25.3.20

Moda w czasach kryzysu

Wszystkie sukienki Karolina Garczyńska
Dziś będzie o modzie w czasach kryzysu. Małe firmy ledwo stoją na nogach. Sklepy stacjonarne są zamknięte. Branżowi giganci prześcigają się w ofertach wysyłkowych, zatrudniają nowych pracowników do magazynów i dystrybucji. Chciałabym, żeby kryzys dał nam do myślenia. To dobry moment, żeby zastanowić się kogo chcemy wspierać swoimi decyzjami zakupowymi. Idą trudne czasy. Jestem świadoma, że wiele osób przez kolejne miesiące nie kupi po prostu nic. Niektórzy jednak będą musieli (albo po prostu chcieli) kupić nowe buty, sweter czy sukienkę. Warto wówczas wesprzeć polskie marki, które teraz będą walczyć o przetrwanie. 

Nad tym, co kupuję, zaczęłam się zastanawiać 3 lata temu. Wcześniej przepuszczałam pieniądze na bezmyślne zakupy w sieciówkach. Wiele rzeczy było przypadkowych, nie pasowały do siebie, były kiepsko uszyte i z marnych materiałów. O butach nie wspomnę - obtarte pięty i ból były codziennością. Długo tkwiłam w błędnym przekonaniu, że te rzeczy są tanie i tylko na takie mnie stać. A paradoksalnie wydawałam naprawdę dużo.
T-shirt Tyszert, buty Anis, płaszcz Risk Made in Warsaw, turban Looks by Luks mydło Ministerstwo Dobrego Mydła
Po polskie marki zaczęłam sięgać, kiedy zrozumiałam jak się chcę ubierać. Wcześniej nie miałam wizji siebie. Przeczytałam książkę "Slow Fashion" Joanny Glogazy, edukowałam się w temacie materiałów. Na początku myślałam, że mój budżet tego nie udźwignie. Kupowałam pojedyńcze ciuchy pilnując, żeby mieć je z czym zestawić. Zrozumiałam, że opłaca się kupować nie to, co jest tanie, a to po co się często sięga. 4 wiszące non stop w szafie sukienki po 79zł są mniej opłacalne niż 1 za 200zł po którą się sięga kilka razy w miesiącu.

Jestem za tym, żeby kupować mniej, a rozsądniej. Wspierając mniejsze biznesy. Mam oczywiście kilka rzeczy z sieciówek, bo nie zawsze da się inaczej. Kupuję też z drugiej ręki - głównie on-line. Bywam na stronach popularnych marek i widzę jak kosmicznie mają one zawyżone ceny. Na szybko znalazłam w sklepach Zara, H&M czy na Zalando sukienki letnie z poliestru po 199-299zł. To jest smutne i zwyczajnie nieetyczne. 

Mam w tej chwili ulubione polskie firmy po których wyroby sięgam najczęściej. Chciałabym Was prosić - jeśli też takie macie, a musicie coś kupić lub ktoś z Waszych znajomych musi coś kupić, polecajcie nasze rodzime marki. Kryzys kiedyś minie, a dobrze by było móc mieć do czego wrócić. #kupujepolskieprodukty ma dziś znaczenie.

Jestem za tym, żeby kupować tyle, ile faktycznie jesteśmy w stanie nosić. Jestem daleka od wypełniania szafy po brzegi. Powiem raz jeszcze - WIEM, że idą niestabilne finansowo czasy i nie w głowie nam zbytki. Jeśli jednak coś jest nam potrzebne, to myślę, że warto wesprzeć polskie firmy i wydać pieniądze u nich.

Jestem ciekawa jakie polskie firmy, szczególnie te niewielkie chcielibyście wciąż widzieć na rynku po kryzysie? 

