31.8.19

To już jest koniec

Bloga zaczęłam pisać 10 lat temu. Głównie o podróżach, bo były priorytetem. Życie na walizkach, pisanie relacji. Kilka lat później nastąpił blogowy boom, powstało wiele podobnych stron przez co automatycznie znalazłam się w kategorii "blogerka podróżnicza". Pojawiły się debaty o tym kto/co jest lepsze i dlaczego - Turysta czy Podróżnik, Wycieczki czy Podróże. Nie będę wchodzić w te rozważania, ale dało mi to wówczas do myślenia. Bilety taniały, blogi zaczęły rosnąć w siłę, zdobywać szeroką publiczność. Europa, a chwilę później Cały Świat stały się bliskie jak nigdy dotąd i ludzie potrzebowali wiedzy o tym, co warto zobaczyć, gdzie warto spać itd.

Sama szukałam odpowiedzi na takie pytania, więc uważałam za oczywiste, że również powinnam pomagać innym. Był moment, gdy zaczęłam pisać więcej wpisów praktycznych - o organizacji wyjazdu, pakowaniu, przejazdach, atrakcjach. Nie dawały mi one szczególnej satysfakcji, ale faktycznie - klikały się dobrze. Największym moim rozczarowaniem jest to, że blogowe rekordy pobił wpis o Brukseli, jedynym mieście, za którym wcale nie tęsknię. Napisany dosłowanie "na kolanie", bez większego zaangażowania. Wpisy, w które wkładałam serce i poświęcałam na nie długie godziny, przechodziły bez echa. Takie o miejscach i chwilach wyjątkowych, które zapadają w pamięć, są piękne i wartościowe. Ostatnie statystyki są bezlitosne - wchodzi tu coraz mniej osób, a komentarze zostawiają głównie automaty lokujące w ten sposób linki do swoich biznesów. Mam też wrażenie, że era blogów powoli dobiega końca, zastąpione zostały filmami i nowszą technologią.
Jakiś czas temu, trochę z ciekawości, skończyłam kurs webwritingu. Chciałam zobaczyć o co w tym chodzi, jak tworzyć te chwytliwe tytuły i pisać zgodnie z SEO. Próbowałam przez krótką chwilę stosować się poznanych zasad i widziałam efekty w słupkach wyświetleń. Niestety, nie było w tym mnie. Nigdy nie czułam się blogerką podróżniczą. Byłam Agnieszką, która lubiła pisać. O swoich podróżach, ale częściej w kontekście wrażeń i emocji niż historycznych faktów czy tworzonych bez przekonania list "Must See". Zdarzało się, że czułam presję - powinnaś inaczej, lepiej, zgodnie z zapotrzebowaniem rynku. Najzabawniejsze jest to, że tworzyłam ją sobie sama. Często pytano mnie dlaczego zwiedzam Europę i "Nie podróżuję po świecie?". Usłyszałam w końcu, że nie ma we mnie ciekawości świata, skoro nie chcę poznać np. Azji. Cóż, uważam, że dolecieć można wszędzie, a ceny przelotów są aż za bardzo atrakcyjne. Niestety dostępność świata nie idzie w parze z mentalnym przygotowaniem wielu turystów. Wyjechać może każdy, ale nie każdy powinien, szczególnie do miejsc o skrajnie innej kulturze niż jego własna. Sam fakt latania "daleko", nie świadczy o szerokich horyzontach.
Im jestem starsza, tym więcej w mojej głowie etycznych rozterek związanych z podróżowaniem czy to blisko czy daleko. Przeraża mnie sposób w jaki masowa turystyka wypiera lokalne zwyczaje i tradycje, to jak wymusza zmiany krajobrazu, życia lokalnych społeczności, generuje wyreżyserowane pod publiczność obrazki oferując w zamian dużo okrucieństwa (wobec ludzi, przyrody i zwierząt). Dla mnie turystyka zwana kontrowersyjnie "egzotyczną", wymaga większego przygotowania, dojrzałości, odpowiedzialności i świadomości, a sam fakt jej praktykowania nie czyni nikogo ani lepszym ani bardziej otwartym niż osoby, które tego nie robią.
Uwielbiam Europę. Zachwyca mnie jej różnorodność, przyroda, architektura i historia. Chcę ją poznawać, chociaż coraz częściej mam moralne wątpliwości czy powinnam i w jakim stopniu. Tanie loty i dostępność ofert nieodwracalnie zmieniły oblicze wielu miast np. Lizbony, którą znam od kilkunastu lat i boli mnie to, co widzę. Europejskie miasta wołają o pomoc. Przez wiele lat walczyły o turystów, a teraz proszą "Przestańcie przyjeżdżać!". Czytam o wpływie Airbnb na życie mieszkańców, o tonach śmieci niszczących przyrodę i wyrzucanych przez morze, o wycinaniu lasów pod hotele-giganty marnujące tony jedzenia rocznie, bieda-turystyce za 1 grosik opartej o dobre serce lokalsów, zanieczyszczeniu środowiska przez statki wycieczkowe i problemie jakim są turyści jednodniowi, którzy często zadeptują miasta, nie dając w zamian nic od siebie.

