10.6.18

Letnie spowolnienie

W tym roku lato przyszło zaskakująco wcześnie. Od ponad miesiąca pogoda zachwyca mnie każdego dnia, a poranne promienie słońca wywołują szeroki uśmiech. Latem jest mnie zdecydowanie mniej w Internecie. Pozbyłam się Messengera, kontakt z Facebookiem ograniczam do minimum, na bloga zaglądam raz na jakiś czas. Najczęściej bywam na Instagramie, bo jest szybki, wygodny i zawsze pod ręką. Lato to czas detoksu. 

Miesiące od maja do sierpnia to szczyt sezonu w pracy (turystyka). Oznacza to 8-10h dziennie gapienia się w komputer w biurze i jeszcze czasami pracę zdalną z domu. Do tego dochodzą sobotnie zbiórki przed letnimi obozami oraz inne obowiązki. Nie zawsze wszystko idzie zgodnie z planem, nerwów nie brakuje, więc żeby nie zwariować muszę zachować równowagę. Najgorsze tygodnie właśnie nadchodzą, więc żegnaj laptopie!

Niech najbliższe miesiące będą czasem względnego odpoczynku, oczyszczania przestrzeni dookoła siebie z przedmiotów i złych myśli, picia kawy na balkonie (a ten Wam pokażę na pewno!), spacerów o świcie, drapania kota za uchem i jednodniowych wypadów za miasto. Co prawda wychodząc z domu o 8 i wracając o 19.30 trudno mówić o czystym relaksie, ale te wolne chwile pomiędzy pracą a dzwoniącym telefonem służbowym postaram się wykorzystać jak najlepiej. Będę wpadała tutaj z wizytą, chociaż pewnie nieregularnie.

A Ty latem przyśpieszasz czy spowalniasz? 

