31.8.19

To już jest koniec

Bloga zaczęłam pisać 10 lat temu. Głównie o podróżach, bo były priorytetem. Życie na walizkach, pisanie relacji. Kilka lat później nastąpił blogowy boom, powstało wiele podobnych stron przez co automatycznie znalazłam się w kategorii "blogerka podróżnicza". Pojawiły się debaty o tym kto/co jest lepsze i dlaczego - Turysta czy Podróżnik, Wycieczki czy Podróże. Nie będę wchodzić w te rozważania, ale dało mi to wówczas do myślenia. Bilety taniały, blogi zaczęły rosnąć w siłę, zdobywać szeroką publiczność. Europa, a chwilę później Cały Świat stały się bliskie jak nigdy dotąd i ludzie potrzebowali wiedzy o tym, co warto zobaczyć, gdzie warto spać itd.

Sama szukałam odpowiedzi na takie pytania, więc uważałam za oczywiste, że również powinnam pomagać innym. Był moment, gdy zaczęłam pisać więcej wpisów praktycznych - o organizacji wyjazdu, pakowaniu, przejazdach, atrakcjach. Nie dawały mi one szczególnej satysfakcji, ale faktycznie - klikały się dobrze. Największym moim rozczarowaniem jest to, że blogowe rekordy pobił wpis o Brukseli, jedynym mieście, za którym wcale nie tęsknię. Napisany dosłowanie "na kolanie", bez większego zaangażowania. Wpisy, w które wkładałam serce i poświęcałam na nie długie godziny, przechodziły bez echa. Takie o miejscach i chwilach wyjątkowych, które zapadają w pamięć, są piękne i wartościowe. Ostatnie statystyki są bezlitosne - wchodzi tu coraz mniej osób, a komentarze zostawiają głównie automaty lokujące w ten sposób linki do swoich biznesów. Mam też wrażenie, że era blogów powoli dobiega końca, zastąpione zostały filmami i nowszą technologią.
Jakiś czas temu, trochę z ciekawości, skończyłam kurs webwritingu. Chciałam zobaczyć o co w tym chodzi, jak tworzyć te chwytliwe tytuły i pisać zgodnie z SEO. Próbowałam przez krótką chwilę stosować się poznanych zasad i widziałam efekty w słupkach wyświetleń. Niestety, nie było w tym mnie. Nigdy nie czułam się blogerką podróżniczą. Byłam Agnieszką, która lubiła pisać. O swoich podróżach, ale częściej w kontekście wrażeń i emocji niż historycznych faktów czy tworzonych bez przekonania list "Must See". Zdarzało się, że czułam presję - powinnaś inaczej, lepiej, zgodnie z zapotrzebowaniem rynku. Najzabawniejsze jest to, że tworzyłam ją sobie sama. Często pytano mnie dlaczego zwiedzam Europę i "Nie podróżuję po świecie?". Usłyszałam w końcu, że nie ma we mnie ciekawości świata, skoro nie chcę poznać np. Azji. Cóż, uważam, że dolecieć można wszędzie, a ceny przelotów są aż za bardzo atrakcyjne. Niestety dostępność świata nie idzie w parze z mentalnym przygotowaniem wielu turystów. Wyjechać może każdy, ale nie każdy powinien, szczególnie do miejsc o skrajnie innej kulturze niż jego własna. Sam fakt latania "daleko", nie świadczy o szerokich horyzontach.
Im jestem starsza, tym więcej w mojej głowie etycznych rozterek związanych z podróżowaniem czy to blisko czy daleko. Przeraża mnie sposób w jaki masowa turystyka wypiera lokalne zwyczaje i tradycje, to jak wymusza zmiany krajobrazu, życia lokalnych społeczności, generuje wyreżyserowane pod publiczność obrazki oferując w zamian dużo okrucieństwa (wobec ludzi, przyrody i zwierząt). Dla mnie turystyka zwana kontrowersyjnie "egzotyczną", wymaga większego przygotowania, dojrzałości, odpowiedzialności i świadomości, a sam fakt jej praktykowania nie czyni nikogo ani lepszym ani bardziej otwartym niż osoby, które tego nie robią.
Uwielbiam Europę. Zachwyca mnie jej różnorodność, przyroda, architektura i historia. Chcę ją poznawać, chociaż coraz częściej mam moralne wątpliwości czy powinnam i w jakim stopniu. Tanie loty i dostępność ofert nieodwracalnie zmieniły oblicze wielu miast np. Lizbony, którą znam od kilkunastu lat i boli mnie to, co widzę. Europejskie miasta wołają o pomoc. Przez wiele lat walczyły o turystów, a teraz proszą "Przestańcie przyjeżdżać!". Czytam o wpływie Airbnb na życie mieszkańców, o tonach śmieci niszczących przyrodę i wyrzucanych przez morze, o wycinaniu lasów pod hotele-giganty marnujące tony jedzenia rocznie, bieda-turystyce za 1 grosik opartej o dobre serce lokalsów, zanieczyszczeniu środowiska przez statki wycieczkowe i problemie jakim są turyści jednodniowi, którzy często zadeptują miasta, nie dając w zamian nic od siebie.