Staram się podróżować tak, żeby moja obecność nie zostawiła negatywnego śladu, ale czy to jest możliwe? Patrzę na coraz dłuższe kolejki w atrakcyjnych lokalizacjach, na te wszystkie Insta-miejsca w których koniecznie trzeba mieć zdjęcie, rosnące ceny, szukanie zysku gdzie tylko się da i cholernie boli mnie od tego głowa. Wenecja tonie nie tylko od wody, ale też od zalewających ją niczym fale tsunami odwiedzających, a na blogach widzę apele, że "trzeba ją odwiedzić nim zniknie!". Z takim podejściem na pewno zniknie szybciej niż planowała.
Media, w tym blogi, nakręcają ruch turystyczny. Nie mam co do tego wątpliwości i wiem, że przyłożyłam do tego niestety rękę. Może nie miałam nigdy spektakularnego ruchu, ale wiele osób czytając wpisy zdecydowało się wyruszyć do Portugalii, na Maltę czy Lefkadę. Dziś pozostaje mi mieć nadzieję, że zrobili to w sposób odpowiedzialny i świadomy. Zrównoważona i odpowiedzialna turystyka jest tym, o czym teraz trzeba mówić głośno, uświadamiać. Świat się kończy na naszych oczach i nie wiem czy można to jeszcze zatrzymać.

