze dni. 
Od wielu lat jeżdżę w jedno i to samo miejsce - do Mikoszewa. Małej nadmorskiej wsi położonej gdzieś w połowie drogi między Gdańskiem a Krynicą Morską. Cichej i spokojnej, jeszcze nie zepsutej masową turystyką. Do długiej i szerokiej plaży prowadzi las. Las tak wyjątkowy i piękny, że poznam go zawsze i wszędzie. Kiedy zobaczyłam reklamę Allegro "Lemoniada" serce zabiło mi szybciej - od razu wiedziałam, że kręcili ją właśnie tam!
To moje miejsce na ziemi. Takie do którego się wraca z utęsknieniem. Tak było też tym razem. Cieszyłam się bardzo na myśl o urlopie, szczególnie, że był to pierwszy dłuższy mój i Marka. Razem. Byłam ciekawa czy na pewno lubimy tak samo spędzać czas i czy będziemy się dogadywać tak dobrze jak w codziennym życiu. Na szczęście zdaliśmy ten egzamin śpiewająco, pomimo niesprzyjającej aury. Hmm, nawet bardzo niesprzyjającej. 
Deszcz padał non stop przez 8 dni. Nie odpuścił nam ani razu na dłużej niż 3h z rzędu. Zdarzały się przerwy kilkunastominutowe, ale to zazwyczaj kiedy byliśmy w samochodzie i było nam w sumie wszystko jedno. 
Nie ma jednak tego złego, co by na dobre nie wyszło. Jeśli dopisałaby nam ładna pogoda to pewnie nie ruszylibyśmy się z plaży, a tak? Zwiedziliśmy naprawdę spory kawałek Żuław Wiślanych i Mierzei Wiślanej.
Nie sądziłam nawet, że to tak ciekawe i pełne niespodzianek okolice! Zrobiliśmy łącznie około 700km. Nie traciliśmy dobrych humorów i chodziliśmy również na plażę. Jak to mówią w Szwecji "Nie ma złej pogody, są tylko źle ubrani ludzie". Czy jakoś tak :) Mierzeja Wiślana i Żuławy skradły nasze serca. Brakuje tam tzw. "oczywistych atrakcji". Ba, brakuje nawet publikacji i przewodników, co dla mnie akurat było fajnym wyzwaniem - musiałam się dobrze przygotować. Było warto! Podziwialiśmy podcieniowe domy, skromne i urokliwe kościoły, zagubione w czasie cmentarze Mennonitów, muzea, kolorowe łódki na pustych plażach oraz mniej popularne miasta i miasteczka.
To tak w ramach wstępu. Nad morzem może być fajnie nawet gdy pada. Bo morze samo w sobie jest relaksujące, pełne tajemnic i ukrytego piękna. Wystarczy odrobina pozytywnego myślenia, własna kuchnia (żeby nie zbankrutować w kiepskich barach!), kalosze, polar i dobry plan. Jaki był nasz? Opowiem wkrótce!

29.11.17

Przepis na maltańskie ricotta qassatat

Qassatat to obok pastizzi jedna z najpopularniejszych maltańskich przekąsek. Jedno i drugie to rodzaj pieczonych pierogów wypełnionych farszami. Różnią się ciastem - quassatat robione są z kruchego, a pastizzi zbliżonego fakturą do ciasta filo. Najczęściej można je spotkać wypełnione słoną ricottą lub szpinakiem z dodatkiem ricotty. Pastizzi są tańsze (kosztują około 0,35-0,50 EUR za sztukę), quassatat nieco droższe (ok. 1 EUR), ale też znacznie bardziej sycące i mimo że ciężkie, to mniej tłuste. Kaloryczne jednak jak diabli! Kupuje się je w małych okienkach gastronomicznych lub budkach oraz w barach, kawiarniach. 
Często opowiadam Markowi o czasie spędzonym na Malcie, więc postanowiłam iść krok dalej i przygotować mu to szybkie danie. Skorzystałam z tego przepisu. Bardzo ważna jest  tu ricotta, która musi być smaczna. My na szybko kupiliśmy w Lidlu i to był błąd - z ricottą ma tyle wspólnego, co nic. Polecam jednak dopłacić i kupić jakąś włoską (w Warszawie np. w Piccola Italia). Na pewno muszę jeszcze poćwiczyć ich składanie - najładniej wyszły te, które kleił Marek. Na zdjęciu powyżej możecie zobaczyć jak powinny wyglądać te idealne. 