Staram się podróżować tak, żeby moja obecność nie zostawiła negatywnego śladu, ale czy to jest możliwe? Patrzę na coraz dłuższe kolejki w atrakcyjnych lokalizacjach, na te wszystkie Insta-miejsca w których koniecznie trzeba mieć zdjęcie, rosnące ceny, szukanie zysku gdzie tylko się da i cholernie boli mnie od tego głowa. Wenecja tonie nie tylko od wody, ale też od zalewających ją niczym fale tsunami odwiedzających, a na blogach widzę apele, że "trzeba ją odwiedzić nim zniknie!". Z takim podejściem na pewno zniknie szybciej niż planowała.
Media, w tym blogi, nakręcają ruch turystyczny. Nie mam co do tego wątpliwości i wiem, że przyłożyłam do tego niestety rękę. Może nie miałam nigdy spektakularnego ruchu, ale wiele osób czytając wpisy zdecydowało się wyruszyć do Portugalii, na Maltę czy Lefkadę. Dziś pozostaje mi mieć nadzieję, że zrobili to w sposób odpowiedzialny i świadomy. Zrównoważona i odpowiedzialna turystyka jest tym, o czym teraz trzeba mówić głośno, uświadamiać. Świat się kończy na naszych oczach i nie wiem czy można to jeszcze zatrzymać.

OK, zabrzmiało dramatycznie, wiem. Nic nie poradzę, takie męczą mnie myśli. Gdy wydawało mi się, że pewne rzeczy idą w lepszym kierunku, pojawiły się akcje promujące turystykę wiejską, nawołujące żeby odetchnąć od miasta na łonie natury. Pomysł i idea - w zasadzie pozytywne. Piękne farmy, folwarki, siedliska, uroczyska i stodoły. Cudne miejsca, zaskakująco często prowadzone przez ludzi z dużych miast, którzy na pewnym etapie korporacyjnego życia odkryli swoje wiejskie powołanie. Ups, to dzieje się znowu. Lawendowe pola plądrują podjeżdżający autokarami turyści, ceny "niszowych" noclegów szybują w górę szybciej niż ceny pietruszki na moim bazarku, a wiejska turystyka nabiera charakteru modnego produktu "dla wybranych". Jako, że wielu dąży do tego życiowego statusu, wieś powoli zaczyna być deptana tak samo jak miasto. Nie twierdzę, że tak jest wszędzie, ale obserwuję pewną tendencję, która pewnie będzie się pogłębiała i bardzo mnie to niepokoi.
Wróciliśmy właśnie z urlopu. Słuchaliśmy mieszkających w tym zakątku Polski ludzi, którzy nie chcą, żeby zmienił się on w drugie Mazury. Nie chcą większych hoteli, szybkich i głośnych motorówek na cichych jeziorach, warszawskich rejestracji blokujących Drogę Kaszubską jak Zakopiankę, budek z piwem na każdym rogu. Sama obecność tam wywoływała we mnie poczucie winy, a z każdą kolejną chwilą czułam, że nie chcę już o tym pisać. Nie chcę pokazywać miejsc, które odkrywamy przypadkiem, bo nie czytamy już blogów i przewodników, unikamy też informacji turystycznych. Nie chcę pokazywać ostatnich czystych jezior, bajecznie pustych plaż, magicznych zachodów słońca nad miejscami całkowicie pozbawionymi dźwięków cywilizacji. Czuję, że nie powinnam.
Nie mówię, że mamy w ogóle przestać jeździć, zamknąć się w domach, siedzieć na tyłku chrupiąc chipsy i oglądając "Ukrytą Prawdę". Czuję jednak, że warto wrócić do czasów, gdy inspiracją była sama droga, a nie wyszukiwarka Google. Gdy poświęcaliśmy czas na samodzielne planowanie podróży, zamiast podążać cudzym, już opisanym szlakiem. Chciałabym zejść z utartych ścieżek, świadomie zrezygnować z miejsc, które są znane i umieszczone na listach typu "Koniecznie musisz odwiedzić przed śmiercią!". Poszukać jakiejś równowagi w tym co i jak robimy, zwiedzamy, poznajemy. W listopadzie planujemy odwiedzić Apulię. Nie pojedziemy do Alberobello ani Polignano a Mare. Na 3 dni wybrałam miasto, na które podobno wystarczą 2 godziny. Spędzimy ten czas żyjąc zwykłym życiem, odwiedzając kawiarnie i obserwując włoską codzienność. Kiedyś latałam samolotem kilkanaście razy w roku, nawet na krótkich trasach jak Warszawa-Gdańsk. Dziś staram się ograniczać do 2-3 samolotowych podróży. Im jakieś miejsce jest bardziej znane, tym mniej chętnie chcemy je odwiedzić. Im głośniej ktoś mówi, że jest niszowe i sielskie, tym mniej mu wierzymy. Przyznam też, że straciłam zapał do robienia zdjęć. Te wszystkie nieuporządkowane foldery z ostatnich lat są moim strasznym wyrzutem sumienia. W lutym zepsuła mi się lustrzanka i ... odetchnęłam. Z krótkich wyjazdów przywożę teraz po kilkanaście zdjęć, z dłuższych tyle, żeby starszyło na fotoksiążkę do której będziemy mogli wracać.
Nie widzę różnicy czy odwiedzamy swoje województwo, Polskę, Europę czy dalekie kraje. Nie wybór kierunku określa czy mamy otwarte umysły, a to w jaki sposób traktujemy wszystko, z czym przyjdzie nam się zetknąć i czy jesteśmy na to gotowi. Nie wybór kierunku świadczy o naszej ciekawości świata, a to na ile chcemy poznać lokalne smaczki, nie tylko te kulinarne. W końcu nie wybór kierunku sprawia, że wyjazd jest "pełny", ale to ile przynosi dobrych spotkań, uśmiechów, odpowiedzialnych decyzji i wartościowych wspomnień. Ten wpis jest trochę chaotyczny, ale prowadzi do prostego wniosku - Nie chcę już pisać o podróżach.
Potrzebuję dłuższej przerwy. Nie mówię, że już nigdy nie napiszę żadnego posta, bo to pewnie nie jest możliwe - za bardzo lubię pisać. Na blogu nie będę przez jakiś czas publikowała nic, a docelowo na pewno nie chcę pokazywać konkretnych miejsc i adresów, ze wskazówkami jak tam dojechać, co robić i jak spędzać czas. Żadnych relacji, przewodników, podróżniczych konkretów. Liczę, że zrozumiecie moją decyzję. Wielu z Was było ze mną od dawna, niektórzy od początku. Dziękuję. Zostaję póki co na Facebooku i Instagramie, żeby być z Wami w kontakcie. Do usłyszenia!