OK, zabrzmiało dramatycznie, wiem. Nic nie poradzę, takie męczą mnie myśli. Gdy wydawało mi się, że pewne rzeczy idą w lepszym kierunku, pojawiły się akcje promujące turystykę wiejską, nawołujące żeby odetchnąć od miasta na łonie natury. Pomysł i idea - w zasadzie pozytywne. Piękne farmy, folwarki, siedliska, uroczyska i stodoły. Cudne miejsca, zaskakująco często prowadzone przez ludzi z dużych miast, którzy na pewnym etapie korporacyjnego życia odkryli swoje wiejskie powołanie. Ups, to dzieje się znowu. Lawendowe pola plądrują podjeżdżający autokarami turyści, ceny "niszowych" noclegów szybują w górę szybciej niż ceny pietruszki na moim bazarku, a wiejska turystyka nabiera charakteru modnego produktu "dla wybranych". Jako, że wielu dąży do tego życiowego statusu, wieś powoli zaczyna być deptana tak samo jak miasto. Nie twierdzę, że tak jest wszędzie, ale obserwuję pewną tendencję, która pewnie będzie się pogłębiała i bardzo mnie to niepokoi.
Wróciliśmy właśnie z urlopu. Słuchaliśmy mieszkających w tym zakątku Polski ludzi, którzy nie chcą, żeby zmienił się on w drugie Mazury. Nie chcą większych hoteli, szybkich i głośnych motorówek na cichych jeziorach, warszawskich rejestracji blokujących Drogę Kaszubską jak Zakopiankę, budek z piwem na każdym rogu. Sama obecność tam wywoływała we mnie poczucie winy, a z każdą kolejną chwilą czułam, że nie chcę już o tym pisać. Nie chcę pokazywać miejsc, które odkrywamy przypadkiem, bo nie czytamy już blogów i przewodników, unikamy też informacji turystycznych. Nie chcę pokazywać ostatnich czystych jezior, bajecznie pustych plaż, magicznych zachodów słońca nad miejscami całkowicie pozbawionymi dźwięków cywilizacji. Czuję, że nie powinnam.
Nie mówię, że mamy w ogóle przestać jeździć, zamknąć się w domach, siedzieć na tyłku chrupiąc chipsy i oglądając "Ukrytą Prawdę". Czuję jednak, że warto wrócić do czasów, gdy inspiracją była sama droga, a nie wyszukiwarka Google. Gdy poświęcaliśmy czas na samodzielne planowanie podróży, zamiast podążać cudzym, już opisanym szlakiem. Chciałabym zejść z utartych ścieżek, świadomie zrezygnować z miejsc, które są znane i umieszczone na listach typu "Koniecznie musisz odwiedzić przed śmiercią!". Poszukać jakiejś równowagi w tym co i jak robimy, zwiedzamy, poznajemy. W listopadzie planujemy odwiedzić Apulię. Nie pojedziemy do Alberobello ani Polignano a Mare. Na 3 dni wybrałam miasto, na które podobno wystarczą 2 godziny. Spędzimy ten czas żyjąc zwykłym życiem, odwiedzając kawiarnie i obserwując włoską codzienność. Kiedyś latałam samolotem kilkanaście razy w roku, nawet na krótkich trasach jak Warszawa-Gdańsk. Dziś staram się ograniczać do 2-3 samolotowych podróży. Im jakieś miejsce jest bardziej znane, tym mniej chętnie chcemy je odwiedzić. Im głośniej ktoś mówi, że jest niszowe i sielskie, tym mniej mu wierzymy. Przyznam też, że straciłam zapał do robienia zdjęć. Te wszystkie nieuporządkowane foldery z ostatnich lat są moim strasznym wyrzutem sumienia. W lutym zepsuła mi się lustrzanka i ... odetchnęłam. Z krótkich wyjazdów przywożę teraz po kilkanaście zdjęć, z dłuższych tyle, żeby starszyło na fotoksiążkę do której będziemy mogli wracać.
Nie widzę różnicy czy odwiedzamy swoje województwo, Polskę, Europę czy dalekie kraje. Nie wybór kierunku określa czy mamy otwarte umysły, a to w jaki sposób traktujemy wszystko, z czym przyjdzie nam się zetknąć i czy jesteśmy na to gotowi. Nie wybór kierunku świadczy o naszej ciekawości świata, a to na ile chcemy poznać lokalne smaczki, nie tylko te kulinarne. W końcu nie wybór kierunku sprawia, że wyjazd jest "pełny", ale to ile przynosi dobrych spotkań, uśmiechów, odpowiedzialnych decyzji i wartościowych wspomnień. Ten wpis jest trochę chaotyczny, ale prowadzi do prostego wniosku - Nie chcę już pisać o podróżach.
Potrzebuję dłuższej przerwy. Nie mówię, że już nigdy nie napiszę żadnego posta, bo to pewnie nie jest możliwe - za bardzo lubię pisać. Na blogu nie będę przez jakiś czas publikowała nic, a docelowo na pewno nie chcę pokazywać konkretnych miejsc i adresów, ze wskazówkami jak tam dojechać, co robić i jak spędzać czas. Żadnych relacji, przewodników, podróżniczych konkretów. Liczę, że zrozumiecie moją decyzję. Wielu z Was było ze mną od dawna, niektórzy od początku. Dziękuję. Zostaję póki co na Facebooku i Instagramie, żeby być z Wami w kontakcie. Do usłyszenia!