18.5.18

Wyspa, która zmieniła wszystko

Dokładnie 2 lata temu wróciłam z Malty. Powinnam powiedzieć "Oh, jak to szybko zleciało", ale nie! Mam wrażenie, że minęła cała wieczność. Nie myślę o tamtej przygodzie zbyt często, ale dziś naszło mnie na słowo osobistego podsumowania. Nigdy nie należałam do osób, które biorą sprawy w swoje ręce i dają się ponieść fali chwilowego entuzjazmu. A wtedy? Z dnia na dzień pożegnałam się z nielubianą pracą, spakowałam walizkę, pojechałam na lotnisko i w pewien mroźny styczniowy dzień wyleciałam z Polski. Nie oglądając sie za siebie.
Dla wielu ludzi to nic niezwykłego. Dla mnie to była rewolucja. Dotąd bałam się porażek, wolałam ich unikać. Wybierałam bezpieczne rozwiązania. Szukałam co prawda swojej drogi, nie bałam się zmian, ale ciągle coś blokowało mnie od środka. Byłam jak łódka kołysząca się na niespokojnych wodach. Przywiązana do brzegu i totalnie zależna od zalewających ją fal. Ogromnie nie lubiłam tego przytłaczającego uczucia. Częste podróże stały się namiastką wolności, formą ucieczki od codzienności i rzeczywistości.
W podróży świat był lepszy. Bardziej kolorowy, radosny i beztroski. Mogłam wyłączyć telefon, zapomnieć o wszystkim, co przytłaczało mnie w "zwykłym" życiu. To nakręcało do działania, poszukiwania i odkrywania.
Wiedziałam, że coś jest nie tak. Nie wiedziałam jednak co. Niby szukałam odpowiedzi, ale nie zadawałam sobie zbyt wielu pytań. Uciekałam. Jeździłam, zwiedzałam, chłonęłam. Pisałam o wielu wspaniałych miejscach i cudownych chwilach, które dawały mi złudne poczucie niezależności. Robiłam setki zdjęć, goniąc i pędząc. Wydawało mi się, że takie tempo jest fajne. Rozwijające. Ciekawe. Zawsze trzeba było jednak wrócić. Nienawidziłam powrotów, pustego mieszkania i nie czerpałam żadnej  przyjemności z życia, które wiodłam.
Wychodząc rano z domu czułam, że trzęsę się w środku i nie ma we mnie spokoju. Wchodziłam do biura i wykonywałam odtwórcze zadania, które mnie bardzo dołowały. Wiele osób mówiło mi, że "Praca to tylko praca". Trzeba przyjść, zrobić swoje nawet jak jest nudne i monotonne, a potem wyjść ciesząc się, że pod koniec miesiąca pieniądze wpłyną na konto. Nigdy się z tym nie zgadzałam. Chciałam mieć pracę, którą będę lubić. Nieidealną, ale dającą mi satysfakcję. Zmieniałam, szukałam. Bez skutku. Każda uwierała mnie tak samo mocno. Chwilowe ukojenie dawało szukanie kolejnych biletów, wyjazdy w piątek i wieczorne powroty w niedzielę.
Tydzień spędzony na Malcie w grudniu 2015 roku dał mi to, czego się nie spodziewałam. Chwilę refleksji nad sobą. Wiarę, że moje życie może być bardziej interesujące. Inspirujące. Pełne nowych wyzwań. Byłam wtedy na skraju rozpaczy, czułam, że jak czegoś natychmiast nie zmienię to rozerwie mnie od środka. Pożegnałam starą pracę bez odrobiny sentymentu. Zamykając za sobą drzwi czułam jak spada mi wielki ciężar z serca. Kupiłam bilet w jedną stronę na tę małą, śródziemnomorską wyspę wiedząc, że coś tam czeka. Ale właściwie co?
Nie wiedziałam dokładnie, ale czułam, że to będzie przygoda, która zostawi po sobie ślad. Wszystkie zdjęcia z tego wpisu zrobiłam tego samego dnia. To była niedziela, pierwszy dzień "nowego" życia. Wiele było wówczas niewiadomych, chociaż dominującym uczuciem nie był strach, a wielka ufność. W ludzi i w świetlaną przyszłość. Brzmi to banalnie, ale mówiąc, że chcę tam szukać pracy, podświadomie chyba chciałam odnaleźć siebie. Miałam rację myśląc, że po Malcie życie nie będzie takie samo. Z tym, że jedyne co się zmieniło, to... JA.
Z perspektywy czasu patrzę na tę maltańską ucieczkę i całą związaną z nią historię z dużym dystansem. Byłam niemądra i mocno zagubiona. Nie umiałam znaleźć sobie miejsca w świecie. Źle dobierałam ludzi z którymi spędzałam czas i traciłam go na złudzenia. Ten wyjazd, tych kilka miesięcy pozwoliły mi się otrząsnąć. Przewartościować. Odwagą nie było to, że rzuciłam nudną robotę i poleciałam gdzieś w nieznane. Odwagą było to, że w końcu zaczęłam zadawać sobie pytania i na nie szczerze odpowiadać. Czego mi w życiu brakuje? Co mi przeszkadza? Co mnie boli? Czego potrzebuję? Czego szukam? Co wychodzi mi dobrze? Co beznadziejnie? Jak widzą mnie inni? Czy dostaję od ludzi tyle, ile z siebie daję? Co jest ważne, a co nie ma większego znaczenia?
To był dziwny czas. Czułam się jakbym jechała rozpędzoną kolejką na wesołym miasteczku, co też było widać na blogu. Chciałam coś zmienić, ale nie wiedziałam do końca co i kurczowo trzymałam się bezsensownych rozwiązań i niewłaściwych osób. Nie umiem opisać tego, co sie we mnie działo i chyba nawet nie chcę. Zawiodłam się na ludziach i na samej sobie też. Zamęczałam świat opowieściami pełnymi żalu, lęku i negatywnych emocji. Ta zła energia musiała się w końcu skumulować. Walnęła niespodziewanie w szklaną szybę od wanny, która rozbijając się zrobiła też przy okazji wielką dziurę w umywalce wynajmowanego mieszkania i pozbawiła mnie resztek nadziei oraz ostatnich oszczędności. Paradoksalnie - ten najgorszy moment, był najlepszym. Siedziałam na podłodze i płakałam, a w radio leciało "Out of the woods" Taylor Swift. Trochę to dziwne, ale zaczęłam się w nią wsłuchiwać i poczułam się lepiej niż kiedykolwiek. Wstałam, otrzepałam się, kupiłam bilet powrotny i z ulgą wróciłam do domu. Ludzie mówili "Nie poddawaj się, nie wracaj tak szybko", ale ja się nie poddałam. Wiedziałam, że w końcu znalazłam to, czego szukałam.
Co mi dał ten czas? Dorosłam. Pogodziłam się ze sobą i polubiłam własną niedoskonałość. Odetchnęłam. Razem z tym uczuciem przyszedł spokój. Więcej zrozumienia i wyrozumiałości dla siebie samej, ale też dla innych. Więcej uśmiechu i dobrych myśli, które pozwalały łatwiej znosić kolejne niepowodzenia. Pojawiło się wiele emocji o których nie miałam dotąd pojęcia, a które bardzo mi się podobały. Postanowiłam zwolnić, o wiele cierpliwiej i uważniej rozmawiać sama ze sobą. Unikać ludzi, którzy sprawiają, że lubię siebie mniej, że staję się przy nich niepewna i słaba. Ludzi, którzy pod pretekstem troski i dobrych rad zabierają mi energię, a nawet podcinają skrzydła. Nauczyłam się stawiać granice i odmawiać. Z niektórymi drogi rozeszły się jakoś naturalnie, zabrakło nagle wspólnych tematów. Po raz pierwszy w życiu zaczęłam wysyłać CV na inne stanowiska niż do tej pory i od razu znalazłam pracę. Pojawiła się wdzięczność za wszystkie małe rzeczy i większa otwartość na to, co przyniesie los. Może dlatego przyniósł tak dużo dobrego?
Minione 2 lata były pełne problemów, zawirowań, przeszkód. Przebrnęłam przez nie jednak znacznie spokojniej niż kiedyś. Dziś jestem inną osobą, a do tego jest przy mnie Marek, którego poznałam zaraz po powrocie do kraju. Wiem, że nie byłoby go, gdyby nie to, co przeżyłam na tej pełnej skrajności wyspie. Gdybym nie odnalazła siebie, nie byłoby nas. Nie byłabym gotowa i nie umiałabym tego docenić. Nie żałuję tego wyjazdu - łez, smutku, rozczarowań, porażek. To one doprowadziły mnie do chwili, w której piszę te słowa. Dalekiej od ideału, ale grzejącej od środka i dającej poczucie spełnienia. Chwili, od której w końcu nie chcę uciekać.

13.5.18

Lizbona w 8h - czy to realne?

Jeden dzień w Lizbonie to tyle, co nic. 8h w Lizbonie to tak mało, że w ogóle szkoda gadać. Zdarza się jednak, że więcej czasu nie ma i już. Przy dobrej organizacji można zobaczyć naprawdę dużo i jeszcze chwilę odpocząć, zjeść coś pysznego i po prostu porozkoszować się chwilą. Dziś opowiem jak zrobiliśmy to my. 

8.5.18

Lista miejsc z których Lizbona zachwyca

Punkty widokowe w Lizbonie są według mnie jedną z najmocniejszych stron miasta. Stolica Portugalii kusi magicznymi widokami, dla których czasem warto wdrapać się pod górę w piekącym słońcu. 

3.5.18

"Mieć czy być?" Z Weroniką o Anglii i małych gestach, które zmieniają świat

Szukałam pomysłu na kolejną rozmowę, a ten przyszedł sam. Weronika wysłała do mnie wiadomość z informacją o małym projekcie, który realizuje w swoim angielskim domu. Pojawiło mi się w głowie mnóstwo pytań i pomyślałam, że warto zadać je na głos. Może kogoś temat zaciekawi, a może to Ty postanowisz skorzystać? Połączenie przyjemnego z pożytecznym jest zawsze dobrym pomysłem! Zapraszam do lektury!