15.8.19

Pytam dziś Kasię "Jak piękniej żyć?"

Na kanał Kasi na Instagramie trafiłam totalnym przypadkiem - często oznaczała na zdjęciach ubrania marki, którą wówczas obserwowałam. Na początku podglądałam Jej stylizacje, ale potem zaczęłam oglądać filmiki. Treści, które tworzy są z pozoru proste - trochę mody, kosmetyków, codziennego życia w Gdańsku, uroczych kotów i przygód zawodowych. Wystarczy jednak oglądać więcej, żeby zobaczyć mądrą, przedsiębiorczą, samodzielną kobietę, która mówi o ważnych rzeczach i pięknie pokazuje jak cieszyć się zwykłym życiem.

Zacznę nietypowo – skąd w Tobie takie ogromne pokłady optymizmu? Za każdym razem zaskakuje mnie jak bardzo starasz się dostrzegać wyłącznie plusy i dobre strony różnych sytuacji, z ilu prostych rzeczy potrafisz się cieszyć. Czy to jest Twoją receptą na szczęśliwe i piękne życie? 

Przyznam się do czegoś - ja się tego nauczyłam. Nie jestem niestety osobą pogodną z natury. Napisałam „niestety” bo uważam, że gdyby tak było, to oszczędziłabym sobie w życiu wielu trosk. Przyszedł taki czas, gdy wyjątkowo przytłoczyła mnie codzienność, rutyna, mniejsze i większe problemy dnia codziennego. I wtedy uświadomiłam sobie, że tak nie chcę, zaczęły pojawiać się myśli, że życie jest krótkie i trzeba doceniać to co mamy. Gdy zaczynałam działać na Instagramie, to hulała na nim akcja „100 happy days” - każdego dnia było trzeba dodać zdjęcia jakiejś małej radości. Wciągnęłam się. Przez 100 kolejnych dni dodawałam zdjęcie tego, co mnie w danym dniu uszczęśliwiło. Mogły byś to zakupy, wyjazd, wyjście do restauracji. Ale nie oszukujmy się, nie każdego dnia w życiu dzieją się fajerwerki. I tych małych radości trzeba było zacząć szukać. Nagle okazało się, że po pochmurnym dniu, nawet słońce może być małą radością. Że może cieszyć zapach skoszonej trawy.

