29.5.17

Kolorowe podwórko we Wrocławiu

Lubisz nieoczywiste atrakcje w odwiedzanych miastach? Ja bardzo! Odkrywanie tego, o czym nie mówią przewodniki daje mi wielką satysfakcję. Alternatywne oblicza miast potrafią naprawdę zaskoczyć!
Spędziliśmy ostatnio z Markiem dwie godziny we Wrocławiu (było to nasze miejsce przesiadkowe). Zastanawiałam się co z tym czasem zrobić - po raz kolejny pójść na Rynek lub Ostrów Tumski, oglądać te same co zwykle miejsca? Postanowiłam poszukać czegoś innego, mniej oczywistego.
Przeszukując Internet trafiłam na informację o niezwykle oryginalnym podworku na Nadodrzu. Od razu wiedziałam, że wybierzemy się właśnie tam. To była świetna decyzja!
Sprawdzając lokalizację zorientowałam się, że możemy przejść się ulicą Świdnicką, przez kolorowy wrocławski rynek, zajrzeć do małego ogrodu przy Ossolineum, do Hali Targowej, a potem w kolejnych kilka minut dotrzeć na miejsce, zahaczając po drodze o Wyspę Młyńską. Czy doskonałe dwa w jednym!
Nadodrze, jedna z dzielnic Wrocławia, przywitała nas nieco smętnym, szarym klimatem. Piękne, mocno zaniedbane kamienice, opuszczone budynki i niezbyt atrakcyjne, ponure bloki. Skręciliśmy w Roosevelta, znaleźliśmy numer 5a i okazało się, że nie ma żadnej bramy. Byłam zaskoczona, ale ruszyliśmy przed siebie.
Kilkanaście metrów dalej pojawiła się wskazówka - pomazana ściana prowadząca w głąb podwórka. Byłam ciekawa co tam na nas czeka. Wcześniej udało mi się poczytać o historii podwórka. Powstało w sąsiedztwie Ośrodka Kulturalnej Animacji Podwórkowej, a jego wygląd to efekt wspólnej pracy artystów i mieszkańców.
Kolorowe podrórko we Wrocławiu to opowieść o ludziach "opowiedziana" pędzlem na ścianach budynku. Widzimy pojedyncze osoby i całe rodziny. Dzieciaki biegające za piłką, kolorowe zwierzęta i bajkowy, niezwykle barwy świat wyobraźni. Taka stylistyka może się podobać lub nie, ale nie da się przejść obok niej obojętnie.
Spacerując wzdłuż ściany i robiąc zdjęcia czuliśmy się obserwowani z okien, ale też przez panów popijających coś ze szklanych butelek i mijających nas mieszkańców. Ciekawa jestem co oni o tym miejscu sądzą, czy są z niego dumni czy wręcz przeciwnie. Jeden z nich nas zaczepił pytając, czy chcemy tu kupić mieszkanie, gdyż niektóre są na sprzedaż. Pan zdecydowanie nie wyglądał na miłośnika tej formy sztuki.
Powiedział, że nie rozumie czemu ludzie tutaj przychodzą i robią zdjęcia, przecież ściany wyglądają paskudnie. Był niezwykle miłym i uśmiechniętym człowiekiem, w jego głosie nie było złości czy natarczywości, raczej ciekawość. Odpowiedziałam, że jest to miejsce z pewnością osobliwe i w jakiś sposób wyjątkowe.
Te ścienne malowidła o tak zróżnicowanej tematyce, ulokowane gęsto jeden obok drugiego, są oryginalne, to na pewno. Czy są ładne? To już kwestia gustu. Ja mimo wszystko uważam, że każda forma sąsiedzkiej i społecznej aktywności jest fajna. W czasach tysięcy identycznych podwórek, wnętrz mieszkań i zawartości szaf, każdy przejaw inności czy własnej inicjatywy odbieram pozytywnie. Jeśli mieszkańcy mieli dość bylejakości i potrzebowali farb, aby pokolorować rzeczywistość to mogę jedynie pogratulować odwagi i nie śmiem tego oceniać.

