3.5.19

Za co polubiłam Sycylię?

Położona na Morzu Śródziemnym Sycylia jest wyspą dużą, różnorodną i piękną. Ciekawa przeszłość ma odzwierciedlenie w zabytkach, architekturze, kuchni, tradycjach oraz zwyczajach mieszkańców. Miesza się ona z teraźniejszością tworząc fascynującą mieszankę, którą warto poznać dokładniej. Powodów, dla których warto odwiedzić Sycylię jest mnóstwo. Dziś chciałabym przedstawić 7 moich subiektywnych propozycji.
Kolory 
Pierwszym, co skradło moje serce na Sycylii było nasycenie wszystkich barw. Nie było dnia, żebym nie była wdzięczna za to, co widzę. Odcienie wody, budynków, zieleni i kwiatów. Mocne, wyraziste, charakterne. Dekoracje domów i balkonów, kolorowe płytki, stare samochody, nieco przykurzone skutery. Piękne.

Spokój
W czasie urlopu na Sycylii miałam wrażenie, że czas magicznie stanął w miejscu. Zniknął znany mi z codzienności pośpiech, stała potrzeba gonienia za czymś. Zwolniłam, rozkoszowałam się każdą chwilą. „Dolce far niente” nabrało nowego znaczenia. Dni wydawały się długie, a wszystkie plany realizowałam spokojnie, jeden po drugim. Z niektórych punktów zwiedzania rezygnowałam, bez żalu , na rzecz nieśpiesznej kawy w małej kawiarni, chwili błogiego lenistwa w urokliwym porcie czy zwykłego obserwowania życia mieszkańców.

Plaża w Cassibile
Widziałam na Sycylii kilka plaż, ale większość nie zrobiła na mnie wrażenia. Jedne były dzikie i kamieniste, inne pełne szarego piasku. Takie, jakich wiele. Była jednak jedna plaża, którą trudno zapomnieć - w miasteczku położonym blisko Syrakuz, przy Hotelu Fontane Bianche. Zatokowa, biała, długa i idealnie piaszczysta. Z łagodnym zejściem do morza, turkusową wodą. Niestety jest to plaża hotelowa, częściowo zamknięta.

Urokliwe Cefalù 
Nie bez przyczyny bywa nazywane Perłą Sycylii. Miasteczko, które skradło moje serce, znajduje się na północnym wybrzeżu wyspy, jakieś 80 km na wschód od Palermo. Usytuowane jest u stóp masywu skalnego la Rocca, posiada niską i jasną zabudową nad którą góruje wpisana na Listę Światowego Dziedzictwa UNESCO katedra. Cefalù, chociaż bardzo popularne wśród turystów, ma naprawdę niezwykły klimat. Pastelowe uliczki, pełne detali zaułki, lodziarnie serwujące najlepsze pistacjowe lody. Do tego deptak z ławeczkami, piaszczysta plaża i łódki kołyszące się na wodzie. Spędziłam tam kilka godzin, ale marzyło mi się więcej.

Kuchnia
O smakach Sycylii można napisać całą książkę (w sumie to niejedną napisano!), a i tak trudno będzie ją zrozumieć, jeśli się nie spróbuje samemu! Dla mnie była to jedna z najlepszych kulinarnych podróży, której nigdy nie zapomnę. Moje wspomnienia to pizza z pomidorowym sosem; makarony z aromatyczną oliwą i ziołami lub czarne z owocami morzai; duszone warzywa (caponata); smażone, nadziewane ryżowe kulki arancini; świeża ricotta jedzona z chrupiącym chlebem i odrobiną soli; mięsiste suszone pomidory; grillowane ryby oraz zapiekanka z parmezanem (parmigiana). Do tego mocna, gęsta kawa oraz dodatkowo moje ukochane cannoli sicilliani , czyli rurki nadziewane kremem na bazie słodkiej ricotty lub słodycze z marcepanu. A do lunchu i kolacji kieliszek lokalnego wina. Sycylia jest pyszna! Nie mam żadnych zdjęć, bo jadłam zamiast fotografować ;)

Taormina
To położone na stromych zboczach gór miasteczko zrobiło na mnie duże wrażenie. Niezwykle czyste, zadbane, bardzo tłoczne. Pełne okazałych budynków, małych parków, drogich sklepów i restauracji. Ceny są wyższe niż w innych zakątkach Sycylii, ale rekompensuje to klimat i zapierająca dech panorama Etny. Byłam w Taorminie późnym wieczorem i nocą, akurat w dniu w którym gorąca, czerwona lawa opuszczała spokojnie krater wulkanu.