Po tych 100 dniach wyłapywanie takich małych radości weszło mi chyba w krew. Natomiast jak coś złego mi się dzieje w życiu, to ja to po prostu chcę przeczekać. Nie chcę się na tym skupiać. Mam świadomość, że to minie. Trzeba przetrwać, nie roztkliwiać się, bo to w niczym nie pomoże. Stąd też tak bardzo szukam pozytywnych bodźców, żeby nie myśleć o tych przykrych. I chyba całkiem nieźle mi to wychodzi ;)


Pracujemy w tej samej branży (turystycznej), ale specyfika naszyć zajęć jest zupełnie inna. Ja siedzę za biurkiem organizując wyjazdy dla innych osób, Ty zajmujesz się wynajmem krótkoterminowym mieszkań w Gdańsku, jednym z najpopularniejszych miast Polski i mnóstwo czasu spędzasz biegając po najpiękniejszych jego zakamarkach. Jak wyglądała Twoja droga zarówno do Gdańska jak też do tego typu pracy?

Nie jestem rodowitą gdańszczanką. Pochodzę z Polski zachodniej, na studia wyjechałam do Szczecina, ale nigdy emocjonalnie nie związałam się z tym miastem. Jeszcze w trakcie studiów poczułam, że moje miejsce jest gdzieś indziej i trzeba je odnaleźć. Zdecydowałam, że będzie to Gdańsk, którego nie znałam, ale stwierdziłam, że morze, wolność, wakacje, to musi się udać :) Nie bez przeszkód, ale udało mi się przenieść. Trafiłam tu w zasadzie przez przypadek, a okazało się, że chyba znalazłam swoje miejsce na ziemi. Mówię „chyba” bo nauczyłam się też, że w życiu nie ma co się zarzekać i niestety mało co jest nam dane na zawsze. Skończyłam studia, zaczęłam pracę na etacie. I bardzo sobie to ceniłam, rozwijałam się, zmieniałam stanowiska, awansowałam. Wynajem krótkoterminowy zainteresował mnie w czasie Euro 2012, gdy pierwszy raz uświadomiłam sobie jak duży potencjał turystyczny ma Gdańsk, jak licznie jest odwiedzany, a nie każdy lubi spać w hotelach. Wynajem krótkoterminowy dopiero startował, zaczęliśmy z partnerem zgłębiać temat, analizować czy warto byłoby kupić mieszkanie na kredyt i wynajmować je turystom. To była ryzykowna i niełatwa decyzja, ale chcieliśmy spróbować. Pracowaliśmy na etatach, więc to był tylko dodatek. Sami sprzątaliśmy, praliśmy, wpuszczaliśmy gości, których było coraz więcej i więcej. Kupiliśmy na kredyt kolejne mieszkanie na Starym Mieście, a mnie dopadł kryzys zawodowy. Dobra praca, kierownicze stanowisko, ale ta rutyna, codziennie to samo od 8 do 16. Bardzo naturalnie zaczęła kiełkować myśl, że może skoro obsługujemy 2 mieszkania to moglibyśmy pozyskać też nieruchomości zewnętrzne i podjąć się ich wynajmu. Tak zrobiłam, ale chciałabym zaznaczyć, że zostawienie dobrze płatnej pracy to nigdy nie są łatwe decyzje.
Zaryzykowałam jednak i nie żałuję! Finansowo bywa różnie, problemów też nie brakuje, ale zmienił się mój rytm dnia, mam większą niezależność i upragnioną wolność w decydowaniu o sobie i swoim czasie pracy. Ważną kwestią jest jednak to, że podejmując to wyzwanie byłam w związku, miałam świadomość, że druga osoba jest w stanie zapłacić rachunki i nas nakarmić jeśli coś nie wypali. To są ważne aspekty, a często pomijane w tego typu historiach. Mimo, że jestem z branży, dalekie są mi wszystkie szkolenia, na których mówi się jak podobno z zerowym kapitałem można wejść w ten biznes i jak prosty w obsłudze on jest. Ale wiesz co jest w nim najfajniejsze? Powracający goście, a tacy są. Wtedy mam poczucie, że jest dobrze. Bo tu nie ma szefa, który pochwali, ale są goście, którzy wystawią dobrą opinię, i którzy wracają. Ten biznes też ogromnie otworzył mnie na świat. Mam gości z praktycznie całego świata, nie tak dawno z Wysp Bożego Narodzenia. I nagle człowiek ma poczucie jak ten świat się kurczy. Że tak łatwo możemy się przemieszczać, że tyle jest miejsc jeszcze do zobaczenia. Że wiek nie jest żadnym ograniczeniem w podróży, bo często spotykam się z osobami starszymi. Że nawet brak znajomości języków nie jest problemem bo zdarzają się goście, którzy nie komunikują się po angielsku, który wydawałoby się jest tak uniwersalnym językiem, ale mówią tylko w swoim ojczystym. A jednak się dogadujemy. Są teraz translatory, wszystko do zrobienia. Trzeba tylko chęci i odwagi.