  Qassatat tal-irkotta (4-5 średnich sztuk)

200 g mąki pszennej 
100 g zimnego masła
1/2 łyżeczki proszku do pieczenia
szczypta soli i trochę wody 

na farsz: 
200 g dobrej jakości sera ricotta
1 jak najmniejsze jajko 
        sól morska (całość powinna być słona)

Dodatkowo: 1 jajko do smarowania ciasta

Wszystkie składniki farszu połączyć, wymieszać i odstawić. Mąkę przesiać do miski, wymieszać z proszkiem do pieczenia, dodać pokrojone zimne masło, sól i trochę wody (około 1-2 łyżki). Wyrobić gładkie ciasto i uformować z niego grubszy rulon. Pokroić na plastry (1.5cm grubości). Każdy plaster rozwałkować na równy placek (ok. 2mm). Nakładać farsz i zawijać boki do góry tak, aby utworzyć coś na kształt małego wulkanu :) Wyłożyć na papier do pieczenia, posmarować roztrzepanym jajkiem i piec 20 minut w piekarniku nagrzanym do 200*C. 

Smacznego!

24.11.17

Jesień w Białymstoku

W połowie października gościliśmy na weselu pod Łomżą. Zabawa była przednia. Ponieważ sił w niedzielę mieliśmy jeszcze sporo, postanowiliśmy zboczyć z drogi powrotnej i odwiedzić dawno niewidziany Białystok. 
Pierwszy i jak dotąd ostatni raz byłam w Białymstoku kilka lat temu, w wakacje. Taki weekendowy wypad, który nieco pokrzyżowała pogoda - lało jak z cebra całe dwa dni, bez chwili wytchnienia. Nie przywiozłam wówczas żadnych zdjęć, ale bawiłam się świetnie - dobre towarzystwo i ładne miejsce do szczęścia w pełni wystarczy. 
Tym razem wpadliśmy do miasta tylko na dłuższy spacer i obiad w barze mlecznym Podlasie (ich zupy i syrniki podlaskie są doskonałe!). Oczywiście tradycyjnie przywitał nas deszcz, ale później było już coraz pogodniej.
Dużym zaskoczeniem była dla nas Jesień! O wiele bardziej zaawansowana niż w tym samym czasie w Warszawie. Kolorowe drzewa obok tych wciąż soczyście zielonych, a do tego dywany żółtych liści pod stopami.
Efekt zdumiewający i zachwycający. Zaparkowaliśmy samochód przy Bramie Wielkiej prowadzącej do Pałacu Branickich. Spacer zaczęliśmy od dziedzińców pałacowych, następnie do głównej części ogrodów. 
Cóż to jest za miejsce! Jeden z najładniejszych ogrodów barokowych w naszym kraju, pełen rzeźb i atrakcji takich jak Altana pod Orłem. Można się poczuć jak we Francji wśród wypielęgnowanych klombów i alejek. 
To świetne miejsca na spacer, jak też na odpoczynek, obserwowanie kaczek na wodzie lub sesję zdjęciową. 
Cieszę się, że miałam ze sobą swój kieszonkowy aparat - żałowałabym bardzo, gdym nie mogła zrobić zdjęć. 
Następnie udaliśmy się na Rynek Kościuszki, pewnie najbardziej znane miejsce w Białymstoku. Jego centrum z ratuszem, urokliwą fontanną, mnóstwem restauracji, lodziarni, kawiarni i barów. Jak już wspomniałam, my akurat jedliśmy w pobliskim barze mlecznym. Byłam w nim kilkukrotnie w czasie pierwszej wizyty, a że ostatnio głównie rozczarowuję się kulinarnie, wybrałam go znowu. Karmią świetnie, niedrogo i w przyjemnym wnętrzu. 
Marek miał jeszcze ochotę na lody, więc zajrzeliśmy do lodziarni reklamującej się jako najlepsze "naturalne" (mam już dość tego słowa przy KAŻDYCH lodach) w mieście, ale niestety były słodkie, twarde i niesmaczne. 
Ostatnim przystankiem tego dnia był Park Planty. Byłam nim zauroczona kilka lat temu i cieszę się, że wciąż zachwyca. Teren jest duży, bo ok. 14ha i różnorodny. Są tam wysokie drzewa, jest różany zakątek, staw, Aleja Zakochanych z ogromną, podświetlaną wieczorami fontanną. Całość stylowa i mocno trafiająca w mój gust. 
Białystok jest dobrą propozycją na jednodniową lub weekendową wizytę. Można jeszcze ruszyć na spacer szlakiem murali, odwiedzić Muzeum Podlaskie, zwiedzić wnętrza Pałacu Branickich, cerkwie, Muzeum Historii Medycyny i Farmacji. Możliwości jest dużo. Byliście w Białymstoku? Lubicie to miasto?