20.4.18

Koty z podróży

Koty - sympatyczne stworzenia, które często są cichym towarzyszem naszych podróży. Wylegują się na słońcu, miauczą gdzieś w tle lub rozbrajającym spojrzeniem proszą o podzielenie się posiłkiem. Niektóre chude i wygłodzone, inne żyją jak przysłowiowe pączki w maśle. Czasami serce płacze na ich mizerny widok, innym razem oko się raduje ich życiowym zadowoleniem. Dużo ich szczególnie na południu - w ciepłych krajach, pełnych turystów od których zwykle trafi się miłe słowo i jakiś smaczny kąsek. Przeglądając różne foldery ze zdjęciami zorientowałam się, że mam ich naprawdę dużo. To fajny materiał na lekką, przyjemną i puchatą galerię. Pozwól zatem, że przedstawię Ci moje ulubione koty z podróży!

11.4.18

Zakochani w Olsztynie

Olsztyn jezioro łódki
Nigdy nie planowałam wyjazdu do Olsztyna. Nie miałam o tym mieście większego pojęcia, nie widziałam zbyt wielu zdjęć, nie słyszałam szczególnie ciekawych historii z nim związanych. Nikt ze znajomych tam nie mieszkał, nie studiował, nie spędzał wakacji. Do zeszłego roku to miasto było poza moim okręgiem zainteresowań.

4.4.18

Moje ulubione maltańskie plaże

Mieszkając przez chwilę na Malcie, miałam takie miejsca do których chętnie i często wracałam. Dziś pokażę Wam jedno z nich. Nie bez znaczenia jest fakt, że mój pobyt na wyspie przypadł na zimę. To najniższy sezon turystyczny (chociaż oczywiście odwiedzających nie brakuje!), a zarazem zdecydowanie najchłodniejszy.

22.3.18

Zanurz się w zielonym Londynie!

Niestandardowe atrakcje Londynu są tym, czego poszukuję intensywnie za każdym razem, gdy planuję podróż do tego miasta. Centrum znam dość dobrze i nie budzi we mnie już większych emocji.  Chcę czegoś innego!

18.3.18

Magiczny i tłoczny Portobello Market

Portobello Market w Londynie
Portobello Market to jeden z najbardziej popularnych targów w Londynie. Zlokalizowany jest w Notting Hill i rozciąga się wdłuż długiej, a przy tym efektownej ulicy Portobello Road. Kilkadziesiąt lat temu był to zwykły targ ze świeżą żywnością, potem powoli zaczęły pojawiać się na nim sprzedawcy ubrań i innych przedmiotów. Zaczął się zmieniać, rozwijać i nabierać blasku. Dziś jedną z największych atrakcji tej części Londynu.

9.3.18

Londyn za darmo - lista pięknych miejsc

Les Senteurs perfumeria Elizabeth Street Londyn
Bezpłatne atrakcje Londynu to temat o którym od dawna chciałam napisać! Pod tym względem Wielka Brytania jest cudowna - wysokie koszty noclegu i życia rekompensuje mnóstwem darmowych atrakcji. I to jakich! 😊

Londyn jest wspaniałym, pełnym życia i tłocznym miastem. Gubię się w nim, aby za chwilę się odnaleźć. Lubię chodzić po nim bez celu, bo zawsze znajduję powód, dla którego warto było skręcić właśnie w tę, a nie inną ulicę. Londyn to dla mnie przede wszystkim życie ulicy, jej dźwięki, rytm, smaki, tajemnice. To ludzie, tak bardzo różni i tak bardzo fascynujący. Targi. Sztuka ulicy. Piękne parki. A to wszystko - całkiem za darmo! 
Galeria Narodowa w Londynie Trafalgar Square

DARMOWE MUZEA W LONDYNIE

  • Muzeum Historii Naturalnej - imponujący gmach i imponujące wnętrze, dla dużych i małych 
  • Muzeum Nauki - nauka i technika w jednym miejscu 
  • Muzeum Wiktorii i Alberta - zachwycające eksponaty z wielu krańców świata 
  • Muzeum Londynu - wspaniałe miejsce prezentujące różne ważne wydarzenia z życia miasta 
  • Muzeum Brytyjskie - historia starożytna w najlepszym wydaniu 
  • Galeria Narodowa - znakomite dzieła znakomitych artystów w samym sercu Londynu 
  • Narodowa Galeria Portretu - kolekcja portretów najważniejszych postacji w historii kraju
  • Tate Modern - galeria sztuki współczesnej z tarasem widokowym na 10 piętrze
  • Tate Britain - brytyjskie malarstwo i rzeźba 
  • Mediateka Brytyjskiego Instytutu Filmowego 
  • Narodowe Muzeum Morskie - w Greenwich, jedno z największych tego typu na świecie 
  • Muzeum Doków - malowniczo położone wśród wieżowców Canary Wharf 
  • Muzeum Designu - stare muzeum w nowym miejscu (okolice Holland Park) i nowoczesnej odsłonie
  • Galeria Serpentine - położona wśród zieleni ogrodów Kensington obok Hyde Parku 
  • Galeria Whitechapel - galeria położona nieco na uboczu, ale w ciekawej i wielokulturowej okolicy 
  • Imperialne Muzeum Wojny -  doskonałe miejsce dla miłośników militariów
Fontanna w Regent's Park w Londynie

NAJPIĘKNIEJSZE PARKI LONDYNU

  • Regent's Park - mój ukochany londyński park, szczególnie jego część z ogrodem różanym 
  • St. Jame's Park - klimatyczny park położony w sąsiedztwie pałacu Buckingham
  • Hyde Park ze słynnym Speaker's Corner - miejscem wypowiadania publicznie swoich poglądów
  • Ogrody Kensington - urokliwe miejsce na weekendowy odpoczynek 
  • Greenwich park z Królewskim Obserwatorium Astronomicznym 
  • Park Richmond - największy ogrodzony park Europy!