Za co lubisz życie w Gdańsku? 

Za co lubię Gdańsk? Za różnorodność. Za Stare Miasto, za plażę, za cudowne uliczki Starej Oliwy, za mnóstwo zieleni, za Trójmiejski Park Krajobrazowy. Za bliskość tak totalnie innego Sopotu, Gdyni. Ja w ogóle uważam, że ogromna siła jest w Trójmieście. Bo to jedna aglomeracja, ale trzy zupełnie różne miasta. Ich dostępność na wyciągnięcie ręki jest ogromnym atutem. Lubię też za poczucie wolności. Tutaj działa się historia, to było miejsce zmian. I w jakiś taki niewytłumaczalny sposób to się czuje.

Inspirujący jest w Tobie zapał do rozwijania się i odwaga. Zaczynałaś od zera, ale nie bałaś się kupować mieszkań na kredyt, a w czasie prowadzenia jednej firmy już wpadłaś na pomysł kilku kolejnych potencjalnych działalności, niedawno ukończyliście z partnerem i znajomymi naprawdę duży projekt, jakim była inwestycja w domy mieszkalne w Czaplach koło Gdańska, a już myślisz o kolejnych rzeczach. Opowiedz trochę o swoim podejściu do pieniędzy. Dla wielu to niewygodny temat, a ja uważam, że istotny. 

Pieniądz robi pieniądz. Bardzo prosta i prawdziwa maksyma. Żeby wyjąć trzeba też najpierw włożyć. Nie uważam, że kredyty to zło - mogą być świetną dźwignią finansową. Jest różnica między kredytem konsumpcyjnym na wakacje lub imprezę, a kredytowaniem mieszkania. W pierwszym przypadku pieniądze się rozeszły, zostały wspomnienia. W drugim, jest realny majątek. Pamiętam jak kupowałam swoje pierwsze mieszkanie. Kończyłam studia, pracowałam i miałam już zdolność kredytową. Pomyślałam - jeśli stracę pracę i nie będzie mnie stać na zapłacenie raty kredytu, to nie będzie mnie stać też na opłacenie wynajmu. Jak będę wynajmować, wyrzucą mnie z mieszkania i wrócę do rodziców. Jak będę miała swoje i bank będzie upominał się o ratę, to je wynajmę i wrócę do rodziców. Ważne jest tylko, że rata kredytu i opłat nie może być wyższa niż potencjalny zarobek z najmu.

Wielu ludzi sądzi, że umowa o pracę jest zabezpieczeniem i daje pewność. Ja nie, bo nie ma umowy, której nie można wypowiedzieć. Nie ma biznesu, który będzie hulał zawsze, dlatego warto dywersyfikować swoje przychody. Jak jedno się posypie, to zawsze są inne źródła zarobkowania, więc ja cały czas szukam czegoś nowego. Wszystko trzeba policzyć. Każdą inwestycję trzeba przeliczyć kilka razy, każdy biznes skalkulować. Pomysłów mam dużo, ale nie wchodzę w nie w ciemno - zgłębiam temat i często finalnie okazuje się, że się on nie opłaca. Wtedy odpuszczam i szukam dalej. Nigdy nie pójdę w biznes z myślą „jakoś to będzie”.


Rozwijasz swoje biznesy, ale przy okazji chętnie wspierasz inne. Kilka razy miałyśmy okazję o tym rozmawiać, w różnym kontekście. Pamiętam dość ponurą wymianę opinii o tym, że często znajomi pomimo, że wiedzą czym się ktoś zajmuje, korzystają z jego porad, ale pieniądze zostawiają gdzieś indziej. Wolą dać zarobić komuś innemu, nawet jeśli oferuje dokładnie to samo. Przez wiele lat pracując w biurze podróży odczuwałam to mocno - zrób ofertę, podpowiedz, poszukaj, przekalkuluj, wyślij, oceń, zarezerwuj, odpowiedz na mnóstwo pytań, a potem kontakt się urywał, a na Instagramie pojwiały się miejsca z poleconych miejsc czy hoteli.  Jeśli ktoś wybrał coś innego, ciekawszego to nie miałam oczywiście żalu, ale często była to moja oferta, mój poświęcony czas.