Targ rybny w Katanii
Spędziłam na nim ostatni poranek na Sycylii. Dzień handlowy, bardzo wcześnie, gdy miasto powoli budzi się do życia. Już z daleka słychać rozmowy, gwar dobiegający z wnętrza podwórka. Gdy podeszłam bliżej, uderzył mnie zapach morza, soli i ryb. A potem ogromny wybór produktów - warzyw, owoców, serów i przede wszystkim stoisk uginających się od ciężaru tego, co udało się w nocy złowić. To miejsce działa na wszystkie zmysły.

Ósmym powodem za który polubiłam Sycylię jest Erice, o którym pisałam niedawno. Moje pierwsze spotkanie z tą wyspą było bardzo owocne, ale wiem, że jeszcze wiele zostaje do odkrycia. Kiedyś chciałabym wrócić, marzę o tym od lat. Jakie są Wasze ulubione miejsca na Sycylii? Co warto tam robić, gdzie pojechać, czego spróbować? 

1.4.19

Środziemnomorskie inspiracje balkonowe

Chciałabym mieć balkon w stylu śródziemnomorskim. Ten który mam jest duży, ładny i przez długie lata nie był w ogóle używany. Pierwsze zmiany wprowadziliśmy w tamtym roku, ale nie jestem jeszcze zadowolona.
Mam świadomość ograniczeń, na które nie mam wpływu: balkon otoczony jest z każdej strony innymi balkonami, dodatkowo nie mogę bez zgody spółdzielni nic zamontować na stałe. Nie mogę zmienić koloru ścian, a za aktualnym nie przepadam, nie wymienię też płytek którymi jest wyłożony. Nie ma się co czarować - jest to typowo miejski balkon, zlokalizowany w zabudowanej, sypialnianej części Warszawy. Ma jednak potencjał!
Od 2 lat moje mieszkanie w końcu wygląda tak, jak zawsze chciałam - jest biało-niebieskie i nie brakuje w nim śródziemnomorskich elementów. Łączy nowoczesność z urokiem południowych wysp. Nie każdemu się to podoba, ale nam się w takiej przestrzeni dobrze żyje. Chciałabym trochę tego uroku przenieść też na balkon. 
Nie wiem jeszcze dokładnie jak to będzie wyglądało. Ciągle zbieram pomysły, łączę w myślach różne rozwiązania dekoracyjne. Przeglądam swoje zdjęcia z południa Europy (Francji, Włoch, Hiszpanii, Grecji) i piny na Pinterest. Idealnie nie będzie, bo żółte ściany i szara podłoga robią swoje, ale będę dzielnie próbować.
Może kupimy dodatkowe kratki balkonowe, może zrobimy jakieś przemeblowanie. Kupimy ładną donicę i kwiaty z centrum ogrodniczego (w minionym sezonie kupiłam w Lidlu i to była zła decyzja). Cieszy mnie myśl o cieple i o sezonie balkonowym, piciu kawy o poranku i słuchaniu śpiewu ptaków. Chciałabym, żeby Wilhelmina miała swój kącik, żeby było barwnie i przyjemnie. Wiosna powoli się budzi, więc trzeba zacząć działać :)

Przy okazji mam pytanie - może ktoś z Was mógłby polecić jakieś kwiaty na balkon znajdujący się na wschodzie.