Targowisko Borough Market Londyn

LONDYŃSKIE TARGI

  • Brick Lane Market - artystyczna, kolorowa okolica z energetycznym pchlim targiem 
  • Portobello Market - tłoczne, ale na swój sposób urokliwe (obowiązkowe dla fanów Hugh Granta!)
  • Borough Market - jedno z najstarszych targowisk w Londynie (w doskonałej lokalizacji!) 
  • Camden Market - miejsce barwne, bardzo charakterystyczne, komercyjne, ale dla mnie wyjątkowe 
  • Columbia Road Flower Market - cudne miejsce pełne kwiatów!
  • Apple Market - targ pełen różności w pawilonie w Covent Garden 

Neal's Yard Londyn i Covent Garden

MODNE MIEJSCA LONDYNU

  • Carnaby Street - ciekawa, handlowa ulica ukryta wśród pięknych budynków i pubów
  • Neal's Yard - magiczny zakątek w dzielnicy Covent Garden 
  • Peggy Porschen Cakes i inne kolorowe, pełne kwiatów sklepy na Elisabeth Street (Belgravia)
  • The Yvy Chelsea Garden - restauracja POD którą każdy chce mieć zdjęcie 
  • Covent Garden - tętniące życiem, muzyką i kulturą miejsce dla każdego 
  • Royal Exchange Grand Cafe - restauracja w stylu bardzo posh 
  • Burlington Arcade - kryta galeria handlowa 
  • Leadenhall Market - piękny pawilon handlowy, który fanom Harrego Pottera może kojarzyć się z Ulicą Pokątną (nie bez powodu!)
  • Coppa Club przy London Bridge - masz ochotę na filiżankę kawy w szklanej kuli z widokiem na Tamizę?
  • Okolice London Bridge i Tower of London - zawsze na topie!
  • Doki Świętej Katarzyny - klimatyczne miejsce na popołudniowy spacer
  • Uliczki dzielnic Hampstead, Belgravia, Kensinghton, Earl's Court
Coppa Club Londyn z widokiem na The Shard

NAJLEPSZE DARMOWE PUNKTY WIDOKOWE LONDYNU

  • Sky Garden - spektakularny widok z przeszklonego wieżowca (wymagana rezerwacja on-line)
  • Taras widokowy Tate Modern - piękna panorama miasta z 10 piętra 
  • Wzgórze Greenwich Park - ciekawa zabudowa dzielnicy z wieżowcami Canary Wharf w tle 
  • Primrose Hill - wzgórze będące częścią ogromnego Regent's Park 
Little Venice Londyn

TRASY SPACEROWE PO LONDYNIE

  • Free Tour of London - 2.5h spaceru po centrum miasta opartych na zasadzie "pay what you like"organizowana przez Sandeman's New Europr
  • Spacer wzdłuż Tamizy z mapą Ani i Marcina z gdziewyjechac.pl 
  • Spacer po City - nowoczesność w klasycznym wydaniu (mapa)
  • Spacer po Little Venice
  • Spacer Soho - China Town - Covent Garden - szczególnie piękny wieczorową porą!
  • Spacer wzdłuż doków - wspaniała opcja dla kochających wodny klimat (znalazłam taką mapkę)
Picadilly Circus Londyn

KLASYKI, KTÓRE MUSISZ ZOBACZYĆ 

  • Westminster - Gmachy Parlamentu, Big Ben, Westminster Abbey z widokiem na London Eye
  • Słynne place - Picadilly Circus, Leicester Square, Trafalgar Square 
  • Tower of London (z zewnątrz), przejście London Bridge z widokiem na Tamizę i miasto 
  • Spacer The Mall w kierunku Pałacu Buckingham na uroczystą zmianę warty 
  • Window shopping na Oxford Street i Regent Street
  • Harrods - jeden z najbardziej znanych luksusowych domów towarowych gratis
  • Katedra Św. Pawła, przejście kładką Millenium Bridge pod Tate Modern 

WYBIERASZ SIĘ DO LONDYNU? 

⇒⇒⇒ Zobacz też wpis LONDYN PRAKTYCZNIE - JAK ZORGANIZOWAĆ WYJAZD? ⇐⇐⇐

Został on zaktualizowany w marcu 2018 

4.3.18

Jak się spakować w bagaż podręczny? Mój sekret

 Podróż z bagażem podręcznym
Podróż z bagażem podręcznym tanimi liniami Ryanair czy Wizz Air stała się codziennością. Ceny bagażu rejestrowanego są coraz wyższe i przy krótkich wyjazdach nie ma sensu do niego dopłacać. Wiele osób zastanawia się jednak, jak spakować się na kilka dni w plecak lub małą walizkę, pojawia się wizja pogniecionych lub zalanych szamponem ubrań. Sama kiedyś unikałam bagażu podręcznego. Dziś go uwielbiam! 

Bagaż podręczny jest wygodny - nie trzeba się z nim odprawiać, można iść prosto do kontroli bezpieczeństwa (po dokonaniu odprawy on-line i wydrukowaniu wcześniej karty pokładowej), nie trzeba na niego czekać po przylocie na lotnisko docelowe co pozwala oszczędzić czas. Pozwala też oczywiście oszczędzić pieniądze

Co ciekawe biura podróży, które dotąd korzystały z przelotów czarterowych (można było zabrać bagaż główny i podręczny w cenie wycieczki), coraz częściej tworzą pakiety oparte o przeloty właśnie tanimi liniami. W cenie podstawowej jest wówczas wyłącznie bagaż podręczny, a za rejestrowany trzeba dopłacić rezerwując wyjazd. 
Jak pakować ubrania w bagaż podręczny?
Dozwolone wymiary bagażu podręcznego w tanich liniach lotniczych prezentują się następująco:

  • WizzAir - bezpłatny bagaż nie może przekraczać wymiarów 55 x 40 x 23 cm i wagi 10 kg. Osoby z wykupionym Wizz Priority mogą zabrać też małą torebkę lub laptopa (o wymiarach 40 x 30 x 18 cm). 
  • Ryanair - bezpłatny bagaż nie może przekraczać wymiarów 55 x 40 x 20 cm i musi ważyć do 10 kg, a dodatkowo każdy może zabrać ze sobą mały bagaż o wymiarach 35 x 20 x 20 cm.