Tak, uważam, że trzeba wspierać swoich i jeżeli wiesz, że ktoś z rodziny, znajomych prowadzi jakiś biznes, a Ty akurat potrzebujesz jakiegoś produktu czy usługi, to aby w pierwszej kolejności zastanowić się czy właśnie ta osoba nie jest w stanie tego zapewnić. Oczywiście jeżeli oferowany produkt nie będzie spełniał oczekiwań, albo będzie znacząco droższy od konkurencji, to jasne jest, że nie zawsze sobie na tę współpracę możemy pozwolić.

Czasem warto jest też po prostu puścić wici dalej, że ktoś z naszych znajomych otworzył biznes, że ma coś do zaoferowania. Taka życzliwa, darmowa forma promocji. Może to być udostępnienie informacji na FB, na Instagramie. W zależności jakie mamy możliwości. Jeżeli nasz znajomy otworzył właśnie kawiarnię, a ja często bywam w okolicy i biorę kawę na wynos, to dlaczego nie kupować jej u niego właśnie, jeśli jest tak samo smaczna. Jeżeli moja znajoma szyje, a ja mam właśnie tego typu usługę do zlecenia, to dlaczego nie zrobić tego u niej. I tak dalej. Niestety powiem z przykrością, że zdarza mi się słyszeć, że ktoś nie pójdzie do danego lokalu, bo prowadzi go jego znajomy, i nie będzie mu dawał zarobić. Bo on i tak zarabia na innych wystarczająco dużo. Nie rozumiem. To po co ta znajomość skoro komuś nie życzysz sukcesu i powodzenia? Oczywiście tak jak wspomniałam wyżej, to nie tak, że mamy teraz na siłę wykonywać usługi i dokonywać zakupów tylko u znajomych, nawet jeżeli ta usługa jest gorszej jakości niż na rynku, ale by zastanowić się czy właśnie oni nie mogliby naszym wyborem, albo po prostu polecać - informować innych, że takie usługi są dostępne. Może ktoś skorzysta. Mi nie ubędzie od czyjegoś sukcesu. Niech więc dzieje się mu jak najlepiej.


A na koniec - porozmawiajmy o podróżach! Jak lubisz spędzać czas w drodze i jakie 3 zupełnie różne od siebie miejsca zrobiły na Tobie największe wrażenie? 

Swoją przygodę z podróżami zaczęłam z wygody od wyjazdów zorganizowanych. Z czasem świetnie odnalazłam się w organizacji wyjazdów, dostosowywaniu ich do swoich i partnera potrzeb. Na początku zabierałam kilkadziesiąt kartek z wydrukowanymi materiałami, cały plan podróży, listę miejsc do odwiedzenia. Jeżeli czegoś nie zdążyłam zobaczyć, był smutek bo przecież może się zdarzyć, że już nigdy w to miejsce nie wrócę i coś przegapiłam. Sama sobie psułam radość z podróży, zamiast cieszyć się tym co zobaczyłam, ja się smuciłam tym, czego nie zobaczyłam. W końcu rozumiałam, że nie da się w kilka czy kilkanaście dni poznać w pełni żadnego miejsca. No po prostu się nie da. Czas jest ograniczony. Teraz przed wyjazdem czytam sobie o danym miejscu, ale już nie planuję. Wiem co jest do zobaczenia, ale jak to wyjdzie, zobaczymy na miejscu.

Jest zdecydowanie więcej spontaniczności w tych podróżach. Pierwszy dzień jest zawsze dniem czysto zapoznawczym. Po prostu błąkamy się po mieście. I powiem ci, że to chyba jest dla mnie najlepsza forma poznawania miasta. Niespieszne spacery, błądzenie uliczkami, kawa w lokalu i obserwowanie miejscowych. Nie jestem typem muzealnym, aczkolwiek zdarzały mi się wyjątki. Co do zasady jednak, zależy mi na poznaniu współczesnego miasta i jego życia. Chcę zobaczyć jak żyją miejscowi, co jedzą, jakie produkty są dostępne w sklepach, jak odpoczywają. Oczywiście mam świadomość, że będzie to mimo wszystko wiedza powierzchowna bo będę to wszystko obserwować w perspektywy turysty, który wpadł tu na kilka dni, ale dla mnie to już coś. Jeżeli dane miejsce mnie zaintryguje i będzie możliwość, to będę starała się po prostu wrócić. Wiesz za co właśnie uwielbiam podróżowanie? Za możliwość zaobserwowania jak różnie można żyć. Niby jesteśmy tacy sami, ale codziennie budzimy się w zupełnie innych miejscach na świecie, z innym widokiem z okna, inaczej jemy, przemieszczamy się do pracy - ja na przykład jadę wzdłuż blokowisk, a ktoś na południu Europy ma trasę do biura wzdłuż wybrzeża i obserwuje sobie błękit wody. To mnie fascynuje. Pozwala złapać dystans, że nie ma jednego dobrego sposobu na życie, można żyć totalnie inaczej niż ja, i też być szczęśliwym.