22.5.17

Krótki spacer po Iseo

W trakcie mojej wrześniowej wizyty we Włoszech zamierzałam spotkać się z pewną dziewczyną, którą poznałam na Malcie. Spędziłyśmy z Caroliną wiele wspólnych dni, przegadałyśmy dziesiątki godzin. Śmiałyśmy się i płakałyśmy, walczyłyśmy wspólnie z emocjami i wspierałyśmy się w trudnych chwilach.
Dzieli nas kilka lat życia i doświadczeń. Carolina ma 23 lata, skończyła studia, ma mnóstwo pomysłów i pasję którą jest projektowanie i szycie ubrań. Pomimo tego nie wszystko idzie po jej myśli. Kiedy się poznałyśmy była na życiowym zakręcie, zupełnie jak ja. Zbliżyło nas to, chociaż szukałyśmy odpowiedzi na zupełnie inne pytania.
Dużo się od siebie nauczyłyśmy, każda z nas przekazała tej drugiej coś wartościowego. Kiedy dowiedziałam się, że planuje wyjechać jesienią do Australii i być może zostać tam na zawsze, od razu podjęłam decyzję o spotkaniu.
Carolina urodziła się i mieszka w mieście Brescia, które położone jest na trasie między Bergamo, gdzie lądowałam, a Wenecją do której zmierzałam. Umówiłyśmy się na dworcu. Gdy wysiadałam z pociągu, czekała już na peronie i rzuciła mi się na szyję. W planach był lunch i spacer po centrum, ale dowiedziałam się, że uległy one zmianie.
Carolina zaprowadziła mnie na parking i powiedziała, że zawiezie w ważne dla niej miejsce, do którego często ucieka latem. Nie wiedziałam dokąd zmierzamy, ale niespodzianka się udała!
Po niespełna 30 minutach jazdy dotarłyśmy do miasteczka Iseo, położonego nad jeziorem o tej samej nazwie. Uwielbiam takie miejsca, szczególnie poza sezonem! Na pierwszy rzut oka skojarzyło się z Lecco nad jeziorem Como, które odwiedziłam dwa lata wcześniej. Połączenia gór i wody zachwyca mnie nieustannie. Z czym może kojarzyć Wam się to lombardzkie jezioro? Z Floating Piers, czyli "położoną" na jeziorze kładką / molo, po której można chodzić. Owa instalacja pojawiła się w zeszłym roku na przełomie czerwca i lipca, przyciągając tłumy miejscowych i turystów. W czasie mojej wizyty było na szczęście pusto. 
ch widziałyśmy na ulicach szli sobie bez pośpiechu. Turstów nie było prawie żadnych, nawet w kawiarniach i restauracjach. Jak na pierwsze dni września widok totalnie zaskakujący. Zamówiłyśmy kawę, zimną wodę i usiadłyśmy przy brzegu. Czas na chwilę stanął w miejscu.
To był krótki spacer. Dwie godziny spędzone w nieco sennym miasteczku przyklejonym do idealnie błękitnej tafli jeziora. Chłonęłam każdą chwilę i drobiazg, ciesząc się towarzystwem tej ciemnookiej dziewczyny. Myślałam o tym, jak wiele w niej odwagi, wdzięczności za wszystko co ma, mądrości niezwykłej jak na tak młody wiek. Rozmawiałyśmy dużo o jej podróży do Australii, nadziejach które z tym odległym państwem wiązała. W portfelu przysłowiowe grosze, ale co z tego, skoro głowa pełna marzeń? Czuła, że to miejsce dla niej. Minęły miesiące, od dwóch jest z powrotem we Włoszech. Powiedziała mi, że było cudownie, że Australia jest wspaniała, ale Dom jest tam, gdzie ludzie których się kocha. Uśmiechnęłam się na myśl, że jej i moja historia zatoczyły takie samo koło.
Promenada w Iseo