Osoby podróżujące z dziećmi do lat 2-óch mogą również zabrać wózek oraz jedzenie dla niemowląt na czas podróży. Linie zastrzegają sobie również możliwość przeniesienia bagażu podręcznego do luku bagażowego, więc warto wszystkie ważne rzeczy (portfel, dokumenty, aparat, telefon) mieć przy sobie. 
Bagaż podręczny jak mądrze spakować
Co można przewozić w bagażu podręcznym? To pytanie zadają sobie najczęściej osoby, które lecą po raz pierwszy. Prawda jest taka, że można zabrać ze sobą wszystko co jest nam potrzebne na wyjeździe - nawet płyny, ale w pojemnikach o pojemności do 100 ml czy jednorazowe maszynki do golenia z ostrzem w pudełku. 

Czego nie można przewozić w bagażu podręcznym? 
  • Płynów w opakowaniach większych niż 100 ml 
  • Ostrych przedmiotów takich jak nożyczki o ostrzach powyżej 6 cm, noże, scyzoryki, śrubokręty itp.
  • Raczej nieinteresujących turystów przedmiotów typu maczety, broń palna, wiertarki, piły, lutownice
Kosmetyki w bagażu podręcznym
W co się spakować podróżując z bagażem podręcznym? Ja kiedyś chętniej zabierałam ze sobą małą walizkę, dziś zdecydowanie preferuję plecak. Dlaczego? Moje argumenty poniżej (ale możesz mieć inne zdanie!):

  • Plecak w mojej subiektywnej opinii jest wygodniejszy od walizki 
  • Plecak jest pojemny (mój mieści dokładnie tyle, co walizka, a jest dużo mniejszy)
  • Plecak jest lekki, a przy tym łatwo go dopasować do stojaków kontrolujących wymiary
  • Plecak nosi się na plecach, nie trzeba ciągnąć go za sobą po nierównych chodnikach
  • Plecak kompletnie nie przeszkadza w zwiedzaniu (jeśli nie mam go gdzie zostawić)
  • Plecak linie lotnicze traktują jak mały bagaż i proszą o umieszczenie go pod fotelem
  • Nie spotkałam się nigdy z tym, żeby plecak średnich rozmiarów został zabrany do luku 

Na jak długi pobyt bagaż podręczny będzie OK? To już zależy od właściciela. Znam osoby, które w taki plecak nie spakują się nawet na jeden dzień, ja zabieram go na 2-7 dni, a znam takich, co potrafią nawet na 2 tygodnie lub dłużej. Zabieram ze sobą wszystko co jest mi niezbędne (a nawet trochę więcej), lecz nie żałuję też miejsca na rzeczy bez których mogłabym przeżyć, ale lubię ze sobą mieć i ich obecność poprawia mój komfort.

Co spakować w bagaż podręczny? Oto co zawsze jest w moim plecaku. Dużo? Mało? Dla mnie w sam raz!
  • Malutka torebka na ramię i cienka, bawełniana torba do noszenia na miejscu
  • Dowód osobisty lub paszport (pamiętaj, że dowód osobisty też ma datę ważności!) 
  • Karta płatnicza, drobne monety i banknoty lokalnej waluty oraz trochę złotówek 
  • Karta pokładowa, voucher na nocleg i bilety (np. na przejazdy lokalnymi autobusami itp.)
  • Polisa ubezpieczeniowa
  • Notatki i wydruki związane z miejscem docelowym, trasy spacerowe, mapki itp. 
  • Kilka czystych kartek lub mały notesik i czarny długopis
  • Lekarstwa które przyjmuję na stałe + coś przeciwbólowego oraz kilka plastrów 
  • Telefon (z roamingiem 😏) z ładowarką 
  • Aparat fotograficzny z ładowarką i zapasową kartą pamięci 
  • Mały rozgałęziacz (na dwa gniazdka)* i przejściówkę jeśli jest niezbędna w danym kraju 
  • Małe łyżeczki (metalowe lub plastikowe) które przydają mi się naprawdę zawsze 
  • Klapki pod prysznic (cienkie), ręcznik (50 x 100 cm), torebka foliowa na brudy 
  • Chusteczki do demakijażu, mini krem do twarzy, 100 ml żel z szamponem, pasta i szczotka do zębów 
  • Podkład do twarzy, róż i mały pędzel, tusz do rzęs i gruba kredka, pomadka
  • Małe lusterko, mini spray do włosów, mini spray do ciała - zbędne, ale lubię je ze sobą mieć 
  • Poszewka na jaśka (wkładam w nią sweter lub szalik), zatyczki do uszu, czyścik do okularów 
  • Mała, lekka parasolka - to taka moja słabość, nie biorę jej wyłącznie latem lecąc na południe
  • Ubrania oraz bielizna - ten punkt chciałabym rozwinąć, bo według mnie jest najważniejszy 

Jakie ubrania spakować w bagaż podręczny? Moim zdaniem w umiejętnym pakowaniu ubrań tkwi sekret dobrego i szybkiego pakowania. Jeśli w Twojej szafie jest mnóstwo rzeczy, które do siebie nie pasują to prawdopodobnie stoisz przed nią z oczami pełnymi łez nie wiedząc co zabrać. Od kiedy wprowadziłam w życie minimalizm ubraniowy oparty na tym, że kupuję wyłącznie ubrania pasujące do siebie kolorystycznie (a nie na tym, że mam ich mało) spakowanie 2 osób zajmuje mi 15 minut. Moja szafa składa się w tej chwili wyłącznie z rzeczy: granatowych, białych, granatowo-białych i niebieskich (różne odcienie). Każda rzecz pasuje do pozostałych, bo większość jest gładka lub w bardzo delikatny wzór. Dotyczy to też dodatków. 