22 komentarze:

  1. Aga, ja zawsze wolałam twoje wpisy, w których pokazujesz swoje emocje niż te praktyczne. Rozumiem twoją decyzję i dla mnie jest na plus, jak kiedyś
    będziesz pisać tylko "swojskie" wpisy o życiu. Może rzeczywiście to się mniej klika, ale czy tylko o to w życiu chodzi?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jedyne co się kończy na 100% to wpisy praktyczne, wpisy o konkretnych miejscach z konkretnymi adresami, radami, wykazem atrakcji. Nie będzie miejsc nieznanych, odkrytych przypadkiem. Pisałam też o wielu innych rzeczach jak chociażby mój balkon, filmy, książki, porady jak spędzać czas w W-wie nie mając kasy. Takie rzeczy zostaną, może pojawią się nowe tematy. Potrzebuję jedynie chwili oddechu, 2-3 miesiące na zresetowanie głowy i ułożenie myśli

      Usuń
  2. Rozumiem i szanuję Twoją decyzję i wśród rzeczy, o których chciałabym wspomnieć najbardziej ciekawi mnie to, jak zmieni się Twój blog i o czym będziesz pisać.
    Mnie samej daleko do blogerki bo nie uważam, że czyni mnie nią sam fakt posiadania bloga. Nigdy nie podróżowałam pod kątem opisania tego,nie daję ludziom rad gdzie i za ile spać i jeść. Nie robię wartych zapamiętania notatek bo uważam, że wtedy straciłabym dużo jeśli chodzi emocje i wspomnienia przywiezione z podróży. Nawet nie wiem co to jest to SEO o czym wspominasz a gdybym miała brać pod uwagę statystyki, to już dawno powinnam złożyć blogową broń. Bo Twoja liczba odsłon z moją jest na pewno gigantyczna. Ale za dużo mam radości z pisania, jestem swoją najwierniejszą czytelniczką, więc mam dla kogo pisać :).
    I chociaż nie uważam, żeby masowa turystyka była czymś złym ani żeby wykluczała świadome i odpowiedzialne podróżowanie to wiem, że to całe zamieszanie z tego wynikające minie tak jak moda na jarmuż :). Dbam o środowisko, segreguję śmieci, wspieram lokalnych twórców i handlowców ale niestety nie czuję wyrzutów sumienia myśląc o tym, że samolot którym lecę produkuje CO2 ( a na smutek na myśl o tym też jest moda teraz ).
    Wenecja. Byłam kilka dni temu drugi raz bo nadarzyła się okazja będąc niedaleko. Spodziewałam się tłumów bo to sierpień a jednak było zdumiewająco spokojnie prawie wszędzie z wyjątkiem pl. Św. Marka. I nie śmierdziało, czym straszą w blogosferze. Mam w sobie głód zobaczenia wielu miejsc i będę go zaspokajać, niech tylko los mi sprzyja.
    Aga, wiesz co jest w tym wszystkim najważniejsze? Żebyś żyła po swojemu, podróżowała po swojemu i pisała o czym chcesz jak najdzie Cię ochota. Słuchaj siebie. Póki masz radość z pisania, masz dużo. Bez tego byłoby krucho, tak myślę bazując na własnych odczuciach. Ciężko mi sobie wyobrazić blogosferę bez Tej, co to całe życie w podróży, bo znam Twój blog od dawien dawna. Cieszy mnie zatem fakt, że wrócisz i naprawdę ciekawi to, w jakiej zrobisz to odsłonie. Pozdrawiam Cię przeserdecznie i życzę fajnego czasu z dala od tych wszystkich internetów :).
    PS. To chyba mój najdłuższy komentarz w życiu :). Jak mi się coś nie uda podczas publikacji to się pochlastam chyba.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dzięki Monika za długi komentarz. Jestem zdania, że każdy może prowadzić bloga jak chce i jak czuje. Ja w tej chwili czuję tak, inni mogą czuć inaczej. Pisać też bardzo lubię i sprawia mi to frajdę. Co do Co2, to czytałam że w Skandynawii powstało nawet jakieś słowo opisujące wstyd przed lataniem, związane właśnie z emicją Co2. Uważam, że żadna skrajność nie jest dobra, zarówno całkowicie rezygnacja z latania bo wszystko też dla ludzi, ale też sytuacje, gdy się leci dla żartów z Warszawy do Krakowa z przesiadką w Oslo za 78zł. W temacie Wenecji - znam problemy Wenecji z rozmów z koleżanką mieszkającą w centrum miasta, pracującą jako przewodnik. Ta to dopiero ma konflikt tragiczny ze względu na to, jak zarabia a co o tym sądzi. Nie widzę nic złego w wyjeżdżaniu, ale mam problem z namawianiem jako takim do wyjazdu. Ps. Mi też Wenecja nigdy nie śmierdziała :)