18.3.19

Erice - miasteczko w chmurach

Od mojej wizyty na Sycylii minęło już blisko 8 lat. Aż trudno w to uwierzyć! Ciągle mam przed oczami te wszystkie kolory, piękne miejsca. Pamiętam smaki, zapachy i opowieści naszej przewodniczki (był to wyjazd służbowy w czasie którego towarzyszyła nam mieszkająca od lat na wyspie rezydentka jednego z największych polskich biur podróży). Cóż to była za kobieta! Z ogromną wiedzą i miłością do tego kierunku. 
W kierunku Erice wyruszyliśmy wiosennym popołudniem z okolic Trapani. Teoretycznie to tylko 14 km, ale podróż trwała długo. Na zdjęciu powyżej widać jak wygląda kręta droga do celu. 
Nie wyglądała ona na szczególnie bezpieczną i odczuwałam duży dyskomfort pokonując tę trasę rozśpiewanym autokarem, ale na szczęście dotarliśmy bezpiecznie na miejsce. Erice położone jest na szczycie góry o tej samej nazwie, na wysokości 750 metrów n.p.m. Oferuje przepiękne widoki na zachodnie wybrzeże. Można tam dojechać również kolejką linową bezpośrednio z Trapani i taka podróż brzmi jak atrakcja sama w sobie!
Jak mi się w Erice podobało! Brukowane uliczki w kolorze słońca i piasku pną się w górę, żeby po chwili opaść łagodnie w dół. Są wąskie i przyjemnie chłodne, bo wieje tam lekki wiatr i temperatura na tej wysokosci jest niższa. Odwiedziłam wyspę w maju. Już wtedy nie brakowało bardzo ciepłych dni, więc ta lokalizacja musi być doskonała w trakcie upalnego lata. Można znaleźć chwilę wytchnienia i oddechu.
Erice nie jest duże, ale zapewnia ogrom atrakcji. Są ruiny zamku Castello di Venere i wieża Torre di Pepoli z których roztacza się cudowny widok na okolicę, zielone ogrody Giardini del Balio, zabytkowe kościoły i mnóstwo zachwycających zakątków. Co ciekawe, z lotu ptaka miasteczko kształtem przypomina samą Sycylię.
Jak to bywa na tego typu wyjazdach - czasu było za mało. Spędziłabym tam kilka godzin, a nawet i cały dzień podziwiając widoki, zacienione patia, wypełnione kawiatami donice i kolorowe balkony. Dużo tam dbałości o najmniejsze detale, które idealnie komponują się z surową architekturą. 
Widziałam w Erice mnóstwo klimatycznych kawiarni, małych restauracji i sklepów z pamiątkami. Nie sądzę, aby wiele osób wybierało to miejsce jako docelowe, ale na pewno przybywa tu wielu turystów jednodniowych. Czekają na nich dywany i dywaniki, ozdoby ze Słońcem - symbolem wyspy, ceramika i wiele innych drobiazgów. 
Czym są te kolorowe przekąski na jednym z powyższych zdjęć? Lokalne słodycze! Ciasta i ciastka z migdałów można znaleźć w wielu cukierniach, ale najlepsze serwuje podobno Pasticceria należąca do Marii Grammatico*, byłej wychowanki klasztoru Św. Karola. Uczyła się w nim podstaw cukiernictwa, a po opuszczeniu murów otworzyła niewielki lokal, który cieszy się do dziś ogromną popularnością w całym regionie. 
Jeśli odwiedzicie kiedyś zachodnią Sycylię, nie możecie ominąć tego miejsca! Sprawia wrażenia zatrzymanego w czasie i zachwyca na każdym kroku. A może ktoś z Was miał okazję je odwiedzić?

* Źródło www.myguidesicily.com

9.3.19

Malta i Gozo w 4 dni

Nasz zimowy urlop na Malcie był krótki - spędziliśmy tam niecałe 4 dni, więc chciałam zaplanować ten czas jak najlepiej. WizzAir oferuje z Warszawy bardzo korzystne godzinowo loty na przedłużony weekend (przylot w sobotę o 10 rano, wylot we wtorek o 20:30). Warto skorzystać zanim zmienią rozkład na mniej atrakcyjny.
Dla Marka to była pierwsza wizyta na wyspie. Plan był taki - odwiedzić moje ulubione miejsca, ale też zobaczyć coś nowego. Czasu mało, pomysłów dużo - jak to spiąć w całość? Po pierwsze zdecydowałam się na nocleg w innym miejscu niż dotychczas. W Sliemie i St.Julian's spędziłam już tyle tygodni, że wystarczy. Wybraliśmy miejscowość Bugibba. Nie tyle ze względów estetycznych, co praktycznych - jest dobrze skomunikowana z lotniskiem i resztą wyspy, blisko stąd do promu na Gozo oraz nigdy wcześniej nie byłam tam dłużej niż godzinę. To była dobra decyzja - znalazłam bardzo przyjemny nocleg, a turystów o tej porze roku było znacznie mniej niż w Sliemie. Cisza, spokój, puste ulice, promenady i ... autobusy. Dokładnie na czymś takim nam zależało. 
Ten plan jest moją subiektywną propozycją. Uwzględniłam w niej to, co ja lubię w wyspie najbardziej oraz to, że mieliśmy nocować na północy. Mam nadzieję, że jednak kogoś uda mi się chociaż trochę zainspirować. Co ważne - ten plan nie był bardzo napięty, uwzględniał też leniwe poranki i relaksujące wieczory. Spokojnie można w ciągu 4 dni zobaczyć znacznie więcej, ale my próbowaliśmy znaleźć złoty środek.