W bagażu podręcznym mam zawsze sporo ubrań. W tym temacie nie idę na żadne kompromisy. Nie wyobrażam sobie wyjazdu na kilka dni z 2 parami majtek czy 2 T-shirtami (argumentowanych "upierze się jakby co"). Muszę mieć czyste rzeczy na każdy dzień! Na 3-dniowy wyjazd zabieram 4 t-shirty, na 5-dniowy zabieram ich 7. Lubię mieć w zapasie i wiedzieć, że mogę się przebrać jeśli się zgrzeję lub zmoknę. To samo z bielizną. Biorę za to tylko jedne jeansy, jedną spódnicę jeansową (rajstopy można dokupić wszędzie + szybko schną), jeden pasujący do każdej z bluzek sweterek i bluzę z kapturem, czasem sukienkę. Do tego chusta lub szalik.

Marek pakuje się podobnie - na wyjazd do tygodnia zabiera bieliznę, skarpetki i gładki T-shirt na każdy dzień (plus 1 w zapasie), jedna rozpinana koszula w kratę i bluza z kapturem plus lekkie bawełniane spodnie i jeansy.

Mam przygotowane dwie wersje Listy Rzeczy Do Spakowania - jedną na krótki pobyt okołoweekendowy, a drugą na dłuższy 7-10 dni. Sięgam po nie zawsze zaczynając przygotowania do podróży, dzięki czemu nigdy o niczym nie zapominam i idzie to sprawnie. Warto je przygotować raz i korzystać z nich przy każdej podróży.

Plecaki widoczne poniżej zabraliśmy na 3-dniowy wyjazd zimą do Bratysławy i Wiednia. Jest w nich wszystko, o czym napisałam w poście i jeszcze starczyło miejsca na dwa opakowania Mozartkugel (kulek Mozarta) dla rodziny i kilka innych smacznych pamiątek. Miałam ze sobą aparat lustrzankę, a nie ten kieszonkowy ze zdjęcia.

* Dziwne? Mieszkałam przez 2 tygodnie w pokoju, w którym dla 3 osób było tylko 1 gniazdko i to w łazience!

14.1.18

Morskie Opowieści handmade dla WOŚP

Po raz pierwszy na aukcję WOŚP wystawiłam jakiś przedmiot już w 2003 roku. Co jakiś czas starałam się coś sprzedawać lub kupować, bo uważam to za fajny sposób wspierania akcji. Można w niej nabyć fajne rzeczy a przy okazji pomóc. A pomagać będę, bo dzięki Orkiestrze dzieją się ważne rzeczy. Przez blisko 2 lata byłam wolonariuszem fundacji spełniającej marzenia dzieci, często bywałam na oddziale dziecęcej onkologii jednego z warszawskich szpitali, rozmawiałam z rodzicami i lekarzami. Wiem, ile sprzęt zakupiony dzięki zbiórkom znaczy. 
Już w zeszłym roku chciałam wystawić na blogu jakąś aukcję, ale nie czułam tematu. Dlaczego? Ponieważ nie wiedziałam, co mogę zaoferować. Nie chciałam żeby to było coś, co można po prostu kupić w sklepie. Chciałam ofiarować coś tak zupełnie od siebie. Coś wyjątkowego, nawet jeśli niedoskonałego. I oto jest! Pierwsza od 8 lat moja cegiełka dla WOŚP. Rzeczy na które poświęciłam sporo czasu i włożyłam w nie dużo serca. Są tak bardzo "moje", że chyba bardziej się nie da. Oddaję te ulubione, z których jestem nawet całkiem zadowolona. 

Pytaliście czasami w wiadomościach prywatnych i na Facebooku czy moje pudełka można kupić. Jak dotąd nie można było, bo wciąż nie uważam żeby były to tak profesjonalnie wykonane przedmioty, żeby móc na nich zarabiać. Cały czas się uczę, ale również ich używam w domu i wiem, że funkcję użytkową spełniają dobrze. 

W skład oferowanego pod tym linkiem zestawu wchodzą:

* Minimalistyczny chustecznik z latarnią morską i mewami 
* Torba bawełniana która powstała w zaledwie 4 egzemplarzach (ten jest ostatni)
* Prosta zakładka do książki z kokardką, utrzymana w stylistyce całości
* Serwetnik na serwetki :) z motywem łódki z jednej, a rynki z drugiej strony
      * Niebieska ramka na zdjęcie (z IKEA) plus 3 zdjęcia mojego autorstwa (Lizbona i Meganisi)

AUKCJA ZOSTAŁA ZAKOŃCZONA

10.1.18

Szwedzkie chokladbollar - słodkie i pyszne!

Szwedzkie kulki chokladbollar
Do tego przepisu podchodziłam kilka razy. Za żadnym razem kulki nie smakowały jak te, które jadłam w czasie pobytu w Sztokholmie. Wychodziły albo mdłe albo za słodkie. W końcu udało nam się opracować recepturę doskonałą, bazując na połączeniu kilku różnych przepisów. Główną inspiracją był ten oparty na książce Per Morberg "Morberg", ale ze zmniejszoną znacznie ilością cukru. Według mnie są wystarczająco słodkie, więc nie ma co przesadzać. Ja akurat cukru nie jem w ogóle, ale goście i Marek mówili, że jest jak w sam raz.

Chokladbollar (20 niedużych kulek) 

200g bardzo zimnego masła
60g cukru
200g płatków owsianych
3 płaskie łyżki gorzkiego kakao
2-3 płaskie łyżki zimnej, mocnej kawy
6-7 łyżek wiórków kokosowych

Wszystkie składniki poza wiórkami kokosowymi wymieszać i zagnieść na gładką masę. Uformować małe kulki i obtoczyć je w wiórkach kokosowych. Najlepiej smakują schłodzone.