Mokasyny Anis, sweter 80% wełny Al-Bo, spódnica Nosens, turbany Looks by Luks, bransoletka Plener

18.3.20

Cisza hiszpańskich miasteczek

Sjesta. Cudowny południowy zwyczaj, który pozwala przeżyć gorące dni i zintegrować się z rodziną lub przyjaciółmi. Zwyczajowa przerwa dla mieszkańców jest wytchnieniem, dla turystów bywa utrudnieniem. Ile razy pracując w biurze podróży dostawałam reklamacje na to, że wczesnym popołudniem sklepy i restauracje w małym miasteczku były nieczynne! Klienci mieli wykupione śniadania i obiadokolacje, a ciągu dnia głodowali 😉
Lubię ciszę hiszpańskich miasteczek w porze sjesty. Często wracam pamięcią do jednego popołudnia sprzed ponad 2 lat. Nie ma znaczenia gdzie byliśmy - życie zwalnia w setkach innych miejsc, więc trafić nie jest trudno.
Dotarliśmy na miejscie tuż przed południem. Główny plac tętnił jeszcze życiem. Mieszkańcy siedzieli na ławkach, spacerowali z psami, żywiołowo dyskutowali w cieniu palm. Kawiarnie i bary były wciąż otwarte, usiedliśmy więc przy stoliku. Przy kieliszku sangrii chłonęliśmy kolory oraz dźwięki ulicy. Język hiszpański jest jednym z najmilszych dla mojego ucha. Lubię zamknąć oczy i wsłuchiwać się w jego melodyjne brzmienie. Upajałyśmy się nim w liceum z koleżanką ze szkolnej ławki. Gdy śpiewał dla nas Alejandro Sanz, świat mógł nie istnieć.


To zabawne, że właśnie jego utwory umilały nam czas w lokalu, który wybraliśmy. Lubię uśmiechnąć się tak niespodziewanie do wspomnień sprzed lat. Hiszpańskie miasteczka mają w sobie coś, co zawsze łapie mnie za serce. Spokój i energię w jednym. Raz niosą ukojenie, raz potrafią poderwać do tańca. Wodzą na pokuszenie zapachem lokalnych specjałów, zachwycają detalami budynków i ukrytymi podwórkami. Dzwonią w uszach radosnym piskiem dzieci, impulsywnością rozmów i gestów. Innym razem uwodzą idealną ciszą.
Zamówiliśmy gorące churros obsypane cukrem. Serwowane z gorzką, płynną czekoladą czule pieszczącą podniebienie. Obserwowaliśmy jak sprzedawcy chowają we wnętrzach sklepów swoje skarby, zamykają na klucz drzwi i nieśpiesznie oddalają się w nieznanym kierunku. O czym myślą, kto na nich czeka? Za 3 godziny wrócą, wystawią pamiątki na zewnątrz. Plac znowu zapełni się ludźmi, ich śmiechem i bogactwem kolorów.
Lubię ciszę hiszpańskich miasteczek w porze sjesty, ale najbardziej lubię moment, gdy nieśpiesznie budzą się ze snu. Przecierają zaspane oczy, zaczynają widzieć wyraźniej i smakować życie wszystkimi zmysłami. W ostatnich dniach nasze życie to właśnie taka sjesta - chwila oddechu, czas przemyśleń. Za mało jednak w tym ciszy i za dużo zbędnych słów. Słucham dziś Alejandro wierząc, że gdy to minie, zaczniemy bardziej doceniać małe rzeczy.

11.3.20

Czy warto adoptować kota?

W grudniu minęły 2 lata od kiedy w naszym domu pojawiła się Wilhelmina. Ruda, przestraszona i trochę śmierdząca kulka. Miała wielkie, zdziwione oczy i zaniedbane, posklejane futerko. O jej adopcji pisałam w grudniu 2017 (wpis można przeczytać tutaj). Dziś kilka słów o tej decyzji z perspektywy minionego czasu.