Zapytałaś o 3 miejsca, które zrobiły największe wrażenie. Na pewno Norwegia! Coś niesamowitego. To jest kraj tak niesamowicie, naturalnie piękny! Tam po prostu czujesz taką potęgę natury, taki wszech otaczający spokój. Masz wrażenie, że nic nie jest na siłę, nic nie jest pod turystę, że te miejsca po prostu są i ty stajesz się ich częścią. Uwielbiam, naprawdę uwielbiam za te naturę, którą mogę tam podziwiać. Drugim takim miejscem jest Singapur. Zestawiając z Norwegią to tak totalnie inny świat. Czyż podróże nie są czymś cudownym? Okazuje się, że można się zachwycać totalnie skrajnymi miejscami :) Singapur jest tak poukładany, tak zorganizowany. Mówi się, że to taki sztuczny twór, totalna opozycja dla norweskich miasteczek. A jednak ta harmonia w tej całej wielkomiejskości, którą to miasto oferuje, jest czymś niewyobrażalnym. Będąc tam masz poczucie, że jesteś częścią jakiegoś ładu i porządku, że jesteś w ogóle w centrum świata, bo przecież tyle biznesów co ma tam siedzibę, cały świat się przeplata. Mimo mojej fascynacji naturą, uwielbiam też wysokościowce, możesz więc sobie wyobrazić do jakiego raju trafiłam :) i w tym wszystkim, w tych szklanych domach, ta cała zieleń. Wszędzie zieleń, parki, skwery, zieleń na elewacjach, ogrody na dachach. Bajka. Chwilę musiałam się zastanowić nad trzecim miejscem. I wybrałam Włochy. Urzekły nas, mnie i mojego partnera, jako miejsce do życia. Myślimy nad tym żeby kiedyś móc kupić sobie jakieś małe mieszkanko we Włoszech właśnie. My się tam po prostu dobrze czujemy. I to zarówno na północy jak i na południu, które są tak skrajnie różne. Jest nam tam dobrze i swobodnie. Byliśmy już wielokrotnie w wielu miejscach tego kraju, i dalej chcemy wracać. Ba, nawet zaczęliśmy wracać w te same miejsca, żeby po prostu pokręcić się po znanych uliczkach, napić się dobrej kawy, coś zjeść. Czujemy się tam bardzo swobodnie. Lubimy włoskie jedzenie, kawę, podoba nam się włoskie podejście do mody, odpowiada nam klimat. Nie mam swojego ulubionego miejsca, zachwyciło mnie jezioro Como, Lecco i okolice, Werona, Bergamo, Mediolan, Florencja, pokochałam Sycylię. I to nie tak, że nagle zobaczyłam tam coś co mnie zachwyciło, ale po prostu we wszystkich tych miejscach czułam się bardzo dobrze i tak trochę swojsko :)

Dziekuję za rozmowę, która mogłaby być jeszcze dłuższa! O modzie, kosmetykach, wegetarianiźmie, miłości do kotów i wielu innych rzeczach o których piszesz lub nagrywasz. Do moich Czytelników - Kasię znajdziecie:


Oraz na stronie firmowej Seaside Apartments

4.8.19

Moja praca kiedyś i teraz

Często wspominam o tym, że sezon pracowity, wolnych dni mało, pracy dużo. Pytacie czasami czym się w tej chwili zajmuję, bo kilka razy mówiłam, że trochę się u mnie zawodowo pozmieniało. Czas uchylić rąbka tajemnicy i w końcu zdradzić coś więcej. Branża ta sama - turystyka, ale jednak specyfika pracy zupełnie inna.
Kto jest ze mną dłużej, ten na pewno wie, że przez ponad 8 lat pracowałam w biurach podróży jako sprzedawca wycieczek zorganizowanych. Przez pierwsze lata bardzo lubiłam to zajęcie, dawało mi dużo satysfakcji, miałam świetne wyniki sprzedażowe bo lubię kontakt z ludźmi, a wiedzy o kierunkach i hotelach też mi nie brakuje. O miejscach w których sama nie byłam starałam się czytać jak najwięcej, zdobywać dodatkowe informacje, dokładnie analizowałam raporty z wyjazdów szkoleniowych (tzw. study tour) innych pracowników. Uczciwie przedstawiałam wady i zalety różnych ofert, starając się przy okazji poznać oczekiwania Klientów. Zawsze zależało mi na tym, żeby sprzedać coś, co pasuje do danej osoby, nie tylko na tym, żeby sprzedać i dobić do wysokiego progu sprzedażowych oczekiwań pracodawców. Co ciekawe, takie podejście procentowało - nie dość, że reklamacji miałam mało, sprzedaży dużo, to jeszcze po latach byli Klienci potrafili odszukać mnie na Facebooku żeby spytać czy jeszcze pracuję w branży bo znowu szukają wycieczki :-)
Miejsca pracy zmieniałam często. Przeszłam przez szklane akwarium na środku centrum handlowego, Call Center jednego z większych agentów w Polsce, przez prywatne biuro rodzinne i kameralną firmę z długim stażem na rynku. W każdym uczyłam się czegoś nowego, a że dawałam z siebie dużo to do jednego biura wróciłam po latach, kolega z drugiego ściągną mnie do trzeciego, koleżanka z czwartego poleciła mnie w piątym... Tak sobie zmieniałam, szukałam i czułam, że gasnę. Dość długo zajęło mi zrozumienie, że to nie firmy w których pracuję wpływają na mój brak satysfakcji z pracy, a praca którą wykonuję. Nagłe olśnienie. Odszedł od mojego biurka mężczyzna z którym omówiłam wszystkie kierunki świata, dziesiątki hoteli (w każdym coś mu nie pasowało), wiedząc że i tak nic nie kupi. Poczułam wtedy, że nienawidzę sprzedaży i jestem totalnie wypalona.
To była późna jesień 2015 roku. Głowa i brzuch bolały mnie na samą myśl o poniedziałku, poranku, kolejnym dniu pracy. Za tydzień miałam lecieć na 7 dni na Maltę. Czułam, że muszę coś natychmiast zmienić w swoim życiu, chociaż nie wiedziałam jeszcze co. Jak wielu z Was wie - poleciałam, wróciłam i złożyłam wypowiedzenie. Takie było chyba moje przeznaczenie, bo przerażona poszłam na rozmowę z szefową bojąc się reakcji, a ona odetchnęła z ulgą co mnie zaskoczyło. Okazało się, że kilka dni wcześniej dostała informację, że firma musi zlikwidować jeden oddział i zwolnić 2 osoby, co było dla niej trudne, więc moja decyzja ułatwiła jej życie.
Wróciłam na Maltę i próbowałam znaleźć pracę w jednej ze szkół językowych. Chodziło mi przede wszystkim o zadania związane z organizacją czasu wolnego, czyli planowanie zajęć dodatkowych dla kursantów. Dostawałam jednak propozycje jako animator na obozach dla dzieci, a to zupełnie nie moja bajka. Wróciłam więc do Polski i zaczęłam szukać podobnej pracy tutaj. Znalazłam ofertę firmy zajmującej się wyjazdami językowymi dla młodzieży m.in. na Maltę, więc nie zastanawiałam się ani minuty. Zostałam zatrudniona, ale w dziale zajmującym się wyłącznie Wielką Brytanią. Przez chwilę było mi smutno, bo jednak w sercu wciąż miałam Maltę, ale prawda jest taka, że Londyn kocham od lat i też jest mi niezwykle bliski. Tak się zaczęła nowa przygoda i nowy rozdział. 
Od ponad 2.5 roku zajmuję się organizacją wyjazdów młodzieżowych do Wielkiej Brytanii. W końcu organizacją, a nie sprzedażą! Zawsze lubiłam tworzyć nowe rzeczy, działać, zmieniać, modyfikować, realizować pomysły. W sprzedaży niestety kreatywność niebezpiecznie zbliżała się do poziomu 0, bo wszystko musiało iść zgodnie z kluczem i wytycznymi lu procedurami. Tu mogę więcej, inaczej i po swojemu. Bywa strasznie ciężko, wakacje są niezwykle męczące, ale wielką frajdę sprawia mi widok uśmiechniętych młodych ludzi, którzy za chwilę mają wyjechać na wyczekiwany obóz. To zupełnie inne uczucie patrzeć na realny efekt swojej pracy w formie zrealizowanego własnym zaangażowaniem wyjazdu niż wiedzieć, że coś po prostu tylko sprzedałam. 
W takim momencie życia zawodowego jestem dzisiaj. Co przyniesie przyszłość, z której strony wiatr zawieje i gdzie mnie poniesie nie wie nikt. Póki co nie planuję zmian, ale kto wie, co czeka za zakrętem?
TOP