      Co do dalszego pisania - na blogu było dużo innych rzeczy niż stricte podróżnicze i one na pewno zostaną. Nie sądzę żebym się objawiła z czymś zaskakującym, raczej luźne tematy ogólne i okołopodróżnicze.

      Usuń
  3. Ja już czekam na następny wpis. Jak napisała moja poprzedniczka Iza. Jestem wdzięczna za ten blog. Nie znam osobiście Pani Agnieszki, ale jest mi bardzo bliska. Bo jest prawdziwa. I kochana. Prawie nie zostawiam publicznych komentarzy. Pewnie nie jestem jedyna. Przesyłam moc ciepłych uczuć! ❤❤❤

    OdpowiedzUsuń
  4. Mam podobne przemyślenia, choć mój blog, prowadzony już szósty rok, ma nieco inny charakter. Ale też jest o podróżach, więc wnioski mam podobne. Nie wiem, ile jeszcze będę go prowadzić. Nie zależy mi na jego popularności. Traktuję go raczej jak pamiętnik. Pogubiłabym się w tych podróżach, gdybym regularnie ich nie opisywała. Robię to więc głównie dla siebie. Taki egoizm;) Baw się blogowaniem, bez przymusu, presji, z nadzieją, że kiedyś jakaś informacja komuś się przyda. Wszystkiego dobrego:)

    OdpowiedzUsuń
  5. Szkoda, że nie chcesz już prowadzić bloga. Jest naprawdę interesujący, ciekawy i można czytać go bez końca.

    OdpowiedzUsuń
  6. Ja uwielbiam Twoje wpisy o Londynie. Są inspirujące. Pozdrawiam :)

    OdpowiedzUsuń
  7. Dzięki Tobie pokochałąm Fado.Wszystkiego dobrego.Pozdrawiam.Ewa

    OdpowiedzUsuń
  8. Twoje wpisy są mega inspirujące, bardzo lubię tu zaglądać :)

    OdpowiedzUsuń
  9. Hej, niestety tradycyjne blogi przechodzą powoli do "lamusa" będąc wypierane przez media społecznościowe, grupy na Facebooku czy właśnie filmy na YouTube. Pozdrawiam Emil z www.emilpodrozuje.pl

    OdpowiedzUsuń
  10. Szkoda, bo bardzo fajnie bloga prowadziłaś

    OdpowiedzUsuń
  11. Wielka szkoda, może wymyślisz coś innego

    OdpowiedzUsuń
  12. Blogi niestety się kończą, ludziom nie chce się czytać.

    OdpowiedzUsuń
  13. Bardzo szkoda, życzę jednak powodzenia w dalszym życiu.

    OdpowiedzUsuń
  14. Jak napisał Emil, tradycyjne blogi odchodzą powoli w niepamięć. Teraz modne są vlogi i media społecznościowe, gdzie wszystko jest zgromadzone w jednym miejscu.

    OdpowiedzUsuń
  15. Szkoda. Dużo ciekawych artykułów można było tutaj znaleźć.

    OdpowiedzUsuń

Jestem ciekawa Twojej opinii. Podziel się nią!

Komentarze obraźliwe lub pisane w moim odczuciu wyłącznie po to, żeby zostawić link do swojej komercyjnej strony nie są publikowane.

TOP