18.11.17

Madera - 7 miejsc które wspominam do dziś

Od mojego urlopu na Maderze minęło już 7 lat. To były czasy, kiedy jeszcze nie robiłam zbyt wielu zdjęć, nie notowałam wspomnień ani nazw. W kieszeni mały, prosty aparat który ciągle się zacinał i nie zawsze chciał współpracować. Szkoda, bo to wyjątkowo piękna wyspa i chętnie wracałabym do uwiecznionych kadrów i chwil.
Pewnie niewielu z Was wie, że miałam kiedyś okazję opowiadać o Maderze na łamach magazynu Claudia. To była dość osobliwa przygoda, ale efekt pracy pani Elżbiety Wichrowskiej z działu Podróże i mojej znajdziecie tutaj - Wieczna Wiosna na Maderze. Muszę przyznać, że to naprawdę przyjemna pamiątka na całe życie. 
Do dziś w moich codziennych myślach jest kilka niezwykłych zakątków tej wyspy. Takich, do których chętnie bym się przeniosła w ponure dni. Zamykam oczy i hop! Jestem tam. Przedstawię Wam je dziś jeden po drugim.

1. Przylądek Ponta de São Lourenço
Klify, wiatraki, przepaści, puste przestrzenie i przenikliwy wiatr

2. Câmara de Lobos 
    Kolorowe miasteczko w którym swego czasu zakochał się sam Sir Winston Churchill

3. Curral das Ferias 
     Dolina Zakonnic. Miejsce, które wygląda jakby się odkrywało zaginiony świat

4. Ponta do Garajau 
 Piewsze i ostatnie w którym dałam sobie zrobić ładne zdjęcia ;) Ps. Eh, gdzie ta młodość?

5. Obiad na wschodzie wyspy
Serwowany na tarasie z widokiem na klif z wodospadem Veu de Noiva (welon Panny Młodej)

6. Porto Moniz 
Mglista, wietrzna i tajemnicza, najdalej wysunięta na wschód miejscowość wyspy


7. Jardim Tropical Monte Palace 
Zielony, soczysty, świeży. Według mnie najpiękniejszy ogród na tej pełnej roślin wyspie
Byliście na Maderze? Jakie miejsca zapadły Wam najmocniej w pamięć?

1.11.17

Czy da się żyć bez podróży?