Smacznego! 

4.1.18

"Idź naprzód!" Z Martą o pasji, zmianach i odwadze

Marta Mytych Veganama
Martę poznałam kilka lat temu. Zaczynałyśmy razem pracę w jednym z biur podróży. Zawsze była sympatyczną osobą, ale wówczas nie miałyśmy ze sobą większego kontaktu i nie wiedziałam o niej wiele. Dwa lata temu Marta zamieszkała z rodziną w Sztokholmie. Od tego czasu zmieniła się nie do poznania i czerpię wielką przyjemność ze śledzenia Jej metamorfozy zarówno zewnętrznej jak i wewnętrznej. Jest autorką bloga Veganama. W zaskakujący sposób łączy życie rodzinne z nauką języka szwedzkiego, zajęciami w szkole, podróżami do Polski, zwiedzaniem Szwecji, sesjami fotograficznymi, wegańskim gotowaniem i tworzeniem nowych postów na blog. Bardzo mnie to inspiruje. Zapraszam Cię na pierwszy wywiad po długiej przerwie!

Wszystkie zdjęcia z tego wpisu są autorstwa Marty Mytych oraz  Marty Streng
Marta Mytych Veganama
Mieszkasz w Szwecji. Jak to się właściwie stało?
W Polsce przez wiele lat pracowałam w biurze podróży, lubiłam to, dużo podróżowałam. Przerwałam pracę, gdy zaszłam w pierwszą ciążę, a po urlopie macierzyńskim wyjechaliśmy do Szwecji. Zawsze chciałam zamieszkać w Skandynawii, coś mnie tam ciągnęło mimo, że nigdy wcześniej nie byłam na północy. Zaczęłam o tym intensywnie myśleć, rozmawiać z Arkiem, nieśmiało szukałam pracy dla obcokrajowców. Po kilku miesiącach rozmowy się zagęściły, bo mąż dostał propozycje pracy i wiedzieliśmy, że jak tylko warunki będą mu odpowiadały, to jedziemy. Decyzję podjęliśmy bardzo szybko. Miałam takie wewnętrze przeczucie, że będzie dobrze. Strach i niepewność była jedynie przez pierwsze kilka dni, ale myślę, że to normalne przy tak diametralnych zmianach w życiu. 

Czy zawsze chciałaś mieszkać blisko natury?
Bliskość natury bardzo przyciągnęła mnie do Skandynawii. Nawet na samym początku, kiedy mieszkaliśmy bliżej centrum Sztokholmu mieliśmy pod nosem rezerwat przyrody, jezioro, wszędzie dużo zieleni. Teraz mieszkamy w małym domku w lesie i jest to niesamowite doświadczenie. 
Mam wrażenie, że jesteś dziś zupełnie inną osobą niż 4 lata temu. Mam rację?bb
Zdecydowanie zmieniło się wiele. Byłam bardzo niepewna siebie, miałam ograniczone myślenie i nie sądziłam, że w życiu można robić coś więcej poza pracą biurową, w ZUS-ie lub wielkiej korporacji. Bałam się jeździć samochodem, mówić w obcych językach, trzymałam się bezpiecznych opcji i wolałam nie wychylać. Nie mówię, że zupełnie wyzbyłam się emocji, które towarzyszyły mi przez wiele lat, ale na pewno jestem teraz silniejszą i bardziej otwartą osobą. Cieszę się na nowe możliwości i wartościowe spotkania z ludźmi. To w Szwecji zaczęłam przełamywać stereotypy, walczyć ze swoimi słabościami. 

Kiedy zaczęłaś się interesować fotografią i dlaczego założyłaś bloga? 
Fotografia zawsze gdzieś była w mojej głowie, ale tak jak napisałam wcześniej, nawet przez myśl nie przeszło mi, że mogłabym się tym zająć. Lubiłam oglądać zdjęcia, podziwiałam pracę innych fotografów. Jednak bardzo nie lubiłam siebie na zdjęciach, to zaczęło się zmieniać, kiedy założyłam bloga. A powstał on początkowo dla grupki znajomych, którzy chcieli wiedzieć co u mnie słychać. Byłam wówczas w wegańskiej ciąży z Lili i stwierdziłam, że będę prowadzić taki dziennik. Trochę dla siebie na pamiątkę, ale i dla przyszłych mam, które zastanawiają się, czy na pewno wege ciąża to dobry wybór.
Veganama zdjęcia
Zaryzykuję stwierdzenie, że blog był początkiem większych zmian?
Dzięki blogowi zaczęłam się zmieniać, otwierać, poznawać ludzi. To bliscy znajomi i mąż namawiali mnie, żebym w końcu wzięła los w swoje ręce i spełniła marzenia dotyczące fotografii. Uczyłam się wieczorami i nocami, byłam tak wciągnięta w tutoriale na youtubie, że traciłam poczucie czasu. Nie wychodziło mi, byłam zła na siebie, sfrustrowana, ale czułam, że to coś mojego. Coś o co muszę zawalczyć. Moje zdjęcia były coraz lepsze, ale ciągle nie takie jak chciałam. Robiłam zdjęcia praktycznie codziennie. Założyłam konto na Instagramie, coraz więcej zdjęć pojawiało się na blogu. Pewnego dnia zepsuł mi się aparat. Nie miałam innego, więc nie było mowy o robieniu zdjęć, bo musiałam oddać sprzęt do serwisu. Płakałam jak bóbr, czułam jakby świat mi się zawalił, więc Arek sam zabrał się za naprawę. Udało mu się, a ja już wiedziałam, że nie mogę żyć bez fotografii.