Uwaga! Nie o wszystkich wspomnianych w tekście miejscach będę się szczegółowo rozpisywać, ponieważ są już na blogu o nich wpisy. Wszystkie linki podam na samym dole.

DZIEŃ 1 - przylot 
Większość osób po przylocie i kupieniu biletów kieruje się na przystanek obok wyjścia z terminalu. Odjeżdżają stamtąd autobusy do największych miejscowości na wybrzeżu. My skręciliśmy w lewo, żeby dostać się do bocznego przystanku o nazwie Cintra (zlokalizowany obok McDonald's) skąd odjeżdża autobus 201. Uwielbiam trasę, on którą jedzie! Nie jest to z pewnością najszybsza, ale zdecydowanie najładniejsza droga prowadząca do Mdiny, która miała być naszym pierwszym przystankiem.
W cenie jednorazowego przejazdu autobusem mamy maltańskie bezdroża i urokliwe miasteczka w pigułce. Taki bus turystyczny z rabatem 90% ☺ Z okien autobusu można podziwiać centrum Żurrieq i Siġġiewi z ich uroczymi placami, kościołami, wąskimi uliczkami. Autobus przejeżdża drogą nad Blue Grotto, zjeżdżając w dół do miejsca, skąd odpływają łódki. Następnie mija stanowisko archeologiczne Ħaġar Qim z ruinami świątyni z 3200 r.p.n.e., księżycowy krajobraz okolic Ghar Lapsi (skaliste wybrzeże o doskonałych warunkach do nurkowania), jedzie wzdłuż nadmorskich klifów przez miasteczko Dingli. Bystre oko wypatrzy w oddali ogrody Buskett z oficjalną rezydencją prezydenta Malty. W końcu przejeżdżając przez boczne ulice Rabatu dociera pod główną bramę Mdiny. Bardzo polecam tę trasę - można obserwować spokojne, lokalne życie. Psy biegają po zakurzonych uliczkach, autobus co jakiś czas trafia na różne przeszkody. Jest kameralnie, inaczej niż wschodnym wybrzeżu.
Zwiedzanie zaczęliśmy od podobno najlepszych pastizzi na wyspie (o tej maltańskiej przekąsce pisałam dawno temu we wpisie Malta na talerzu - link na dole). Mały, ciasny i zawsze pełen ludzi lokal nazywa się Crystal Palace i znajduje się przy wejściu z postoju autobusów w uliczki Rabatu. Pokręciliśmy się po nich trochę wypatrując kotów. W będących główną atrakcją katakumbach św. Pawła i katakumbach Św. Agaty nigdy nie byłam, ale lubię jego kameralną zabudowę. Potem gubiliśmy się w uliczkach Mdiny, niezwykle spokojnej o tej godzinie. Zrobiliśmy sobie krótką przerwę w Fontanella Tea Garden, lokalu który oferuje piękny widok na wyspę, ale nie zachwyca jakością jedzenia i obsługi. Mam jednak do tego lokalu duży sentyment i uważam, że panorama wyspy wynagradza wszystko (a dodatkowo serwują bardzo przyzwoite ciasto czekoladowe). 
Z Mdiny ruszyliśmy spacerem w kierunku Ta'Qali Craft Village, miejsca, gdzie w niezbyt atrakcyjnych budkach można kupić rękodzieło - produkty z maltańskiego szkła i ceramiki. Nie wiedziałam jednak, że od jakiegoś czasu trwa tam remont i wejście od strony którą szliśmy nie było możliwe. Na pocieszenie odwiedziliśmy mały park Ta'Qali w którym byłam po raz pierwszy, a potem ruszyliśmy w dalszą spacerową drogę do miejscowości Mosta. Ta trasa liczy ponad 5 km, ale można również pokonać ją w 25 minut autobusem.
Rotunda w Moście to jeden z najpiękniejszych i najpiękniejszych kościołów na Malcie. Zasłynęła cudem z 1942 roku, gdy jego imponującą kopułę (jedną z najwiekszych na świecie!) tuż przed mszą przebiła bomba nie robiąc nikomu krzywdy. Wnętrze i akustyka są zachwycające. Stąd pojechaliśmy prosto do hotelu i na kolację.
(ALTERNATYWNA opcja bardziej napiętego dnia - po wylądowaniu w sobotę można pojechać prosto na targ do Marsaxlokk (link na dole) autobusem 119 (przejazd w weekend trwa około 50 minut), spędzić tam godzinkę, zjeść lunch. Potem z przesiadką na przedmieściach Valletty (różne kombinacje autobusów) pojechać do Mdiny (podróż trwa około godziny), a z niej również autobusem do Mosty) .