Kiedyś twierdziłam, że się nie da. I że podróże są niezbędne do życia, jak powietrze. Odkąd 10 lat temu zaczęłam zarabiać pieniądze, byłam w drodze bardzo często. Wracałam z jednego wyjazdu, kupowałam kolejne bilety samolotowe lub autokarowe. I tak w kółko. Do czasu, bo od ponad roku nie byłam dłużej w żadnym nowym miejscu w Polsce ani za granicą. Ok, byliśmy we wrześniu tydzień nad morzem. Deszcz lał 24h na dobę, niewiele udało nam się zobaczyć, ciężko było korzystać z uroków Bałtyku, a poza tym znam to miejsce od lat. W wakacje staraliśmy się organizować jednodniowe wypady w okolice Warszawy lub nieco dalej, ale to niestety nie to samo. 
Muszę niechętnie przyznać, że bez podróży da się żyć. Mam się całkiem nieźle, czas mija tak szybko, że strach się bać. Mija tydzień za tygodniem, weekend za weekendem. Tryb Dom-Praca-Dom rozgościł się w naszym życiu na dobre. Do tego od jakiegoś czasu pracujemy na zakładkę - ja wychodzę, gdy Marek jest w domu i wracam, gdy on dopiero zaczyna u siebie przerwę. Czasem się uda wyrwać wolną chwilę na spotkanie ze znajomymi (niestety nie tak często jakbym sobie tego życzyła) albo na kino czy kolację na mieście. Weekendy też nie zawsze są do naszej dyspozycji, co dodatkowo utrudnia planowanie wyjazdów czy rezerwowanie biletów.
Powiem szczerze, że przez miniony rok bardzo doceniłam to, co podróże mi dały w ciągu ostatnich lat. Podjęłam najlepszą możliwą decyzję stawiając wszystko na jedną kartę, poświęcając większość wolnego czasu i pieniędzy na wyjazdy wtedy, gdy było to jeszcze możliwe. Wtedy, gdy nie było zbyt wielu problemów i codziennych komplikacji. Do tego bycie singielką z pewnością dawało mi pewną niezależność, mogłam robić co chciałam i nie musiałam się do nikogo dostosowywać. Znajomi nie mieli chęci lub urlopu? Jechałam sama do Portugalii, Szkocji albo na Maltę. Towarzystwo nigdy nie było mi niezbędne. Czasami zabierałam ze sobą Mamę, ale od kiedy sprawiła sobie kota (a właściwie to ja jej go sprawiłam) to już podróże jej nie w głowie. Ponieważ teraz u mnie z czasem wolnym nieco łatwiej niż u Marka, to teoretycznie mogłabym pojechać sama. Mogłabym, ale nie chcę.
Skoro pojęłam decyzję, że będziemy razem to podróżować też bym chciała razem. Nie należę do tych dziewcząt co wieszają się na swoim facecie i oddychać bez niego nie umieją, wręcz przeciwnie - bardzo potrzebuję własnej przestrzeni. Nie dotyczy to jednak podróży. Lubię je za bardzo, aby nie dzielić ich z tym, którego sobie wybrałam. Rok temu byłam kilka dni we Włoszech i było mi przykro, że nie możemy razem podziwiać wspaniałych miejsc i budować wspólnych wspomnień. Mam koleżanki w związkach, które podróżują samotnie (nawet przez kilka miesięcy), szanuję ich decyzje i podziwiam wytrwałość, ale to nie dla mnie. Ja chcę razem!