Podjęłaś wyzwanie i wzięłaś się profesjonalną naukę fotografii. Co było najtrudniejsze?
W szkole największym wyzwaniem jak na razie była bariera językowa. Mój angielski nie jest super płynny, szwedzki tym bardziej, więc pierwsze lekcje były ciężkie. Czasami nie rozumiałam 80%, podpytywałam się ludzi, miałam włączony google translate w telefonie. Jednak wielokrotnie na lekcjach tak intensywnie myślałam, że chciało mi się spać ze zmęczenia (często mamy zasłonięte zasłony przy prezentacjach, co nie pomaga). Czułam, że trochę odstaje. Zajęcia w ciemni po szwedzku, zapamiętanie tych wszyskich precyzyjnych czasów, proporcji chemii przy wywoływaniu zdjeć, bywało wyzwaniem. Szczególnie, że wiele cennych informacji podczas pytań innych studentów mi umykało. Poza tym ze mnie to taka Zosia Samosia. Zadawanie pytań w obcym języku było na początku dla mnie bardzo trudne. Nie tylko dlatego, że nie mówię płynnie, ale dlatego również, że moja wrodzona nieśmiałość trochę mnie hamuje. Do dziś jestem pod wrażeniem samej siebie, kiedy na interview przyszłam wystraszona jak przed egzaminem ustnym na maturze. Obiecałam sobie, że będę mówić tylko po szwedzku, bo chcę pokazać, że mi zależy. Jak sobie założyłam, tak zrobiłam, jednak było to dla mnie spore wyzwanie (bardziej dla mojej głowy, która szukała odpowiedniego słownictwa w czeluściach bezsensowych wiadomości z internetu i bezwiednie zapamiętanych słów piosenek). Nie sądziłam, że się dostanę, ale po tym jak dostałam wiadomość, że przeszłam rekrutację, popłakałam się ze szczęścia.
Pasja. Warto ją rozwijać mimo trudności czy lepiej wybierać to, co pewne i stabilne? 
Myślę, że pasja to coś przy czym zapominamy o wszystkim dookoła. Coś co daje nam radość, coś bez czego nie wyobrażamy sobie codzienności. Kiedy robię zdjęcia tracę poczucie czasu. Podstawowe potrzeby np. napij się wody, zjedz coś nagle odchodzą na drugi plan (co nie jest do końca dobre). Z tą stabilnością to jest skomplikowana sprawa. Każdy kto zajmuje się freelancem, wie, że na początku bywa ciężko. Nawet nie na początku. Po prostu są okresy lepsze i gorsze. Mi dużo osób odradzało fotografię. Bo każdy teraz jest fotografem, jest ogromna konkurencja, telefony same robią zdjęcia itp. Liczyłam się z tym, że nie będzie mi łatwo na początku, ale wiedziałam też, że jeżeli tego nie spróbuję będę żałować. Jak się uprę na coś to nie ma zmiłuj. Wszystkie negatywne zdania na temat fotografowania puszczałam mimo uszu i robiłam swoje. Zależy mi na tym, żeby być bardzo dobrą w tym co robię. Wiem, że trzeba na to czasu, wiele nauki i pokory. Tak właśnie działam, cały czas rozwijam swoje umiejętności i zdaje sobie sprawę, że być może na razie będę musiała robić inne rzeczy zawodowo, żeby zapewnić sobie źródło utrzymania. Nie widzę w tym nic złego, bo to jest właśnie ta stabilność. Spokój ducha, żeby swobodnie móc działać kreatywnie z tym co kocham najbardziej. 
 Ciekawi mnie, skąd bierzesz energię i czas na wszystkie życiowe aktywności? Fotografia,
sport, rodzina, szkoła. Z boku wygląda to tak, jakby Twoja doba trwała co na mniej 48h!
Różnie z tym czasem bywa. Zdarzało się wiele zarwanych nocy, weekendowej pracy, nauki. Poświęcania pewnych dóbr, na rzecz pasji. To kwestia organizacji, priorytetów i nie robienia wymówek. Z dziećmi da się robić niemalże wszystko, również aktywność fizyczną można pogodzić. Iść na spacer zamiast jechać autem, zrobić krótki trening interwałowy, zrobić marszobiegi z wózkiem. Wspominam sesje zdjęciowe z nosidłem na plecach i spacerówką obok, zwiedzanie Sztokholmu z gośćmi, kiedy Arek wyjechał. Wspólne gotowanie. Wymaga to więcej cierpliwości, ale da się. Jednak w moim przypadku najważniejszy jest mąż. Bez niego to wszystko nie byłoby możliwe. On twardo stąpa po ziemi i niesamowicie mi pomaga. Często też sprowadza mnie na ziemię, kiedy za daleko odlecę w chmury ze swoimi pomysłami. Jego wsparcie jest dla mnie niesamowicie ważne. Zdarza mi się być przytłoczoną, "zarobioną", ale wiem jaki jest cel tego wszystkiego. Czemu to wszystko służy i do czego dążę. Teraz mam intensywny czas, wiele się zbiegło w jednym momencie, ale kiedy tylko mogę szukam spokoju. Trochę mnie mniej na blogu, częściej robie sobie wolne od bycia online. Staram się to wszystko pogodzić. 

Jakieś rady dla tych którzy mówią "nie da się", "nie dam rady", "to nie ma sensu"? 
Wiele osób mówi, że rezygnuje bo słyszą, że nie warto. Oczywiście, że nie wszyscy pałali radością na wieść o moich wyborach. Ale jestem już trochę zahartowana. Fakt, bliscy znajomi i Arek bardzo mnie wspierali od początku, ale były i osoby, które wbijały szpileczki, podkopywały moje poczucie celu i pewność siebie. Zawsze tak będzie, że coś komuś nie będzie pasowało. Nie ma co się przejmować zdaniem innych, którzy i tak jeszcze mogą je zmienić o 180 stopni. Tak było na przykład z przeciwnikami weganizmu. Jeżeli mocno wierzy się w to co się robi, nic nie jest w stanie nas powstrzymać.
TOP