DZIEŃ 2 - GOZO 
Wstaliśmy dość wcześnie, żeby załapać się na poranny prom na Gozo. Powiem szczerze - tego dnia można zrobić znacznie więcej. Gdyby wciąż można było podziwiać Azure Window to pewnie byśmy się wybrali do Dwejra Bay (link na dole). Nasz wybór padł jednak na zatokę Xlendi, której nie miałam dotąd okazji odwiedzić. Trafiła nam się bajeczna pogoda, turystów nie było żadnych. Całe piękno tego miejsca wyłącznie dla nas!
Wypiliśmy kawę z widokiem na wodę, a majestatyczne klify cudownie prezentowały się w przedpołudniowym słońcu. Dopadło nas totalne lenistwo, nie mieliśmy ochoty ruszyć się już nigdzie dalej.
Wróciliśmy do Victorii. To był nasz ostatni przystanek. Skromnie - wiem. W 1 dzień można objechać cała wyspę autobusem Hop-on Hop-off (link na dole), ale trwa to naprawdę długo, a o tej porze roku dość wcześnie robi się ciemno. Zdecydowaliśmy się ograniczyć tym razem do samej stolicy wyspy. Pospacerowaliśmy trochę po centrum, żeby w końcu ruszyć w kierunku Cytadeli. Spędziliśmy tam dużo czasu podziwiając widoki i jedząc moje ukochane ravioli z serem z Gozo w rodzinnej restauracji Ta'Ricardu. Uwielbiam ją! Jedzenie jest wciąż tak doskonałe jak kilka lat temu, gdy jadłam tam po raz pierwszy. Potem wracałam wielokrotnie i zawsze byłam zadowolona zarówno z jedzenia (ich własnego wypieku chleb maczany w oliwie i świeży ser!) oraz wina, jak też przemiłej obsługi. To nie był intensywny dzień, ale dokładnie taki miał być!
Na powrocie zrobiliśmy sobie jeszcze spacer po miejscowości Qawra (szukaliśmy marketu Iceland), która dla mnie pozostaje najbrzydszą miejscowością Malty. W tej części cypla nie chciałabym mieszkać nawet za darmo.


DZIEŃ 3 - VALLETTA, 3 MIASTA i SLIEMA 
Poranek przywitał nas ulewą, która jak się niestety okazało, miała nie mieć końca. Bugibbę i stolicę wyspy dzieli 13 km, ale jechaliśmy grubo ponad godzinę podziwiając za oknem wielkie krople zimnego deszczu. Mam bardzo mało zdjęć z tego dnia, bo nie chciałam zamoczyć aparatu. Pomimo niepogody udało nam się odwiedzić ogrody i pokręcić się trochę po śliskich uliczkach. Bardzo zaskoczyły mnie zmiany na placu z Fontanną Trytona i to, jak wygląda teraz główna brama prowadząca do starej części miasta. O wiele bardziej podobało mi się jej poprzednie oblicze.
Zabrałam Marka do ogrodów z domkami dla kotów - spały sobie smacznie wewnątrz chowając się przed deszczem. Na chwilę przestało padać i wówczas kilka wystawiło z nich ciekawskie nosy. Odwiedziliśmy również Florianę i Tajemnicze Ogrody - przeczytacie o nich w innym wpisie (link na dole).
Autobusem 1 ruszyliśmy w kierunku położonych po drugiej stronie Grand Harbour Trzech Miast. Autobus kończy trasę w miejscowości Isla (Senglea), której cudowne uliczki i foryfikacje wciąż czekają na osoby wpis. Pogoda niestety była coraz gorsza, więc po szybkim spacerze poszliśmy jeszcze do sąsiedniego Birgu (Vittoriosa). To piękne miasto z wpisanymi na listę UNESCO foryfikacjami, Pałacem Inkwizytorów, elegancką mariną, ciekawym Muzeum Marynistycznym i Narodowym Muzeum Wojny. Autobusem 2 wróciliśmy do Valletty.
Ponieważ lubimy dużo chodzić, w kierunku Sliemy poszliśmy piechotą. To jeden z moich ulubionych spacerów z czasów mieszkania na Malcie i kiedyś na pewno o nim napiszę. Niestety z każdą minutą padało coraz bardziej. Planowałam dłuższy spacer promenadą ze Sliemy do zatoki Spinola Bay, ale po 5 minutach byliśmy jak zmokłe kury. Odwiedziliśmy więc centrum handlowe The Point, gdzie w supermarkecie kupiliśmy kilka lokalnych przysmaków i podjechaliśmy do kociego parku. Ostatnim przystankiem tego dnia była kolacja w lubianej przeze mnie maltańskiej restauracji Ta'Kolina. Serwowana przez nich ryba lampuka jest doskonała. Jadłam ją w kilku lokalach, ale tam zawsze jest najciekawiej przyrządzona, a obsługa jest bardzo serdeczna.
Udało nam się odwiedzić St.Julian's nocą. W końcu przestało padać. Patrzyłam z uśmiechem na napis LOVE, który był kiedyś codziennym miejscem spotkań, na światła miasta odbijające się w zatoce i łódki kołyszące się na wodzie. Zrobiło mi się ciepło na sercu, ale nie czułam większego żalu ani tęsknoty.