Tęsknię za emocjami, które dają podróże - ekscytacją związaną z ich planowaniem i przygotowywaniem programu zwiedzania, radością i podnieceniem w czasie jazdy na lotnisko, przyjemnymi motylami w brzuchu w czasie startu i lądowania samolotu, prawdziwym szczęściem jakie daje odkrywanie nowych miejsc, poznawanie lokalnej kuchni czy spotkania z ciekawymi ludźmi. Jest wiele miejsc, które chciałabym odwiedzić. Mam nadzieję, że nasza sytuacja jest przejściowa i jeszcze uda nam się zwiedzić razem trochę Europy.
Czy da się żyć bez podróży? Da się, ale to życie jest dla mnie takie trochę niepełne. Uczę się nowych rzeczy, staram się rozwijać, znajdować zajęcia zastępcze. Ale moja dusza jest niespokojna, nie umie usiedzieć w miejscu. Te miesiące były też dla mnie inną nauką. Nabrałam pokory - kiedyś mówiłam, że jak się chce, to zawsze się da. Zrozumiałam, że nie zawsze tak jest... gdy trzeba spiąć kilkanaście elemenów czasowo-finansowych i jeszcze znaleźć przestrzeń na realizację marzeń to pewne rzeczy wychodzą gorzej niż kiedyś.
Jakiś czas temu rozmawiałam z moim znajomym - młodym Francuzem, z którym mieszkałam przez kilka tygodni. Poleciał na Maltę, żeby nauczyć się angielskiego i znaleźć dobrą pracę. Od powrotu jesteśmy w okazjonalnym kontakcie. Dużo narzekał, że pracy idealnej nie ma, że nie czuje się spełniony i jest trochę rozczarowany. Napisałam mu - podróżuj, poznawaj świat. Na pracę, frustrację i poważne życie  przyjdzie jeszcze czas ;) Miesiąc temu wysłał mi zdjęcie z Australii. Wyjechał tam na rok - pracuje na farmie, a w międzyczasie zwiedza i świetnie się bawi. Ucieszyłam się. To bardzo ważne, żeby wykorzystywać okazje i dobre momenty w życiu. Nie odkładać planów na później, płynąć z falą, gdy opatrzność sprzyja. Stracone szanse bolą chyba najbardziej.
Przykro mi, że chwilowo nie możemy podróżować, jednak jestem wdzięczna sama sobie za decyzje z lat minionych i za to, że konsekwentnie realizowałam swoje zamierzenia. Wierzę, że to jeszcze nie koniec i wiele wciąż przede mną. A przede wszystkim przed nami. Czasami zastanawiam się co zrobić z blogiem. Czy ma on jeszcze jakikolwiek sens? Niech jeszcze zostanie, bo chociaż powoli się zmienia to wciąż jest memu sercu bliski. Może nie będzie już tak w pełni podróżniczy, ale wciąż jest o czym pisać. Ps. Zdjęcia do tego wpisu pochodzą z Estonii, którą mieliśmy odwiedzić tym razem wspólnie we wrześniu, ale niestety się nie udało.