9.5.17

Maltańskie wspomnienia - Dingli Cliffs

Kościółek na Dingli Cliffs na Malcie
Niedługo minie rok od mojego powrotu z Malty. Bardzo intensywny i pełen zmian, które gdyby nie ten wyjazd być może nie miałyby w ogóle miejsca. Jestem wdzięczna za czas, który tam spędziłam i który pozwolił mi zrozumieć czego od życia chcę, co ma znaczenie, a co jest co prawda miłe, ale  w gruncie rzeczy nieistotne. Myślę dziś o Malcie z uśmiechem, ale bez większych porywów serca. To był bardzo ważny etap, ale co było to minęło.

3.5.17

Molo Cafe w Płocku

Cafe Molo Płock Menu
Od zeszłorocznego powrotu mojej mamy z Płocka, słyszałam bez przerwy o tym miejscu. Że muszę się wybrać koniecznie, że jest totalnie w moim stylu i na pewno będę zachwycona. Dałam się namówić w minioną niedzielę.
Molo w Płocku
Jest to dość nowy lokal, gdyż został otwarty w 2014 roku. Ze względu na lokalizację w uroczym pawilonie na Płockim molo, jest to miejsce sezonowe (otwiera się w kwietniu i zamyka z początkiem jesieni). Właściciele prowadzą też całoroczne cukiernie Lukrecja w Sochaczewie i Żyrardowie, utrzymane w zupełnie innym klimacie. Cafe Molo faktycznie jest taki jak lubię najbardziej. Jasne, przeszklone, w pierwszej kolejności stawiające na biel uzupełnioną marynistycznymi dodatkami. Pachnie słońcem i morzem, łódkami kołyszącymi się na falach, leniwymi popołudniami na piaszczystej plaży i wiatrem rozwiewającym włosy. Mam słabość do takich wnętrz.
Wnętrze Cafe Molo Płock
W weekend niestety pogoda nas nie rozpieszczała. Było chłodno, pochmurno i niezbyt przyjemnie. Jestem pewna, że jest jeszcze milej w słoneczne dni, gdy ciepłe promienie wpadają do środka i można usiąść przy jednym ze stolików ustawionych na zewnątrz. Będę chciała wybrać się tam ponownie w jakiś letni dzień. Co serwują w kawiarni? Przede wszystkim kawę, herbatę, własnej produkcji lody i ciastka. Wybór deserów lodowych jest tak duży, że naprawdę ciężko coś wybrać. Miłym zaskoczeniem było dla mnie to, że zaserwowano mi świeże maliny i borówki amerykańskie (spodziewałam się mrożonych). Lody były smaczne, ale bardzo słodkie.
Miejsce jest wypełnione przemyślanymi detalami i obrazkami z szeroko rozumianą tematyką morską w tle. Moja kobaltowa torebka z latarnią morską i podszewką w koniki morskie czuła się tam jak ryba w wodzie ;)
Torebka Little Hobo zuzia górska
Molo Cafe to klimatyczny zakątek, który cieszy się chyba dużą popularnością. Jego dużym plusem jest na pewno lokalizacja - trafia tam każdy, kto wybiera się na spacer po molo. Większość osób na pewno zajrzy do środka i skusi się tym wspomnieniem wakacji nad morzem. Dotarliśmy tam około 10.30 i w środku było pusto. Mogłam zrobić zdjęcia i zajrzeć w każdy kąt. Po godzinie kiedy wychodziliśmy, w środku był już komplet gości.
Lody w Cafe Molo Płock
Jeśli będziecie w Płocku to musicie tam zajrzeć. Jeśli nie wybieraliście się do Płocka to się wybierzcie, bo miasto jest godne uwagi, a Cafe Molo to taka wisienka na torcie. Cieszy zmysły i daje przyjemną chwilę wytchnienia.
TOP