DZIEŃ 4 MELLIEHA I OKOLICE
Ostatniego dnia pozwoliliśmy sobie na nieśpieszny poranek - z długim śniadaniem i delektowaniem się kawą. Miejsca, które miałam na liście są położone dość blisko Bugibby, więc nie było pośpiechu. Od rana świeciło piękne słońce, więc zostawiliśmy bagaże na recepcji, poszliśmy na przystanek i złapaliśmy autobus 223 do Għajn Tuffieħa (link na dole). Posiedzieliśmy na plaży Golden Bay, pospacerowaliśmy. Było pięknie!
Z przystanku na który przyjechaliśmy odjeżdża autobus 101, którym można podjechać pod Popeye Village. Wcześniej tam nie byłam, więc postanowiliśmy zobaczyć jak to wygląda z zewnątrz. Z klifu nad zatoką Anchor Bay jest doskonały widok na wioskę. Nie zapłaciłabym grosza, żeby wejść do środka (nawet z daleka słychać jak te drewniane belki trzeszcą jak ktoś nimi idzie), ale na takie darmowe show można się skusić.
Pogoda była coraz ładniejsza, więc wróciliśmy spacerem do zatoki Mellieha Bay (około 2 km), a stamtąd podjechaliśmy już autobusem do centrum miasta. Mellieha ma swój niewymuszony urok i oferuje ładne widoki.
Bezpośrednim autobusem (jest ich bardzo dużo) dostaliśmy się do St.Paul's Bay (15 minut jazdy) i skusiliśmy się na ostatni, około 3 km spacer wzdłuż wybrzeża. Za kilka godzin mieliśmy wrócić do krainy szarości i zima, więc z radością łapaliśmy promienie słońca, cieszyliśmy oczy zielenią i stałą obecnością kotów.
Odebraliśmy bagaż, zjedliśmy w hotelowej restauracji lunch. Wybraliśmy kameralny, prowadzony przez maltańską rodzinę guesthouse z którego jesteśmy bardzo zadowoleni. Krótki spacer promenadą do Dworca autobusowego w Bugibba (obok którego znajduje się genialna sycylijska kawiarnia Michele's Cafeteria & Gelateria, z przepiękną mozaikową podłogą i pysznymi ciastkami z migdałów) i zajęliśmy miejsca w lotniskowym autobusie X3.
Tu się może pojawić pytanie dlaczego zdecydowaliśmy się na autobus, który planowo jedzie aż 1.5 h? Dlatego, że mogliśmy wejść do niego na pierwszym przystanku i zająć miejsca. Inne autobusy na wysokości Bugibby są już pełne ludzi, a stanie w tłumie z bagażem przez 60-80 minut jest średnią frajdą. Poza tym wyruszaliśmy na lotnisko około 16, więc w godzinach wtorkowego szczytu. Jechaliśmy blisko 2h, ale siedząc wygodnie i podziwiając widoki za oknem (Mosta, Mdina, Tarxien). Wyjechaliśmy wcześniej niż powinniśmy, bo jestem niestety nauczona, że na Malcie nie zawsze autobusy przyjeżdżają o czasie (o ile w ogóle przyjeżdżają).
Dotarliśmy na lotnisko już po zmroku, ale jeszcze ponad godzina dzieliła nas od odprawy. Poszliśmy na spacer do miasteczka Gudja, położonego kilka kroków od lotniska. Polecam taką opcję oczekiwania na swój lot, ponieważ skrywa ono mnóstwo godnych uwagi zakątków. Nasza wspólna maltańska przygoda dobiegła końca.