22.10.17

Żyrardów w jeden dzień

Wyszło trochę słońca i w końcu znalazłam w sobie motywację do napisania kilku słów o Żyrardowie. Odwiedziłam go w tym roku dwukrotnie - po raz pierwszy wiosną na wstępne zwiedzanie, a po raz drugi pod koniec czerwca w czasie obchodów Święta Lnu. Ewa, oto obiecana relacja z Twojego rodzinnego miasta! 
Żyrardów położony jest bardzo blisko Warszawy, więc nie zrywaliśmy się o świcie. Wyjechaliśmy na spokojnie po śniadaniu, dojechaliśmy na miejsce tuż po 10, a pomimo tego czekały na nas bardzo atrakcyjne miejsca parkingowe w samym sercu industrialnej części miasta. Pogoda dopisywała, ruszyliśmy więc na spacer. 
Dobrą decyzją było udanie się do Punktu Informacji Turystycznej która mieści się w pięknym budynku Resusy fabrycznej i co ciekawe jest czynna ... od poniedziałku do piątku. W mojej świadomości to miasto istniało jako perfekcyjny cel weekendowych wypadów, ale cóż... W każdym razie trafiliśmy na bardzo miłego pana, który poświęcił kilka chwil na poszukanie dla nas mapy z trasą spacerową. Nie znalazł jej, ale wytłumaczył jak dojść do Urzędu Miasta Żyrardów z Wydziałem Promocji, gdzie otrzymaliśmy ją od ręki.
Centrum Żyrardowa nie jest duże, więc można bez problemu spacerować samodzielnie a nie narzuconą trasą, ale oceniam wysoko wartość merytoryczną tej publikacji. Mapa jest czytelna, trasa ciekawa, a poszczególne obiekty dobrze opisane. Można wyraźnie poczuć powiew historii i dawnej świetności tego miasta. 
A że historia ta jest niezwykle ciekawa to naprawdę warto się z nią zapoznać. Dość stwierdzić, że swego czasu Żyrardów był lnianą potęgą, a znajdująca się w nim fabryka była miastem w mieście. Był to doskonale funkcjonujący, samowystarczalny organizm. Budynki fabryczne sąsiadowały z domami robotniczymi pracowników, szkołami i ochronką dla ich dzieci, szpitalem. Wszystko było na miejscu, a poszczególne części fabryki łączył węzeł transportowy. Wydawało sie, że wszystko działa prężnie i bez zarzutu.
Aż do 23 kwietnia 1883, gdy w zakładach wybuchł pierwszy strajk powszechny spowodowany obniżeniem wynagrodzenia pracowników szpularni. Film "Strajt Szpularek - historia prawdziwa", polecam zobaczyć jeszcze przed wizytą w mieście. W późniejszych latach zakłady przeżywały wzloty i upadki, a w czasie II Wojny Światowej do Żyrardowa wkroczyły wojska niemieckie i powstał tam obóz przejściowy. To zarys historii, uważam jednak, że godna jest bardziej szczegółowego poznania. Pomaga zrozumieć współczesne oblicze miasta. 
Warto wiedzieć, że w Żyrardowie na liście zabytków znajduje się blisko 300 obiektów! Większość z nich znajdziecie na terenie dawnej osady fabrycznej. Ogromne wrażenie robi fasada kościoła pw. Matki Bożej Pocieszenia, ale dla mnie zachwycające były szczególnie dawne budynki fabryczne. 
Pięknie wkomponowane są w codzienność mieszkańców. Dawne domy robotnicze wciąż są zamieszkane, a wśród ścian Starej Przędzalni powstał gustowny pasaż handlowy i świeżo oddane do użytku ekskluzywne lofty. 
Jestem wielką miłośniczką industrialnej architektury (zachwywałam się nią już wcześniej przy okazji wizyty w Łodzi). Z wizytą w Żyrardowie wiązałam duże nadzieje i się ani trochę nie zawiodłam. Spacer po mieście był wielką przyjemnością i chwilą wytchnienia od gwaru Warszawy. Niezwykle miły czas spędziliśmy w przepięknym Parku Dittricha (niestety znajdujące się w nim Muzeum Mazowsza Zachodniego było wówczas nieczynne z powodu zmiany ekspozycji). Przez miasto przepływa rzeka o wdzięcznej nazwie Pisia Gągolina.
Wisienką na torcie zwiedzania Żyrardowa jest na pewno Muzeum Lniarstwa im. Filipa de Girarda. Znajduje się ono niedaleko parku, a wstęp jest bezpłatny (mile widziane cegiełki na jego utrzymanie). Można w nim zobaczyć imponujących rozmiarów i wagi maszyny lniarskie, dowiedzieć się więcej o historii lniarstwa oraz wyobrazić sobie jak trudna i wyczerpująca była to praca. Tym, czego mi brakowało była większa ilość lnianych tkanin czy gotowych rzeczy obrazujących jakie cuda z nich powstawały (ubrania, obrusy i inne dobra). 
W czasie Święta Lnu to właśnie tam działo się najwięcej, my jednak przyjechaliśmy zbyt wcześnie żeby załapać się na większość atrakcji W pobliżu muzeum było już zresztą na tyle tłoczno, że postanowiliśmy uciec do parku. 
Był on jeszcze piękniejszy niż kilka tygodni wcześniej! Spacerowaliśmy alejkami ciesząc się sobą, piekną pogodą i początkiem lata. Teraz, z początkiem jesieni z radością wspominam te chwile. Byliście w Żyrardowie? 
TOP