Nie znamy dokładnej historii naszej kotki. Wiele wskazuje na to, że kiedyś miała dom, ale została z niego wyrzucona. Błąkała się po ulicach i budowach aż w końcu jakaś dobra dusza zawiozła ją do schroniska. Tak, uważam, że taki gest jest oznaką empatii. Czasem spotykam się z opinią, że D-O-B-R-Y człowiek to by takie stworzenie przygarnął. Nie zgadzam się z tym. Nie każdy ma warunki i nie każdy jest na taką decyzję gotowy. Definicją dobroci w tym przypadku jest dla mnie troska o los braci mniejszych, nie przechodzenie wobec ich sytuacji obojętnie. Odwiezienie porzuconego zwierzaka do schroniska jest podarowaniem mu szansy na nowy start. Oczywiście są też inne sposoby jak dom tymczasowy i szukanie stałego. Bądźmy jednak ze sobą szczerzy - nie każdy może sobie na takie działanie pozwolić i nikt nie ma prawa tego oceniać.

4.3.20

"To o czym będziesz pisać?"

Jest mi niezmiernie miło, że tak ciepło przyjęliście mój powrót. Byłam zaskoczona widząc komentarze pod wpisem jeszcze zanim udostępniłam go w social mediach! Dziękuję Wam serdecznie. Zaczęły się oczywiście pytania o czym będę pisać, skoro skończyłam o podróżach. Tu chciałabym się chwilę zatrzymać i wrócić do wpisu kończącego pewien etap blogowania - mam na myśli oczywiście TEN "pożegnalny" wpis.

Od początku mówiłam, że będę chciała wrócić do pisania, także o podróżach. Jednak w nieco inny sposób niż wcześniej. Nie chcę promować konkretnych miejsc, a pisać ogólnie. W związku z tym podjęłam decyzję o:

  • świadomej rezygnacji z oznaczania wybranych miejsc pokazywanych na Instagramie 
  • rezygnacji z publikowania przewodników, podawania na tacy list typu Must See 
  • zatrzymywaniu tylko dla siebie i najbliższych sekretnych adresów i miejsc 
  • pokazywania zdjęć i różnych podróżniczych emocji bez podawania szczegółów 
  • inspirowaniu do podróży jako takich, ale bez dawania gotowych rad i odpowiedzi 

Jak to wyjdzie? Nie wiem. Dopiero zaczynam, nieśmiało wracam. Chciałabym pisać nie tylko o podróżach, ale też więcej o urokach codzienności i wszystkim, co się z tym wiąże. Przechodzę w tej chwili przez trudny czas - ciężką chorobę bliskiej osoby. Potrzebuję odskoczni, zajęcia czymś głowy, lekkich tematów. Nie wykluczam napisania o nowym talerzu, ładnej sukience, dobrej kawie, miłym wspomnieniu czy o spacerze po Warszawie. 

Etykietę "Różne" przy niektórych wpisach rozbiłam na "Codzienność" - wpisy ogólne o życiu / blogowaniu i "Podróże" - wpisy podróżnicze, które nie dotyczą konkretnych kierunków, a np. planowania wyjazdów. Obydwa pojawiły się w głównych kategoriach widocznych pod tytułowym zdjęciem. 

Zmienił się tytuł bloga z "Całe życie w podróży - blog o podróżach po Europie i nie tylko" na "Całe życie w podróży - blog o podróży przez życie". Daje mi to o wiele więcej swobody i luzu w kwestii tematyki wpisów. 

Zmienił się też opis bloga z "Relacje z podróży. Subiektywne przewodniki. Kuchnie świata. Lifestyle" na "Codzienność. Podróże. Szukanie szczęścia w zwykłych chwilach". Podróżuję znacznie mniej niż kiedyś, z różnych powodów. Życie mnie ostatnio nie oszczędza i staram się na nowo odkrywać urok prostoty, uczę się cieszyć z drobiazgów. Pomimo wodospadu problemów, który mnie wpycha pod wodę, uporczywie staram się trzymać głowę na powierzchni. Nie zamierzam się ograniczać. Chcę pisać o tym, o czym potrzebuję.

Chciałabym, żeby nowe wpisy pojawiały się 1 raz w tygodniu - W ŚRODY. To dobry dzień, tak w środku pracowo-życiowego zamętu. Potrzebuję też motywacji, żeby pisać regularnie. Jak wyjdzie? Zobaczymy!
TOP