Linki do postów wspomnianych we wpisie:

3.3.19

Kobiety w podróży wg Beaty Jakuszewskiej

Beata mignęła mi kiedyś na jednym z warszawskich spotkań osób prowadzących blogi podróżnicze. Nie miałyśmy okazji dłużej rozmawiać, ale wzbudziła we mnie sympatię. Po powrocie do domu zaczęłam czytać Jej wpisy i zobaczyłam, że mamy wiele zbliżonych przemyśleń i poglądów. Z zapowiedzi na Instagramie wiedziałam, że pracuje nad e-bookiem o Kobiecych Podróżach. W piątek pojawił się on w oficjalnej sprzedaży.

25.2.19

Pierwszy raz na Kaszubach

Styczniowy urlop miał wyglądać nieco inaczej. Planowaliśmy wybrać się na tydzień za granicę, ale okazało się to niemożliwe. Zamiast rezygnować z wolnych dni, zdecydowaliśmy się pojechać na lubianą przez nas Warmię. Niestety ceny interesujących nas noclegów były oszałamiające i całkowicie nieadekwatne do tej pory roku.

17.2.19

Wspomnienia z Parku Güell

Barcelona jest pięknym miastem, ale według mnie gdyby nie Antonio Gaudi, byłaby po prostu pięknym miastem, jakich wiele. Lubię sztukę nieoczywistą, zachwycającą barwami, płynnością. Fascynują mnie kolory, fantazyjne kształty, mozaiki, ciekawe pomysły. Dzięki Gaudiemu Barcelona jest jak zdumiewający sen, w którym wszystko zdarzyć się może, jeśli tylko mocno się pragnie. Jest jak marzenie, w którym można się całkowicie zatracić.

5.2.19

Co przywozisz z podróży?

Każda podróż to wartościowy czas, który chce się zapamiętać na długo. Mi trochę pomaga w tym blog, a trochę oczywiście pamiątki. Są one namacalnym powrotem do pięknych chwil i potrafią szybko przywołać wspomnienia. Od zawsze lubiłam o pamiątkach rozmawiać i ciekawiło mnie, co przywożą, co ich interesuje i fascynuje. Opowiem dziś o tym, co my przywozimy z wyjazdów, a jakich zakupów świadomie unikamy. 
Kiedyś podróżowałam dużo i kupowałam inaczej. Zagracone pierdołami mieszkanie zaczęło mi przeszkadzać i zrozumiałam, że kurzołapy nie są też najlepszym pomysłem na prezenty dla najbliższych. Z czasem doszłam do wniosku, że sens ma wyłącznie kupowanie takich przedmiotów, które będą mi towarzyszyć w codziennym życiu. Nie jest to szczególnie odkrywcze, jednak wiem, że nie każdy do tej zasady się stosuje. Ile osób, tyle gustów.
Na zdjęciu jest mój ukochany sklep z pamiątkami w Nidri na Lefkadzie. Biało-niebieska kraina.

Co najchętniej przywozimy z podróży:

* Zdjęcia - moim zdaniem są najlepszą pamiątką. Pokazują odwiedzane miejsca naszym okiem, podkreślają wszystko to, co naszemu sercu najbliższe. Wcale nie muszą być to TOP miejsca "Must See", ale te do których mamy szczególny sentyment. Zdjęcia przestałam wywoływać kiedy zaczęłam prowadzić bloga. Uznałam, że on spełni tę rolę lepiej. Zmieniłam zdanie, gdy jednym przypadkowym ruchem skasowałam wpisy z ponad 2 lat. Zrozumiałam wówczas, że to co wirtualne jest bardzo ulotne. Postanowiliśmy więc robić fotoksiążki z każdego kilkudniowego wyjazdu zagranicznego. Takie rozwiązanie sprawdza się u nas lepiej niż grube albumy.

* Przedmioty przydatne w domu - to chyba przywożę najczęściej. Należą do nich takie do codziennego lub okazjonalnego użytku (np. w czasie bardziej uroczystych kolacji czy wizyty większej grupy gości). Czasem jest to rękodzieło, czasem coś w lokalnym stylu, ale zdarza się, że jest to po prostu coś praktycznego, niezwiązanego z regionem. Może to być obrus, wazon, jakieś miski, miseczki czy patery, talerze albo kubki (przy czym jeśli kupuję kubki to co najmniej 2 takie same i tylko jeśli są nam faktycznie potrzebne), podstawki pod kubki, ozdobne korki do wina, podstawki pod garnki w formie kafelków, ręczniczki kuchenne, serwetki. Wyznaję zasadę, że mniej znaczy więcej, więc nie ma tego bardzo dużo. Większą część zastawy przywiozłam z wojaży, wszystko jest w podobnym stylu i dobrze się ze sobą komponuje. Dobrze, że będąc w Maroku byłam biedna jak mysz kościelna, bo przywiozłabym wszystko. Do dziś boli mnie serce na wspomnienie tych wszystkich kolorowych drobiazgów.
* Produkty spożywcze - to trzecia największa grupa wyjazdowych pamiątek. Przywozimy najróżniejsze produkty spożywcze od konserw rybnych (Portugalia, Hiszpania), przez lokalne sery, konfitury i dżemy z mniej popularnych u nas owoców, kawy, herbaty, zioła, oliwy, tradycyjne dla danego miejsca przekąski i słodycze (te ostatnie bardziej na mini podarunki po powrocie). Nie dotyczy to tylko podróży po Europie, ale też po Polsce - w każdym mieście można znaleźć coś, czego nie widziałam wcześniej w naszych sklepach lub nie zwracałam na to uwagi. Nie zawsze muszą to być produkty regionalne, czasem np. robione na miejscu jak w Ziołowym Zakątku. O ile samo miejsce mnie nie urzekło to produkty ich marki Dary Nuatury na stałe zagościły w naszej kuchni.
* Ubrania i biżuteria - wcale nie muszą być czymś charakterystycznym dla danego miejsca. Po prostu zdarza się, że coś mi wpadnie w oko - piękna chusta albo jakaś lekka spódnica na targu. W Wielkiej Brytanii natomiast zawsze odwiedzam sklepy charytatywne, gdzie czasem kupuję ubrania lub jakieś dodatki.

* Kosmetyki - nie kupuję ich często, ponieważ ogólnie używam niewielu, ale zdarzają się wyjątki jak np. aloes z Wysp Kanaryjskich albo ciekawe kosmetyki ekologiczne jakich nie ma w Polsce.
* Art. papiernicze - do tej grupy mogę zaliczyć oryginalne notatniki i ładne kalendarze ścienne, ale to tylko wtedy, gdy są mi potrzebne i wiem, że użyję.

* Prezenty - przez cały rok w trakcie podróży kupuję prezenty świąteczne dla rodziny. Nie zakładam, że muszę coś kupić, ale jeśli wpadnie mi w oko coś, co wiem że pasuje do danej osoby i się jej przyda to biorę od razu.

Czego NIE przywozimy z podróży

* Magnesy - zupełnie nie rozumiem tradycji obwieszania nimi lodówki, ale znam kilka osób, które to robią i czasem mnie o nie proszą. Staram się wówczas kupować jakieś oryginalne, ciekawe, ładne, ręcznie robione.

* Breloczki, zawieszki, smycze itp. - nigdy nie miałam ciągot do zbierania czegokolwiek (z wyłączeniem kolorowych karteczek z wizerunkiem bohaterów Króla Lwa, ale miałam wówczas 12 lat) co nie spełnia funkcji użytkowej. Mogę mieć ich 1 sztukę, ale nie więcej.
* Figurki i wszelkie stojące na półkach rupiecie, ale tu zdarzają się wyjątki jak np. urocza drewniana łódka kupiona przez moją koleżankę na Lefkadzie (był to prezent dla mnie) czy świecznik w kształcie latarni morskiej.

* Pocztówki - kiedyś kupowałam je w ogromnych ilościach, po czym w domu chowałam do wielkiego pudła w którym leżały przez lata. Teraz kupuję okazjonalnie, jak jakaś naprawdę mnie urzeknie i wiszą na widoku.

* Koszulki, czapki, pojedyncze kubki i inne gadżety z nazwą danego miejsa, flagą kraju itd, ale czasem kupię bawełnianą torbę na zakupy. Używam ich dużo, więc co jakiś czas potrzebują wymiany.

Oczywiście nie ma nic złego w kupowaniu tego typu pamiątek i szanuję jeśli ktoś ma takie hobby. Na specjalne zamówienia przywożę magnesy, breloczki i kubki :) Podobno wychodzi mi to dobrze i umiem ładnie wybrać.


A Wy, co lubicie przywozić ze swoich podróży?
TOP